sobota, 11 lutego 2012

Przeprowadzka na wieś - następne przemyślenia.

Z ostatniego posta (tutaj), jak i waszych komentarzy na dawniejszych wpisach na blogu wyłania się coraz ciekawszy obraz przeprowadzki na wieś. Także zapraszam do dalszego komentowania, a tymczasem kilka kolejnych przemyśleń.


Transport i komunikacja
To jest problem. Na wsi na której często pomieszkiwałem był przystanek PKS i co najmniej kilka autobusów dziennie w obie strony. W miarę łatwy dojazd do miasteczka. Dało się nawet wcześnie rano wyjechać do dużego miasta 100km dalej i wrócić wieczorem. Jednak jak na warunki wiejskie to był luksus. Bywałem na wakacjach w miejscach, gdzie co prawda słyszano taki skrót jak PKS, ale lokowano to mentalnie gdzieś w okolicach USA, FBI oraz UFO. Kiedy dorobiłem się samochodu - problem komunikacji zniknął (ale co jeśli nagle popsuje się samochód!?). Te sprawy należy przed wyprowadzką na wieś dobrze przemyśleć.

Psychologia i mentalność
Koleżanka w komentarzach pisze: "...nie wywyższam się, nie okazuję pogardy dla miejscowych, jestem miła, uprzejma i pomocna, ale się nie spoufalam..." Nie dla wszystkich mieszczuchów taka reguła - z która się zgadzam - jest oczywista. Widziałem nie jednego mieszczucha popełniającego błędy w kontaktach z miejscowymi, za czym szły konflikty i niemiłe konsekwencje. W dużym mieście możemy być szpanerami, megalomanami, zarozumialcami i jakoś da się żyć - z takim podejściem na wsi trudniej.

Kolejna sprawa jest taka, że są naprawdę różne wsie. Różne regiony kraju. Różne mentalności regionalne. Na obcość miastowy-miejscowy mogą nałożyć się także relacje typu Ślązak-Warszawiak, Wielkopolanin-Kresowiak, itp. i wtedy bywa wesoło.

W tym samym rejonie mogą być obok siebie dwie wsie, zupełnie różne "mentalnościowo", a nawet wojujące ze sobą. Jedna wieś dajmy na to będzie "poPGRowska", a druga "gospodarska", jedna zasiedlona 4 pokolenia temu przez repatriantów spod Lwowa, a druga, sąsiednia przez osiedleńców z Wielkopolski.

Mozaika relacji bywa ciekawa (ale nie zawsze wesoła).

Naciągane wyobrażania miastowych.
Choćby to: "...jest wspaniale uwielbiam tam jechać, wyłączyć się i nie myśleć o mieście, biegać na boso..." Jasne, biegać na boso na wsi - pewnie do chwili, aż sobie miastowa naiwniaczka nie przebije stopy pordzewiałym gwoździem, szkłem, starym drutem kolczastym, którego resztki rzucił ktoś w trawę!


Zwierzęta robią kupy, o czym zapomina miastowy. Na wsi, wśród zabudowań, gdzie jeszcze są w użytku chlewy i obory, w piękne letnie dni po prostu śmierdzi, kiszonka i gnojowica capi tak, że powietrze można kroić.

Jedni ludzie kupili sobie działkę budowlaną na wsi. Kupili ją w zimie, urlopy, ferie. Chlewiki i obórki były raczej zamknięte, wiatr raczej północny.

Wielkie zdziwienie i szok przyszły na wiosnę, kiedy chlewy były otwarte na oścież, a wiatr tym razem wiał raczej z zachodu. Od zabudowań... :P

Na wsi jednak nie żyje się "identycznie jak w mieście tylko z większym ogródkiem":),

20 komentarzy:

  1. :-))) To znowu ja :-)))
    Mnie się żyje, "jak w mieście tylko z większym ogródkiem", bo tak się po prostu urządziłam, z dala od sąsiadów i upierdliwych działalności, typu chlewiki, tartaki. Osiedleńcy mają wpływ na to, gdzie się lokują. Mają wybór. Wyboru nie mają ci, co dziedziczą domy na wsi i ja to rozumiem.

    Komunikacja- masz rację- PKS jest równoznaczne z UFO. Jeśli popsuje się auto, zostaje rower, albo własne nóżki. Obecnie jestem na etapie (po ostatniej awarii auta) szukania motoroweru, bo na rower nie mam już zdrowia.
    U mnie można biegać na boso, nawiasem mówiąc.

    Nie znamy tu pojęcia wojowania ze sobą wsi ze względu na pochodzenie. W dolnośląskim osiedlali się ludzie z różnych stron kraju, każdy był napływowy. Nigdy nie słyszałam w domu o żadnych uprzedzeniach pod względem pochodzenia i nie spotkałam się z tym tutaj na wsi. W naszej okolicy są repatrianci z terenów byłej Jugosławii, mieszkają też Grecy, Łemkowie. Wszyscy są normalnie traktowani, a czy ktoś kogoś lubi, czy nie, zależy od charakteru, nie od pochodzenia. Czy moja wieś i okolica jest wyjątkowa? Wątpię. Co nie znaczy, że nie bywają na wsi takie klimaty, jakie opisujesz.

    OdpowiedzUsuń
  2. oj jest to wojowanie, albo i konkurencja przynajmniej, choć rzeczywiście w naszych okolicach jakby mniej

    no ok, może jakieś fronty istnieją mniej więcej choćby na linii gdzie z przystanków na wsiach znikają napisy Zagłębie Lubin a pojawiają się Śląsk Wrocław

    pracowałem na takim "pograniczu" chwilę to wiem

    młodzi się tłuką na dyskotekach o honor, o dziewczyny, tych z PGRu się nie lubi, itp. :)

    no ale jak sama piszesz - tam gdzie mieszkasz klimat ci pasował :) no to na pewno jest ok :)

    OdpowiedzUsuń
  3. co do szukania motoroweru to pomyślcie z Chłopem o rowerze/skuterze elektrycznym do 250W, nie musisz rejestrować, płacić ubezpieczenia, ubierać kasku, jazda jeszcze tańsza niż na motorowerze

    jeździłem - jeździ się fajnie

    OdpowiedzUsuń
  4. Fakt, nie chodzę na mecze, ani na dyskoteki, zatem tego typu zachowania są mi obce, nie dostrzegam ich. Z wychowania w kręgu muzyki rockowej wyniosłam między innymi tolerancję. Ale nienawiść wzajemna to nie jest domena wsi. W miastach na osiedlach jest więcej agresji, bo ktoś jest blokersem, inny skinem, a trzeci punkiem. Z tym się kiedyś zetknęłam, zatem kręcenia nosem, bo ktoś jest z Podlasia, a inny ze Śląska po prostu nie dostrzegam.
    Klimat głównie stworzyłam sobie sama, potrzebowałam tylko znaleźć odpowiednie ku temu miejsce. Moja wieś jest naprawdę przeciętna, a nie jakaś wyjątkowa.

    OdpowiedzUsuń
  5. Co do motoroweru, to myślałam o skuterze, ale doszliśmy do wniosku, że rozsądniej, taniej i bardziej racjonalnie będzie, jak nabędziemy coś, co Chłop będzie potrafił naprawić młotkiem :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. No, nie wiem czy tu, czy w kolejnym poście poruszę jeszcze temat religijności (Kościół, proboszcz, problemowa praca w niedziele, itp.) bo z tym się także zetknąłem.

    Wydaje mi się, że w mieszanej etnicznie okolicy jest odrobinę lżejsze napięcie religijne - ale jest.

    OdpowiedzUsuń
  7. jeśli kupicie elektryka na standardowych, prostych akumulatorach - to Chłop będzie mógł pojechać do miasteczka po kabel, akumulatory do motocykla, itp. i poskręcać co trzeba sam w razie kłopotu

    jeśli kupicie najnowszy hi-tech litowo jonowy z elektroniką - jesteście skazani na serwis i drogie części

    OdpowiedzUsuń
  8. Na pewno nie kupimy jakiegoś nowego, bo jak mawia pewien filozof spod naszej biedronki: "tu nie chodzi o szpan, tylko o to, aby dojechać z punktu a do punktu b" :-)
    Co do religijności. To bardzo ciekawy i złożony temat, warty osobnego posta. Chętnie podzielę się swoimi spostrzeżeniami, jeśli będę miała okazję.

    OdpowiedzUsuń
  9. Na pewno nie będzie tu z mojej strony złożonych analiz i umoralniania, a jedynie przedstawienie problemu i różnic w mentalności mieszczucha i miejscowego.

    Wspomnę tylko, że dla mnie praca fizyczna jest odskocznią i relaksem - a nie pracą zarobkową.

    Dla miejscowych (i części mojej rodziny, co tu gadać) praca w niedziele, np w ogródku to herezja i obraza moralności.

    OdpowiedzUsuń
  10. Tak naprawdę mieszczuch nie chce poznać wsi jako wsi z gospodarstwem, tylko uciec od zgiełku miastowego, na osiedla na przedmieściach z dużymi ogrodami basenami itp. nazywając to mianem wsi, (a między tymi wypasionymi Chalupkami gdzieś jakieś coraz mniej liczne gospodarstwa mogą się znaleźć). Ale żeby trzymać na podwórku kury, kaczki, o krowie nie wspominając, to jest nie do pomyślenia! Co najwyżej może taki mieszczuch udać się do jakiegoś gospodarstwa po świeże jajeczka tudzież mleko i napawać się ekologicznym jedzeniem. Ogórek warzywny jeszcze owszem ale tez w coraz mniej licznych przypadkach. Oczywiście wszystko w zależności od regionu, ja w swojej okolicy widzę to dokładnie tak.

    Od przyszłego roku zamierzam się wyprowadzić na wieś, (ale taką prawdziwą z gospodarstwem) fakt że trochę mnie to przeraża jako typowego też mieszczucha, ale widzę w tym potencjał.
    Jednak gdy widzę reakcje koleżanek, że gdzie ja pójdę "do kur, o matko feee ", to bierze mnie politowanie dla nich i sposobu myślenia o życiu (bo mięso i jajka im gotowe z lodówki wyskakują).

    OdpowiedzUsuń
  11. No ja przyznam się, że w docelowo planowanej wyprowadzce także się raczej ograniczę z produkcją zwierzęcą - zwierząt nie zostawisz przy wyjeździe - a jeżdżę dużo i daleko - chyba, że jakoś dogadam się z sąsiadami co do pomocy.

    Marzą mi się króliki (jak w dzieciństwie z Dziadkiem)

    Ale chciałbym mieć rzeczywiście produktywny ogród, przynoszący zysk, choćby w postaci dobrych warzyw/owoców, a nie trawnik z basenem.

    Oczywiście kwestia kasy pozostaje, ale jak mówią - chcieć to móc.

    OdpowiedzUsuń
  12. Co do tego PKS'u to ostatnio częściej widzę UFO :) PKS leży i kwiczy i praktycznie nie istnieje. Mam to szczęście że mieszkam na ruchliwej trasie więc mam kilku "busiarzy" choć i tak zależy od kierunku.
    Wieś się zmienia, im większa tym szybciej. Znikają alergie na przyjezdnych, no chyba że robią bydło to wtedy nie ma zmiłuj :) Porządek musi być!
    Co do "zapachów" to tak naprawdę jedyny problem to ta gnojowica i tylko z hodowli świń. Reszta to pikuś.
    P.S. Ta pani od dojenia jest super :P

    OdpowiedzUsuń
  13. To jeszcze zależy gdzie. Na niektórych, co dynamiczniejszych, wsiach ludzie rozumieją, że przyjezdni to często więcej okazji do zarobienia (np. jak taki otworzy na wsi jakiś zakład, albo da prace/zlecenia, itp.)

    A bydło jest wszędzie, i masz racje, nie ma zmiłuj!

    P.S. Pani jest fajna, fakt, i na pewno dobrze doi :P

    OdpowiedzUsuń
  14. P.S.#2 Dobrze, że nasze żony nie widzą tych komentarzy :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Widzą widzą! Musimy odbyć poważną rozmowę na ten temat.

    OdpowiedzUsuń
  16. a do autobusu miałam sześć kilosów :DDDDDDDDD
    Ot tak sobie komentuję bo zgdazdam sie z tym, że ci co się na wieś przeprowadzaja i propaguja beztroskie życie wiejskie na bloga i w gazetach to taka utopia, to jest zupełnie inny świat. A ja szukam drugiego domu na wsi (teraz też mieszkam na wsi - a pracuję w mieście), żeby kiedyś wyjechać i się przeprowadzić i mieć daleko do lekarza i daleko do sklepu :DDDDDDDDDD wiem co piszę, tak mieszkałam i się tego nie boję :DDDDDDDDD Tylko, że takich wsi już nie ma :(
    Pozdrawiam wszystkich ciepło

    OdpowiedzUsuń
  17. marcin wiesmak

    Ehhh miedzy wioskowymi wojnami moglbym tomy ksiazek pisac ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. Każdy patrzy przez pryzmat własnych doświadczeń i własnych obserwacji. Jeżeli Riannon zostałaś dobrze przyjęta przez miejscowych to oczywiście jest to super sprawa. Wszystko zależy chyba od charakteru człowieka.
    Ja obserwuję grono swoich znajomych, którzy wyprowadzili się na wieś i popełniają sporo błędów. Najczęstszy przypadek to: działka wielkości stołu do ping-ponga, no bo ziemia droga, czyli 600-800 m2. Dookoła sąsiedzi, więc się działkę obsadza tujami, żeby mieć prywatność. Jeżeli do tego przed domem postawi się samochód a za domem zrobi mikro ogródek czy też piaskownicę dla dzieci, to działki praktycznie nie ma. Ludzie wyprowadzają się na wieś marząc o słońcu i przestrzeni a kończy się na siedzeniu w domu i oglądaniu telewizji, bo szumne wyjście na ogród kończy się 5 kroków za domem. Dojazdy kosztują, utrzymanie domu w miarę upływu lat też zaczyna kosztować, bo zaczynają się pierwsze drobne remonty. Na deser dokładamy kredyt franciszkański zaciągnięty w 2007 czy 2008 roku i mamy przepis na kłopoty.
    Dla mnie sens wyprowadzki na wieś to działka wokół domu i to co chce się na tej działce robić. Kupuję sobie kawałek ziemi i przekształcam go w swój prywatny raj, każdy według własnych potrzeb. Sporo z moich znajomych wyprowadziło się na wieś, bo taka była/jest moda, pobudowali domy i nie bardzo mają koncepcję co dalej. Zamiast wymarzonego domu jest noclegownia i to niestety dosyć droga w utrzymaniu. Jest to taki syndrom "Muratora": po oglądaniu pięknych wizualizacji domków otoczonych zielenią następuje zderzenie z rzeczywistością, na którą wielu nie jest przygotowanych. Wakacje na wsi z całoroczny domek na wsi to różne światy. Dlatego raz jeszcze napiszę: domek na wsi nie jest dla każdego.
    Pozdrawiam. Krzysiek

    OdpowiedzUsuń
  19. marcin wiesmak

    Tak szybko.
    Bylem na weselu mojej ciotki. Wychodzila za maz ale miala dziecko z innym facetem.
    Wszysko do jakiejs polnocy bylo ok gdy nagle byly eks z 4 bracmy i kilkoma kumplami wparowali na sale. Oczywiscie i z tej jak i z tamtej strony towarzystwo bylo pod wplywem.
    Zaczeli sie napieprzac az do takiego poziomu ze szlo na grube lancuchy od traktorow.
    Hehe a ja herbatka przyslowiowy kotlet i smiechu co nie miara :D
    Skoczylo sie tak ze latali jeden za drugim nago po polu kukurydzy ;D

    OdpowiedzUsuń