środa, 8 lutego 2012

Mentalność pracownika na etacie kontra myślenie przedsiębiorcy.

W poprzednim artykule i w komentarzach czytelników zostały już zauważone pewne różnice w mentalności tych dwóch grup zawodowych. Dzisiaj chciałbym dodać kolejne spostrzeżenia. Oczywiście nie twierdzę, że każdy etatowiec wykazuje się poniższymi cechami, a każdy prywaciarz to rozważny analityk biznesu. To tylko ogólne uśrednione cechy.

Jeśli jesteście etatowcami - nie obrażajcie się na ten artykuł (ja także byłem etatowcem, są nimi członkowie mojej rodziny) - tylko wyciągnijcie wnioski dla własnej korzyści finansowej.

Mój zakład pracy będzie funkcjonował, a moja praca jest pewna - to nic, że hala to tylko żelazna kratownica, blacha i maszyny - które w razie czego korporacja może łatwo rozmontować i wywieźć na Ukrainę. Nie ma powodu do zmartwień.

- Nieumiejętność wnikliwej kalkulacji,
Etatowcy częściej dają się nabierać na niekorzystne umowy typu: pakiet za złotówkę, 6 miesięcy za darmo, itp. Niezbyt często wybiegają myślami do przodu dalej niż na miesiąc lub dwa - jeśli chodzi o globalny wpływ takich umów na finanse. (Nie mówię, że wszystkie umowy za 1 zł są niekorzystne - trzeba je tylko dobrze przeanalizować.)

- Większa skłonność etatowców do zapożyczania się i brania kredytów
Etatowcy w moim otoczeniu są niesamowicie nakręceni na branie kredytów, czasem kilku kredytów na raz. Nie patrzą na sytuację mikro i makroekonomiczną. Nie patrzą na fluktuacje cen. Czują się bezpiecznie z kredytem hipotecznym na wiele lat. Fakt, że w kilku sytuacjach ja nie wziąłem kredytu i wybrałem np. wynajem biura a nie kupno, bądź budowę - stanowił długo przedmiot krytyki wszystkich w rodzinie. Analiza rzeczywistych kosztów, przepływów finansowych i strategii rozwoju to dla nich zupełna abstrakcja. W moim przypadku wynajem (dokładnie 100% tego co chciałem) był po prostu hiper korzystną opcją.
Co się okazało po czasie? Ja nadal mam korzystną sytuację - kilka osób w rodzinie trzęsie portkami z powodu zadłużenia i przeliczenia się z możliwościami.

- Większa konsumpcja
To także charakterystyczne, mam wrażenie, że etatowcy czasem szastają kasą. Łatwiej przychodzi im kupno czegoś zupełnie niepotrzebnego i niepraktycznego, tylko z powodu impulsu.

- Większa beztroska finansowa,
Różne nieprzemyślane decyzje są łatwe ponieważ etatowiec jest pewien, że za miesiąc znów na konto wpłynie wypłata. To pewne jak w banku, jak to że słońce wstaje i zachodzi (moje pytanie: CZYŻBY?)

- Głowa do góry, lekka pogarda dla oszczędzania, zapobiegliwości:
Chociażby jeden przykład - Raczej nie spotkają mnie złe słowa od przedsiębiorców, prywaciarzy, rolników, itp. z tytułu prowadzenia tego bloga - za to często nie jedna złośliwa lub chamska uwaga poszła od etatowca, często etatowca wielkomiejskiego. Młodego, wykształconego i podążającego za modą.
Ale to tylko takie odpychanie psychiczne i reakcja na podświadomy lęk - kogo jak kogo - ale mnie bieda nie spotka - mam pewny etat - niech oszczędzają biedacy.

- Większe ryzyko dramatu rodzinnego po utracie pracy:
1. Częsta nieumiejętność psychicznego pogodzenia się ze stratą pracy: co zrobiłem nie tak, jestem gorszy, zawalił się mój świat.

2. Nieumiejętność finansowego poradzenia sobie ze stratą pracy. Brak odpowiedniego przygotowania, brak rezerw, brak nawyków oszczędzania. Bankructwo, bez pomocy rodzinie z zewnątrz.

To oczywiście nie wszystko... C.D.N.

10 komentarzy:

  1. Apropos postawy "pieniądze będą, bo mam etat" to oprócz przykładu z halą dodałbym jeszcze fakt dynamicznych przemian technologicznych, który to bezpieczeństwo etatu dodatkowo rozwiewa.

    Przykładowo, czytniki ebooków doprowadzą do upadłości wiele drukarni i małych księgarni. Tego typu rzeczy będzie oczywiście więcej i okażą się one bolesne dla nieostrożnych.

    OdpowiedzUsuń
  2. marcin wiesmak

    Gdy byl boom budowlany na swiecie i w Polsce dochody budzetu wzrastały. Udzielalo sie to calej sferze budzetowej.
    Kumpel ( lekarz ) wpierw zapozyczyl sie na samochod 80tys zl pozniej na budowe domu.
    Przecierz lekrarz nie po studiowal 6 lat aby teraz zapierzal za miche ryzu.
    Przyszedl kryzys - ratki za auto wieksze, kobita wlasnie w ciazy, chalupa niewykonczona - pustostan i obciety etat na 1/2

    http://www.youtube.com/watch?v=Ft2xuB5Ps5g&feature=related

    OdpowiedzUsuń
  3. Odnośnie samochodu za 80 tys. i kredytu na niego - są ludzie którzy po prostu boją się kupna samochodu używanego, bez "opieki" salonu, gwarancji, itp.

    Są dealerzy, salony, które sprzedają używki w całkiem dobrym stanie - jasne że trochę drożej niż na giełdzie - ale jest gwarancja - z możliwością przedłużenia do kilku lat, ASO, pełna obsługa.

    Można mieć auto używane 2-3 letnie, wyglądające jak nowe, 50% taniej z full pakietem. Kompletny laik może spać spokojnie.

    I bez kredytu nad głową.

    OdpowiedzUsuń
  4. Notka stara, ale nie mogę się powstrzymać od komentarza. Trochę mnie wkurza dająca się zauwazyć w wielu dyskusjach wojna kredytowców z przeciwnikami kredytów wszelakich i autorytarnie wygłaszane oceny tych drugich na temat inteligencji i racjonalnego myślenia (a raczej ich braku) tych pierwszych. Uważam, że kredyt hipoteczny jest czymś dramatycznie innym, niż beztroskie wydawanie pieniędzy z kolejnych kart kredytowych. Nie każdy miał szczęście odziedziczyć mieszkanie lub środki na jego zakup, jak i nie każdemu pierwsze "własne" mieszkanie fundują rodzice do spółki z teściami. W sytuacji gdy młodzi ludzie chcą się usamodzielnić, zostaje opcja wynajmu lub kredytu hipotecznego właśnie. O wadach zaciągania kredytu nikomu tu nie trzeba opowiadać (choć nie taki diabeł straszny, jak się człowiek na czas przyłoży i w zakresie dostępnym dla zwykłego śmiertelnika pewne zasady i pojęcia przyswoi), jednak warto mieć na uwadze, że wynajem to też nie taka sielanka. Bycie stale na łasce i niełasce właściciela zajmowanego mieszkania, ciągłe przepychanki o drobne naprawy czy remonty, niechęć do inwestowania w gniazdko i związane z tym poczucie, że mieszkamy w byle jak skleconej prowizorce (po co kłaść nowe kafelki, przecież ściany sobie w razie czego nie spakujemy i ze sobą nie zabierzemy, podobnie jak kupione przez nas meble mogą się okazać niefunkcjonalne w nowym lokum), a ponad wszystko świadomość, że pieniądze wydawane na comiesięczny czynsz trafiają do kieszeni właściciela, bez żadnego trwałego pożytku dla nas. Nierzadko wynajem kosztuje nas niemal tyle samo, ile kosztowałaby rata kredytu hipotecznego za mieszkanie w podobnym standardzie i lokalizacji, a w ramach tego co miesiąc kolejne ~0,25m2 staje się naszą własnością.
    Czy czuję się bezpiecznie z moim kredytem? W zasadzie tak. Gdzieś mieszkać trzeba, więc koszt mieszkania trzeba uwzględniać w comiesięcznym budżecie zawsze, bez względu na to czy przez najbliższe 20 lat będę płacić za wynajem, czy ratę kredytu. Ucieczką od tego jest tylko karton w poczekalni dworcowej.

    Żeby się zidentyfikować dodam, że przeszłam drogę od mikroprzedsiębiorcy do etatowca. Decyzja była przemyślana i podjęta pod wpływem konkretnej propozycji. Zmiany w podejściu do finansów u siebie nie zaobserwowałam.

    Blog do ulubionych, pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Faktycznie jest duża doza prawdy w poście. Wiadomo, nie ma co generalizować. Aktualnie jestem etatowcem, zarabiam w sumie mało, ale właśnie, by przyoszczędzić mieszkam z rodzicami, odkładam ile mogę na poczet przyszłego lokum i się zbiera. Wiadomo, nie będzie mnie stać od razu na dom pod miastem, ale kwota rośnie, a w planie mam wyjazd za granicę, by podbudować mocniej budżet. Wiem jedno- czy za te pieniądze kupię kiedyś dom czy zainwestuję w biznes- kapitał (przynajmniej w dużym stopniu) mieć będę. A na co się zdecyduję...to już kwestia decyzji. Piszę to odnośnie niechęci do kredytów. Wiadomo, każdy patrzy wg własnej sytuacji, ale ja np wolę mieszkać z rodzicami jeszcze przez kilka lat i uzbierać na kawalerkę, niż wziąć kredyt. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Z kredytami i etatowcami to jest tak, że.... ja mówiąc, że większość grupy X robi czynność Y nie oznacza, że wszyscy X robią Y.

    Tymczasem pisząc posty często spotykam się z reakcjami - "jak to? Co ty piszesz? Co ty gadasz?" A także często z "obrażaniem się" za poglądy, czego dowód można oglądnąć w niedawnym poście/postach o emigrantach.

    Czasem próżno tłumaczyć. I chyba przestanę to robić.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mysle, ze etat zabija w wielu osobach inicjatywe i myslenie o przyszlosci. Czlowiek spoczywa na laurach, nie uczy sie nowych rzeczy, chodzi do pracy codziennie, wraca z niej i zycie ucieka mu miedzy palcami. Potem okazuje sie, ze pracuje w jednym miejscu wiele lat, nie ma nowych umiejetnosci i dlatego mysl o zmianie pracy czy utrata jest takim wielkim problemem.

    OdpowiedzUsuń
  8. Rzeczywiście, można by powiedzieć, że etat zabija myślenie itp. Ale większość osób uważa, że to właśnie praca na etacie zapewnia nam bezpieczeństwo bo nie korzystali z innych form pracy. Właśnie, dlatego uważam, ze warto spróbować wszystkiego po kolei aby móc samodzielnie wywnioskować co jest dla nas dobre.

    OdpowiedzUsuń
  9. Podbiłem artykuł na 1 pozycję, z uwagi na ciekawy komentarz, który ktoś dodał - natomiast co do podsumowania po czasie, ponawiam jedną myśl:

    Nie wierzę w coś takiego jak pewna praca na etacie.

    Ostatnio w moim rejonie dość duża grupa etatowców pewna swojego zatrudnienia "do emerytury" w rzekomo stabilnym zakładzie trzęsie portkami i to ostro. A miało być tak pięknie - tymczasem na horyzoncie ostre zmiany.

    Większość z nich jest zakredytowana na najbliższe 15-20 lat...

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja mam różne doświadczenia, chociaż jestem etatowcem to miałem możliwość myku w bok do firm prywatnych, jednak jeśli już to wolałbym coś dodatkowego robić niż rezygnować z jako - takiego ale zawsze stałego dochodu, tzn. wypłat bez spóźnień, i na kwitku brutto rzeczywiste a nie 1500 i reszta kasy lewa do ręki bo, jeśli jest dobrze to ok zyskujemy (opodatkowanie zysków nam nie wchodzi) ale jak jest źle to brak udokumentowania działa na naszą niekorzyść. A z moich doświadczeń tak właśnie jest u większości przedsiębiorców, chyba że sami prowadzimy firmę.

    Wiem też jakie przeboje żona miała sklepy, salony kosmetyczne – tu nawet jeden mogliśmy przejąć no ale..! to było wszystko mocno zadłużone.

    Na etacie łatwiej też zaplanować swój własny czas, wiadomo kiedy do pracy ile godzin i chociaż taka praca często prowadzi do swego rodzaju zgnuśnienia, odbębnienia swojego :) to reszta doby należy tylko i wyłącznie do nas, na hobby, majsterkowanie, pracy do domu nie zabieramy, nikt nam telefonami po godzinach głowy nie zawraca itd. - chociaż to może kwestia asertywności?

    Osobiście jedyne kredyty jakie biorę to z PKZP i ewentualnie konsumpcyjne gdzie staram się zmieścić w 12mc spłaty. Tak właśnie buduję dom. Jak wszystko przekalkulowałem wyszło najtaniej jednak będzie to trwało zapewne kilku lat zanim się wprowadzę. Coś za coś.

    Koszty jakie odpadają to odsetki za kredyt hipotetyczny i robocizna (co się da robimy pomału sami), przy pożyczce jednak ekipy byłaby niezbędne. Wszystko zapisuję w zeszycie:) przy takim systemie finalna cena budowy domu może spaść nawet o 2/3 :)

    OdpowiedzUsuń