środa, 31 sierpnia 2011

Jogurty i ich skład

Jak pisałem poprzednio poszukuję produktów wysokobiałkowych i lekkostrawnych. (Nie mam na razie jeszcze specjalnej ochoty na odżywki białkowe.) Naturalnym kandydatem jest nabiał, a szczególnie łatwo wchodzące jogurty.


Jednak sprawdzenie składu popularnych jogurtów sprawia, że włos się jeży. Cukier, aromaty, syropy glukozowe, barwniki, żelatyna, itp. Słowem jeden wielki bajzel - jakieś odpady mleczarskie - a nie wartościowe jedzenie. Same węglowodany, a wolę aby było ich mniej (moim zdaniem lepiej kiedy energia pochodzi z tłuszczów).

Egzamin zdają jedynie jogurty naturalne: Skład jogurtu Dr.Oetker, który właśnie wsuwam: Białko 4,4g, Laktoza 5.0g, Tłuszcz 3,0g, żywe kultury bakterii. Jogurt ten ma zwiększoną ilość białka przez dodanie białka serwatkowego.

Jeśli chcę jakiegoś smaku - do jogurtu sam mogę dodać np. odrobinę kakao, albo kawy rozpuszczalnej.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Przygotowanie ciecierzycy, czyli cieciorka bez gazów.

Jak widzicie ostatnio u mnie na blogu sportowo, zdrowo i motywacyjnie - jednak same dobre chęci i ćwiczenia nie wystarczą. Zacząłem też poszukiwać potraw zdrowych, dietetycznych, o dużej ilości białka i składników odżywczych (no i ma się rozumieć oszczędnych!!!). Nie mówię "nie" suplementom, ale do wspomagania siłowni preferuję naturalne jedzonko, niż full wypas odżywki białkowe i różne suplementy (aczkolwiek lubię suple z naturalnymi sterolami roślinnymi zamiast koksu).

Na pierwszy ogień idzie ciecierzyca, ale wiadomo - strączkowe powodują gazy, a ja nie chcę robić konkurencji dla Putina :>


Jak przygotować cieciorkę, aby nie robić z domu gazowni?


Z pomocą przyszedł Henryk z bloga Droga Minimalisty (linki - prawo i w dół strony) oraz kilka postów tu i tam.

Cieciorkę odmoczyłem ponad 24h, 2-3 razy zmieniając wodę i płukając ją przed gotowaniem. W trakcie gotowania pilnowałem garnków (od razu poszły 2 gary hurtem - kto jak kto, ale ja lubię także oszczędzać czas) i starannie wybierałem szum, który się dość długo zbierał przy gotowaniu.


Gotowałem częściowo przy otwartej pokrywce, a częściowo przy uchylonej - według jednej dietetyczki w ten sposób ulotnią się gazopędne substancje. Zgodnie z instrukcją dosoliłem dopiero przy samym końcu.

Gotowy produkt poporcjowany i zamrożony. Cieciorka się udała, nie gazuje, bardzo smakuje rodzinie. Full wypas jedzonko.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Wydatki na siłownię i suplementy - ile to kosztuje

Od jakiegoś czasu, jak pisałem, jestem w klimatach sportowych. Mój cel treningowy to głównie poprawa samopoczucia, nabranie większej energii do pracy oraz zrzucenie kilku kilogramów. Jeśli urośnie coś w bicepsie także się nie obrażę.

Siłownia to dla mnie nie nowość, od lat studenckich co jakiś czas się tam pojawiam i znikam. Tak czy inaczej jest to jedna z moich ulubionych aktywności fizycznych. Nie jest to jednak przyjemność tania, choć można ćwiczyć w domu i sprytnymi sposobami urządzić sobie namiastkę siłowni. W tym miesiącu było już coś na ten temat - TUTAJ.

Dziś co nieco o kosztach tej zabawy. Znajomy, który nie bawi się w żadne oszczędzanie, ani kombinowanie w stylu własnej siłowni tak jak ja, wyliczył, że siłownia kosztuje go minimum 300 zł miesięcznie. Obserwując z boku można powiedzieć, że jest to uzasadniona inwestycja. (Lepsza forma, wygląd, zdrowie.) 200 zł to opłaca za pełny karnet i dojazd. 100 zł to minimum, które znajomy wydaje na suplementy, czyli zioła, witaminy, odżywki białkowe. Choć obserwując i licząc dokładniej te wydatki (z jego listy suplementów) jest to zapewne ok 200 zł. (O tym myślę napisać coś więcej).


Osobiście zastanawiam się nad karnetem, choć mam relatywnie dużo swojego sprzętu + możliwość wstawienia dodatkowego do własnej małej siłowni i na razie idzie dobrze jeśli chodzi o motywację bez chodzenia do profesjonalnej siłowni i trenera. I jakby nie patrzeć jest to oszczędne :)

Zastanawiam się jak się rozwinie sytuacja i jaki wariant wybiorę - minimalistyczny i oszczędnościowy, opcja full wypas, czy coś pośredniego - a jeśli macie jakieś swoje doświadczenia i pomysły - komentujcie :)

Tak czy inaczej jest to dla mnie wydatek bardziej racjonalny, niż np. kupno hiper-super-och-ach markowego ciucha, który w następnym sezonie będzie już nie modny.

sobota, 27 sierpnia 2011

Piwo, brzuch piwny i post

Mimo odrobiny ruchu jaki sobie zafundowałem patrzę na siebie po lecie, zdejmuję koszulkę i Vin Diesel z trylogii Riddicka to zdecydowanie to nie jest. Zrobię sobie eksperyment i na jakiś czas robię post od piwa, testowe 10 dni już jakiś czas temu wytrzymałem, co jest znakiem że z tym uzależnieniem najwyraźniej sobie poradzę. Jakoś tak jest, że po mocno browarniczym lecie brzuch zarysowuję się bardziej niż należy :)


I rzeczywiście, jakoś się składa tak, że piwosz zawsze ten brzuchol ma wiekszy.

Jeśli będzie okazja i ochota na towarzyski wypad, spróbuję raczej jakiejś wytrawnej gorzałki, ewentualnie wytrawnego wina. Co prawda na to się nie zanosi, ale... :)


Zobaczę jakie efekty to przyniesie - na pewno oszczędzi się trochę kasy, bo używki swoje kosztują - tymczasem wracam do robienia brzuszków - co od jakiegoś już czasu uskuteczniam :) Pozdrawiam :)

piątek, 26 sierpnia 2011

Oszczędzanie w filmie - Trylogia Riddicka

Dziś o 22.20 jest okazja obejrzeć w TVP1 film Pitch Black (a jeśli nie możecie - polecam "wypożyczyć"). To produkcja rozrywkowa z gatunku Hard Core SF z elementami thrillera i horroru. Dlaczego piszę o Pitch Black, poza tym, że jestem fanem serii.


Otóż nieczęsto zdarza się w filmie, że relatywnie "oszczędnie" nakręcony, średnio-budżetowy film okazuje się dużym sukcesem oraz owocuje jeszcze lepszą kontynuacją - kinem w wielkim formacie na full wypas.

Z reguły jest tak, że sequele dobrego, wysokobudżetowego filmu są po prostu jak odgrzewane kotlety - po prostu nie "ten tego". Tu jest inaczej.


Pitch Black doczekał się kontynuacji w stylu Animatrix o tytule: The Chronicles of Riddick: Dark Fury / Kroniki Riddicka: Mroczna Furia oraz filmu pełnometrażowego zatytułowanego po prostu: The Chronicles of Riddick / Kroniki Riddicka.


Trylogia Riddicka już jest zaliczana do klasyki SF i otrzymuje wysokie pozycje we wszystkich rankingach. To rozrywka "pełną gębą" i hardkorowe SF dla prawdziwych facetów bez żadnej, jak ja to zwykle na blogu piszę, metroseksualnej popierdólki. (Drogie Czytelniczki - typowo dla was - też coś spróbuję za jakiś czas opisać - obiecuję... chyba że już macie jakieś swoje "damskie" propozycje filmowe... to piszcie w komentarzach.)

czwartek, 25 sierpnia 2011

Rezygnacja z komunikatorów internetowych, GaduGadu, Skype...

Od dłuższego czasu ale udaje mi się skutecznie unikać zjadaczy czasy w stylu Skype lub GG - oraz serwisów wymienionych w tytule. Moje kontakty towarzyskie załatwiam przez telefon lub mail. Jedyną aktywnością społecznościową, którą sobie zafundowałem jest ten blog.


Dlaczego? Bo po jakimś czasie zbiera się człowiekowi tona kontaktów i każdy chce się przywitać i zamienić kilka słów, zupełnie bez celu, dla zabicia czasu (albo człowieka kusi, by samemu pozawracać głowę innym, nawet jeśli jest w trybie ukrytym, bo zawsze to przyjemniejsze niż zmusić się do pracy).

No tak - Skype oraz telefonia internetowa, itp. jest potrzebna do pracy - chodzi mi jednak o pokusę używania Skype jako komunikatora do zbijania bąków, a nie ekwiwalentu telefonu/maila/wiadomości SMS. Tyle, że czasem trudno to oddzielić - trzeba samozaparcia. Dlatego ja wolę jednak mail i telefon także do celów zawodowych.

Niestety! Taka decyzja pochłonęła kilka typowo internetowych kontaktów - nie wszystkie relacje daje się utrzymać używając jedynie e-maila - mam nadzieję jednak, że jeśli ktoś mnie polubił - ten wizerunek przetrwa próbę czasu i może kiedyś się odnowi relacje. Podsumowując jednak to mała towarzyska katastrofa.

Zyski. Decyzja op rezygnacji z komunikatorów spowodowała uwolnienie ogromnych rezerw czasowych, czego owocem jest między innymi ten blog. Blogowanie pozwala czasem odetchnąć i pozbijać bąki, ale jest to inny rodzaj aktywności - napisanie posta to jednak nie kilka słów do znajomych tu, czy tam, które można wepchnąć między jedno spotkanie a drugie - napisanie posta to dłuższa chwila na jakieś skupienie i głębsze oderwanie się od codziennych spraw - na pewno nie może to bezpośrednio przeszkadzać w pracy.

Ale tych postów piszę dużo! No to jest fakt, ale np. teraz jestem w takiej sytuacji, że siedzę bezczynnie. Myślę, że normalnie oglądałbym po prostu TV, albo czytał nudnawą gazetę - jak widać wybrałem sobie inną aktywność (rzeczywiście, odkąd bloguję - rzadko oglądam TV!?). Siedząc na komunikatorach też nie tak łatwo było mi nawiązać rozmowę i zupełnie nagle ją skończyć - bo czas się ruszyć - koniec i kropka. A tutaj pełna swoboda... Nikt nie będzie urażony, że zupełnie nagle przestane pisać posta i dokończę go jutro.

No dość tych zwierzeń :) Po prostu blogowanie czy mailowanie jednak bardziej przypomina staromodną, spokojną korespondencję nad którą można mieć kontrolę niż medialny szał, hiper-kontaktowy kołowrotek i gorączkę uzależnienia od netu.

Zapomniałem napisać o irc, czatowaniu, grach sieciowych.... tego też "nie tykam". To uzależnia bardziej niż papierosy :)


Przepis na wątróbkę drobiową - oraz polemika z autorem bloga Boska Wola

Wątróbka drobiowa należy do potraw tanich, łatwych w przyrządzeniu, a jednocześnie pożywnych i smacznych - jest znacznie delikatniejsza niż wątroba wieprzowa. Jak przyrządzamy wątróbkę?

Po pierwsze zakupioną wątróbkę myjemy zimną wodą, po drugie wykrawamy kawałki tłuszczu, żyłek i ścięgna, bardzo uważamy na pozostałości dróg żółciowych oraz na ewentualny woreczek żółciowy, który się co jakiś czas trafi - należy starannie i delikatnie wyciąć.


Smażymy wątróbkę od razu z pokrojoną cebulką, ew. odrobiną czosnku i ziołami, ale solimy dopiero pod koniec smażenia. Ponieważ wątróbka drobiowa jest delikatna, i to zarówno wątróbka indycza jak i kurza, olej który dodamy ma znaczenie - ostatnio przyrządzałem wątróbkę na rewelacyjnym smalcu gęsim a dzisiaj na obiad na oliwie z oliwek z pierwszego tłoczenia, więc rewelacyjnie przeszła tym smakiem.

Są różne szkoły co do długości smażenia i jego intensywności - ja smażę na średnim ogniu w początkowej fazie nakłuwając wątróbki widelcem - nie strzela.

I na koniec rzecz najważniejsza w tym przepisie - ŚWIEŻOŚĆ!!! - skapciała i zalatująca zapaszkiem wątróbka mimo cudów wyprawianych w kuchni to jest nie to! Wątróbka musi być świeża, piękna i cudna! I tym sposobem przechodzimy do polemiki z kolegą:

De gustibus...
... to tytuł doskonałego posta na Boskiej Woli - TUTAJ - który jak mniemam był reakcją na mój post o cudach dziejących się w polskich restauracjach.

No cóż - nie sposób odmówić mu racji i trafnych wniosków - jednak to co najbardziej mnie interesuje to rozmowa na temat czystości i sterylności w kuchni.

Otóż nie o sterylność mi chodzi! Zgadzam się, że sterylność na dłuższą metę nie jest dla nas dobra! Jest jednak spora różnica między sterylnością a schludną czystością. Dlatego u mnie w domu nie pozwalam zmywać podłóg w kuchni chlorem, albo płynem do podłóg z substancjami odkażającymi, tylko odrobiną detergentu, np. dosłownie kropelką zwykłego mydła w płynie.

Mam czysto - ale nie morduję flory bakteryjnej w domu, która to wedle mojej opinii też spełnia jakąś funkcję w małym ekosystemie jakim jest dom i kuchnia.

Co do restauracji to tak jak w przepisie na wątróbkę - interesuje mnie jakość produktu - chcę dostać to za co uczciwie płacę i koniec. A nie żarełko z recyklingu.

I na koniec jedno - chciałbym wiedzieć czy kolega z Boskiej Woli - mimo pochwały pewnego stopnia braku higieny osobiście zjadłby np. pizzę, do której na jego oczach kucharz w restauracji się skichał wzbogacając ją o mieszankę śliny i smarków (a przecież się wypiecze i bakterie zginą). Ja nie byłem aż takim twardzielem i nie zjadłem!

Zamiennik - tusz do drukarki atramentowej

Właśnie zdałem swoje sprawę, że od około 10 lat posiadam (między innymi) tą samą drukarkę Canon typu BJC-2100 / BJC-2000. Aktualnie, od paru lat używam jej w wariancie drugim (tylko tusz czarny) na tym samym kartridżu regenerowanym płynem do czyszczenia głowic.

Ten pikselowaty pop-art przypomina mi moją pierwszą drukarkę igłową. Nostalgia :)

Trochę się czasem upaćkałem przy napełnianiu tuszem, więc zwykle robię to ostrożnie, w starych ciuchach, w miejscu, gdzie ewentualne rozlanie nic nie napsuje, ale mimo wszystko cieszę się niemal darmowym wydrukiem.

W większości używam już drukarek laserowych (tam zabawą z tonerami zajmuje się już specjalista), ale mimo wszystko dość często używam tej starej maszyny podpiętej do jednego z komputerów na wydruki robocze.

Skoro działa i jest nie do zdarcia, kiedy w międzyczasie zajechałem już ze 2 maszyny, dlaczego nie korzystać?

wtorek, 23 sierpnia 2011

Mini AC / Minicasco - czy warto brać, czy nie?

Skoro już o samochodach mowa warto podjąć kwestię ubezpieczeń. Generalnie ja mam zasadę unikania ubezpieczeń, gdzie tylko możliwe, natomiast np. w kwestii samochodu zadaje sobie pytanie: Czy ewentualna utrata auta, lub znaczna szkoda odbije się w radykalny sposób na moich finansach, czy tez nie. Ponieważ mój obecny samochód jest dość drogi jak na moje ostatnie możliwości finansowe, stwierdziłem, że ubezpieczę samochód w maksymalnym zakresie (co niestety kosztowało), natomiast poprzedni samochód, w mojej ówczesnej sytuacji finansowej nie stanowił radykalnej części moich aktywów, dlatego nie ubezpieczałem go. Zyskując w ciągu lat do kilku tys. zł na niezapłaconych ubezpieczeniach. (Nie zamierzam podawać szczegółów dot. moich finansów, chciałbym wam jedynie przybliżyć tok mojego myślenia.)


Natomiast od jakiegoś czasu na rynku pojawiły się oferty Minicasco / mini AC, które są o wiele tańsze niż klasyczne, pełne AC. Po krótkim przegooglowaniu znalazłem porównanie Minicasco PZU, MINI AC MTU, MINI AC WARTA, choć z rozmów ze znajomymi dowiedziałem się, że takie ubezpieczenia oferuje już większość towarzystw.

Zakres ubezpieczenia różni się, więc należy bardzo dokładnie wczytać się w umowy (firmy ubezpieczeniowe lubią kombinacje jak nikt inny), natomiast to, czego można się spodziewać na 100% to wyłączenie odpowiedzialności za szkodę z twojej winy. Czyli: jeśli ukradziono ci samochód lub wandale zrobili swoje - dostaniesz odszkodowanie, jeśli wymusiłeś pierwszeństwo i spowodowałeś wypadek - nie dostaniesz nic.

Ma to jakiś sens - za swoje błędy odpowiadasz, ale płacisz o wiele mniej. Poza tym - to wymusza ostrożniejszą jazdę, większą odpowiedzialność i myślenie - wstępnie jestem za i będę rozpatrywał to w okresie przejściowym. Między ubezpieczaniem auta na full, oraz rezygnacją z płacenia za polisę.

To fotka promocyjna "Fast and Furious". Lubię te filmiki, ale sam jeżdżę ostrożniej.

PS. Posty o ochronie nieubezpieczonego auta stopniowo odświeżam TUTAJ: http://zabezpieczenie.blogspot.com/

niedziela, 21 sierpnia 2011

Potrawy oszczędne i nietypowe

Po ostatnim poście o ryzykownych potrawach w restauracji mam ochotę na post i rozmowę o potrawach nietypowych, niecodziennych a jednocześnie takich, które nie zrujnują naszego budżetu.


Oszczędna potrawa z Ekwadoru - czyli świnka morska "na dziko". Z tego co słyszałem (relacja z pierwszej ręki od koleżanki), to tamtejszy substytut kurczaka.


Do pierwszej grupy zaliczyłbym jedzenie, którego sam jeszcze nie próbowałem przyrządzać: ślimaki winniczki, jarzębina, kłącza tataraku, słonecznik bulwiasty oraz inne potrawy ze stron i publikacji o jedzeniu nietypowym, ekstremalnym, survivalowym (może wy macie jakieś pomysły, a co najważniejsze DOŚWIADCZENIA? jeśli tak piszcie).

Ostatnio nad morzem. przypomniawszy sobie dawne lektury, zajadałem się ze smakiem owocami róży, co wzbudziło kolosalne zdziwienie i konsternacje wśród osób które były ze mną (na zasadzie: on sobie robi z nas jaja).

Druga grupa to dla mnie potrawy, które już próbowałem i najczęściej przyrządziłem własnoręcznie:

Móżdżek, czyli mózgi zwierzęce...

...brzmi ekstremalnie ale to dobra, tania i pożywna potrawa - móżdżki kupione u rzeźnika myłem, obierałem z błonek i smażyłem długo z cebulką i przyprawami, palce lizać, ku zgrozie tych, którzy nie przełamali się aby spróbować :)

Raki...
...łowione samodzielnie. Przyrządzane w lekko osolonej wodzie, budziły wielkie zdziwienie np. na urlopie wśród innych wczasowiczów - nieliczni chcieli spróbować - a przecież to tradycyjna polska potrawa.

Smalec i wątroba rybna.
Najczęściej z karpia uzyskana w okolicach świąt (duża część tego co karpiowi z brzuszka wyrzucamy). Wątróbka oraz tłuszcz (to białe) starannie oczyszczone i umyte w zimnej wodzie zasmażam z cebulką i przyprawami. Do potrawy można dodać bułki tartej. Pychota! Wątróbki dorszowe można kupić w puszkach w sosie własnym (z tranem), ale już nie są tak smaczne. Potrawa budzi zgrozę obserwujących, mimo pysznego smaku.

Ok, na dziś na tyle :) Czekam także na wasze pomysły i komentarze :)


PS. Dla zainteresowanych motoryzacją: Drugi dzisiejszy post znajdziecie tutaj i dotyczy on zabezpieczenia zestawu CB-radio przed kradzieżą.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Jedzenie w restauracjach - czego nie zamawiać.

Na życzenie czytelnika publikuje kilka zasad - pochodzą one od kolegi, który osobiście pracował w branży. Niektóre hardkorowe historie, którymi się ze mną dzielił nie nadają się na bloga, od niektórych autentycznie co wrażliwsi z was by się powymiotowali. Zatem do dzieła, tak kulturalnie jak się da:


7 zasad krytycznych:

Pierwsza zasada - nie zamawiamy "dania dnia", "szef kuchni poleca", żadnych "promocji", itp. To szczególnie te dania, które są wypisane kredą lub markerem na tablicy, niezależnie od wydrukowanej stałej karty. Czy muszę pisać o co chodzi? Czy jesteście na tyle obeznani, aby już wiedzieć? :)

Druga zasada - generalnie uważamy na wszelkie mięso. Jednak absolutnie nie jemy nic mielonego, miksowanego, itp. Nie jemy żadnych gulaszy, a choćby przykładano nam pistolet do głowy, nie jemy sosu bolońskiego (!!!) ani żadnego sosu z drobno pokrojonym mięsem. Od czasu jak regulacje UE zabroniły skarmiania świń resztami - zjawisko kreatywnego wykorzystania zwrotów i resztek (nawet w tzw. dobrych lokalach) nasiliło się. Nie jemy mięs przyprawionych na ostro przez kucharza.

Trzecia zasada - nie jemy w restauracjach żadnych wędzonek a w szczególności wędzonych ryb (Chyba, że jesteśmy w wędzarni u rybaka i wyjmuję on tą rybę prosto z komina - przy nas!). Historia o słynnym, długowiecznym "poznańskim" węgorzu - to niestety nie mit :)

Czwarta zasada - nie zamawiamy absolutnie potraw drogich (to też a'propos słynnego węgorza). Jedzenie w restauracji generalnie nie jest tanie - chodzi mi o potrawy z (cenowej) góry karty. Recykling i kombinacje co do droższych składników są tu na początku dziennym.

Piąta zasada - nie jemy sosów majonezowych, majonezu, sosów śmietanowych. Nie jemy także surówek opartych na tych sosach. Czyli generalnie uważamy na nabiał.

Szósta zasada - nie jemy w restauracjach tatara, sushi, metki, kiełbasy polskiej surowej, potraw z surowych jaj, itp.

Siódma zasada - NIGDY, ale to nigdy nie narzekamy, nigdy nie składamy reklamacji. Jeśli jest coś ewidentnie nie tak, odkładamy potrawę, płacimy, dziękujemy, wychodzimy - zdziwienie załatwiamy komentarzem, że "nagle źle się poczuliśmy". Odmienne postępowanie w końcu kończy się bardzo źle (czasem bez wiedzy klienta).

niedziela, 14 sierpnia 2011

Frytki nad morzem - smażenie frytek - wymiana oleju

Nad morzem, chcąc przekąsić coś na szybko, kiedy zabrane zapasy prowiantu skończyły się przedwcześnie (woda wzmaga apetyt) kupiłem sobie kilka razy frytki. Po powrocie do miasteczka jednak miałem okazję towarzyską porozmawiać z osobą, która w smażalni kiedyś pracowała. Komentarz był jednoznaczny - wiesz, jak naprawdę nie musisz - to nie jedz tych frytek przy plaży.


Dlaczego? Zapytałem. Otóż "przepisowa" wymiana oleju we frytkownicy w smażalniach to fikcja literacka. Ponieważ właściciele na ogół "oszczędzają" a z drugiej strony frytki chłoną mnóstwo oleju - po prostu uzupełnia się ubytki - czyszcząc całość kiedy zbierze się już tyle posmażalniczego syfu, że uniemożliwia to dalszą pracę frytkownicy.

Oczywiście nie myślę, że wszyscy właściciele robią coś takiego - ale z drugiej strony nie mam czasu na poszukiwanie zaufanego lokalu metodą prób i błędów - będę musiał albo zasięgnąć języka, albo brać na plażę więcej własnego prowiantu (przypuszczam że wyjdzie taniej i zdrowiej).

Długość ma znaczenie - mój sprzęt - CB-radio

To tak naprawdę kolejny z postów o tym na czym oszczędzać nie warto. Racjonalne oszczędzanie to nie jest żulenie każdego grosza za wszelką cenę - tylko mądre wydawanie pieniędzy. Taka optymalizacja efektów do poniesionych nakładów.

Mój sprzęt - Uniden 510XL - dobry do mniejszego miasta i na prowincję (95 % moich tras). Z racji braku zmniejszania czułości anteny w metropolii sprawuje się gorzej.

Rzecz dotyczy CB-radia, coraz popularniejszego w kraju i prób oszczędzenia na zestawie CB przez kierowców. A więc tak: można rzeczywiście zaoszczędzić przez zakup prostszego technologicznie radia bez dziesiątek przełączników, ale nie ustępującemu markowemu sprzętowi w podstawowych funkcjach. Mamy zatem np. taki Uniden robiony na tych samych podzespołach co kultowy President - ale robiony wedle filozofii KISS (Keep it Simple, Stupid!). Mi to pasuje.

Antena President 1,5m, magnesówka - powiedzmy szczerze - długość ma znaczenie!

Element na którym nie zaoszczędzisz - to antena. Kiedy obserwuje te najtańsze mikro antenki kupione w supermarketach, bierze mnie śmiech. Kiedy w zasięgu mojej anteny w przeciągu ledwie 2-3 minut 10 kierowców pyta się "Jak ścieżka na Malbork" to robi się to irytujące. Zawodowcy ich słyszą - a oni się nawzajem nie słyszą - z tymi mikro pałeczkami po ok. 35 cm do kilkudziesięciu cm mają zasięgi 2-3 km max.

Pomyśleć ile informacji im umyka na trasie i jak trudno wtedy skontaktować się z innymi kierowcami, kiedy trzeba szukać skrótu, albo sposobu na ominięcie korków.

Antena to element na którym się po prostu NIE oszczędza. I to jest fakt!

PS. Na drugim blogu kilka słów (tutaj!) jak zabezpieczyć zestaw przed kradzieżą.

sobota, 13 sierpnia 2011

Młode foczki na plaży oraz mój patent plażowy

Dziś się parę godzin wyplażowałem z rodziną nad Bałtykiem - pogoda była w kratkę, ale było całkiem przyjemnie - były naprawdę niezłe fale - fajnie się w nich kąpało.

Wszędzie ostatnio widzę tabliczki "uwaga foka", ale niestety foki jeszcze nie widziałem.

Mój patent plażowy jest następujący - zamiast kupować modne ostatnio namioty plażowe - kupiłem po prostu chińskie 2 osobowe iglo z supermarketu za 30 zł. Namioty plażowe, które widzę są wybajerzone, mają skomplikowane konstrukcje (te lepsze - markowe - szczególnie) oraz system linek zabezpieczających przez wywianiem. Wygląda to ładnie, ale z tego co widzę - te namioty to w większości (95%) po prostu "muszle" bez zamykanego frontu.

Chiński namiot za grosze okazał się funkcjonalny. Ale na prawdziwe obozowanie wziąłbym coś lepszego. Chińczyk jest zbyt duszny.

W moim chińskim namiocie iglo front mogę sobie zrolować, albo i nie - jest to znacznie wygodniejsze - wszyscy się np. dyskretnie przebraliśmy na zatoczonej plaży - co czasem bywa kłopotliwe. Po kąpieli w chłodnej wodzie ugrzałem się w środku. Taki namiot poza tym mogę wykorzystać nie tylko na plażę. Zatem to znacznie oszczędniejszy zakup niż plażowa "muszelka".

Siłownia w domu - czyli kolejny dzień urlopu

Pogoda do bani nie przeszkadza mi w bardzo udanym spędzaniu urlopu. Dziś wystawiłem sobie na podwórze starą ławeczkę szwagra i zrobiłem parę ćwiczeń na klatę (w deszczu, bo w deszczu, ale deszcz był ciepły). Jutro popracuję nad kolejnymi patentami na ćwiczenie (na ile posiadany sprzęt pozwoli).

Oczywiście przypominam, że nie jestem "profesjonalistą", po prostu mam ochotę się czasem rozerwać i zrelaksować a ćwiczenia siłowe (choć nie tylko) bardzo mi w tym pomagają. Mam nawet własną amatorską mini-siłownię (i ambicję by używać jej częściej).

Jak widać na załączonym obrazku dobra forma fizyczna to krew... pot... i łzy.

Zgodnie z obietnicą polecam post kolegi na temat prostego (i oszczędnego finansowo) ruchu fizycznego:
http://drogaminimalisty.blogspot.com/2011/05/ruch.html

Oraz link do niezłego patenciarza, który ćwiczy w domu bez sprzętu (i tym samym ekstra wydatków):
http://www.youtube.com/user/RozkrutM#p/a/u/2/qNF2AZKOYX8

I na koniec głębsza analiza tematu siłowni w domu, dla rozpoczynających bez funduszy:
http://suplementacja.republika.pl/wdomu.html

Jak widać powyżej deszcz nie musi nas paraliżować (ktoś w końcu wynalazł parasol, a jak nawet lekko zmokniemy to co?). Wakacje w kraju spędzane bez mega funduszy mogą być udane. A dobrą zabawę (w tym przypadku ćwiczenia) można mieć bez wielkich środków finansowych.

W wolnym tłumaczeniu: "Ta dziewczyna ciężko pracuje, aby jej pupa nie przytyła." No panowie, jak dziewczyny tak się starają - to nam też wypada popracować nad mięśniami (piwnym w szczególności).

piątek, 12 sierpnia 2011

Przejście na sieć komórkową Play - 5 zł na rok?

Stało się. Tuż przed wyjazdem na urlop zmieniłem sieć na Play. Nie! To nie jest post promocyjny - wprost przeciwnie. Zostałem wielokrotnie ostrzeżony przez znajomych aby nie pchać się w żaden abonament w Play, ani w żadną umowę na internet z powodów prawych i finansowych. Mi ich zdanie wystarczy. Nie chcę powtarzać zasłyszanych opowieści, więc jeśli chcecie wiedzieć o co chodzi poszukajcie w necie i na forach. Natomiast jak najbardziej dobre opinie krążą o bezabonamentowym telefonie na kartę, bodajże Play Fresh.

Taką też opcję przeniesienia wziąłem, chociaż dziewczyny w salonie dwoiły się i troiły abym wziął abonament i ultrawypasioną komórkę za złotówkę. Brały mnie pod włos ambicjonalnie (nowy lepszy sprzęt), kiedy nie pomogło, wdzięczyły się i uśmiechały zalotnie (nie wiem czy zaimponował im mój NIP i REGON czy mają to po prostu nieźle przećwiczone ściemnianie chłopa), deklarując że w każdej chwili mogę zmienić zdanie, zadzwonić i porozmawiać. Albo chociaż przyjść i pooglądać nowości.


Ale wracając do tematu - wybrałem ten telefon (w sensie usługi). Dlaczego?
Minimalne doładowanie 5 zł na rok to kusząca opcja. Na telefonie osobistym w pewnej sieci, co zmieniła fajne klasyczne loga na homo-różowiznę co jakiś czas miałem problemy z dopilnowaniem terminów, a pieniądze kumulowały się tak, że stan konta dochodził do kilkuset zł (!). Zupełnie bez sensu - telefon to nie skarbonka.

Jak się domyślacie głównie używam firmówki, a telefon osobisty to raczej opcja drugorzędna. Głównie ja z niego dzwonie, do mnie dzwonią mniej (głównie do pracy), a jeśli już to najczęstsza rozmowa trwa kilka sekund i wygląda tak: "No... to ja... gdzie jesteś... już idę..." Wysoka cena za połączenia przychodzące do Play nie gra jak widać u mnie większej roli.

No już zapomniałbym :-) Nie może być przecież urlopowego posta o komórkach bez ładnej dziewczyny z telefonem!

Co ciekawego można zrobić z telefonem za 5 zł? Jeden z przykładów znajdziecie tutaj:
http://zabezpieczenie.blogspot.com/2011/08/lokalizacja-skradzionego-samochodu-przy.html

A jeśli kogoś interesuje jak wygląda net na kartę w Play - zapraszam tu:
http://lekki-linux.blogspot.com/2011/08/moblny-internet-play-na-karte.html



czwartek, 11 sierpnia 2011

Trening bez siłowni - oszczędnie i minimalistycznie

Jedne z najlepszych metod na odstresowanie się to ponoć wódka, papierosy oraz ćwiczenia fizyczne (a w kryzysie będzie potrzeba tyle odstresowana, że ho ho). Tego pierwszego mam już w którymś z kolei dniu urlopu dosyć, mimo że zachowuję umiar boli mnie ostatnio głowa już po małej ilości. Papierosy, owszem, relaksują, ale po wypaleniu zaledwie kilku papierosów i cygaretek w towarzystwie mam jakiś niesmak i czuję się jakiś zwalcowany i osłabiony. Cóż miałem ochotę trochę "pofajczyć", przypomnieć stare dobre studenckie czasy, ale to zdecydowanie nie dla mnie na dłuższą metę. Nie, papierosom już dziękuję. Pozostaje zatem trening.

Może nie będę (od razu :P) jak ten Conan Barbarzyńca z obrazów Borisa Vallejo, ale na pewno się dobrze zrelaksuję!

Jak na racjonalnie oszczędzającego przystało trening musiał być minimalistyczny. Muzyka, twarde łóżko i pufa, drewniana podłoga i kilkunastokilogramowy hantel musiał wystarczyć (urlop i brak mojego sprzętu).

Udało mi się zrobić 3 rodzaje brzuszków (klasyczne, scyzoryki, wznoszenie nóg).
Udało mi się zrobić hantlem biceps, triceps, ramiona, teraz zabieram się za plecy.
Oczywiście były też pompki.

No cóż, minimalistyczne warunki (albo i oszczędne, kryzysowe...) jak widać nie są tłumaczeniem, aby posadzić cztery litery na kanapie i narzekać. Chcieć to móc.

Do roboty koledzy i koleżanki :)



Szybki prysznic - czy leniwa kąpiel w wannie?

To jest odwieczne pytanie osób zastanawiających się nad oszczędnością wody. Odpowiedzcie mi zatem - Co wy wolicie? Co uważacie za bardziej oszczędne?

Trudna decyzja - szybki prysznic czy leniwa kąpiel? Może ta fotka pomoże :)

Dla mnie najoszczędniejszym czasowo i jeśli chodzi o zużycie wody patentem jest szybki prysznic - co więcej borę go w tzw. wariancie pustynnym - dla niektórych to ekstremalna oszczędność - ale to dla mnie najwygodniejsze. Krótki natrysk, zakręcam wodę, namydlam się płynem pod prysznic, po czym odkręcam wodę i spłukuję. Ekspresowo jestem czysty, odświeżony i gotowy do boju.

Z kolei kąpiel w wannie może mieć działanie terapeutyczne - olejki... sole... dodatki pro-zdrowotne...

Natomiast przyznaję, że kąpiel w wannie pełnej ciepłej wody odpręża, regeneruje i działa dobrze na psychikę - borę ją sporadycznie - ale jeśli już to idę na całość i staram się aby była "z bajerem" - czyli np. jakiś olejek aromatyczny itp., albo worek soli kłodawskiej - kamiennej (tańsza wielokrotnie od dziwnych soli morskich - i to de facto... sól morska z pradawnego oceanu... 10x czystsza "ekologicznie" niż jakieś kosmo-sole).

Życzę wam miłej kąpieli :)

środa, 10 sierpnia 2011

Współwłasność - kłopotliwe wspólne korzystanie z nieruchomości

Ponieważ ten blog nazywa się "racjonalne oszczędzanie", a nie "oszczędzanie za wszelką cenę" napiszę dziś o rzeczy, na której oszczędzać zdecydowanie nie warto jeśli kupujemy lub wynajmujemy nieruchomość.

Uwaga! Post został przeredagowany i przeniesiony na: http://oszczedzanie.info.pl/blog/wspolwlasnosc-lub-wspolny-wynajem-nieruchomosci-problemy/

wtorek, 9 sierpnia 2011

Jazda samochodem i relaks

Kiedy rozmawiałem z pewną miłą dziewczyną o moim ostatnim artykule na temat zalet posiadania samochodu zwróciła mi uwagę na jeden argument za, a mianowicie na to, że jazda samochodem bardzo ją relaksuje.

Owszem, mnie też taka jazda relaksuje - zwłaszcza jeśli jadę trasą którą lubię, niezbyt ruchliwą i w swoim własnym towarzystwie. Sam. A jak to jest z pasażerami?


Generalnie jeśli zabieram w drogę teściową i kobietę to nie trzeba włączać radia, jest talk show na żywo, najnowsze plotki i komentarze. Otworki gębowe im się nie zamykają. Jeśli zabieram więcej osób z rodziny i jest pełne obładowania auta to mam 150% normy w generacji zbędnych szumów i treści.

Generalnie jeśli kogoś interesuje dlaczego i kiedy Monika odessała sobie cellulit i czy ma już gacha czy jeszcze nie, albo czy Kuba Wojewódzki jest gejem, czy jeszcze nie - to może być nawet ciekawe.

Gorzej jest kiedy pasażerowie zaczynają konkurować o swoją pozycję z nawigacją i CB-radiem, czyli po prostu mam na karku 2-3 kierowców-pomocników. Oooo, to już zdecydowanie nie jest relaks! I bywa, że ostro gaszę takie pomocne towarzystwo.


Jazda w pełni obładowanym samochodem jest oszczędna i tania w porównaniu do komunikacji zbiorowej - jednak jeśli jako pasażerowie ową oszczędnością i komfortem chcecie się cieszyć - pamiętajcie o przestrzeganiu w kontaktach z kierowcą powyższego znaku.



niedziela, 7 sierpnia 2011

Umiejętności personalne, negocjacji, itp. - inwestycja na kryzys

Od początku istnienia tego bloga zwracam uwagę na "inwestycje alternatywne" jako na element, którym warto się zainteresować. Niemal od początku mieliście okazję prześledzić moje przemyślenia na ten temat, w tym przemyślenia na temat handlu, sprzedaży przedmiotów używanych, itp. Wasze uwagi były i są dla mnie cenne, bo albo bezpośrednio uświadomiły mi np. że na portalu takim a takim można zarobić, albo zainspirowały mnie do nowych pomysłów - np. ostatnia dyskusja o LED-ach zainspirowała mnie do zbudowania systemu w firmie, na którym oszczędzimy bardzo ładną sumkę (tak nawiasem takie rzeczy to główny realny zysk z prowadzenia tego bloga).


Jest jednak druga strona medalu - nie wystarczy umieścić kilku ogłoszeń tu i tam - nie wystarczy zachęcić ciekawym produktem - trzeba UMIEĆ sprzedać, trzeba umieć zagadać klienta, umieć negocjować cenę - tak aby nie dać się stargować do śmiesznej kwoty (co non stop próbują robić internetowi poszukiwacze okazji).

Myślę, że istotną częścią inwestycji alternatywnych opisywanych tutaj są umiejętności personalne, umiejętności psychologiczne i negocjacyjne. Według mnie osoba, która nauczy się tego poradzi sobie nawet w kryzysie 10x gorszym niż to co mamy teraz. Tak więc zachęcam do zgłębiania wiedzy w tej kwestii. (Można zainwestować w podręczniki, kursy, itp.).

sobota, 6 sierpnia 2011

Wypadek na trasie - drzewa przy drogach

Przypominam sobie, że jakiś czas temu na łamach bloga negatywnie wypowiadałem się o nasadzaniu drzew przy drogach. Jestem bowiem, za stopniowym zastępowaniem drzew przydrożnych żywopłotami. Oczywiście większość osób komentujących nie zgodziła się ze mną (czyżby wpływ powszechnej nagonki ekologów?).



Artykuł przeniosłem na adres: http://miejski-survival.pl/blog/wypadek-na-trasie-drzewa-przy-drogach-i-bezpieczenstwo/

czwartek, 4 sierpnia 2011

Jak automaty do kawy opróżniają nasz portfel

Ostatnio jestem raczej zapracowany i zajęty, może nie widać tego po dużej ilości wpisów na blogu, który spełnia dla mnie także funkcję relaksacyjną, taką odskocznię od rutyny. Poza tym blogiem i komentowaniem na zaprzyjaźnionych blogach już nie używam GG, Skype ani innych zjadaczy czasu. Kontakt ze znajomymi jest osobisty lub telefoniczny.

Tak czy inaczej w ostatnim czasie ciężko mi się np. solidnie przygotować do dalszej podróży - trochę to zmęczenie pakowaniem, trochę lenistwo i wygodnictwo. W końcu wszystko można kupić na miejscu i po drodze. Obserwuję jednak to, że tytułowe automaty do kawy opróżniają mój portfel - szybciej niż by się wydawało.


Kawa na stacji benzynowej to wydatek minimum kilku zł, a schodzi ich kilka w trasie przez całą Polskę, stacyjny hot dog tak samo. I tak dalej. Drogi jest zazwyczaj "dopał". Np. 3-4 tabletki z guaraną i kofeiną kosztują ok. 7 zł (i tak wychodzi "taniej" niż zaśnięcie za kółkiem), te same tabletki kupiłem wczoraj w sklepie sportowym za sumę 20 zł za 60 sztuk. Ostatnio na stacji płaciłem za oryginalnego Red Bulla 8 zł.

Zdałem sobie sprawę, że kiedyś kawę miałem przygotowaną w termosie na całą trasę, kanapki z serem i prowiant na całą drogę. Zatrzymanie się na jedzenie po drodze było sporadyczne. Policzcie sobie ile kosztuje zrobienie kilku kanapek/bułek oraz termos kawy?

Zaobserwowałem, że to samo zjawisko dotyczy niektórych znajomych pracujących w firmach. Rano gorączkowy pośpiech, zjedzenie byle czego, a potem co chwila marsz do automatu z napojami, batonami, do przyzakładowego bufetu. I tak dzień w dzień - kasa ucieka.

środa, 3 sierpnia 2011

Jak poradzić sobie z łysieniem.

Jako nastolatek miałem bujną czuprynę, czasem zbyt bujną i żyjącą własnym życiem, bo co rano każdy włos sterczał w inną stronę, na co z reguły pomagało jedynie mycie głowy, lekkie żelowanie, po czym suszenie, aby głowa nie wyglądała jak jakiś sklejona żaba. Gdzieś koło 20-tki zacząłem jednak zauważać, że ta czupryna się przerzedza. I co tu robić?

Odpowiedź znajdziecie tutaj: Jak poradzić sobie z łysieniem.

wtorek, 2 sierpnia 2011

W co inwestować w czasie kryzysu

Ten post jest oczywiście zainspirowany drożejącym Frankiem szwajcarskim, złotem, itp. Wielu z nas zadaje sobie pytanie co do inwestycji finansowych na najbliższy czas. No cóż - na pytanie o finanse odpowiem tak - często podążając za tłumem drobnych inwestorów w praktyce tracimy. Kiedy malutcy kupują - zysk najczęściej realizuje ktoś inny.


Ponownie zatem chciałbym zwrócić uwagę czytelników na inwestycje pozafinansowe. Jeśli waluty zaczną drożeć, być może czeka nas także coraz wyższy poziom cen dóbr importowanych. Na razie jednak w sezonie letnim obserwujemy raczej wyprzedaże, przeceny, handel stoi - więc ceny nie mają jak rosnąć. Ale z pewnością ruszą do przodu, kiedy otworzy się sezon handlowy.

Być może to jest właśnie czas, aby nie patrzeć na szalejące wskaźniki ekonomiczne, ale ruszyć na zakupy. Zainwestować w dobrej jakości narzędzia i maszyny, które będą nam przydatne w przyszłości, zainwestować w nasz warsztat pracy (niekoniecznie mechaniczny), doinwestować biznes (co właśnie ostatnio robię).

Oczywiście, jeśli uda nam się tanio kupić np. monety srebrne z drugiej ręki, które nadal są trochę niedoceniane - może być to ciekawą inwestycją :)

Aha, post autora nie jest rekomendacją do jakichkolwiek inwestycji i autor nie ponosi odpowiedzialności za wasze decyzje. Pozdrawiam.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Zbieranie puszek, zbieranie butelek - bezczelni żule i menele

Szczególnie w sezonie letnim jestem często zaczepiany przez żuli, szczególnie pod sklepami monopolowymi oraz marketami w mojej okolicy. "Szefie - daj 50 groszy - ten upał mnie wykańcza" to jeden z ostatnich tekstów. Czasem daje, jak mam dobry humor, ok wiem, że się nie powinno, ale jakoś ostatnio kilka razy obdarowałem meneli.


Dochodzę jednak po przemyśleniu, że są oni bezczelni i rozbestwieni. Już kiedyś pisałem, że z uwagi na bliskość pubu i monopola muszę sprzątać puszki i butelki na terenie mojej posesji (a właściwie wynajętej) - taki obowiązek gospodarza - puszki wystawiam koło mojego śmietnika skąd są zabierane przez zbieraczy. Sam aktualnie do skupu puszek nie noszę, dla tych kilku zbierać nie warto - a nie zbieram swoich z braku miejsca w kuchni i coraz częstszego picia lokalnego piwa w butelkach wymiennych.

Z pozostawionych butelek czasem korzystam, np. jeśli chcę kupić np. słynny "Lwówek Książęcy" w sklepie przecznicę dalej, gdzie mnie dziewczyny nie znają i kasują za kaucję.

Robiąc sobie jednak spacer do supermarketu - ok. kilkuset metrów max. - naliczyłem na blokowisku ok. 20 puszek pozostawionych tuż koło chodnika, koło ławki, na trawniku - ewidentnie, elegancko wystawionych dla nocnych zbieraczy - nie mówię o nurkowaniu w miejskim śmietniku, ani zaglądaniu do kubłów, ale o puszkach ewidentnie wystawionych do recyklingu! Naliczyłem też kilka butelek wymiennych, które wystarczy wrzucić do automatu w supermarkecie i na podstawie kwitu w kasie odzyskać pełną kaucję.

Autentycznie (odpukać) jeśli nie miałbym pracy i nic lepszego do roboty - to sam zebrałbym to, na tyle dyskretnie na ile to możliwe, do torby i po nieco dłuższym spacerze byłbym przynajmniej o te kilka zł do przodu.

Uważam, że robiąc codziennie rundkę (po kilkunastotysięcznym osiedlu) rowerem i zbierając tylko to co wystawione/rzucone na trawnik - nawet bez zaglądania do śmietników (to domena nocnych komandosów) - mógłbym wyrobić jakąś minimalną dniówkę/emeryturę/zasiłek, itp. Menele jednak, wielkie Państwo, d**y nie ruszą i nie schylą się po pieniądz leżący na chodniku - tylko wołają: "Szefie, 50 groszy będzie, albo jakaś fajeczka?"

Podświetlane kasetony reklamowe, numer domu, tablice...

Dzisiaj krótka praktyczna obserwacja, jako że jestem po zadaniu opisanym w tytule. Jak najskuteczniej i najtaniej podświetlić obiekt reklamowy?

Miałem do dyspozycji tablice wykonane profilaktycznie z mlecznej plexi, zatem możliwe do użycia w dwóch systemach - podświetlenie wewnętrzne i zewnętrzne. Wstępnie w terenie były testowane dwa rozwiązania, co więcej z użyciem różnych metod oświetlenia. I co następuje.

Najlepszy i najtańszy efekt obserwuję instalując zewnętrzne światło na wysięgniku. Zaledwie kilkuwatowa świetlówka energooszczędna, odpowiednio ustawiona, jest w stanie odpowiednio oświetlić obiekt widoczny nawet ze 100m. Znacznie większa moc światła ustawiona za teoretycznie przepuszczalną dla światła plexi, nie daje w połowie takiego efektu.


To samo dotyczy oświetlenia w naszych domach - im więcej kloszy, przysłon i kombinatoryki, tym mniej wydajne jest nasze oświetlenie. Czyżby najlepiej zatem oświetlała goła żarówka - zapewne - ale rozwiązanie oświetleniowe musi jakoś wyglądać, nieprawdaż?