piątek, 30 grudnia 2011

Szampan w Sylwestra

Bo co? Bo wypada wypić szampana na Nowy Rok? Jakieś pitolenie postarzałych frustratów, i tyle. Mam wydać sto kilkadziesiąt zł bo ktoś tam sobie kiedyś wymyślił? Bzdura! Jestem dorosłym facetem i robię rzeczy które chce, a nie które ktoś każe...

Tradycja? Hmm... sprytny marketing żabojadów - producentów wina z bąbelkami i nic więcej.

UWAGA: post przeniosłem tutaj - http://oszczedzanie.info.pl/blog/przed-sylwestrem-dobry-oryginalny-szampan/

Kilka pomysłów z trasy - oszczędności

W swojej ostatniej wojaży wykorzystałem pomysł, który przedstawiła bodajaże Riannon - a raczej wykorzystały go kobiety - na trasę został zaparzony wielki termos kawy oraz podgrzane krokiety ze świąt - mięso, pieczarki, kapusta. Uwierzcie mi, że zawinięte w cienką folię aluminiową były dość ciepłe jeszcze w połowie trasy. A miło jest zjeść coś na ciepło w trasie. Niestety kawa na stacjach benzynowych to nie jest tania przyjemność, tak samo jak hot-dogi.


Pastylka z guaraną i kofeiną dla kierowców (jakiś zestaw "Nie zasypiaj") zawsze będzie o wiele tańsza w aptece niż na stacji. na stacji 3 kapsułki kosztują 7 zł. W aptece 20 za około 20 zł. W sklepie z suplementami na siłownie 20 zł za 30 kapsułek.

Skład identyczny. Kondycja, koncentracja i szybkość reakcji po guaranie jak dla mnie jest rewelacyjna.

Z kolejnych patentów oszczędnościowych, jeszcze jedna rzecz - do zbiornika spryskiwacza - nalany denaturat z Polo, cytrynowy zapach oraz samodzielnie przygotowany płyn do szyb (z czeskiego koncentratu). Wychodzi o wiele taniej niż płyn zimowy kupiony na gotowo.

czwartek, 29 grudnia 2011

Być albo nie być półgłówkiem

Dzisiaj myknąłem kolejne 500 km przez Polskę. 150 km z tej trasy zrobiłem autostradami, za tą przyjemność zapłaciłem 23 zł 20 groszy ekstra. Oszczędziło mi to jednak dodatkowej porcji zmęczenia, dzięki czemu jeszcze dziś poszedłem do pracy i pozałatwiałem co nieco. Reasumując jestem na tej "inwestycji" do przodu.

Z ciekawszych rzeczy na trasie - przejechałem przez słynne Wylatowo - UFO nie widziałem, ale za to widziałem patrol drogówki przyczajony w Wylatowie w takim "dołku" przy ograniczeniu 40km/h - co ja gadam, nie widziałem niemal do ostatniej chwili (naprawdę dobrze zakamuflowani) a usłyszałem o nim odpowiednio wcześniej na CB-radio - sam przyznam się, że kilka razy zerkałem w niebo.

Skoro o byciu półgłówkiem mowa posłuchajcie. Wyobraźcie sobie - jedzie przed wami łysy koleś z wielką widoczną anteną CB na dachu, sprawiającą, że auto wygląda jak dziecięce autko na pilota. Koleś przywalnia na takim dziwnym niepozornym odcinku, gdzie wszelka logika nakazuje jechać min. 20 km/h więcej. Co robicie? Wyprzedzacie go? Czy kalkulujecie o co chodzi?


Tan łysy koleś to oczywiście byłem ja. Kierowca czarnego opla za mną nie wytrzymał i mnie wyprzedził, po czym dał rurę, trzeci samochód za mną to było srebrne mondeo tajniaków z drogówki - o czym doskonale wiedziałem, bo koledzy ze Wschowy nadali przez CB-radio jego położenie dosłownie co do kilku metrów...

Następną scenkę znacie z TVN Turbo, z programu "Uwaga Pirat".

Skoro o inteligencji mowa - na jednym z rodzinnych posiedzeń - lekko podchmielony (dwa Żywce) dałem się podpuścić i zrobiłem internetowy test na inteligencję - wynik 36 na 38 co dało mi 120 punktów IQ. Tak więc przynajmniej wpisuję się w przeciętność i trochę oleju w głowie jest (a promile też są, ale TYLKO I WYŁĄCZNIE po skończonej trasie!!!!).

Pozdrawiam dziś wszystkich kierowców, a szczególnie CB-raków :)

środa, 28 grudnia 2011

Karty lojalnościowe

Korzystając z wolnego czasu i chęci pisania napiszę coś o kartach lojalnościowych i programach partnerskich. Osobiście posiadam kartę w Tesco, gdzie dość często robię zakupy oraz kilka kart ze stacji paliw, z których korzystam głównie z Shell'a.

Zbieranie punktów ze stacji namiętnie i gorliwie jest nieopłacalne - wydaje mi się, że większość tzw. promocji punktowych na stacjach to czysta psychologia i marketing - jeśli chodzi o zakupy - nie opłaca się - ale skoro już tankuję, a w cenę paliwa wliczony jest koszt pakietów lojalnościowych? Hmm. Czemu nie. Za uzbierane punkty kilka razy wziąłem sobie hot-dogi lub przekąski na trasie, jednak o wiele częściej korzystam z sezonowych obniżek na Shellu. Wymieniam zebrane punkty za zniżki na paliwie -25gr/l.

Generalnie jestem zdania, że karty na stacjach można pozakładać. Zwłaszcza jeśli w okolicy mamy same stacje sieciowe, gdzie tankujemy.


Karta TESCO daje mi bony na określone sumy, w zależności od wydanych wcześniej kwot, bony zniżkowe i sporadyczne promocje na niektóre produkty. Do jednej karty dostajemy bodajże dwie dodatkowe mini-karty, co umożliwia całej rodzinie zbieranie bonusów.

Staram się jednak pamiętać o psychologii i unikać podejmowania decyzji na podstawie posiadanych kart - idę np. do sklepu gdzie jest mi wygodniej i szybciej, gdzie jest produkt, który lubię - a niekoniecznie do Tesco. To samo ze stacjami - na trasie nie "poluję" na Shella - zatrzymuję się na tej stacji, na której mi w danej chwili najwygodniej.

Byłbym zapomniał - w szufladach jest kilka kart partnerskich różnych sklepów, np. pobliskiego salonu meblowego - ale używam ich sporadycznie. Najczęściej zniżki nie przekraczają kilku % ceny.

Alkohol i papierosy

Pod poprzednim postem w komentarzach jeden z czytelników najwyraźniej zbulwersował się moją bardzo radykalną postawą wobec pijanych kierowców - odpowiedziałem w komentarzach na ile uznałem to za sensowne - temat był wałkowany tu nie raz - dlatego odsyłam do archiwum. Moje zdanie na temat picia i wsiadania za kierownicę się nie zmieni.


Powtórzę w formie posta jednak fragment komentarza: Uważam, że jeśli ktoś się nie może powstrzymać od picia, np. na spotkaniu towarzyskim jeśli wie, że zaraz ma jechać - lub skończyć na symbolicznym piwku albo szklaneczce szampana/wina* jeśli wie, że czeka go następnego dnia jazda - ta osoba powinna udać się do specjalisty i podjąć leczenie. Szybkie zdiagnozowanie alkoholizmu i podjęcie leczenia może uratować choremu karierę, relacje rodzinne, zdrowie a nawet życie (tak samo potencjalnym ofiarom na drodze).

*dla rosłego mężczyzny może to być i dwie miarki alkoholu - trzeba po prostu znać swoje ograniczenia - to chcę powiedzieć

Myślę, że wszystko jest dla ludzi - o ile używamy tego z głową.

Napiszę jednak o swoim szwagrze - bardzo inteligentnym i porządnym chłopaku. Rok temu zaczął popalać okazjonalnie - a to impreza i towarzystwo, a to trudne sprawy zawodowe... mniejsza o przyczynę. Oczywiście wszystko pod kontrolą, to nie był żaden nałóg, mógł rzucić bez problemu, zaczynało się od jednego, dwóch papierosów dziennie.

Obecnie schodzi dziennie od pół paczki do paczki jasnych Marlboro. Smakowanie okazjonalne stało się nałogiem.

Piszę to bo byłem kiedyś w podobnej sytuacji, popalanie dla zabicia stresu, itp. jednak ja zacisnąłem zęby, oddałem swoją paczkę papierosów bezdomnemu i to był koniec.

Cieszę się teraz z tej decyzji.

Może Nowy Rok to dobra okazja na postanowienia noworoczne i rzucenie palenia? I człowiek poczuje się zdecydowanie lepiej - i będzie to ulga dla portfela. Oczywiście to indywidualna decyzja - mimo wszystko kulturalny i dobrze wychowany palacz, który respektuje prawa innych osób - niepalących - to wielokrotnie lepsze zjawisko dla otoczenia niż alkoholik, zwłaszcza alkoholik nieświadomy swojej choroby.

wtorek, 27 grudnia 2011

Bilans Świąt na polskich drogach

Bilans świąt: 44 zabitych, 408 rannych, 990 pijanych kierowców... jak zwykle. Tak się zastanawiam - po co się śpieszyć na urlopach, jeśli rodzina siedzi przy świątecznym stole i czeka - lepiej aby poczekała godzinę dłużej, niż otrzymała smutną wiadomość - nie pali się. W ostateczności niech zjedzą kolację wigilijną sami - a po godzinie, dwóch i tak siądziemy razem przy stole, podzielimy się opłatkiem i zjemy coś jeszcze. W sumie kto każe jechać do domu w dzień wigilii na ostatnią chwilę - ja rozumiem zawodowych kierowców, ale rzesze ludzi urlopy dostali już 1-2 dni wcześniej...

Dobra, chcę tu powiedzieć, że czasu się nie oszczędzi w pewnych przypadkach, pośpiech na drodze nic nie da - od pewnych spraw świat się nie zawali.

Natomiast jak zwykle nie rozumiem ludzi, którzy wsiadają po kielichu za kierownicę - jakim cwelem i śmieciem trzeba być aby to robić? No nic - znowu widzimy, że w tym kraju jest za dobrze - a bydło nie jest trzymane tak jak powinno - ostro za mordę. Jestem za najbardziej surowymi karami dla tych, którzy jeżdżą po pijaku. Powtarzam to na blogu z resztą wielokrotnie.


Przed Świętami rozpatrywałem nawet podróż pociągiem - teraz z mediów wiem, że dobrze, że się nie zdecydowałem na to. To co się działo na Święta na PKP przechodzi wszelkie granice - jadąc samochodem słuchałem relacji radiowej z kilku głównych polskich dworców. Jak zwykle ludzie z PKP są zaskoczeni Świętami i zwiększoną ilością podróżnych - przecież to spada tak nagle i brutalnie... oh... oh... dzielni kolejarze sobie pracują w spokoju, a tu nagle taka katastrofa... ni stąd ni zowąd Święta!!! Ojej... jak to się mogło stać.??? Łojej i co my teraz zrobimy????

Żenada. Polska Katastrofa Państwowa.

Syf, smród, spóźnienia... i to za niemałe pieniądze.

piątek, 23 grudnia 2011

Podróż przez Polskę

Pyknąłem właśnie ok. 500 km przez Polskę, siedzę teraz przy piwku Amber Naturalny i próbuję dojść do siebie po 8h jazdy w nieciekawych warunkach. Nieciekawych pogodowo.


Wnioski z trasy? Stan dróg jest coraz lepszy - przez całą moją trasę nie zaliczyłem dróg z dziurami w w złym stanie - wszystkie krajówki odremontowane - aczkolwiek niektóre ewidentnie na odpierdól - krajówka Września-Gniezno za parę lat będzie znów dziurawa jak ser - widzę to po jakości robót, nie mówiąc o tym, że podskakuję na tej trasie, na świeżym asfalcie. Ot, pewnie fuszerka przed wyborami.

Kurza morda!!! Z 754 razy na CB-radiu słyszałem "Wesołych Świąt", jak mi ktoś jeszcze w sklepie lub na ulicy powie "Wesołych Świąt" nie wiem jak zareaguję, zapewne będę musiał wziąć coś na uspokojenie. Dość! :)

Nie wiem co tu napisać kretynom, którzy przy tej pogodzie popychają ok 150km/h albo i więcej? Hmm... tacy debile na pewno bloga nie czytają. Najgorzej, że taki psi dzyndzel na kaczych łapach zabije nie tylko siebie, ale i tych, co spokojnie jadą naprzeciwko, ostrożnie, z głową. Kilka karetek na sygnale mijałem.

No cóż, zapewne to są tacy chłoptasie co po prostu jaj nie mają, są zcwelowani do cna, są śmierdzącymi tchórzami, w życiu codziennym gęby nie potrafią otworzyć, każdy takiego popchnie i kopnie w zad, no i ci kastraci myślą, że sobie męskość nadrobią przesadną brawurą i cwaniakowaniem na drodze - przy mgle i marznącej mżawce. Nic bardziej mylnego. Z kurczaka orła nie zrobisz.

czwartek, 22 grudnia 2011

Podbić Afganistan

Wśród Rosjan krąży opowieść, że na początku II Wojny Światowej, za czasu braterskiego jeszcze sojuszu Niemców i Ruskich, radziecki wywiad przede wszystkim grzebał w śmietnikach przy hitlerowskich koszarach szukając szmat z warsztatów. Radzieccy specjaliści potem badali te szmaty, a konkretnie pozostałości smarów i olejów. Jeśli znaleźliby ślady smarów i olejów wytrzymujących rosyjską zimę - przesłaliby Stalinowi wiadomość, że Hitler chce złamać sojusz i byłaby mobilizacja.

Nie znaleźli,

Ten idiota Hitler, co gieroja zgrywał, zaatakował Ruskich sprzętem wojskowym nasmarowanym letnimi smarami, na letnich olejach i paliwie...

Nie pomogła kosmiczna technologia - Adolf dostał solidny wp****ól od Ruskich.

Każdy w kręgach wojskowych - kto choć trochę zna się na żołnierskim fachu - wie, że Rosji nie można podbić i utrzymać. Każda armia, która wejdzie do tego kraju albo padnie z zimna i głodu, albo z przepicia. Niewykluczone, że jedno i drugie na raz. Wódka na wschód od Bugu bowiem to nie alkohol, to coś co ma rangę ot takiego kompotu. Alkohol to spirytus, ale także nie zawsze. Mówi się bowiem w Rosji, że 100ml to jeszcze nie alkohol. Tego nie są w stanie wytrzymać żadne inne ludy oprócz mieszkańców tego wielkiego kraju


Ja nie znam tak dobrze realiów afgańskich jak rosyjskich, ale o ile ten drugi kraj zdarzyło się nawet chwilowo jednym, czy drugim przytrzymać za ryj i upokorzyć - tak naprawdę nigdy nie udało się to z Afganistanem. Nawet samym Ruskim się nie udało. Afganistan to taka Rosja Turbo. Wersja tuningowana i dopalona (dosłownie, dopalona zielskiem, haszem i opium)...

Wie to doskonale każdy wyedukowany wojskowy, poza może najniższymi rangami koszarowych opojów.

Chcę powiedzieć przez to, że szkoda mi naszych chłopaków ginących w bezowocnych próbach podbicia Afganistanu.

Chciałbym coś napisać o ludziach, którzy podjęli decyzję o wysłaniu naszych oddziałów do Afganistanu, ale przypuszczam, że za taki soczysty ładunek najbardziej wyszukanych obelg... zablokują mi konto na bloggerze...

środa, 21 grudnia 2011

Ogrzewanie - oszczędności

Sam płacę za ogrzewanie ryczałtem dokładnie rozliczanym po sezonie, rachunki za firmę mi jeszcze nie doszły. Z rozmów z osobami które za ogrzewanie rozliczają się miesięcznie wiem, że jak na razie od jesieni do dziś rachunki są o min. 50% niższe niż w analogicznym okresie rok temu. I to mimo wzrostu cen.


Czy ktoś może mi to potwierdzić? Jak jest u was z ogrzewaniem?

Oczywiście zewsząd słyszę narzekania na zbyt ciepłą zimę, płacz, że na Święta nie będzie śniegu... itp. Co któraś pogaducha-popierducha sąsiedzka zaczyna się tekstem któregoś z sąsiadów: eeeee.... źle.... zimy nie ma.

Pamiętam dwa-trzy lata temu testy: eeeee..... nieciekawie... cały czas tylko śnieg i zimno...

:>

Ale problem :>

niedziela, 18 grudnia 2011

Hojność polskiej społeczności - zagadka dla czytelników

Zagadka miała pierwotnie trafić na mój blog komputerowy, ale jeśli chodzi o "mechanizm działania" znacznie bardziej pasuje tutaj - jedziemy:


...kiedyś istniała sobie taka fajna, dynamicznie rozwijająca się, polska dystrybucja Linuksa, nie żadne tam Ubuntu ze zmienioną tapetą i nakładką do instalacji neozdrady... pomijam szczegóły i namiary milczeniem, bo nie chcę robić flame i odgrzebywać spraw...

...otóż bywało raz lepiej, raz gorzej - więc jako power user namówiłem fanów i użytkowników - rzekomo oddanych sprawie - do zrobienia masowej akcji dofinansowania deweloperów/systemu - dosłownie dobrowolnej wpłaty kilku zł - umownie: równowartości piwa w najbliższym lokalu...

...ilu wpłaciło z tej rzeczy hardkorowych oddanych sprawie fanbojów, z tego min. kilkadziesiąt osób udzielających się aktywnie na forach?

...jak myślicie? jaki rząd wielkości?


P.S. Proszę uszanować moją decyzję, aby nie bić piany w starej sprawie - domysły proszę sobie darować (spekulacje w komentarzach o jaki projekt chodzi kasuję z miejsca). Czytelników, którzy znają rozwiązanie z innych rozmów ze mną - proszę o wstrzymanie się w komentarzach. :)

sobota, 17 grudnia 2011

Kryzys czy masowa histeria?

Powiedzmy sobie szczerze, perfekcyjnie nie jest, to co dzieje się z walutami, itp. nie napawa wielkim optymizmem, jeśli ktoś się tu zadłużył w walutach obcych - współczucia (ale ja nie kazałem wam dużo ryzykować dla mniejszych odsetek, więc żal tylko do siebie).

Ale co się nasłucham w otoczeniu - kryzys, kryzys, kryzyyyys - to moje. Powiem szczerze, więcej mnie męczy to nieustanne pitolenie na około niż moje straty na giełdzie (relatywnie nieduże), wyższa cena paliwa, albo jakiekolwiek inne aspekty kryzysu.

Zamiast ulegać psychozie - lepiej popatrz sobie na pozytywne obrazki.

Powiem tak, gdyby nie wysłuchiwanie pitolenia, gdyby nie doomerstwo, czy masowa pro-kryzysowa psychomanipulacja w mediach - w ogóle nie wiedziałbym, że jest kryzys. Ot, okres gorszej koniunktury - bo to pierwszy i ostatni?

Co więcej najwięcej pitolenia w otoczeniu słyszę od ludzi dobrze sytuowanych, niektórym z nich powodzi się lepiej niż kiedykolwiek, niektórzy mają całkiem fajne perspektywy na przyszłość, jednak: "nieeee..., jest źle, przyszłość jest nieciekawa, co to będzie..., masakra...."

Co chcę tu powiedzieć: Nie da się zaprzeczać faktom, zatem trzeba działać, trzeba podejmować działania ku ochronie naszego kapitału, trzeba inwestować w siebie, itp. - rozsądnie - bez szaleństw, bez paniki - depresje i kryzysy mają to do siebie, że przychodzą i odchodzą, czasem jednak bardziej trwale zmieniają układ biznesowy i tu co sprytniejsi mogą znaleźć swoją niszę i się dobrze urządzić.

Zatem - działajmy, przynajmniej na tyle na ile dotąd narzekaliśmy i lamentowaliśmy. Szczególnie wy drodzy Panowie - nie lamentujcie więcej: "kryyyyyzys, kryyyyyzys, ojojoj" - bo męsko to nie wygląda - zamiast tego pokażcie, że macie jaja - i działajcie!

piątek, 16 grudnia 2011

Jak ochronić część kapitału przed kryzysem - #3 - innowacje oszczędnościowe oraz "utrzymanie ruchu"

Analizuję i omawiam w dalszym ciągu, co zrobić z pieniędzmi ulokowanymi w banku w tym przypadku raczej myślę o drobnych "przesunięciach kapitału", ale za to na dużą skalę (tj. dużo drobnych innowacji).

Magazynek
Zastanówmy się bowiem, ile kapitału możemy zamrozić w "argentyńskim" podwyższeniu poziomu zapasów w naszym przypadku. Zapewne ochroni to tylko niedużą część oszczędności, chyba że mamy naprawdę spory magazynek, spiżarnię, itp. W moim przypadku wygospodarowałem 2 nieduże szafki na magazynki ogólnego przeznaczenia. (Czy chcecie aby wam podać dalsze pomysły, co zmagazynować?)


Innowacje i Święta
Ponownie proponuję zainwestować w oszczędności w szereg drobnych innowacji oszczędnościowych omawianych na tym blogu od prawie roku, prawie 100% z nich sam wypróbowałem i zastosowałem, ze zdecydowanej większości jestem bardzo zadowolony.

Czy nie lepiej zamiast bzdurnych, niepotrzebnych prezentów umówić się na Święta, że komplet reflektorków LED jest tym głównym i właściwym prezentem dla Pana Domu?

Utrzymanie ruchu
Jeśli nie chcemy pakować oszczędności w remont naszych nieruchomości, co sugerowałem dwa posty temu, to zerknijmy, czy nasze nieruchomości nie wymagają jakiś czynności konserwatorskich, które właściwie już można bez wielkiej straty przyśpieszyć. Następnie wykonać te czynności.

Np. ja dzisiaj wymieniałem wężyki doprowadzające wodę do kranu w łazience - z uwagi na wilgoć i najczęstsze użytkowanie ze wszystkich punktów. Jestem niemal pewien że w ciągu najbliższych miesięcy któryś strzeliłby, zalewając łazienkę, a może i mieszkanie. Najpewniej podczas któregoś z krótkich 1-dniowych wyjazdów w niedzielę. (Przy okazji można zmienić perlatory na oszczędnościowe - te lepsze są tylko o max. kilkanaście zł lepsze niż te zwykłe.)

Może warto zainwestować w wymianę zamków na lepsze, o lepszym poziomie zabezpieczeń? To także niedawno zrobiłem z dwoma zamkami - jeden z nich już był tak przechodzony, że lubił się przycinać (któregoś dnia nie otworzyłby się w ogóle).

Pomysłów jest dużo - więc zamiast zapijać urlop z kolegami i rodziną hektolitrami wódki - może lepiej zabrać się za męskie sprawy z domu?

Pamiętajcie - 1 złotówka, która pracuje dla nas, choćby w formie innowacji oszczędnościowych jest warta 2 zł zdeponowane w banku, a najpewniej i znacznie więcej.

środa, 14 grudnia 2011

Jak ochronić część kapitału przed kryzysem - #2 - Podwyższenie poziomu zapasów.

Być może nie każdemu spodobała się idea inwestycji w lokal/mieszkanie, lub pomysł inwestycji w fizyczne metale - to pierwsze zdecydowanie nie jest dla każdego - to drugie może być mocno dyskusyjne przy obecnych cenach - jednak zarówno w komentarzach jak i na Domowym Survivalu napisałem o tym, że warto polować na okazje - taka była jak rozumiem idea Survivalisty, który zdradził swój patent na kupno tańszego srebra.

Fajna koleżanka w barwach Argentyny.


Ostatnio mocno i dużo czytałem o kryzysie Argentyńskim sprzed niemal dekady, a także zachowaniu Argentyńczyków wtedy i teraz - lata po kryzysie (Ferfal, blogosfera, wiki). Ci ludzie nie ufają bankom, nie wierzą w pieniądz w formie zapisu elektronicznego. Dla nich liczy się głównie materialne, namacalne dobro.

Generalnie jeśli chodzi o mnie, nie idę aż w taką skrajność, jednak zdecydowanie lepiej się czuję z pieniędzmi w formie zapasów, sprzętu, itp., niż z cyferkami na rachunku bankowym. Wolę także gotówkę i płatności gotówką niż kartę.

W lecie, na urlopie odszedłem od swojego zwyczaju posiadania minimalnego zapasu gotówki i zdałem się na 'plastik'. Po tygodniu posługiwania się kartami płatniczymi miałem nieprzyjemną i żenującą sytuację, że nie mogłem zapłacić za potrzebne mi zakupy. Jednak karta utraciła akurat ważność (przeoczyłem to), z drugą były jakieś problemy i nie mogłem wypłacić pieniędzy. Sytuację opanowałem w ciągu kilku godzin - ale aż mnie chwyciło w dołku - bo co by było gdyby...

Tak czy inaczej osobom, które trzymają swoje skromne oszczędności w banku polecam wypłatę części środków i zwiększenie poziomu zapasów dóbr zużywalnych. Warto aby były to dobra i produkty o zwiększonym terminie przydatności do spożycia oraz takie które rzeczywiście zużywamy (musimy stosować rotację). Produkty chemii domowej, środki czystości, kosmetyki pierwszej potrzeby, produkty spożywcze suche (orzechy, itp.), przetwory, wybrane konserwy, paliwo do samochodu (szczególnie zimowy olej napędowy). Oczywiście to tylko wstępne sugestie.

Trzymanie większej ilości zapasów w domu nie jest szczególnie niebezpieczne, jeśli chodzi o ryzyko włamań - to nie są złote monety i biżuteria, ani inne dobra 'bijące po oczach' nasze otoczenie sąsiedzkie.

Jeśli ostro rypnie, i choćby w części powtórzy się historia z Argentyny - będzie o wiele przyjemniej ze spiżarnią i magazynkiem pełnym zapasów. Jeśli wydarzy się nasze małe SHTF np. utrata źródła dochodów - dobry stan zapasów jest swoistą miękką poduchą, na którą przyjemniej spaść niż na twardą betonową posadzkę.

Jak ochronić część kapitału przed kryzysem?

Takie mądre pytanie zadawałem sobie jeszcze w roku 2008. Nagle sytuacja na rynkach zrobiła się nieciekawa, wśród znajomych oraz w internecie doomerstwo sięgnęło szczytu. Podobnie z resztą jak teraz. I fakt faktem moje oszczędności zaczęły topnieć (patrząc na realną wartość).

Ponieważ jestem posiadaczem mieszkania w bloku podjąłem szybką decyzję - wkładam pieniądze w remont kuchni, jadalni i łazienki. Wyrąbanie do gołych ścian i zrobienie na nowo. Na nowoczesny standard.



Dlaczego?

1. Ceny materiałów budowlanych wciąż były wyrażone w złotówkach i to na poziomie przedkryzysowym.

2. ...tak samo pensja fachowców oraz "perks and bonuses", czyli wódka i piwo dla budowlańców.

3. Trwałość techniczna "starego" wyposażenia była już mocno dyskusyjna - jakiś remont wkrótce i tak byłby konieczny, przynajmniej części instalacji, itp.

4. Mieszkam i używam tego wyposażenia - włożony kapitał jest widoczny tu i teraz, daje mi wygodę tu i teraz, nie są to cyferki na rachunku w banku, albo na koncie maklerskim, które pewnego dnia mogą wyparować.

5. Przy odsprzedaży mieszkania podbija to cenę, poza tym zdecydowanie łatwiej sprzedać "produkt" ładny, czysty, ciekawy, zadbany i w dobrym stanie - wiem to - bo często sprzedaję "coś używanego".

Sposobów na ochronę kapitału poszukamy w najbliższym czasie więcej - od kilku zaskórniaków studenckich, po większe wkłady na lokatach.

P.S. Polecam artykuł http://domowy-survival.pl/2011/12/jak-tanio-kupowac-srebro-w-polsce/, ponieważ jestem zwolennikiem fizycznej inwestycji w metale.

wtorek, 13 grudnia 2011

Konkretny posiłek i biceps Admina

Dzisiaj krótki post w formie dialogu. Szykuję się powoli do treningu i duża chęć pisania jest, ale czasu nie ma.

- Po co sobie kupiłeś ten worek białka? - pyta mnie żona.
- Potrzebne na siłownię - mówię.
- Po co?
- Potrzebuję konkretnych, pożywnych posiłków - a nie jakiegoś Hot Doga koło biura - odpowiadam.


- A co ja ci źle gotuję? - zaczyna wiercić.
- Ależ skąd - pyszniutkie jedzonko - tyle że potrzebuję jeszcze więcej siły i chcę aby coś więcej urosło.
- A nie możesz po prostu chodzić aby chodzić? Dla sportu?
- Mogę, ale chcę np. aby biceps mi trochę jeszcze urósł :) to fajne :)
- To takie samcze i prymitywne - podsumowuje żona.
- Aha, masz rację kochanie... to samcze i prymitywne... - odpowiadam, bo kogo jak kogo, ale swojej Kobiety ściemniać nie będę.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Koty z Rodos

Ostatni post był mocno problemowy, więc dla osłody i na uspokojenie nastrojów napiszę o kotach z Rodos. A właściwie co ja mam pisać o kotach - pokaże te koty. Jak wyspa Rodos wygląda to chyba jasne dla każdego zainteresowanego Grecją - odpalić sobie Google proszę i pooglądać - natomiast to co mnie osobiście uderzyło to obfitość kotów wałęsających się dosłownie wszędzie w hurtowych ilościach.

Jedziemy zatem (po kliknięciu ukaże się większa wersja fotki):






Jak się kiedyś dorobię jakiejś hacjendy to sobie ze dwa - trzy koty kupię. Trzymać zwierzaki w mieszkaniu w bloku, heh, to mi się jakoś nie widzi.

niedziela, 11 grudnia 2011

Drobne oszczędnościowe innowacje.

Innowacja 1.

Kobieta zaczęła do mycia podłóg używać roztworu wody, octu spirytusowego, małej odrobiny octu jabłkowego i cytryny/pomarańczy. Jak to wszystko policzyłem - wychodzi o wiele taniej i jest ekologiczne. Z tą ekologią najważniejsze jest dla mnie to, że nie zasyfia to naszego mikro-środowiska w mieszkaniu zbędną chemią.

Wiem, że już kiedyś ten temat był omawiany - ale ona złapała bakcyla dopiero teraz - a ja szczerze mówiąc nie wałkuje jej na temat różnych patentów - ewentualnie sam coś wdrażam, i tyle.


Innowacja 2.

Zacząłem ostatnio pić mniej napojów gazowanych, a szczególnie lubię toniki. Zamiast tego herbata zielona, zaparzana kilkukrotnie. Jest goryczka którą lubię, jest mniej cukru/syropu kukurydzianego (a ten ostatni to przecież genetycznie modyfikowane łajno nadające się tylko do ścieku - a nie dla ludzi). Ewentualnie także inne herbaty ziołowe.

Innowacja 3.

Zamiast samochodem, czasem podwożę sobie hurtowe zakupy z pobliskiego supermarketu wózkiem sklepowym. Ochrona lub obsługa rzuca co najwyżej okiem i tyle - no bo co - jakby co to kaucję za wózek zapłaciłem, legalne wypożyczenie.

Polska choroba duszy - zawiść i plucie w talerz

Wspominałem już o tym niedawno, ale wrócę do tematu. Wymienione w tytule zachowania są autentycznie jednym z powodów, które mogłyby skłonić mnie do emigracji.

Przyznam też, że po doświadczeniach własnych i opowieściach znajomych, na emigracji starałbym raczej odciąć się od środowiska polskiego, ewentualnie zapoznać środowisko starej emigracji, jeśli w 2-3 pokoleniu "polski charakterek" byłby tam w zaniku. Generalnie starałbym się czym prędzej zintegrować z lokalną społecznością. Nauczenie się języka nie jest dla mnie jakimś szczególnym wyzwaniem, a kontakty z ludźmi przychodzą mi łatwo (bo po prostu ich lubię i jestem ich ciekaw - was - drogich czytelników - także).

W Kraju zauważyłem, że część ludzi sukcesu, prawdziwych ludzi sukcesu, a nie pozerów - stara się raczej w wielu sytuacjach spuścić głowę i przemilczeć swój sukces, na zewnątrz zachować bardzo skromną fasadę i kryć się z wieloma sprawami. To w sumie jest trochę chore, jednak nie jest to wina osób, które coś osiągnęły. Te osoby znają potęgę polskiego piekiełka, bezinteresownej zawiści, rzucania kłód pod nogi i plucia w talerz. A ja lubię się uczyć od lepszych od siebie.


Kiedy przeprowadziłem się w miejsce, gdzie mieszkam obecnie, do rodzinnego małego miasta, nie byłem studentem, który z podkulonym ogonem wrócił do mamusi i tatusia z dużego miasta. Byłem już pewnym siebie przedsiębiorcą (drobnym, ale jednak!), który przyjechał do tego miasta robić biznes i po prostu żyć wygodnie (bez bujania się w korkach po 2h dziennie).

To wielu ludzi bolało i boli nadal - nie chodzi tu przy tym o stan portfela, bo z tym bywało różnie - raz całkiem dobrze, raz bardzo słabo, ale o pewną swobodę i styl życia. Podkładanie mi świni, donosicielstwo i negatywne podejście jest czymś co dotyka mnie do chwili obecnej. Nauczyłem się jednak z tym żyć, a wielu wrogich mi ludzi zamieniłem w przynajmniej neutralnych znajomych, o ile nie życzliwych mi ludzi.

Jasne jest, że pomogło mi w tym nieobnoszenie się z sukcesem na zewnątrz, uwidacznianie problemów (nawet nieistotnych), przypadkowe "puszczenie pary z ust" przy papierosie i wódce z kilkoma "ludźmi z miasta" dot. moich problemów finansowych, nękania mnie przez Urzędy, itp., tak aby wyglądało to znacznie gorzej niż jest. Problemy ze szczylami, które mi rzucały w okna kamieniami i spuszczały powietrze z opon rozwiązałem ujmując się za nimi publicznie w pewnej sprawie ze spółdzielnią. Kiedy rozwaliłem samochód - to przed naprawą postał on sobie trochę przez domem, aby każdy się zdążył opatrzeć i nacieszyć. Wrak ku pokrzepieniu serc.

Jak widzicie umiem z tym w miarę sprawnie żyć, co nie znaczy, że mi się to podoba.

sobota, 10 grudnia 2011

Dobry prezent na Święta - co kupić?

Uważam, że w dobie powszechnego dobrobytu i obfitości dóbr coraz trudniej dobrać prezent na Święta - napiszę przede wszystkim co ja uważam za rozsądne.

Po pierwsze nie mam zbyt wiele przestrzeni w mieszkaniu, więc usilnie staram się je odgracać - w związku z tym ja sam preferuję dostawać prezenty praktyczne, zużywalne - kosmetyki do golenia, perfumy i żele pod prysznic, artykuły do dbania o zęby. Zawsze jestem zadowolony z jakiegoś smakołyku (jestem mało wybredny) lub czegoś do picia.

Nie jestem wielkim amatorem Whiskey i alkoholi wysokoprocentowych, ale powiem szczerze - 100 razy wolałbym dostać w prezencie butelkę Whiskey lub dobrej czystej wódki (można poczęstować przyjaciół, lub zrobić sobie "herbatę z prądem" przy przeziębieniu) niż kolejny pierdołowaty bibelot - który przez lata będzie stał na półce i obrastał kurzem, aby tylko zrobić przyjemność osobie, która go podarowała (a takich bibelotów - złodziei przestrzeni - kurzostworów - zbiera się co nie miara).


Oczywiście szanuję i rozumiem wybór i preferencje wielbicieli bibelotów, rękodzieła i robienia w domu muzeum etnicznego (np. część mojej rodziny), ale ja osobiście mam preferencje odmienne o 180 stopni i satysfakcję czerpię raczej z "wyrzucenia" kolejnego kurzostwora-statuetki lub oddaniu jakiejś książki w dobre ręce niż w gromadzeniu tych dóbr. (Książki preferuję obecnie w formie elektronicznej).

A więc jak dla mnie - praktycznie... przede wszystkim praktycznie. Szczególnie dla mężczyzny. Prawie każdy mężczyzna, którego znam skrzywi się na tomik poezji albo porcelanowe serduszko... ale prawie każdemu zrobi się uśmiech od ucha do ucha na widok sześciopaku dobrej jakości piwa.

piątek, 9 grudnia 2011

Nadchodzą Święta i wielka góra jedzenia...

W bloku od jakiegoś czasu czuję zapachy, mnóstwo zapachów potraw przygotowywanych już na Święta. Całkiem to mądre w sumie - zrobić np. krokiety wcześniej - zamrozić i nie męczyć się w kuchni w czasie Świąt. Moja żona tak właśnie robi.


Jednak co roku nasuwa mi się inne pytanie. Po co ludziom ta góra jedzenia? Ja np. jem bardzo mało, choć często - jem też raczej skromnie niż wymyślnie i wystawnie (np. dziś na śniadanie rolmops z ogórkiem marynowanym, surówka na ciepło, poza oliwą z oliwek - same produkty polskie).

Chodzi o to, że nie zjem więcej niż zazwyczaj, co najwyżej wcisnę coś kurtuazyjnie, choć pewnie i tak trochę zniechęcę sobie rodzinę, nie rozumiejącą do końca, dlaczego nie chce jeść ich ciast (trudno - ciast nie jadam i na chama nie "zeźre").

A skoro nie zjem więcej i inaczej niż zwykle - to może poza kilkoma kulinarnymi atrakcjami i to w małej ilości - po co mi ta "góra żarcia", z której zapewne część dóbr się zmarnuje i trafi do śmietnika?

P.S. Jeśli chodzi o minimalistyczne podejście - zapraszam także tutaj:
http://zabezpieczenie.blogspot.com/2011/12/jak-ochronic-kopaki-przed-kradzieza.html

czwartek, 8 grudnia 2011

Porządek na biurku - część 4 - pokaż się od najlepszej strony

Do tego postu natchnienie dała mi Richmond, która chyba zdziwiła się, że piszę o pożółkłych sprzętach PC, przecież one już odeszły do przeszłości?! No nie do końca, o czym napisali niektórzy komentujący i po namyśle potwierdzam także ja.

Ja także posiadam trochę pożółkłego sprzętu z jednej (wizerunkowej) strony niestety, z drugiej (racjonalnie oszczędnej) na szczęście. Wizerunkowo bowiem to klapa, ale ze strony "sprzętowca" to nobilitacja, że umiem utrzymać stary sprzęt w dobrym stanie i prawdziwej użyteczności.


Jednak w marketingu należy pokazać się od najlepszej strony, nie każdy klient zrozumie przecież wysoką wartość moich umiejętności w związku z utrzymaniem sprawności starego sprzętu, pożółkłego, chociaż czystego (bakteriologicznie).

Dlatego stary sprzęt - np. wciąż rewelacyjne głośniki PC z bajerami (sprzed lat) trzymam w tzw. kantorku (pokój biurowy niedostępny dla klienta), natomiast w biurze reprezentacyjnym trzymam raczej nowszy, lepiej wyglądający sprzęt - i po naszych ostatnich rozmowach rzucę krytycznym, zimnym okiem, czy przypadkiem któryś ze sprzętów w biurach "reprezentacyjnych" nie sprawia wrażenia starego, słabego, itp. i będzie wymiana.

Jak rzucił mi kol. Hubert - nie ma co się oszukiwać i buntować przeciw prawom marketingu - i w sumie po przemyśleniu - czemu nie pokombinować - zapewne kolega miał rację.

Polecam jednocześnie artykuł kolegi z którym ostatnio prowadzę polemikę:
Dla studentów absolwentów i ich pracodawców.

Natomiast w temacie komputerów zapraszam do przeczytania postu z ciekawym przypadkiem czytelnika i moją sugestią rozwiązania problemu: Dlaczego warto mieć system inny niż Windows