piątek, 30 września 2011

Nie dziel się z innymi!

Jakiś czas już o tym coś tam pisałem, w postach, lub komentarzach o biznesie i pracy lub mieszkaniu w bloku. Dziś poświęcę na to osobny post. Otóż jakakolwiek sytuacja, gdzie dwoje lub więcej ludzi (rodzin, firm) musi coś współdzielić to najprostsza droga do konfliktu - straty czasu, nerwów i pieniędzy.

Ja współdzielę w pracy niesprawny system ogrzewania gazowego z pewnymi ludźmi - jest to nieustanne utrapienie, powód do rozmów, dyskusji, irytacji - a tak na prawdę nie da się zrobić NIC - w efekcie po pierwszym sezonie grzewczym olałem sprawę - zdecydowałem się kupić grzejniki elektryczne z termostatami na dogrzewanie i dopłacić kilkadziesiąt zł miesięcznie w sezonie. Lepsze to niż nieustanne szarganie nerwów.

Wystarczy jednak, że z sąsiadami współdzielę korytarz - jest to też nieustanne pole do drobnych zgrzytów - kto posprzątał, jak posprzątał i dlaczego źle, czyi klienci nabrudzili więcej... uwierzcie mi - to nieustannie żarzący się węgielek, który może wybuchnąć wielkim pożarem. Kwestia nie czy, ale kiedy. Tu nie działa logika i moje prośby, aby wynająć na ten korytarz sprzątaczkę (na którą w razie czego spłyną żale i pretensje).


To mi się podoba - sytuacja, że nawet skromny domek ma swoje OSOBNE, niezależne wejście z ulicy - sytuacja jest czysta - w przenośni i dosłownie.

To co napisałem to w sumie pikuś, tylko mały % sytuacji współdzielenia tego, czy tamtego, które w życiu miałem i mam nadal. Szczególnie w nieruchomościach większość z takich układów jednak prowadzi do konfliktów - nieuchronnie. Wszystkim znajomym radzę unikać takich sytuacji, sam staram się ich unikać. (Tutaj na szczęście mam TYLKO jednego sąsiada - a mogło być gorzej, gdybym nie pomyślał).

Im więcej rzeczy w nieruchomościach osobno - tym lepiej. Wejścia osobno, instalacje osobno, podjazdy osobno... najlepiej nawet nie mieć wspólnej granicy z posesją sąsiada, ale jakieś zdrowe - higieniczne oddalenie od jego domu - co raczej jest już możliwe tylko na wsi.

Bo my Polacy kochamy się tylko w deklaracjach - ale na co dzień, w sąsiedztwie: Polak Polakowi wilkiem!

3 komentarze:

  1. Mieszkam w bloku i nie narzekam. Jedyne co mnie irytowalo, to zapach spalenizny od sasiadki Albo to, ze nasmrodzila kadzidelkami czy ta swoja spalenizna i otwierala drzwi na korytarz. Zglosilam sprawe dozorcy (zreszta on sam o tym wiedzial), on porozmawial z pania i problem zniknal. Nawet zamontowano na korytarzu odswiezacz powietrza na wszelki wypadek.

    W poprzednim mieszkaniu bylo wspolne wejscie do budynku i mieszkania na kazdym pietrze i w sumie nikt nikogo niczym nie denerwowal. Okazyjnie sasiedzi odbierali paczki dla siebie nawzajem i zostawiali w korytarzu.

    Jak sie nie jest zbytnio upierdliwym i nie przeszkadza nam wszystko, to zycie jest dosc proste.

    W przypadku domu interesuje mnie tylko wolnostojacy, bez zadnych wspolnych czesci posesji czy podjazdu, nie chce dostosywac sie do innych.

    OdpowiedzUsuń
  2. To wszystko niestety prawda... Z tego powodu czeka nas pierwsza zima na własnym grzaniu - może i droższym, ale za tę cenę kupujemy sobie święty spokój.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja mieszkam w bloku, gdzie mniej lub więcej znam większość sąsiadów - i jakoś się dogaduję jeśli nie ze wszystkimi, to z większością - sytuację ratuje wspólna sprzątaczka-dozorczyni opłacana obowiązkowo - ale oczywiście jest szereg drobnych zgrzytów - np. wyrzucanie puszek po piwie przez okna, itp., na klatce jedzie, smród wchodzi do mieszkań, bo ktoś gotuje kapustę - ja otwieram okna, sąsiad wychodzi i zamyka, ja wychodzę i otwieram, on wychodzi i zamyka, i tak w kółko.

    Blokowe klimaty.

    OdpowiedzUsuń