czwartek, 16 lutego 2012

Praca w domu. Życzliwa rodzina - zmora freelancera..

W poprzednim poście o pracy jako wolny strzelec z bazą w domowych pieleszach napisałem o zgryźliwych tekstach najbliższych pod adresem naszej nowej pracy i naszego trybu życia. Cóż, może te teksty to taki trening wytrzymałości psychicznej - ona się naprawdę przyda w pracy na własny rozrachunek. Problemem są raczej naprawdę długotrwałe pełzające konflikty, niechęć i zrażanie sobie kolejnych bliskich (etatowców) wywoływane poprzez ich zetknięcie się z naszym nowym trybem życia.


Nasi bliscy i przyjaciele w poważnych rozmowach w końcu przyznają nam racje, akceptują fakt, że pracujemy i żyjemy inaczej, że nie wolno nam przeszkadzać w pracy, przychodzić z zaskoczenia, itp. Tyle że oczywiście ta akceptacja i zrozumienie albo trwa max. kilka dni, albo nie dotyczy ich samych, albo jedno i drugie.

Oto kolejne reakcje rozumiejącej matki, ojca, wujka, cioci, kuzynki, siostry, przyjaciół:

- Ja wiem, że pracujesz ale to przecież ja - nikt obcy.

- Daj spokój, przecież jesteś w domu, zajmę ci tylko 5 minut.

- Ale ja jestem już teraz prawie pod twoimi drzwiami, no chyba poczęstujesz mnie kawą.

- No bez przesady! Co ty chłopie masz w dowodzie osobistym!? Koń! No bo tylko klapki na oczy i do roboty! Choć na piwo w końcu, kiedy normalni ludzie po pracy odpoczywają.


Długotrwałe BAM! BAM! BAM! do drzwi! a potem siarczysta " - K**A MAĆ" i ten stłumiony, ale słyszalny komentarz na korytarzu " - Co ten ch*j sobie wyobraża - przeciez wiem, że siedzi w domu!" A kiedy odłączyłeś się w końcu od matrix'a i wyszedłeś: "No cześć, jak miło cię widzieć, to tylko ja, wpadłem dosłownie na minutkę, bo wiesz, byłem w sąsiedztwie."

Bo przecież ty jesteś W DOMU!
Dla wszystkich bliskich ty jesteś w domu! Nie w pracy! Nie w biurze! W DOMU! Co więcej jesteś tam i pracujesz w porach, kiedy cała reszta jest po pracy i zajmuje się załatwianiem drobnych codziennych spraw, zakupami, życiem społeczno, rodzinno, towarzyskim. A więc obowiązuje cie rodzinna lojalność, tradycyjna polska gościnność, obowiązek pomocy rodzinie. Łamiesz ten schemat - robisz sobie wrogów wśród bliskich. Pokazujesz, że jesteś on nich ważniejszy, że nie masz zamiaru ich gościć, gdy oni chcą, nie masz czasu na ich drobne - ale arcyważne sprawy... Robienie sobie wrogów wśród rodziny nie wychodzi na dobre. I to jest fakt.

Jak się ten cały temat ma do wyprowadzki na wieś / do mniejszego miasta / na prowincje?
Od tego w końcu wyszedł temat. Otóż rzucamy metropolię i zanurzamy się w prowincjonalnej sielance - tyle że na prowincji trzeba zarobić, choćby pracą w domu! A jakże często przeprowadzamy się na prowincję/wieś gdzie w pobliżu jest dalsza lub bliższa rodzina. I raźniej, i łatwiej, i bezpieczniej. Hmm, może nie zawsze łatwiej...

21 komentarzy:

  1. Hm.. wydaje mi sie, ze to nie jest kwestia mentalnosci etatowiec-nieetatowiec a po prostu zwyklej kultury.

    W innych krajach (np. USA ale tez i innych anglosaskich) tego typu zachowanie - tj. przychodzenie BEZ uprzedzenia odbiera sie jako zwykle hamstwo. Ludzie zwykle cenia czas swoj i czas innych - niezapowiedzianym sie NIE przychodzi. A nawet jesli komus sie zdarzy, nikt sie nie obraza na to, ze powiemy "przepraszam, ale jestem teraz zajety, wpadnij wtedy-i-wtedy albo 'przepraszam ale teraz nie moge rozmawiac przez telefon'.
    To jest NORMALNE i dotyczy WSZYSTKICH niezaleznie od sposobu zarobkowania.

    OdpowiedzUsuń
  2. W krajach anglosaskich też jest powiedzonko: "When in Rome, do as the Romans do."

    Tak więc odmawiając tradycyjnej polskiej i bezwarunkowej gościnności w obrębie własnej rodziny - to ja jestem chamem.

    A nasza mentalność zmienia się powoli, szczególnie poza metropolią.

    Co więcej - nie tylko chodzi to u rodzinę - to powszechne u ludzi, u klientów, itp.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hehe, czytając się uśmiałam.
    Rodzinę i znajomych się wychowuje - do mnie prawie nikt nie przychodzi bez zapowiedzi (listonosz i sąsiadka z awarią to wyjątki ;P). Wpadnięcie do kogoś bez zapowiedzi to po prostu nieuprzejmość lub coś zarezerwowane na nagłe wypadki a nie piwo z kolegami ;) Jakoś moi goście nie mieli z tym problemu, więc nie rozumiem co ma do nieuprzejmości brak bezwarunkowej gościnności (która jest sama w sobie nadużyciem)? Idąc do kogoś, wchodzisz na jego teren - więc graj wg jego zasad.

    OdpowiedzUsuń
  4. Hehe, szczesliwie mnie nikt nie nawiedza bez uprzdzenia. Wlasciwie to nawet z uprzedzeniem jest ciezko, bo kazdy wybiera sie jak sojka za morze.
    Juz w Polsce wytresowalam wszystkich i nie otwieralam drzwi jesli ktos nie umowil sie wczesniej. W koncu moze mnie nie byc w domu, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  5. Widzę, że post odświeżony...

    Ostatnio znajomy opisał jak pozbył się natrętów i zawracania gitary(przedsiębiorca-usługi) ma na to patent, a już zwłaszcza na wieczne zawracanie głowy wg zasady "przecież nie jestem obcy, przyjacielowi/rodzinie nie pomożesz?". Wychował sobie otoczenie dopiero w momencie, kiedy przełożył im swoją pracę na godzinę i zarobki od klientów.
    Nawet bardzo życzliwie i z dużym rabatem (po kosztach), cena "wizyt" okazała się dla 99% zaporowa. Co tam sobie pomyślą, inna kwestia, bo na idiotów nie ma rady.

    Smutne, w sumie, że dopiero uświadomienie ludziom wokół, ile kosztuje czas człowieka (w sensie: ich kosztuje), pozwala im stać się kims kogo oczekujemy, kto nie włazi z butami do drugiego i jeszcze awanturuje się, że nam to się nie podoba...

    OdpowiedzUsuń
  6. Od lat naciągam się z niezapowiedzianymi wizytami z serii:
    -" tak sobie pomyślałam, że wpadnę na chwilę",
    -"zobaczyłem światło w oknie, więc jestem"
    -"autobus mam dopiero za 25 minut"
    -"tak sobie spaceruję, więc wpadłem na kawkę/po drodze/ bo zimno/ bo przechodziłem....."
    A ja połowę robótek wykonuję w domu, przy klawiaturze.
    Mieszkam na końcu końca "Polski B".
    Na moje nieszczęście - w centrum miasta, przy głównej, "strategicznej"ulicy.
    Nie pomogą obliczenia, wyjaśnienia, prośby...Nie pomogło siedzenie po ciemku,kłamstwa, dyplomacja....Nic!!!
    Tu, na końcu świata, to nie działa.
    Od kilkunastu lat walczę z wiatrakami.Jedyne, co udało się osiągnąć to etykietka szaleńca niegościnnego.
    Są jednak jeszcze inne metody, których nie wypróbowałam.
    Znajomy rozwiązał problem otwierając natrętom drzwi...w stroju Adama...mnie jeszcze trochę brak odwagi...ale kto wie, do czego prowadzi desperacja?;))))al.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nic dodać nic ująć , jeszcze dużo czasu upłynie zanim zmieni się mentalność ludzi i kulturowe przyzwyczajenia .... tworzenie biznesu w "zaciszach" domu to specyficzny i nadludzki wysiłek wymagający ogromnej organizacji , cierpliwości i determinacji

      Usuń
    2. Właśnie!!!!
      Nie chodzi nawet chyba o samo tworzenie biura w domu.
      Wydaje mi się , że problem tkwi (zwłaszcza u nas, na "końcu końca Polski"; )wyłącznie w mentalności ludzi.
      Tu człowiek nie ma prawa do decydowania o tym, czy wpuścić łomoczącego do bram intruza...czy dać sobie prawo do pracy, odpoczynku....do czegokolwiek, co ma się właśnie ochotę czynić we własnych murach.
      Trudno się spodziewać , że ktokolwiek uszanuje pracę wykonywaną przeze mnie w domu, skoro nie potrafi uszanować mojego wolnego czasu.
      Pociesza mnie jednak fakt, że do dzisiaj sądziłam, iż jestem jedynym na świecie egzemplarzem przeciwnym instytucji domostw otwartych....a tu proszę!AL.
      p.s.
      Polecam scenę z filmu "Starsza pani musi zniknąć", w której Aleks tłumaczy pani Connelly, że praca
      w domu....TO PRACA!!!!Ech....samo życie.

      Usuń
    3. pozostaje jeszcze taka kwestia, czy intruzom przychodzącym bez zapowiedzi wyjaśniłaś wprost o co chodzi

      czy próbujesz załatwić sprawę półsłówkami i niuansami

      u mnie mimo szczerego stawiania sprawy, proszenia... co ja mówię.... błagania bliskiej rodziny o zapowiadanie się (z doładowywaniem im telefonów by nie szkoda im było tych kilkunastu groszy na tel.) wychodziła jedna wielka kicha i konflikt... który w postaci skrytej, pełzającej wojny trwa do dziś

      Usuń
    4. He, he, he....
      Zgadza się.
      To pełza, pączkuje,narasta.
      A to dlatego, że zarówno błagania jak i szczere rozmowy są w takich sytuacjach całkowicie jałowe.ONI po prostu tego nie łapią.
      Jedyną skuteczną metodą byłby zwierzęcy wrzask z głębi trzewiów. Na przykład - w stylu:
      "wyyyyyypierrr****ć mi stąd q****a!!!!!!"
      lub coś równie szczerego ;))
      Ale tego nie zrobimy.
      Nie będziemy zaniżać poziomu.Tym bardziej, że znamy efekt ostateczny.
      Dobrą ( wypróbowałam ) metodą jest odcięcie natrętom dostępu do karmnika.Nic, tylko słone paluszki i woda źródlana.
      Trzeba zwalczyć w sobie odruch "czem chata bogata".W końcu uschną i odpadną.
      Ale to trudne, bo tu ,u nas, w Polsce B, jest on odruchem bezwarunkowym.
      Można też , w celach obronnych, przeszkolić potomstwo (jeśli się je posiada) przyucząjąc do recytowania gładkich formułek w stylu: "mama śpi","mama ma 43 stopnie gorączki","mama nałożyła maseczkę, którą musi trzymać na twarzy do jutra", "mama już trzecią godzinę gawędzi przez telefon z narzeczonym/babcią/przyjaciółką"...
      Można, ale to wysoce ryzykowne .
      I w dodatku nieetyczne.
      Natręt zawsze może się wcisnąć pod pretekstem niesienia pomocy chorej matce.
      A dzieci zaczną biegle posługiwać się kłamstwem!
      Moim zdaniem innego wyjścia niż NIEOTWIERANIE na tak zwanego BEZCZELA...nie ma.
      Niech widzą światło.
      Łomoczą.
      Przykładają małżowiny do wrót.
      Wytrzymasz.
      Al.

      Usuń
    5. ja na stałe odłączyłem domofon nie informując bliskich

      niestety wyczaili w końcu patent dzwoniąc do sąsiadów

      i bam... bam...

      niestety jestem typem, który ma wpojoną lojalność względem rodziny, więc jest to także jakaś walka wewnętrzna - odmówisz widząc matkę w wizjerze już pod samymi drzwiami?

      najśmieszniejsze jest ZA KAŻDYM RAZEM proszenie o zadzwonienie przed wizytą, że to nie jest oznaka poniżenia się, proszenia się, bycia gorszym, itp... tylko bardzo przydatna rzecz, bez podwójnego znaczenia emocjonalno-hierrchicznego, która ułatwi mi życie i pracę...

      za każdym razem!

      i na nic!

      Usuń
    6. Al. z konca końca Polski B:

      Matkę mam wyedukowaną.
      Dostała klucze -ale nie wszystkie.Kiedy jest na mojej orbicie, a nie anonsowała przybycia - układ jest czyty i jasny.
      Wchodzi sama.Widzi, że jestem ale mnie nie ma.Ja robię swoje i nawet czasem nie podnosze głowy.Ona parzy kawę(czasem i dla mnie),czyta sobie ogłoszenia w kablówce(przeprowadziła się za miasto, więc kablówy juz nie ma, he, he....przemyśl przeprowadzkę!!!!).Potem znika.
      Bezcenne, nie? ;)))

      Usuń
    7. no to, wyobraź sobie, że z drugą połową robicie co nieco w łóżku, a właściwie (szczęśliwym trafem) jesteście tuż po, a tu mamusia wchodzi do mieszkania...

      ...bo ma klucze

      życie... :>

      Usuń
    8. Al.(icjusz) z końca końca Polski B

      He, he....moja propzycja to opcja dla mieszkajacych solo, ewentualnie -only z potomstwem. W innym razie matka pada na progu rażona apopleksją.
      Nota bene-wspomniałam ze zestaw kluczy-niekompletny!Na wszelki wypadek;))))
      A serio?
      Uważam, że nie ma szans na wytresowanie natrętów.
      Jedyną metodą, jak wspomniałam wyżej, jest opcja -"nieotwieranie na bezczela".
      Inne wyjścia-praca w nocy lub nad ranem.
      Nie oszukujmy sie -nikt nie szanuje naszego czasu, jeżeli nie szanujemy go sami.Pomimo , ze mamy nowe stulecie, większosc ludzi nadal nie rozumie zagadnienia pracy w zaciszu domowym.

      Usuń
  7. Owszem, odświeżyłem temat, bo przychodzi na niego 'tematyczna' kolej - poza tym jest zawsze aktualny.

    Ja obecnie mam rodzinę wychowaną w 100% co do wpadania bez zapowiedzi - jednak zostało to okupione dużym kosztem psychologicznym i finansowym.

    1. psychologiczny - etykieta złego syna, brata, siostrzeńca, kolegi, itp., powracające użeranie się i niesmak (oni NIGDY nie zaakceptują tego hmm z przekonaniem).

    2. finansowy - wynajęcie zewnętrznych biur, choć czasem jeszcze siedzę i załatwiam sprawy w domu (w planach wyniesienie się na 99% z kompem i pracą z domu)

    Jednak nawet bez biura w domu, poza niedzielą nie mam czasu na wizyty i gościny, trzeba przygotować się do pracy, zjeść, itp. Klient będzie na 15.30 więc o 15.00 nie ma czasu na ciasto i kawę z gościem - trzeba się przygotować do wyjścia.

    Na sprawy towarzyskie mam jedynie sobotę wieczór (i to nie zawsze) oraz większość niedzieli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie by zwisały takie etykiety... często mamy odmienne zdania. Przez prawie 30 lat życia w zaplotkowanej wsi nauczyłam się pewnej bezwzględności, czy też bardziej prawidłowe byłoby określenie że wieś nauczyła mnie przymusem.
      Zaczynając swoją pracę zawodową miałam więc pewne oczekiwania wobec otoczenia którym nie pozwoliłam upaść, obojętnie gdzie mieszkałam... bo co mi kiepskiej etykiecie u innych, jak ja mam o nich jeszcze gorszą?

      Miałam gorsze o ludziach (etykietki) - członkach rodziny, o ich rozumie (jakim idiotą trzeba być, by nie zrozumieć jasno i głośno postawionej sprawy: przeszkadzasz mi w pracy, nie mogę zarabiać na chleb i podejmowanie ciebie kawką, przyjdź proszę wieczorem jak nie będę pracować lub umów się wcześniej) i braku szacunku do mnie jako członka rodziny (nawet kretyn może przez szacunek do kogoś respektować zasadę której nie rozumie). Żadne tłumaczenie sobie dobrymi intencjami, brakiem złem woli tu nie pomoże, nie bez powodu mówią że tym piekło jest wybrukowane.

      Trochę bezwzględnie to z boku wygląda, ale wolę wrócić na tarczy niż pod nią...
      Swoją drogą, jesteś jednym z niewielu

      Usuń
    2. a jednak z rodziną najbliższą: ojcem i matką, rodzeństwem trudno tak walczyć nieustannie

      jak pisałem, oni rozumieją, doskonale to wiedzą - ale ich racja jest ważniejsza od mojej - dam przykład z przeszłości

      np. mam BEZWZGLĘDNIE zawieść moją matkę do kościoła i na groby bliskich 30 km dalej, mimo że jest to dzień tygodnia, gdzie mam pracę do wykonania (ale przecież ja siedzę w domu, i co za problem zrobić zlecenie wieczorem!!! matka nie zaakceptuje tego! dla matki trzeba przełożyć plany)


      to są RODZICE, świętość i ja się mam PODPORZĄDKOWAĆ!


      Zapowiadać się przed wizytą jest dla moich drogich rodziców potwarzą. Przecież oni nie są obcy!

      Zatem mam BEZWZGLĘDNIE ugościć, kiedy szanowni rodzice są przypadkiem okolicy i zachce im się herbatkę wypić!

      Oczywiście także jestem bezwzględny, NIGDY się nie podporządkuję, raczej nie przyjmę bez zapowiedzi (raczej! a jeśli już pokazuję od początku do końca wyraźną dezaprobatę co do wizyty i niechęć do przeszkadzania mi) i pełzająca wojna podjazdowa trwa do chwili obecnej.

      Oczywiście to co pisze to moja przeszłość przez kilka lat - teraz jest o niebo łatwiej - kiedy większość dnia siedzę w wynajętym, zewnętrznym biurze - tam nigdy nie przyszło do głowy rodzinie mnie nachodzić - tam to JEST PRACA, nie dom, a w pracy się przecież nie przeszkadza, nie wypada!

      Usuń
    3. aha, ja nie jestem jedynym analogicznym przykładem w gronie znajomych freelancerów, odświeżone posty są AUTENTYCZNIE kompilacją doświadczeń moich, oraz innych osób

      Jak bodajże pisałem: ojciec wchodzi do domu (zona wpuściła) i do pokoju znajomego informatyka - i na wieść o tym, że ten teraz nie może przerwać pracy - krzyczy: Co ty mi k**wa pie***lisz, jaka praca? Przecież widzę, że tylko dupą fotel grzejesz przed komputerem! Ojcu własnemu nie pomożesz?! Noż ku**wa mać!

      Usuń
  8. Bo rodzice to pokolenie, które nie kuma.
    Moi traktują komputer rozrywkowo.
    Za to młodzi ludzie , zwłaszcza dzieciaki, wiedzą, że jak siedzisz przed ekranem , to Cię nie ma .Z autopsji.
    Dla starszych - praca to nie siedzenie w domu nad klawiatrurą, ale ploty przy biurku, stukot maszyny do pisania i kawa parzona w szklance:)Al.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I żadne tłumaczenie tego wewnętrznego przekonania nie zmieni :)

      Ich prawda:

      dom to nie praca
      komputer w domu = głupia rozrywka małolata i pierdoły

      praca to biuro, 8h, szef który miesza cię z błotem, kawa+dobre koleżanki, obrabianie dupy + złe koleżanki, za mała pensja, nadgodziny, narzekanie...

      Usuń
  9. Al(icjusz) z końca końca Polski B

    He, he... przed dwoma dniami sądziłam, że moje poglądy są mocno niszowe!
    Evviva NET!

    Poza radosnym tym odkryciem nasuwa mi sie kolejny wątek do rozważenia-praca na etacie (w chacie) po etacie.Czyli nadal coś o pracy w domu, tyle, że z innej strony.

    Czy gdyby nasze matki i babki trochę powojowały - dzisiaj praca kobiet w domu(czarna robota odwalana po godzinach roboty etatowej albo praca w domu jako jedyne zajęcie życiowe) byłaby jakoś wynagradzana?
    Jakie możliwości gromadzenia kapitału/oszczędzania ma kurka domowa?Przecież...praca w domu to ściema, nie?;)

    OdpowiedzUsuń