niedziela, 3 lipca 2011

Wódka a oszczędzanie.... i znów coś o męskości.

W niedzielny poranek wielu z nas zapewne nachodzą filozoficzne myśli o wódce. Ja napiszę parę słów w kontekście oszczędzania oraz w kontekście "męskich spraw", które poruszałem w ostatnich postach. Znów będzie trochę "szczerych słów", wiec raczej znów nie powinny tego czytać Damy (chyba, że na własne ryzyko).


Oszczędzanie
To jest chyba oczywista oczywistość dla wielu z was. Jeśli poobserwujecie swoje otoczenie to nasuwa się wyraźna prawidłowość. W domach w których "jest wódka", jeśli chodzi o oszczędności to, jak mój ojciec mawia, jest wielkie G (G jak g**o!).

Do pojęcia "jest wódka" zaliczam także łyskacze, brandy, gin, mocne kupażowane wina, itp. - po prostu tzw. za komuny "barek". Istnienie zaopatrzonego barku w domu to już sygnał problemu. Pierwszy krok w alkoholizm domowników.

Powiem tak, znam w Poznaniu kolesia, który jest w stanie zarobić 10 000 miesięcznie - i często tyle zarabia, to nie przechwałki. Tyle, że alkohol jest w użytku na co dzień. Najpierw jest alkohol, potem rodzina. Fakt, że głodować - nie głodują. Dzieciaki chodzą dobrze ubrane i płakać nie płaczą. Koleś nie ma po alc'u genu agresji - po prostu bum bum i idzie lulu. Ale poza tym jednak sprawdza się w tym przypadku powiedzonko ojca - oni mają wielkie G (jak na te zarobki).

Męskość
Uważam, że jeśli mężczyzna pije wódkę, a nie są zaspokojone wszystkie podstawowe potrzeby rodziny to jest cwelem i śmieciem. (Wyjaśniam: priorytetową potrzebą rodziny nie jest coś takiego: Tatoooo, Tatoooo, ja chce nową komórkę - bo Zuzia ma już Samsung SDX3, a ja dalej SDX1!!!) Generalnie albo wódka - albo "męskość" - wybieraj co wolisz.

Kobiety
One NIENAWIDZĄ facetów zalanych, nie znoszą zapachu przetrawionego alkoholu, źle im się robi od naszych wyziewów "po spożyciu". No i co z tego, że masz najnowsze ekskluzywne perfumy Giorgio Vanfaculo, skoro walisz wódą jak wieloryb po 2 miesiącach od wyrzucenia na plażę?

One często akceptują nasze męskie sprawy - czyli wyjście na wódkę z kolegą, który ma jakiś bardzo ważną okazję. Ale nie radze nadużywać tej akceptacji. Musimy znaleźć umiar, nawet w tej sytuacji, aby nas nie "zwozili taczką" do domu. Czy skoro jesteś facetem to czy A) Wódka cię kontroluje; B)Ty kontrolujesz wódkę?

Cohones, dżadża, nutsy, klejnoty...
Mocne alkohole w stylu łyskacza czy wódy mają jedną ciekawą właściwość - mocno ograniczają produkcję testosteronu. Kto chleje ten babieje. I nie ma na to lekarstwa, poza radykalnym, stałym ograniczeniem spożycia.

A po co autor pisze taki tekst? No, no, przygrzało się...
Nie. Autor po pracy wypił jedno piwo, odpoczął chwile, po czym zajął domowymi sprawami /porządki/, natomiast bardzo późnym wieczorem wracając z siłowni napatrzył się na żenujące zachowania chłopów wracających z pubu i stwierdził, że męskie to to nie jest.

Autor też nie jest abstynentem, a jego ambicją jest (w dalszej przyszłości) popijać piwko z własnego mini-browaru, a okazyjne toasty wznosić swojskim winem własnej produkcji - najlepiej z własnej winnicy.

8 komentarzy:

  1. artur xxxxxx3 lipca 2011 13:44

    "Istnienie zaopatrzonego barku w domu to już sygnał problemu."
    IMO u alkoholików raczej nie utrzyma się pełny barek. To że jest pełny, to raczej świadczy o braku problemu z alkoholem. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. OK. Powiedzmy sobie inaczej - barek to pierwszy fakt, a drugi fakt to to, że wszystko jest kwestą rotacji zapasów tego barku.

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj chyba będę musiał obszerniej popolemizować... Ale fakt faktem: nigdy nie miałem "barku"! Zawsze wszystko wypijałem od razu...

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiem Kolego z Boskiej Woli, że lubisz łyskacze i ja to akceptuję.

    Ja lubię piwo, inny lubi czerwone wytrawne, inny Dżonego Łokera, OK.

    Mi tu bardziej chodzi o limity i "dzienny przerób" promili.

    Nie mam nic przeciwko, aby mężczyzna nie lubiący piwa, po pracy wypił sobie lampkę wina, czy szklankę łyskacza.

    Umówmy się, że palikotówkę 100ml max., ale już nie euro-ćwiartka 200ml. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak się składa, że mam "barek". Stoi w nim wciąż jeszcze nie skończona flaszka ginu z sylwestra sprzed 2 lat, Smirnoff już tak z rok podobnie gorzka żołądkowa. Znajdzie się tam i żubrówka, i finlandia i pare innych - czekających na okazję, butelek. Ok, 2 do 3 butelek wina wypijam miesięcznie, kilkanaście piw też się znajdzie.
    Sprowadzenie problemu do picia mocnych alkocholi czy posiadania dobrze zaopatrzonego barku jest nadmiernym uproszczeniem. Kwestia jaką część dochodu się wydaje na alkohol. Jak sobie szybko podliczyłem - ja wydaję 4-5% dochodów miesięcznie na alkohol, niewiele mniej wydaję na taksówki (raczej dobrze zarabiam).

    OdpowiedzUsuń
  6. No już się zreflektowałem, że chodzi mi przede wszystkim o rotację zapasów w barku. Nie sposób dokładnie wyjaśnić każdej myśli w poście - wtedy wyszłaby książka a nie weekendowy post.

    Ok. Nie będę upierał się, że KAŻDY posiadacz suto zaopatrzonego barku to jakiś proto-alkoholik.

    Natomiast duży % posiadaczy wypaśnych barków zbliża się do tego problemu, a szczególnie szybko-rotujących dóbr konsumpcyjnych w tymże barku.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ciekawe podejście. Ale fakt często się zdarza że jak ktoś zarabia nawet spore pieniądze to potrafi je sporo przepić. Ale to jest też tak że pewnie zarabianie takich pieniędzy to spora dyspozycyjność, stres a alkohol to odreagowanie.

    OdpowiedzUsuń
  8. I po to jest "instytucja" 1 lampki wina, albo 1 browarka po pracy - aby odreagować. No okazyjnie pozwólmy sobie na 2. Zrelaksować się, ale zachować przytomność umysłu.

    Jednakże polskiego spożycia nie da się usprawiedliwić stresem - chyba że aż tak nerwowym narodem jesteśmy.

    OdpowiedzUsuń