piątek, 30 września 2011

Nie dziel się z innymi!

Jakiś czas już o tym coś tam pisałem, w postach, lub komentarzach o biznesie i pracy lub mieszkaniu w bloku. Dziś poświęcę na to osobny post. Otóż jakakolwiek sytuacja, gdzie dwoje lub więcej ludzi (rodzin, firm) musi coś współdzielić to najprostsza droga do konfliktu - straty czasu, nerwów i pieniędzy.

Ja współdzielę w pracy niesprawny system ogrzewania gazowego z pewnymi ludźmi - jest to nieustanne utrapienie, powód do rozmów, dyskusji, irytacji - a tak na prawdę nie da się zrobić NIC - w efekcie po pierwszym sezonie grzewczym olałem sprawę - zdecydowałem się kupić grzejniki elektryczne z termostatami na dogrzewanie i dopłacić kilkadziesiąt zł miesięcznie w sezonie. Lepsze to niż nieustanne szarganie nerwów.

Wystarczy jednak, że z sąsiadami współdzielę korytarz - jest to też nieustanne pole do drobnych zgrzytów - kto posprzątał, jak posprzątał i dlaczego źle, czyi klienci nabrudzili więcej... uwierzcie mi - to nieustannie żarzący się węgielek, który może wybuchnąć wielkim pożarem. Kwestia nie czy, ale kiedy. Tu nie działa logika i moje prośby, aby wynająć na ten korytarz sprzątaczkę (na którą w razie czego spłyną żale i pretensje).


To mi się podoba - sytuacja, że nawet skromny domek ma swoje OSOBNE, niezależne wejście z ulicy - sytuacja jest czysta - w przenośni i dosłownie.

To co napisałem to w sumie pikuś, tylko mały % sytuacji współdzielenia tego, czy tamtego, które w życiu miałem i mam nadal. Szczególnie w nieruchomościach większość z takich układów jednak prowadzi do konfliktów - nieuchronnie. Wszystkim znajomym radzę unikać takich sytuacji, sam staram się ich unikać. (Tutaj na szczęście mam TYLKO jednego sąsiada - a mogło być gorzej, gdybym nie pomyślał).

Im więcej rzeczy w nieruchomościach osobno - tym lepiej. Wejścia osobno, instalacje osobno, podjazdy osobno... najlepiej nawet nie mieć wspólnej granicy z posesją sąsiada, ale jakieś zdrowe - higieniczne oddalenie od jego domu - co raczej jest już możliwe tylko na wsi.

Bo my Polacy kochamy się tylko w deklaracjach - ale na co dzień, w sąsiedztwie: Polak Polakowi wilkiem!

Fast food po mojemu.

Nie ma czasu, nie ma czasu na zrobienie tego po mojemu, czyli pójście po zakupy i upichcenie sobie obiadu tak jak mam dziś ochotę - a miałem dziś ochotę na wątróbkę z cebulką. Teraz mam chwilę na kawę, ale za chwile hejka do pracy.

Przypomniałem sobie jak to było najczęściej w czasach szkolno-studenckich, gdzie czasu na samodzielne gotowanie było jeszcze mniej. Jeśli byłem w towarzystwie - większość z nas kierowała się do różnych barów i w szczególności fast foodów, ale ja bardzo często wybierałem inną opcję.

Skoczenie do warzywniaka, albo na targowisko (Rynek Jeżycki, Poznań) i kupienie surówki, warzyw, kiszonej kapusty, szybki wlot do piekarni/sklepiku po pieczywo i/lub kupno dobrej wędliny, kabanosa, albo wędzonej ryby.

Czasem wariant bezmięsny - dobre pieczywo i jakiś nabiał. Kaloryczny owoc, np. banan.

Konsumpcja trochę po partyzancku, czyli na ulicy, na ławce lub w parku - albo po prostu najwygodniej i na szybko w domu, czasem prosto z opakowania ze sklepu (z reguły mieszkałem w centrum Poznania). Potem dalej do boju.

Taki to miałem (i czasem mam dalej) sposób na fast food, czyli szybkie żarełko :)

Dziś opędzlowałem wędzonego dorsza i marynowaną paprykę nadziewaną kapustą + marynowaną papryczkę chili + pełnoziarnisty chleb. Wszystko kupione nieopodal.


Czy zawsze szybkie żarełko musi wyglądać jak na załączonym obrazku?

Jak kupić tanio telewizor LCD

Mój stary i niezawodny kuchenny telewizor kineskopowy 21" ostatecznie dokonał żywota, niechcący uszkodziłem kineskop i sprzęt został wystawiony dla złomiarzy. Pojawiła się konieczność znalezienia nowego TV o zbliżonych parametrach. Oczywiście w dalszym ciągu z dużą sympatią patrzę na starą i niezawodną technologie kineskopową, jednak dysponując dość ograniczoną przestrzenią w mieszkaniu w bloku oczywiście w pierwszej kolejności zwróciłem uwagę na płaskie telewizory LCD oraz LED.

Obowiązkowy obrazek w artykule o LCD to full wypas sprzęcior + dziewczyna.

Telewizory LED
Ładne, o dobrych parametrach, ale wyraźnie droższe od tradycyjnych LCD TV. Cieńsze i wyraźnie lżejsze, jeśli to dla kogoś ma znaczenie - można na przykład rozpatrywać powieszenie na ścianie o lekkiej konstrukcji - suporex, ytong czy regips, albo szkieletowa ścianka działowa. Kalkulacja kosztów w stosunku do klasycznego LCD zazwyczaj nie wypada przekonująco, ewentualne oszczędności na niższym zużyciu energii przez LED TV skutecznie niweluje wyższa cena w stosunku do LCD. Jak zwykle indywidualna kalkulacja kosztów rozwiąże tutaj dylemat oszczędnościowy. U mnie korzystniej wypada LCD.


Ceny telewizorów LCD
Ceny TV LCD w okolicach 19-22" okazały się niezbyt zachęcające, przy produktach markowych to nieubłagalnie suma większa niż 900 zł, na produktach no-name z TESCO lub innych tanich supermarketów można oczywiście trochę oszczędzić. Kwestia jakości, parametrów, itp. pozostaje jednak dyskusyjna. Osobiście kupiłem kilka produktów TECHNIKA, która to jest wewnętrzną marką TESCO i jestem na razie w miarę zadowolony, w ostateczności rozpatrywałem kupno telewizora tej marki.

Monitor komputerowy LCD w roli telewizora
Po konsultacji ze znajomym informatykiem, ostateczny wybór padł na nowy monitor komputerowy LCD HD 20" firmy ACER, kupiony w promocji za dokładnie 600 zł, monitor posiada także tuner TV analogowy i cyfrowy. Łącze HDMI oraz komplet innych niezbędnych łączy. Bez problemu połączyłem go z dekoderem telewizji na kartę SD łączem SCART. Jedynym słabym punktem okazał się dźwięk - głośniki w tym monitorze to żenada. Na szczęście posiadałem rezerwowy komplet dość mocnych głośników TECHNIKA (koszt głośników 50 zł) z TESCO. Z uwagi na stopniowe przechodzenie większości stacji na format panoramiczny 16:9 przy zdecydowanej większości kanałów mam obraz o 1 cal szerszy niż na telewizorze kineskopowym CRT 21" mimo formalnie mniejszej przekątnej.

Zakup okazał się strzałem w dziesiątkę. W przyszłości planuję go doposażyć w cichą jednostkę PC w stylu nettop / miniITX , prawdopodobnie coś własnej konstrukcji i używanie jako rezerwowego / alternatywnego komputera.

Edycja 29.09.2011: prawdopodobnie wykorzystam jednostkę Raspberry Pi jako bezgłośny komputer do zakupionego TV, a może nawet przy odpowiedniej konfiguracji do starszej plazmy.

poniedziałek, 26 września 2011

Niezły bigos #1 - czerwona kapusta

"Jaki koń jest - każdy widzi". Ta słynna definicja stworzenia czterokopytnego może być równie dobrze sprowadzona do opisania bigosu i jego roli w naszym pięknym kraju: "Jaki bigos jest - każdy wie". Mimo to podzielę się z wami swoimi przemyśleniami na temat robienia niezłego bigosu. Potrawa to bowiem wygodna i oszczędna.


Cykl o bigosie zaczynam przepisem na bigos z czerwonej kapusty. A zatem lecimy :)

Szatkuję na drobne kawałki kapustę czerwoną i robię resztę bigosu w miarę klasycznie - ale nie dodaję pomidorów - ten bigos jest gotowy o wiele szybciej niż klasyczny - no i ma ciekawy kolor, który zmienia się, jeśli ewentualnie dokwaszam ten bigos cytryną lub octem.

Krytyczne uwagi:

- Proszę uważać na dokwaszanie i poeksperymentować na małych porcjach. Łatwo zepsuć potrawę.

- Ze zmieszania czerwonej kapusty i kapusty kiszonej wychodzi potrawa "płaska w smaku" i nieciekawa, frakcje kapusty rozgotowują się nierównomiernie, co by się nie robiło. Nie warto kombinować, jak to dopuszczone w bigosie klasycznym.

- Bigos czerwony gotuje się znacznie krócej, dlatego należy użyć wędlin, lub mięsa uprzednio podgotowanego (np. mięso z zupy).

- Bigos czerwony znacznie lepiej niż klasyczny sprawdza się jako potrawa wegetariańska (moim zdaniem - często jem bezmięsnie), a ponieważ wiem, że niektórzy z czytelników to "pożeracze biednych roślinek", ta uwaga może być dla was cenna :)

niedziela, 25 września 2011

Irytująca koleżanka typu Joanna vel Dżouana Krupa w pracy.

My Polacy mamy jakiś kompleks narodowy, lata komuny, lata rządów socjalistów wszelkiej maści doprowadziły nasz naród do upodlenia. Zawsze z pewną zazdrością patrzymy na lepszy zachód - nawet jeśli on jest czasem już trochę mitem i wspomnieniem, mamy lekki kompleks i tyle... Mogą się niektórym patriotom moje słowa nie podobać, ale i tak napiszę co myślę, tak już mam.


Skoro jednak zachód jest taki "cool, great and wow" to dziw bierze, że coraz częściej mamy do czynienie z reemigrantami stamtąd. Pobyli parę lat, nie do końca wyszło jak miało wyjść i czas wrócić z podkulonym ogonem.

Jednak gdzie tak można, podkulony kudłaty ogon przed polską granicą trzeba nastroszyć, natapirować i uczesać... no i "jeshhhtem grejt, wroocziłam z JuKej"...

Chodzi taka potem po biurze i wk***a ludzi, grając oczywiście na polskim kompleksie, i oczywiście lecą w teksty w stylu: "No wieszh, u nas w JuKej to tak sie nie robiło... dizajn prosidżer musi być kuul.... no jak to się mówi.... autlajn dizajnu, który pokażemy na adapcie to nie może być szara i nudna Polska..." bla bla bla i oczywiście akcent ma.

Jak załatwić taką Dżouanę Krupę i nauczyć ją z powrotem języka ojczystego, bez akcentu i wstawek na każdym kroku jak to "u nas w UK/USA było lepiej"?
(Aha, Ja nie wnikam, czy było lepiej czy nie! Może i było, ale trochę skromności się przyda. No i skoro było lepiej - to po co kozo wróciłaś?)

No więc naszą Dżouanę załatwiamy, gadamy z szefem, prosimy o pomoc w pacyfikacji reemigrantki (jak sami jesteśmy szefem to sprawa ułatwiona, hehe) i w czasie kolejnych dni lecą akcje:

"Pani Joanno, no widzę, że z angielskim Pani jest na perfect, kto jak kto, ale na Pani w tej kwestii można polegać na pewno, w końcu tyle lat w biurze w UK.. ehh... Pani Joanno, tu są raporciki z konkurencyjnej firmy po angielsku... wypadało by to przerobić, przestudiować, streścić czy przetłumaczyć... no to mogę na Panią liczyć?"

No i tak do skutku - raport po angielsku, rozmowa po angielsku, angielski lubin, wysłanie do obsługi klienta po angielsku....

Z reguły kilka dni akcji wystarczy - nasza dumna Dżouana zamienia się w skromną Joannę, po polsku mówi bez akcentu i lepiej niż nie jedno z nas, znikają grające na naszym narodowym kompleksie wstawki "A u nash w JuKej... robiło się to lepiej". Atmosfera się w biurze poprawia...


P.S. Kochane czytelniczki, jestem jak widać samcem i jak jedna koleżanka stwierdziła... seksistą niepoprawnym politycznie (nie wiem czy to dobrze, ale mi się chyba podoba) dlatego napisałem o takiej koleżance Dżouanie okraszając to odpowiednio wizualnie.

Natomiast pragnę was z praktyki zapewnić, że podany sposób znakomicie działa też na faceta typu Max Kolonko (Mad Max?), co zjechał z JuEsEj i nam się rządzi w biurze :) "Dowalcie" takiemu Maksiowi, niech zobaczy, że polska kobieta to charakterek ma i nie da sobie podskoczyć.

Mówił do was...

czwartek, 22 września 2011

Jaki tłuszcz najlepszy do smażenia?

Jako chłop gotujący, a szczególnie lubiący smażone potrawy, często zastanawiam się nad tym jaki tłuszcz jest najlepszy do smażenia.

- Sam preferuję oliwę z oliwek extra virgin, choć wiem, że nie powinno się jej smażyć, a raczej spożywać na surowo. Lubię ten smak.

- Dość dobry do smażenia jak dla mnie jest smalec gęsi, delikatny w smaku. Pełny, sycący i ponoć zdrowy dla układu krążenia.

- Rewelacyjnym wyborem jest jak dla mnie masło klarowane - rewelacyjne do potraw, gdzie maślany posmak jest pożądany (np. szpinak, jajecznica z cebulką), ale gdzie przypalone zbyt długo masło zepsułoby potrawę.

- Z myślą o siłowni (ponoć zawiera substancje anaboliczne) kupiłem delikatny i świetnie nadający się do wszystkiego olej z pestek winogron - jak dla mnie dość fajny i uniwersalny.


Jeden jest fakt, wymienione powyżej tłuszcze...

...jaki jest ten fakt dowiecie się na nowym blogu - tutaj: Tłuszcz do smażenia!

środa, 21 września 2011

Moja przygoda z policją - światła w samochodzie

Dziś pogoda była wyśmienita, jako stary kierowca, szkolony na starych zasadach z trudem pamiętam o zapaleniu świateł w samochodzie w jasny i słoneczny dzień. Czy to ma w ogóle sens? W dni pochmurne tak, w trakcie opadów tak, w szary wieczór tak. Nie wiem, co do jasnych, pogodnych i słonecznych dni. Chyba musimy podyskutować na ten temat :)


Tak czy inaczej misiaczki (czyli w slangu CB - nasza kochana drogówka) złapały mnie bez świateł tuż obok domu. Uff, całe szczęście - antena była schowana w bagażniku, a misiek nie wpadł na to aby mi tam zaglądnąć (przy okazji kontroli gaśnicy na przykład). A CB-radio w schowku.

Dlatego na jazdę w mieście CB-radia nie zakładam :)

Wątpię, czy gdybym miał na widoku CB-radio, a misiek miałby zły humor - to nie udałoby mi się uniknąć mandatu tak jak dziś. A tak grzecznie, kulturalnie, po sąsiedzku wytłumaczyłem co i jak i skończyło się na pouczeniu.

wtorek, 20 września 2011

Papierosy - przecież ja mogę w każdej chwili przestać.

Przypomniała mi się dziś podczas pewnej rozmowy sytuacja mojego kolegi ze studiów. Mieszkaliśmy razem jakiś czas. Kolega skusił się na papierosa na studenckiej imprezie - przy piwku - posmakowało, potem kolejny raz i kolejny. W końcu kolega kupił własną paczkę LM-ów, bo czas przestać brać, wypada też poczęstować tych co go poczęstowali. I takie to było popalanie na imprezach.


Potem zaczął się sezon testów i egzaminów - i okazało się, że fajeczka znakomicie relaksuje także na trzeźwo. Tylko dla odstresowania ze 2 fajki dziennie - co najwyżej - mówił - to nie groźne, nie jestem uzależniony - przecież ja mogę w każdej chwili przestać!!! :)

Mówi dalej - nieeee.... nie muszę palić, ale wiesz - idę ulicą jak jakiś James Dean, wyciągam papierosa, odpalam zaciągam się - od razu inaczej - jestem gość... podchodzę na palarnię częstuję ładną dziewczynę.... ale nie, serio nie muszę zapalić, nawet wiele godzin, albo czasem parę dni.... kontroluję to...

Po roku okazuje się, że schodziła dziennie paczka LM-ów, mus i nie ma to tamto, a kolega kiedy nagle zabrakło papierosów potrafił wyjść i poprosić sąsiada o fajeczkę. Nie ma lekko - powiada kumpel - trzeba coś zapalić :>

poniedziałek, 19 września 2011

Komputery - czyli jak wielkie korporacje robią nas w jajo.

Pomyślmy jak to jest, że kupuję pralkę i chodzi ona wiele, wiele lat. Jedna z pralek w naszej rodzinie chodziła intensywnie użytkowana, przy twardej i mocno korozyjnej wodzie przez ponad 20 lat. Moja ówczesna, nowoczesna pralka chodzi już conajmniej od lat pięciu. Stary telewizor kineskopowy działał lat kilkanaście, i gdybym go przez nieuwagę nie rozbił, działałby drugie tyle.

Z komputerami jest inaczej - kupujesz - po 2-3 latach super szybki komputer okazuje się za słaby, a bo to nowy Windows, bo to nowe gry, bo to wszyscy używają już nowego Office, itp. - nie mija okres gwarancyjny, a już super sprzęt sprzed 2 lat to chłam.

Dalej wchodzisz na mniej więcej te same strony www, dalej klikasz na tych samych czatach i komunikatorach, dalej klikasz w równie odmóżdżające gry, dalej w domu pod Officem piszesz mniej więcej podobne teksty - ale nie! stary dwu/trzy letni komp to chłam, wolny przeżytek.

Coś tu nie gra.

Odpowiedzi na to szukam między innymi na moim blogu technologicznym http://lekki-linux.blogspot.com/, specjalnie do wchodzenia tam was nie zachęcam, bo to niszowa sprawa dla pasjonatów, a i blog traktuje mniej priorytetowo niż ten. Ot, jak ktoś chce to proszę wejść.

Natomiast powiem krótko - obecnie testuję system o nazwie Bodhi Linux, rzecz raczej dla min. średniozaawansowanych w komputerach - piszę własnie spod tego systemu i tego samego Firefoksa, którego mam wszędzie i jak to jest, że super bajerancki system, z wodotryskami i wizualnymi atrakcjami na miarę najnowszego Windowsa może zajmować 60-70 MB ramu i szybko chodzić na wiekowym komputerze, który wielu z was wyrzuciłoby na śmietnik?


Powyżej moje obecne biurko na laptopie - po kliknieciu powinien sie pokazać pełnowymiarowy screenshot.

Systemik spróbuję opisać biżej na drugim blogu (dla maniaków), jak tylko znajdę siłę i energię na bardziej konstruktywne i precyzyjne wypowiedzi. (Jestem obecnie przeziębiony i mentalnie wyciśnięty jak cytryna).

Higiena psychiczna a praca w niedzielę - zmęczenie materiału

We wczorajszym poście skrytykowałem negatywne podejście ludzi na prowincji do pracy fizycznej w niedzielę wykonywanej na przykład przy domu. Ale taki jest fakt - jest to w Polsce ogólnie potępiane. Moja żona pochodzi z mniejszego miasta i kiedy wczoraj (akurat już po moim poście!) na chwilę włączyłem pralkę automatyczną, aby coś przepłukać - od razu zaczęła burczeć (jak jej mama, jej babka, prababka i pokolenia wstecz) - jakże to tak, przecież sąsiedzi mogli usłyszeć, że pierzesz w niedzielę - i co będą o nas mówić? Po mojej zwyczajowej stanowczej odpowiedzi informującej wybrankę o miejscu w które mnie mogą pocałować sąsiedzi, którym włączenie pralki na 10 minut przeszkadza, kobieta ucichła - ale ten temat wróci jeszcze nie raz :)

Natomiast powiem wam, że niedziela, jako dzień święty, dzień bez pracy (mówię o tej pracy, którą na codzień wykonujemy zarobkowo) jest bardzo pożyteczną rzeczą. Daje nam chwilę oddechu, oderwania się od codziennej rutyny, pozwala złapać równowagę psychiczną i dystans do rzeczywistości. Daje nam czas dla naszej rodziny i dla nas - i warto ten czas dobrze wykorzystać, ale nie na pracę (zarobkową).


O ile potępianie pracy, jako jakiegokolwiek wysiłku fizycznego, jest jedynie nieżyciowym reliktem w polskiej mentalności - to rezygnacja z pracy zarobkowej w niedzielę ma jak najbardziej głęboki sens - pod wieloma względami.

Miałem długo czas w życiu, że pracowałem miesiącami zarobkowo 7 dni w tygodniu - powiem wam, że wypalenie psychiczne po takim maratonie nie jest często warte zarobionych wtedy pieniędzy - i teraz jestem zdania, że jeśli możemy - warto się sprężyć maksymalnie w tygodniu, aby tę niedzielę jednak mieć wolną.

Oczywiście tę niedzielę warto wykorzystać na jakąś krótką wycieczkę z rodziną, np. w góry, itp., na zajęcie się sobą (np. relaksujący psychicznie trening) a nie lampienie się w TV i zabijanie nudy przy alkoholu.

niedziela, 18 września 2011

Wyprowadzka na wieś a praca w niedzielę

Jedna rzecz jest zastanawiająca dla wielkomiejskiego mieszczucha przeprowadzającego się nie tylko na wieś, ale i do mniejszego miasta, bądź na przedmieście metropolii/dzielnicę o nieco wiejsko-buraczanym charakterze.

Wszelka widoczna praca fizyczna wykonywana w niedzielę ludzi w oczy kole, jest powodem do obgadywania za plecami i do wyklęcia delikwenta ze społeczności.

Na zadupiu wolno ci w niedzielę na przykład napić się alkoholu do nieprzytomności i zataczać po wsi - oczywiście najlepiej z kuzynami, szwagrem i kolegami równie ubombanymi, to ci zostanie wybaczone, ale nie wolno ci pracować - bo to grzech.


I to nic, że dana czynność nie jest dla ciebie de facto pracą w rozumieniu PRACĄ, tylko rodzajem relaksu, fitnessu i odskoczni - dla NICH to jest praca i tyle. Zgroza i herezja.

Nic, że cię energia roznosi do jakiegoś pożytecznego zajęcia - możesz iść na ploty do Kowalskich i obgadywać Nowaków, obżerając się do nieprzytomności ciastem i pić parzochę z Biedry - ale nie wolno ci pracować - bo podważasz święte tabu lokalnej społeczności.

Zatem nie ma koszenia ogródka, nie ma malowania płotu ani obrabiania grządek - możesz coś dłubać w garażu, albo na strychu - ale tak, by drodzy sąsiedzi wiochmeni albo małomiasteczkowcy tego nie widzieli. Dyskretnie, po cichu i za zamkniętymi drzwiami.

sobota, 17 września 2011

Oszczędzanie nerwów w związku - zdrada małżeńska.

Jeden z dobrych znajomych dość głęboko i zaskakująco odniósł się do mojego dawnego cyklu o oszczędzaniu nerwów w związku, który mu streściłem - ponieważ to było "na żywo", na imprezie streszczę wam jego teorię pokrótce:

A więc jeśli chcesz uniknąć nerwów w związku "pilnuj swojego" - jeśli koło żony pojawi się jakiś amant - pilnuj swego i jeśli trzeba lej drania ile wlezie. Dlaczego? Ponieważ wedle kumpla - kobieta nie umie zdradzać, w przeciwieństwie do faceta! :)

Dlaczego - pytam nieco zaskoczony?

Bo zdrada mężczyzny wynika z natury zdobywcy i jest traktowana jako coś w rodzaju sportu, jednym słowem facet nie przywiązuje emocjonalnej wagi do skoku w bok. Co więcej, jest często pełen wyrzutów sumienia i stara się "nadrobić" będąc lepszy dla żony i dzieci. Chce podświadomie zrekompensować swoje wyczyny dla ogniska domowego.


Kobieta inaczej, jej zdrada jest często połączona z emocjami, kobieta porównuje swojego męża i fagasa i zdradza właśnie dlatego, że fagas wydaje się jej w czymś lepszy, a nie dla sportu i zdobywania. Kobieta często wiąże podświadome nadzieje z nowym, lepszym samcem, często jednocześnie gnojąc swojego męża i zaniedbując ognisko domowe.

Wedle starszego i doświadczonego kolegi - kobieta zdradzać nie umie - więc nie powinna - zatem trzeba lać "obcego samca" ile wlezie, jak tylko zacznie flirtować z naszą żoną.

Zaskakująca teoria - i co wy na to?

Jaki telefon komórkowy wybrać?

Miałem zacząć pisać o komórkach, kiedy w TV ujrzałem reklamę wyborczą PO, twarze platformersów oraz świdrujące na wylot oczka Tuska, wzdrygnąłem się i odruchowo złapałem za kieszeń, gdzie trzymam portfel... jeszcze coś tam jest uff... no dobra miało nie być tu o polityce, no to nie będzie, ale właśnie o następującej rzeczy platformersy mi przypomniały:

Przede wszystkim jakiego telefonu byśmy nie wybrali warto zgłębić jedną drobną sprawę techniczną, a właściwie regulaminową - warto zastrzec, że nie zgadzamy się na przetwarzanie danych do celów marketingowych, warto zablokować wszelkie promocyjne SMSy, informacje o nowych ofertach, itp. - o użeraniu się z bandami naciągaczy, konsultantów i akwizytorów próbujących nam wcisnąć niekorzystny dla nas chłam.

Kolejna sprawa to wybór sieci - otóż rzeczywisty zasięg może znacząco różnić się od oczywistych deklaracji operatorów - znowu więcej ściemy niż konkretów - ponieważ wiem co to tańczenie z telefonem, aby złapać odrobinę zasięgu - przed właściwym zakupem sugeruję zakupić najtańszy starter danej sieci i wyciągnąć z dna szuflady jakiś stary telefon, aby potestować zasięgi w interesujących nas miejscach. Większość z nas ma gdzieś taki stary, rezerwowy sprzęt (którego już niektórzy się wstydzą pokazać w towarzystwie).


Finalna sprawa to kombinacja oferty cenowej sieci oraz możliwości technicznych i ceny samego telefonu. Jeśli czytacie bloga dłużej - wiecie, że preferuje pre-paid, natomiast co do samego telefonu z biegiem lat zauważyłem jedno:

Niezależnie od ilości dingsów, wodotrysków, odtwarzaczy, aparatów, gier... w telefonie przez 99% czasu używam telefonu wyłącznie do rozmów i ewentualnie SMSów. Cała reszta poza początkowym okresem cieszenia się i ekscytacji full wypas sprzętem jest praktycznie nieużywana. Pojawia się zatem pytanie. Czy zatem naprawdę zawsze wiemy na 100% jaki telefon komórkowy wybrać?

piątek, 16 września 2011

Ogrzewanie elektryczne - piec akumulacyjny, ogrzewanie akumulacyjne.

Na prośbę czytelniczki zamieniam kolejność publikacji postów i dziś napiszę co myślę o piecach akumulacyjnych.


Jak dla mnie główną zaletą pieca akumulacyjnego jest możliwość skorzystania z drugiej, niższej taryfy za prąd. Wkład pieca akumulacyjnego, z reguły jest to jakiś wkład szamotowy, albo w droższych wariantach bazaltowy, magazynuje ciepło podczas okresu w niższej taryfie, a oddaje go w sposób ciągły, lub wedle regulatora/sterownika.

Piec akumulacyjny z regulatorem (i z reguły wymuszonym obiegiem powietrza) to tzw. piec akumulacyjny z dynamicznym rozładowaniem, a ten bez regulatora to piec akumulacyjny z rozładowaniem statycznym.

Piece akumulacyjne są drogie w porównaniu z grzejnikami olejowymi, jednak jeśli rozpatrujemy grzanie mieszkania na stałe energią elektryczną - taki piec się w końcu zwróci i zacznie na siebie "zarabiać" z uwagi na wysoki koszt prądu i niższą opłatę za niego w drugiej taryfie.

O ile sobie przypominam są jeszcze dwa warianty ogrzewania akumulacyjnego.

1. Stary piec kaflowy z wkładem szamotowym przerobiony na piec akumulacyjny. (Używałem takiego pieca sam.)

2. Akumulacyjne ogrzewanie podłogowe - różni się od zwykłego ogrzewania podłogowego znacznie głębszym umiejscowieniem maty grzejnej lub przewodów grzejnych i wykorzystaniem stropu jako swoistego "wkładu" pieca akumulacyjnego. Wadą (choć dla niektórych zaletą) tego rozwiązania jest gigantyczna bezwładność cieplna. Oznacza to, że jeśli wejdziemy do zimnego domu po urlopie i będziemy chcieli nagrzać wnętrze tym systemem to dłuuuuuugo się naczekamy.

Zaletą dwóch powyższych rozwiązań jest "złodziejoodporność" - raczej nikt tego nie da rady ukraść.

czwartek, 15 września 2011

Ogrzewanie elektryczne - jaki typ grzejnika na dogrzanie?

W ostatnim poście była mowa o dogrzewaniu się elektryką - dziś podzielę się z wami moimi obserwacjami i praktyką co do grzania elektrycznego.

Konwektor
- zaletą jest niska cena, wadą ciągły metaliczny smrodek rozgrzanych sprężyn w rdzeniu urządzenia, kolejne wady to brak bezpieczeństwa, urządzenie trzeba nadzorować, przykrycie konwektora grozi pożarem, grzejnik jest niebezpieczny dla dzieci. Urządzenie posiada niemal zerową bezwładność cieplną. Moje zdecydowane NIE.


Termowentylator
- to właściwie lekko zmodyfikowany konwektor ze wszystkimi jego wadami, zaletą jest możliwość użycia do chłodzenia latem oraz skierowania strumienia ciepłego powietrza na dany punkt, znana od czasów komuny farelka jest także termowentylatorem.

Promiennik
- cena nieco wyższa niż konwektor, ale prócz braku smrodku ma jednak większość wad konwektora - także nie używamy jeśli w domu są dzieci, także jest niebezpieczny jeśli chodzi o zagrożenie pożarowe, także ma zerową bezwładność. Używanie promienników przypomina nieco grzanie się przy kominku, także można mieć takie urządzonko jeśli chcemy na promieniowanie podczerwone wystawić np. zbolałe korzonki. Generalnie jeśli chcemy doraźnie ogrzać tylko fragment dużego pomieszczenia - jest to jakieś rozwiązanie.

Reszta artykułu została przeniesiona TUTAJ: Ogrzewanie elektryczne - kupno grzejnika.

wtorek, 13 września 2011

Daleka łączność CB-radio

Przeglądając zaznajomione blogi - zobaczyłem post o gołębiu na Boskiej Woli - jak rozumiem to gołąb pocztowy w podróży do miejsca przeznaczenia i przypomniałem sobie o kolejnej - chyba już "starożytnej" metodzie komunikacji, a mianowicie o CB-radio.


Obecnie ten wynalazek służy głównie do unikania "misiaczków" na drogach, natomiast w latach 90-tych sporo ludzi bawiło się w radiokomunikację CB, dalekie łączności, a dla wielu CB było realną alternatywą telefonu komórkowego. (Z resztą na prowincji czasem nadal ją stanowi, ponieważ deklarowane zasięgi operatorów są czasem fikcją literacką.)

Przejdźmy jednak do rzeczy - ok. tygodnia temu udało mi się zrobić z samochodu łączność ze stacją bazową CB na Ślęży (rozmowa w 2 strony). Byłem na głównej trasie na północ od Legnicy, w okolicach wsi Chróstnik - to jest w prostej linii ok. 50km. Imponująca łączność jak na antenę magnesową długości 1,5m.

PS. Edycja: Osoby spragnione nowinek technologicznych i chcących obejrzeć mój kolejny super komputer, który kupuję sobie na gwiazdkę, zapraszam na mój blog technologiczny: http://lekki-linux.blogspot.com/2011/09/raspberry-pi-czyli-moj-kolejny-komputer.html, maszyna oczywiście jest oszczędna, jakby inaczej.

poniedziałek, 12 września 2011

Super oszczędny prysznic - 5 litrów wody.

Pamiętacie może odcinek Boso przez Świat w którym Cejrowski brał pustynny prysznic - bodajże na pustyni Namib? Otóż ostatnio u mnie na blokowisku od wielu dni nie ma ciepłej wody, i nie będzie w najbliższym czasie. Człowiek w takich chwilach docenia wygodę jaką jest ciepła woda w kranie.


Do braku ciepłej wody jestem przyzwyczajony, dużą część dzieciństwa spędziłem u dziadków, gdzie ciepłej wody nie było, co więcej zimnej też - trzeba było sobie przynieść we wiadrze - podgrzać na piecu węglowym (skoro o piecach ostatnio mowa) i jakoś utrzymać higienę osobistą.

Mimo takich niewygód zawsze z utęsknieniem czekałem na wyjazd do dziadka i babci :)

Tak czy inaczej ostatnio biorę kąpiel w 4-5 litrach wody. Wariant pustynny - namoczenie się 1-2 kubkami wody, namydlenie płynem i staranne spłukanie resztą. Za prysznic robi butelka PET.

Przy okazji - oszczędność ekstremalna - i pomyśleć ile normalnie wody zużywamy na pełną kąpiel w wannie.

sobota, 10 września 2011

Siłownia w centrum zainteresowania - ćwiczenie jako inwestycja finansowa.

Może nie widać tego po liczbie komentarzy, ale statystyki odwiedzin nie kłamią, tematy siłowniano sportowe cieszą się wśród was bardzo dużą popularnością. Ja też miałbym mnóstwo do napisania i opowiedzenia - jednak ściśle nie wiążę się to z tematyką bloga. Zastanawiam się zatem, czy nie wydzielić na panelu administracyjnym osobnego bloga pomocniczego - tak jak to zrobiłem z tematyką komputerową i nie wrzucać czasem tam postów na tematy sportowe. Zobaczymy.


Z drugiej strony (rozmawiałem nawet na ten temat bodajże z 2-3 znajomymi) całą sprawę z zabawą w siłownię i treningi można rozpatrywać jako oszczędność, lub nawet inwestycje finansową. Dlaczego?

Przy treningu poprawia się stan zdrowia, czy to za sprawą dodatkowej suplementacji, a ładuje się w siebie np. sterole (źeń-szeń, tribulus, kozieradka) albo dodatkowe witaminy i mikroelementy (cynk, magnez, witamina C), a może lepszego odżywiania (naturalne jogurty, kefiry) czy zmniejszenia ilości wypijanego alkoholu.... mniejsza o to. Chorowanie i lekarze kosztują - unikanie tego daje korzyść finansową.

Mądrym treningiem daje się wzmocnić odpowiednie mięśnie - nie mówię tu o wypakowaniu się na Pudziana - ale np. o wzmocnienie mięśni podtrzymujących kręgosłup. A leczenie kręgosłupa i związane z tym dolegliwości to masa czasu, nerwów i kasy.

No i wreszcie mamy więcej energii i mocy do pracy zarobkowej (choćby po doładowaniu takim żeń-szeniem), co przekłada się na więcej kasy.

czwartek, 8 września 2011

Efekt skali - bigos i ciecierzyca - oszczędzanie w kuchni

"Oooo kurczę! Po co robisz tyle tej cieciorki! Dwa wielkie gary!" - Tekst kobiety gdy ostatni raz gospodarowałem w kuchni. "Znooowu tyle bigosu! Kto tyle zje?" - To typowy stały punkt programu, kiedy robię bigos (sporadycznie).


Problemem jest to, że obie wymienione potrawy, zrobione tak jak ja tego chce, są bardzo pracochłonne. Jednakże niemal tyle samo czasu poświęcam na jeden mały garnek, co na dwa wielkie gary żarełka. Wydaje mi się, że także mniej więcej tyle samo gazu zużywam na mały, jak i na wielki garnek bigosu.

Zatem jeśli już coś robię - staram się robić duuużo i zamrażać. Jaki jest sens bowiem spędzać cały wieczór nad daniem które starczy na 1-2 obiady? Według mnie ma starczyć nawet na 10 obiadów!

Czas to pieniądz.

- Jaki jest sens smrodzić w małym mieszkaniu zapaszkiem, który będzie unosił się bardzo długo (np. flaki), aby upichcić porcję tylko na jeden obiad?

- Umycie naczyń po małym gotowaniu jak i po dużym zajmuje tyle samo czasu.

- W tej chwili mam w lodówce kilka słojów pysznego barszczu z królika - są zapasteryzowane i czekają na swój czas - jeśli robić takie coś - to konkretnie i na dłuższy czas.

Trzeba szanować swoją pracę.

Wyprowadzka na wieś - czy tempo życia na wsi jest wolniejsze? Obowiązki.

Że niby co??? Na wsi żyje się swobodniej, a tempo życia jest wolniejsze? Ciekawe, ciekawe. Aaaa.... chodzi może o ten kontakt z przyrodą i chwilę zadumy, refleksji i oddechu? No cóż - ja też to znam z wakacji poza miastem - ale co to ma do czynienia z realnym, codziennym życiem?

Mieszkając jeszcze w Poznaniu, na ul. Gen. Maczka (bliżej centrum miasta niż obrzeży) miałem rzut beretem do Parku Sołackiego, z pięknym stawem, ciągnących się od niego kilometrami poza miasto terenów zielonych/lasów oraz do Cytadeli, olbrzymiego parku w centrum wielkiego miasta, gdzie człowiek może poczuć się jak daleko poza miastem. (Nieznającym Poznania polecam rzut okiem na mapę).

Ten kontakt z przyrodą, odseparowanie się, refleksja, zaduma, ruch na świeżym powietrzu był i w dużym mieście (jeśli człowiek tego naprawdę chciał i miał czas wolny).


Kilka dni temu spotykam się znajomą ze wsi - godzina okołopołudniowa - ta zabiegana i już mocno wymęczona. Co jest? Nie mam czasu, jestem zabiegana - od rana musiałam nakarmić kury, króliki, zwierzęta, zrobić na gospodarstwie to i tamto (jeszcze z tradycji ciągną to - niedobitki). Dojechać do miasta na zakupy - na dodatkowe szkolenia - czas ucieka - gonitwa. Z gospodarki nie wyżyjesz godnie (chyba że to wielka przemysłowa produkcja, albo coś mocno powiązane z turystyką). Więc choćby na pół etatu do miasta - dorobić. Gonitwa. Dojazd. Codzienne obowiązki - i gdzie tu wolne tempo życia?

WNIOSEK: Czy żyjesz na wsi, czy w mieście - twoje tempo życia zależy od obowiązków które sobie bierzesz "na głowę".

środa, 7 września 2011

Wyprowadzka na wieś - na ile mieszczuch różni się od wieśniaka?

Jak wiecie, od początku istnienia bloga przeplata się tu temat wyprowadzki na wieś i wszelkich spraw z tym związanych (szczególnie finansowych i oszczędnościowych), na kilku znajomych blogach ten temat przewija się co jakiś czas, często podejmując różnice psychologiczne między wieśniakami i mieszczuchami.


Dzisiaj napiszę coś do kolegów i koleżanek blogujących na ten temat: Otóż mam jako taki kontakt z rasowymi wieśniakami, pomieszkiwałem też na wsi oraz przedmieściu o wiejskim charakterze dość długo - więc nie jestem zielony w temacie. Czytam zatem te wasze blogi (osiedleńcze) i myślę, mimo wielu słusznych uwag, trochę przesadzacie w kwestii różnic, dramatyzujecie i robicie z igły widły. Dużo waszych spostrzeżeń i argumentów można łatwo "zbić". Zastanówcie się.

Wszakże miasto to na ogól po prostu większa wieś. Powiem, wam, że znacznie większe różnice są na linii prywaciarz-etatowiec, niż na linii mieszczuch-wieśniak. Wasz szok cywilizacyjny wynika głównie z tego, że np. zaczynając prowadzić własne gospodarstwo, agroturystykę, hodowlę koni, królików, czy co tam macie na zagrodzie przechodzicie na własny rozrachunek, podejmujecie odpowiedzialność za własny biznes (gospodarstwo) i zaczynają się schody, których nie było na wygodnym (psychologicznie) etacie.

Ot, cała wielka tajemnica.

wtorek, 6 września 2011

Drogówka, misiaczki, pułapki i batmani.

Dzisiejszy post nawiązuje do wczorajszego wpisu o rowerach i następującej po nim dyskusji.

Nasi dzielni funkcjonariusze w walce z niebezpiecznym stworzeniem!

Otóż dawno, dawno temu, za górami, za lasami, w pięknym kraju zwanym PRL, policja (wtedy milicja) egzekwowała takie coś jak oświetlenie roweru upomnieniami, ew. drobnymi mandatami (tak jest jakby nie patrzeć w przepisach). Co więcej! Istniało coś takiego jak karta rowerowa, której uzyskanie wymagało trochę wiedzy o ruchu drogowym, elementarnej inteligencji co do zachowania się na drodze i zapamiętania znaków...

Uczono np. przy okazji, że jeśli poruszasz się pieszo po drodze za miastem - robisz to z lewej strony i jeśli możesz nosisz odblask (np. na pasku plecaka). Dziś ta wiedza tajemna na prowincji zanikła.

Jeśli czytacie bloga dłużej - wiecie, że mam generalnie poglądy wolnościowe - jednak w takiej kwestii jak ruch drogowy - jestem za odrobiną zamordyzmu. Szczególnie jak podczas pewnych tras muszę robić manewry jak pilot viper'a z Battlestar Galactica, aby wyminąć, jak to piszecie, batmanów na rowerach (ubranych na ciemno, bez oświetlenia - jakby ktoś nie czytał). O batmanach na podwójnym gazie nie wspominam.

Co do policji - zamiast robić cyrk, aby napełnić portfele polityków i polować na kierowców przy tzw. pułapkach drogowych - mogliby częściej zacząć spełniać swoje rzeczywiste funkcje i zacząć wyłapywać batmanów na rowerkach, pieszych ubranych na ciemno idących złą stroną drogi. Uratowałoby to wiele żyć.

Co do pułapek, gdzie grasuje drogówka, czyli tzw. "misiaczki" to ostatnio miałem batalię np. za przejechanie linii ciągłej (niewidocznej i przysypanej śniegiem!!!), poprzednio za nielegalny skręt w pustą uliczkę (zakaz skrętu był na stałe przysłonięty konarem drzewa!!!)... kiedy nie wspomnę, chodziło o jakieś pierdoły, głównie parkingowe/wjazdowe, zupełne niegroźne dla innych użytkowników dróg... Tyle, że na nękaniu kierowców jest jakaś kasa.... no nie?

Można to samo powiedzieć o Straży Miejskiej / Straży Gminnej - to jest głównie gonitwa na szybkim napełnieniem portfela swojego i lokalnych prominentów, a nie dbanie o bezpieczeństwo.

poniedziałek, 5 września 2011

Oświetlenie rowerowe - rowerzysto nie oszczędzaj na światłach!

Wczoraj wczesnym wieczorem o mało co nie rozjechałem rowerzysty. Po prostu był dla mnie niewidoczny. Szkoda czasu na roztrząsanie czy miałem prawo go nie zauważyć, czy była to moja zwykła nieuwaga - faktem jest, że gdyby mimo ewidentnej jeszcze widoczności miał migające światło - wychwyciłbym to od razu.

Jest taka teoria, że w ruchu ulicznym nasze "rejestry" są przede wszystkim nastawione na "odbiór" innych samochodów i czasem motocykle i rowery umykają naszej uwadze. Coś w tym jest.


Na szczęście nie stało się zupełnie nic. W ostatniej chwili wcisnąłem hamulec.

Sam tego wieczoru po treningu hantlami robiłem ok 40 min. przejażdżki rowerowej - oczywiście "oświetlony" migająco i myślę, sobie, że nawet na ścieżkach rowerowych, którymi w większej części się poruszałem dosyć ułatwia to jazdę. Nadjeżdżający rower widać już z daleka.

Drodzy rowerzyści - jeśli mnie czytacie - nie oszczędzajcie zatem na zakupie i wyposażeniu roweru w odblaski i migające lampki. Włączajcie je nawet, jeśli jeszcze nie jest całkiem ciemno. Pisze wam to jako kierowca. Poruszając się poza miastem rozpatrzyłbym jeszcze kamizelki i opaski odblaskowe. Relatywnie małe wydatki - różnica w bezpieczeństwie kolosalna.


niedziela, 4 września 2011

Sport, siłownia i tłuszcz zwierzęcy

Wśród osób ćwiczących na siłowni (w tym u pań odchudzających się) obserwuję ciekawą paranoję, a mianowicie wielką niechęć do tłuszczu zwierzęcego. Oczywiście jestem zdania, że unikanie (czy raczej minimalizowanie) tłuszczu jest chore i szkodliwe dla zdrowia. Sam kiedyś uległem tej paranoi, za namową wielu mądrych i kompetentnych (mądrych inaczej) i lekturą kolorowych magazynów sportowych. Idiotyzmowi jaką jest unikanie tłuszczów zwierzęcych (np. masła) przypłaciłem osłabienie stawów (oraz ogólnej kondycji) i rezygnację z treningu na dłużej. (Dopiero od niedawna po poszukiwaniach, lekturze, myśleniu i testowaniu diety z większą ilością tłuszczu znam przyczynę.)


Skąd to szaleństwo się wzięło? Przypuszczam, że z zaklinania rzeczywistości i szamańskiego myślenia - bo skoro świnia ma duży brzuch, to jedząc jej sadło - ja też będę miał duży brzuch. Nic bardziej mylnego. Jestem obecnie zdania, że jeśli właśnie spożywam tłuszcz - to organizm uczy się go spalać, wykorzystywać jako rezerwę energii (tym samym spalać sadło z naszych ciał).

Sadło i tłuszcz w naszych brzuszyskach bierze się przede wszystkim z nadmiaru węglowodanów: ciast, słodyczy, cukru, piwa, białego pieczywa, chipsów... oraz siedzenia na czterech literach i wygrzewania fotela. (i dokładnie temu, na własne życzenie zawdzięczam ostatnie pogorszenie kondycji, które z każdym dniem i z każdym treningiem odchodzi już do przeszłości).

Tak więc nie żałuję sobie (w granicach rozsądku) smalcu, podrobów, tłustych mięs (np. golonka), tłustych ryb, a także tłuszczy roślinnych - np. oliwy z oliwek, oleju z pestek winogron, itp. (do tego oczywiście ruch, aby ten tłuszcz dobrze przepalić). Natomiast na rzeczy wymienione w poprzednim akapicie robię sobie post. (Tak jest zdrowiej i bardziej oszczędnie.)

sobota, 3 września 2011

Palenie jest dla prawdziwych mężczyzn...

Taki tekst usłyszałem w jednej z rozmów - między nami facetami - gdzie padło kilka różnych, ciekawych tematów (chcę tu luźno nawiązać do poprzedniego posta o facecie w markowych ciuchach). Czy to jest prawda, czy tylko głupie tłumaczenie człowieka uzależnionego?


Film

Fakt jest faktem, palenie papierosów doskonale sprawuje się jako używka towarzyska, potrafi przełamać lody w relacjach międzyludzkich (poczęstowanie fajką), cementuje męskie towarzystwo (jasne, ze nie każde), ułatwia nawet zapoznanie się z dziewczyną, palącą w tym samym czasie w tej samej palarni. Palenie pozwala opanować stres, oderwać się czasem i zachować zimną krew.

Nawet dla mnie, niepalącego, facet z papierosem czasem wygląda dobrze (pewnie efekt prania mózgu reklamą i wizerunek palącego kowboja, żołnierzy z filmów wojennych, itp. po prostu podświadomość).

Rzeczywistość
Postanowiłem jednak przyjrzeć się podczas wędrówek po okolicy palącym facetom i skonfrontować wizerunek filmowy z rzeczywistością. To dla mnie także osobisty motywator aby nie palić (i oszczędzać pieniądze, hehe).

Fakty są takie: Z reguły w mojej okolicy facet z papierosem jest niezadbany (nie mówię o marce w ubraniu, lub nie - tylko o zwykłym syfiarstwie), śmierdzi, często jednocześnie śmierdzi przetrawionym alkoholem, ma niezadbany zarost i fryzurę. Często wielki piwny brzuch, lub twarz zasuszoną od wódki (czerwonawa karnacja).

Generalnie większość znanych mi kolesi na jakimś poziomie - nie pali, dba o zdrowie, uprawia sport.

Większość znanych mi bliżej palaczy - nawet jeśli starają zachować się jakiś poziom - ma problemy zdrowotne - z reguły wieczne problemy gardłowo oddechowe. Odchrząkiwanie flegmą jest niezbyt miłe, to samo chrypa i kaszel. Zadyszka przy lekkim wysiłku, itp.

Czy zatem "Palenie jest tylko dla prawdziwych mężczyzn?"

piątek, 2 września 2011

Markowe gadżety na plaży, markowe ciuchy...

Jak wiecie jestem nastawiony sceptycznie i realistycznie do pojęć: marka, markowe, lans, szpan... Sceptycyzm nie oznacza negowania marki, szczególnie jeśli marce towarzyszy jakość, a markowy produkt można nabyć w sensownej cenie - co zazwyczaj oznacza końcówki serii, wyprzedaż posezonową, albo inne okazje. Kupując taki produkt preferuję jednak, aby markowa etykietka lub inny label były tak dyskretne na ile to możliwe, albo w ogóle niewidoczne.

Coś dla Pań i kwestia jeleni
Z resztą grzebanie się w zakupach, wyprzedażach i okazjach to raczej kobieca sprawa i kobieca rozrywka - ja tego nie czuję zupełnie - ale żona zna moje preferencje ubraniowe i to raczej ona wyszukuje, jak już coś.

Wróćmy jednak do faktu dlaczego nie lubię widocznych oznaczeń marki? Po prostu nie lubię obwieszania się etykietkami - bo co to ja jestem? jakiś słup reklamowy? Jeśli już marka ABC chce abym jej logo nosił na klacie - to niestety - za reklamę się płaci (a wątpię aby zapłacili). Nie jestem jakimś jeleniem aby cudzą reklamę obnosić za friko.

Lato
Większość lata przechodziłem w niemarkowych lnianych spodniach kupionych w supermarkecie i takich koszulach - kolory naturalne, kremowe, itp.. Do tego skórzany pasek z jakiejś lokalnej wytwórni (na pewno niemarkowy) oraz takich czy innych skórzanych butach lub skórzanych laczkach (ale na pewno nie była to żadna wielka marka). Nie jestem wielkim estetą, ale myślę, że wyglądałem w tym zestawie dobrze, czułem się dobrze, a nawet rewelacyjnie, fajna przewiewna tkanina.

Czy czułbym się lepiej gdyby to były ciuchy widocznie labelowane przez jakiegoś znanego projektanta typu "Giorgio Fanfaculo". Nie sądzę. Raczej miałbym dyskomfort, że daje się wycyckać jak jakiś jeleń cwanym homo-designerom i korporacjom, zapewne kilkukrotnie przepłacając za parę fatałachów.

Metroseksualny typ faceta, który ma się ma podobać kobietom, bo tak każe TV i magazyny dla pań. (Mi on bardziej przypomina Krysię z Mięsnego, niż chłopa!)

"Markowe" plażowanie
Przypomina mi się w tym momencie znajomy i jego kumpel na któryś z kolei wakacjach. Szczególnie ten koleś obwieszony markowymi gadźetami totalnie. Markowe nawet majtki (te bieliźniane) - co było w jakiejś rozmowie jeszcze podkreślone - nie żartuję - z trudem mogłem powstrzymać śmiech, na widok tak żenującego zniewieścienia chłopa. Mniejsza o to, bo oczywiście był poruszony temat marki - co to wypada i dobrze wygląda - i gdzie na jakiej wyprzedaży można co wychwycić - po kilku uwagach z rozmowy się wypisałem, bo nie miałem ochoty na umoralnianie kogokolwiek - szczególnie centralnie zagejowanych kolesi - co chłopu naprawdę wypada, a co nie.

Rzuciłem hasło do pływania, nie ma co siedzieć i pitu pitu. Znajomi markowcy z trudem przepłynęli długość plaży (od boi do boi), wyczerpali się do reszty i poszli dochodzić do siebie. Ja pyknąłem sobie gdzieś ok 1000m i dopiero wtedy czułem, że w ogóle zamoczyłem stopy.

Ciekawe co jest bardziej "na miejscu" i trendy dla faceta, rozmowa o kolejnych km dystansu do pokonania, o wyzwaniach do zaliczenia - dosłownie "o kolejnych szczytach do zdobycia", czy podniecanie się markowymi fatałaszkami.

czwartek, 1 września 2011

Telemarketing i akwizycja - jestem gotów do kontrataku.

Jakiś czas temu pisałem wam o tym jak bardzo wkurza mnie telemarketing i stada różnych psycho-zboczeńców próbujących mi za wszelką cenę coś sprzedać, albo skłonić do podpisania umowy.

Zaproponowaliście mi różne sposoby na pozbycie się kłopotu, podyskutowaliśmy o kwestiach prawnych, i jeśli trafi się namolny dupek, który nie rozumie słowa "nie" bądź ewidentnie upierdliwa firma - jakoś sobie radzę.

Niestety nie do końca sobie radzę z namolnymi insektami z firmy Dialog, dzwoniącymi ostatnio dzień w dzień (naprawdę!) - zadeklarowali mi, że nie przestaną dzwonić, do chwili kiedy właściciel telefonu tego nie zastrzeże! Problem w tym, że okazało się, że właścicielem mojego telefonu jest nieobecna na długi czas osoba z rodziny, a ja rzekomo nie mam pełnomocnictw. Pół biedy jeśli trafią na mnie - ale odbierze Kobieta - i jest "średnio".

Ale zaraz, zaraz...!
Ja w sumie kiedyś skorzystałem z kilku szkoleń na przedstawiciela - choć w branży nie pracowałem jednak - nie podobało mi się. Szkolenia były "wliczone w pakiet", w ramach werbunku do towarzystw ubezpieczeniowych, albo wrzucone mimochodem w jakieś szkolenia firmowe (aby się coś działo, aby ktoś się wykazał przeszkoleniem kadry, itp.) i faktem jest, że na szkoleniach zaczęły pojawiać się ewidentnie te kurewskie teksty akwizycyjne, NLP i psychomanipulacja. Znam te numery.


Jestem gotów do kontrataku.
Skoro, tak jak to wyznali niektórzy czytelnicy ostatnio, jakikolwiek szacunek do osób nękających mnie jest rzeczą minioną, mam pomysł aby wylecieć na nich z ich własną bronią.
Dla zasady i dla jaj.

Od dziś jeśli zadzwoni do mnie jakikolwiek "sprzedający" to o ile będę miał chwilę wolnego - to JA zaczynam mu z miejsca wkręcać psychomanipulacyjne gadki, sekciarsie NLP i sprzedawać różne rzeczy.

A wierzcie mi - znajdzie się u mnie mnóstwo rzeczy do sprzedaży - choćby niektóre używane przedmioty, które chcę sprzedać przez net/wysyłkowo. Znajdą się usługi firmowe, usługi firm przyjaciół/rodziny... Słowem... będzie się działo!