niedziela, 30 października 2011

Apel do rowerzystów! Kamizelki odblaskowe.

Dziś jadąc do domu w radiu słyszałem kolejny bilans ofiar Święta Zmarłych na drogach, zdaje się, że już przebiliśmy 30 osób zabitych (a ile poważnie lub trwale okaleczonych?). Przy okazji chciałbym dziś prosić rowerzystów o jedną rzecz - w interesie waszym i moim.


Ubierzcie kamizelkę. To radykalnie zmienia sytuację bezpieczeństwa na drodze.


Dość niedawno jechałem drogą Zielona Góra - Wrocław, na kilku odcinkach ta ważna i ruchliwa arteria nie ma nawet pobocza. W piękny jesienny i słoneczny dzień widoczność jest bardzo dobra... ale...

Widziałem na odcinku przez las (brak pobocza) parkę niedzielnych rowerzystów i to dość późno ich zauważyłem jak na takie warunki!!! Obydwoje byli ubrani w ciemnoszare, rowerowe legginsy, ciemne kaski oraz bluzy lub polary w kolorach maskujących i/lub zgniłej zieleni. Rowery - górale - bez odblasków.

Kamuflarz idealny. Jechali główną szosą - odcinkiem leśnym. Mimo słonecznego dnia byli "idealnie niewidoczni" w tych warunkach. Dół się zlewa z asfaltem - kolory maskujące z liśćmi i otoczeniem.

Rozumiem, że ci napotkani rowerzyści chcieli zlać się w tym pięknym jesiennym dniu z otoczeniem, nie płoszyć sarenek i dziczków oraz wąchać piękny zapach lasu...


...ale o ile po zjechaniu na asfalt dalej nie będą używać MÓZGU to niestety wkrótce mogą wąchać... kwiatki od strony korzonków.

Oszczędzanie nerwów w życiu. Wzmacnanie charakteru i naszej "podstawy psychicznej".

Wczoraj zrobiłem coś, czego nie robiłem dawno. Byłem dość zmęczony i przesiedziałem późny wieczór przed TV. Siadłem na kanapie i zacząłem się relaksować... czyżby? hmm... pod koniec wieczoru czułem się raczej negatywnie pobudzony. Fakt, trochę odzwyczaiłem się od tracenia czasu przed TV, ale czy to był powód?

Zdałem sobie sprawę po fakcie, że to co oglądałem wpłynęło na mój odzwyczajony od "największego złodzieja czasu" umysł. W pierwszym filmie na TVP dosłownie co kilka minut była scena zabijania człowieka, bójki, krew, gwałt, szybko zmieniające się sceny - drugi firm na TVN, w który się biernie wlepiałem to jeszcze większa sieczka, krew, posoka, rozrywanie flaków, pieprzenie się w brudnym kiblu z obesranymi ścianami zakończone morderstwem. Podczas wieczoru byłem świadkiem zainscenizowanego, bądź co bądź, zarżnięcia ze setki ludzi. Umysł wie, że to inscenizacja - ale czy podświadomość i zwierzęca część naszego instynktu jest w stanie to odróżnić?


Dwa posty temu pisałem o wzmacnianiu pewnej silnej bazy inwestycyjnej w naszym życiu - czy nie możemy przypadkiem odnieść to do budowania sobie silnej bazy psychicznej?

Powiedzcie mi jaką inwestycją dla tej "bazy psychicznej" był wieczór przed TV, jak opisałem???

Takie łajno nasz dorosły umysł jest w stanie trawić - ale ja zapytam CZYŻBY??? Kiedyś może przyjść słabszy moment, chwila kryzysu, załamanie - i właśnie takie skumulowane psychiczne toksyny mogą być tym odważnikiem, który przechyli szalę wagi. I może się stać coś złego.

Nawiązując lekko do wczorajszego postu o obcej kulturowo makabrze serwowanej dzieciom - jak takie rzeczy, jak opisałem, wpływają na psychikę dziecka? Jaki to stanowi bodziec dla rozwoju dziecka. Pomyślcie trzeźwo i sami oceńcie, wedle własnego rozsądku.


Wzmacnianie podstawy psychologicznej.

Ja sam nie jestem zbyt religijny, ani ideowy, itp., jednak napiszę wam co robi znajomy protestant (popularne i społecznie uznane wyznanie chrześcijańskie). Koleś robi to na styl amerykański - ale to nie jest powierzchowne - jak to bywa w USA. On naprawdę ma biblię z pozaznaczanymi miejscami, przypowieściami, psalmami, itp. - co jest cechą wspólną tych fragmentów?

To są rzeczy które pocieszają, dają nadzieję, dają psychiczną energię, dają power - u niego w kościele mówi się, że to "pokarm duchowy" serwowany na wzmocnienie.

Ja sam nie jestem takim aniołkiem, jak znajomy, ale staram się ograniczać TV, unikam brutalnych gier i głupich filmów. Serwuje sobie pozytywnie nastrajające do życia książki, staram się rozmawiać z pozytywnymi i pogodnymi ludźmi, którzy motywują do działania, oglądam wartościowe filmy które mogą dać mi jakiś pozytyw psychiczny - dokumentalne, historyczne, komedie - te ostatnie czasem są bezdennie głupie, ale co się uśmieję to moje...

Horror i gry gdzie latam po ciemnych labiryntach i wypruwam flaki wrogom poszły w definitywną odstawkę - śpię przez to lepiej, mam więcej energii do działania, mam lepszy humor...

Wczorajszy wieczór to był przypadkowy błąd, który do końca utwierdził mnie w moim postępowaniu. Po prostu dbam o to co trafia do mojej psychiki, tak samo jak dbam o to co jem. Tak samo jak dbam o inwestycje w moim portfelu. I to działa.

PS. A tym osóbkom, które mi zarzucają pisanie bzdur wyssanych z palca, farmazonów, histerię, itp. mam do powiedzenia dziś jedno:

Życzę wam miłej niedzieli - spokojnej, pozytywnej, w kręgu rodziny - po której wypoczniecie i naładujecie się pozytywną energią!!! :D

sobota, 29 października 2011

Filozofia treningowa vs racjonalne oszczędzanie. Inwestowanie.

Ostatnio minimum dwie/trzy osoby mi zasugerowały, że moje pisanie wszędzie o treningach robi się nudne, itp. więc spróbuję dziś znaleźć w tym coś ciekawego dla osób które tak uważają. Głębokiego i filozoficznego. Na poważnie.

Otóż od moich trenerów oraz z literatury wiem, że chłopaki, którzy zabierają się za sporty siłowe, sporty walki, itp. mają generalną tendencję, aby ćwiczyć TYLKO tzw. "zestaw dyskotekowy" inaczej mówiąc tylko to co widać przez większą część roku, na imprezach, na ulicy i to czym można zaimponować kolegom - jest to głównie klata i biceps, czasem w wariancie ambitnym także brzuch i plecy.

Bez silnej podstawy (nóg) ten sportowiec szybko skończy "na glebie" - zamiast w objęciach swojej dziewczyny, czekającej na dole.

Filozofia treningowa mówi tu: STOP chłopie, postępujesz źle! Jeśli chcesz zrobić dobrą "górę" musisz najpierw zabrać się za podstawę, solidną bazę = nogi. Trening mało widocznych nóg jest dla ludzi z reguły nieprzyjemny i monotonny, ale ważny. Bez dobrej "bazy" łatwo o problemy, kontuzje - poza tym przy za małej stymulacji od podstawy - góra nie chce się rozwijać. Jest albo słabizna, a jeśli nawet to takiego chłopa wyćwiczonego tylko od pasa w górę - chuch... dmuch... i taki leży na glebie w pierwszym starciu.

Odnieśmy to do racjonalnego oszczędzania oraz inwestowania:


Czy mając trochę gotówki ludzie nie zabierają się przede wszystkim za "to co widać"? Ignorując ważną "podstawę"?

Czasem obserwuje postępowanie ludzi, którym wpadnie trochę grosza (np. spadek, awans). Pierwsze co robią to zakup nowego lepszego samochodu, zakup sprzętu hi-fi, w ostrzejszym wariancie kupno/budowa domu (przy jednoczesnym zapożyczeniu się).

Generalnie jest to pompowanie "zestawu dyskotekowego" którym cwaniakujemy przed sąsiadami i kolegami. Konsumpcja, marka, prestiż - puszenie pawiego ogona i syndrom "większego członka".

A potem po jakimś czasie tacy ludzie toną w długach, wędrują po rodzinie i lombardach zaciągając pożyczki - kończą czasem bankructwem i stanem posiadania/inwestycji - jeszcze mniejszym niż na początku.

Należy więc w oszczędzaniu i inwestowaniu przede wszystkim "ćwiczyć bazę"!


Pierwsze co należy robić to inwestycja w siebie. Przede wszystkim w edukację i zwiększanie swojego potencjału w zakresie wiedzy finansowej, zawodowej, języków obcych, komunikacji interpersonalnej...

Drugie co należy zrobić to inwestycja w elementy, które (prawdopodobnie) dadzą nam dodatni przepływ finansowy. Jak zainwestować właściwie?

Hmm... tego właśnie możecie się dowiedzieć, między innymi, czytając blogi oszczędnościowe i finansowe, których nam nie brakuje. Właśnie jeden z nich czytacie.

piątek, 28 października 2011

Odnawianie starych skórzanych butów.

"Wyrzuć to dziadostwo! To już nie ten fason! Chyba mógłbyś sobie kupić nowe, modnie wyglądające buty!" - taki tekst usłyszałem od członków rodziny odnośnie moich butów - wyciągniętych z szafy na jesień.


Po co jednak mam je wyrzucać? Mam nietypowy rozmiar, coś koło 45,5, więc trudno mi znaleźć wygodne skórzane buty, stracę dużo czasu, a zanim nowe buty się rozchodzą, będę musiał się nieźle pomęczyć.

Dla jakiej idei? Po co? Dla mody? No a skąd moda? Bo w tym sezonie jakiś homo-projektant wymyślił buty z bardziej spiłowanym czubkiem niż rok temu? (Czubek spiłowany - bo jego kochaś kopnął go z buta i go mocno tyłek dwa dni bolał.)

Nie ma głupich. Takie wygodne buty odnawiam.

1. Dokładne czyszczenie zewnątrz i wewnątrz. Dosuszenie ich jeśli podczas czyszczenia użyłem wody.

2. Zapastowanie klasyczną pastą do butów (nie za drogą, bo tu zdarzają się cuda - jak. np. za duża zawartość połyskującego wosku, mikro-dodatki, itp. - nie, nie, ja chcę zwykłą pastę jak za komuny). Nie używam tu pasty w płynie.

3. Wypolerowanie butów szmatką lub szczotką.


4. Wymiana sznurówek na lepsze, nowsze i ładniejsze.


5. Psiknięcie do środka jakimś środkiem zapachowym i zaaplikowanie wkładek z węglem aktywnym. Taki wkład się szybko zbija, a rozchodzony but staje się bardziej "jak nowy" - lepiej obejmuję stopę. Wkład sprawia, że zapach w bucie jest neutralny i nie wstyd ich zdjąć przy ludziach, także dlatego, że środek buta wygląda estetycznie.

No i mamy czysto, estetycznie, przyjemnie. But jak nowy :)

Minimalizm licencjonowany. Do przyjaciół minimalistów.

Szczególnie na blogach anglojęzycznych spotykam się z dogmatem, że minimalista powinien posiadać mniej niż 100 rzeczy - ci, którzy spełnią te kryterium są w blogosferze uznawani za prawdziwych-100%-wspaniałych minimalistów. Reszta to tzw. aspirujący.

O większej sekciarskiej bzdurze nie słyszałem! Nie ma to NIC wspólnego z minimalizmem - chyba, że chodzi o napędzanie pewnemu cwaniakowi sprzedaży pewnej książki.


W przypadku tak ogólnej filozofii idiotyzmem jest ograniczanie się jakimikolwiek liczbami i narzucanie sobie czegokolwiek. Samo to podejście jest absolutnie nieminimalistyczne i jak dla mnie pozerskie. To jest dodatkowe ograniczenie - albo i kolejne materialistyczne pragnienie - których chyba u minimalisty powinno być jak najmniej? No nie?

Minimaliści którzy mnie czytacie, spuśćcie magiczną liczbę 100 tam gdzie jej miejsce, niech popłynie rurami kanalizacyjnymi i Wisłą tam gdzie powinna - do malowniczej krainy Bullshit Mountains.

O minimalizmie według mnie decyduje ogólne podejście człowieka do życia, do konsumpcji, do wyposażania domu, do obkupywania się w sklepach, do mobilności, do prostego, pełnego pozytywnych wrażeń życia - a jeśli chodzi o przedmioty to do funkcji przedmiotów, sposobu ich wykorzystania przez nas.

I tyle. To naprawdę proste.

czwartek, 27 października 2011

Telefon komórkowy - pomocny gadżet, czy kaganiec i smycz?

Jakiś czas temu na blogu Droga Minimalisty kolega napisał o używaniu starych telefonów, co oczywiście poparłem, bo skoro działa dobrze to po co coś zmieniać? Czy jest to jakaś ekskluzywna rzecz, którą NAPRAWDĘ można komuś zaimponować? Cegłą przy pupie to imponowałem, jak jeszcze nikt komórek nie nosił - a teraz??? Nuda Panie, nuda...


Natomiast jest jedna rzecz do której doszedłem po latach użytkowania komórki: Telefon jest dla mnie a nie odwrotnie. Tzn. jeśli sobie dzwoni - niech dzwoni. Jeśli odebranie nie jest dla mnie wygodne - nie odbieram - oddzwonię później. Staram się nie lecieć z jęzorem i nie gonić do aparatu, który na ogół gdzieś w domu / w pracy leży, zwłaszcza, że ludzie na ogół odczekują tylko 2-3 sygnały i się rozłączają (bo się boją poczty głosowej).

Komórki na ogół nie odbieram przed jakimś umownym magicznym terminem, który wyznaczam sobie na gdzieś pomiędzy 10.00-11.00 oraz po 21.00-22.00 wieczorem. Jestem wprawnym rozmówcą i umiem załatwić większość spraw przez telefon, ale poza godzinami efektywności po prostu "mi się rozmowa nie klei". Komórki na ogół nie odbieram na spotkaniach z ludźmi, zerkam jedynie czy to nie ktoś z rodziny i odkładam telefon.

Komórki nie odbieram kiedy śpię, jem, odpoczywam, siedzę w toalecie... Owszem, jako osoba prowadząca biznes, przez takie podejście rzeczywiście można np. stracić klienta, który z niecierpliwiony zadzwoni dalej - ale z drugiej strony tych klientów którzy spokojnie poczekają na moje oddzwonienie w dogodnym terminie mogę potraktować lepiej i generalnie osiągnąć lepszą efektywność.

środa, 26 października 2011

Siemię lniane - na trening, na siłownię. Tani, mocny i naturalny dopał.

Niedawno zauważyłem, że znajomy 'profesjonalista' z siłowni wcina siemię lniane. Pogrzebałem trochę tu i tam i okazuje się, że to specyfik z klasycznej polskiej medycyny naturalnej, który jest często stosowany przez sportowców.

Ponieważ często piszę i rozmawiamy w komentarzach o zdrowiu i formie (co jak co - dbanie o te rzeczy to oszczędność i inwestycja) zacytuję tutaj kilka informacji z wiki.


"Siemię lniane jest spożywane najczęściej po namoczeniu całych ziaren lub rozgniecionych. Może to być również wywar lub mączka jako dodatek do wielu potraw. (...)

W układzie pokarmowym działa łagodząco przy bardzo wielu objawach, czasami nawet przeciwstawnych. Stosowane jest przy biegunkach lub zaparciach, a także zapobiegawczo dla zapewnienia prawidłowej perystaltyki jelit. Szczególnie cenione przy wszelkich nieżytach i nadkwasotach, a nawet wrzodach.

Spożywane także w celu dostarczania organizmowi wielu cennych substancji, jak mikroelementy oraz cholina, znajdująca się w lecytynie. Siemię lniane (ale nie olej lniany) obniża poziom tzw. złego (LDL) cholesterolu w organizmie. Siemię jest również bogate w łatwo przyswajalne białka, a szczególnie w egzogenne aminokwasy. Siemię ma największą zawartość lignanów wśród żywności – fitoestrogenów o aktywności przeciwutleniaczy, a przez to zalecany jest jako środek wspomagający w profilaktyce nowotworowej."


Zgodnie z patentem zielarskim wolę siemię lniane spożywać na surowo - dokładnie rozgryzając małą porcję nasionek - robi się w ustach taka papka. Smak jest jednak akceptowalny.

Różne przepisy w internecie podają propozycję zaparzania siemienia - ja jednak wiem, że to może obniżać wartości odżywcze - w tym niszczyć kwasy OMEGA3. Nie ma się co rozdrabiać i trzeba jeść jak leci. Bice muszą mieć na czym rosnąć :->

W 100 g zawarte jest:

42 g tłuszczy w tym 29 g wielonienasyconych kwasów tłuszczowych, 7,5 g jednonienasyconych;
27 g błonnika;
18 g białek o bardzo korzystnym zestawie aminokwasów;
1,6 mg witaminy B1 (126% dziennego rekomendowanego spożycia);
0,473 mg witaminy B6 (36% dziennego rekomendowanego spożycia);
392 mg magnezu (106% dziennego rekomendowanego spożycia);
255 mg wapnia;
5,73 mg żelaza (46% dziennego rekomendowanego spożycia);
4,34 mg cynku (43% dziennego rekomendowanego spożycia).


Siemię lniane jest śmiesznie tanie, w porównaniu do jego skuteczności. Kolega który je stosuje i mi polecił jest wielki jak szafa i ma to wypróbowane (ćwiczy naturalnie, bez sterydów). Przypomina mi się kozieradka - to podobny przypadek - ziółko bajecznie tanie, a równie skuteczne na treningach jak żeń-szeń (nie tylko treningach siłowych, ale też jako naturalny dopał w innych sportach).

poniedziałek, 24 października 2011

Miejski survival - zabezpieczenie zapasów wody.

Tematy dotyczące miejskiego survivalu mimo zapowiedzi ostatnio nie gościły na moim blogu, ale skoro w gronie zaznajomionych domowy survival jest czymś często i dogłębnie obgadywanym, nie czuję jakiejś presji na te tematy. Natomiast dziś mimo wszystko chciałbym napisać o kwestii kluczowej w domowym survivalu.

Człowiek może długo wytrzymać bez jedzenia - natomiast szybko padnie bez wody - wydaje mi się zatem ważne, aby posiadać odpowiedni zapas wody pitnej!


Po co? Przykładów nie muszę szukać daleko. Moje miasto, z przyległościami nieco poniżej 100 tys. mieszkańców posiada tylko 1 słownie JEDNO sprawne ujęcie wody. Nie wolno mi w tym artykule napisać jakie to miasto - bo podpadłbym prawdopodobnie pod jakiś paragraf za udostępnianie informacji tajnej (tak! tak! te przepisy dalej obowiązują!). Moje miasto jakiś czas temu zaliczyło wielogodzinną awarię wodociągów z powodów technicznych. Prawdziwym powodem był fałszywy alarm o zatruciu ujęcia, interwencja antyterrorystów, zabezpieczanie źródła i badanie laboratoryjne... Kto ma kontakty w spółce wodociągowej - ten wie.

Z ujęć które funkcjonują jako oficjalna rezerwa, większość w rzeczywistości nie działa (lej depresyjny na terenach przemysłowych) natomiast ostatnie w odległości ok 15 km od miasta jest notoryczne zanieczyszczone ....krowim gównem. Załatwiła je przemysłowa ferma.

Tak, czy inaczej - znając fakty - posiadam z reguły spory zapas źródlanej wody pitnej dobrej klasy oraz pitnej-użytkowej (tanie baniaki 5l z supermarketu). Zapasy podlegają uzupełnieniom i rotacji.

Z powodu leja depresyjnego - woda w jedynym ocalałym ujęciu jest pobierana z ujęcia głębinowego, bodajże z pokładów dolomitu, jest tak marnej jakości, że rotowana woda z zapasów jest rzeczywiście używana przez rodzinę. (Nie ma tu użytku na siłę - aby sprostać ideologii survivalowej). Jest to rzeczywista korzyść z tych zapasów i jakieś zabezpieczenie przed chorobami nerek, które są plagą w okolicy.

niedziela, 23 października 2011

Przygotowanie samochodu przed przymrozkami

Gdzieniegdzie w kraju pojawiają się już pierwsze przymrozki - ja mieszkam co prawda w polskim biegunie ciepła, ale wolę przygotować samochód już teraz:

- Co prawda jeszcze tego nie zrobiłem, ale wkrótce założę zimowe opony, postaram się to zrobić zanim punkty wulkanizacyjne zaczną przeżywać oblężenie i wtedy strata czasu gwarantowana - jeszcze lepiej mieć komplet zapasowych felg z oponami zimowymi i samemu dokonać wymiany - oszczędność czasu (w kolejce w zakładzie) i pieniędzy. Ja ostatnio mało jeżdżę, więc opony zimowe założone wcześniej nie zużyją się zanadto.

- Paliwo, olej napędowy, depresator. Od 15 października, lub coś koło tego, w hurtowniach petrochemicznych powinna być jesienna mieszanka ropy - w pierwszej dostawie po tym terminie na mocno uczęszczanych stacjach powinna być już jesienna ropa, która wytrzyma pierwsze przymrozki. Dotrwanie do późnej jesieni na letnim oleju napędowym to proszenie się o kłopoty, a przynajmniej niepotrzebne dożynanie diesla. W ostateczności można dolać depresator, który obniży temperaturę wytrącania się parafiny z ropy (parafina=diesel padł), ale uwaga - w silnikach diesla nowszej generacji przez dolanie depresatora można utracić gwarancję!


- W dość dużym zbiorniku na płyn do spryskiwaczy w dalszym ciągu miałem letnią mieszankę - kilka nocy z przymrozkami to gwarantowane uszkodzenie systemu spryskiwaczy - do zbiornika właśnie dolałem butelkę cytrynowego, pachnącego denaturatu (z Polomarketu), w celu obniżenia temperatury zamarzania płynu. Tańsze to niż wylewanie letniego płynu i zastąpienie go od razu jesiennym, lub zimowym

- Jeśli wyjeżdżasz do pracy rano, można oszczędzić cenny czas na odszranianie i odparowywanie przedniej szyby przez przykrycie jej grubą tkaniną, lub matą termiczną z supermarketu - nie jest to rzecz droga, więc raczej nie ginie w nocy, zwłaszcza zapięta "na zakładkę" drzwiami.

Jeśli macie jakieś własne patenty jak przygotować samochód do jesieni i zimy, oraz oszczędzić - zapraszam do komentowania.

sobota, 22 października 2011

Wegetarianizm - dalsze przemyślenia.

Jakiś czas temu obiecałem napisać o pozytywnych stronach wegetarianizmu (bo naprawdę je widzę!), ale zanim popełnię post chwalący ten fenomen podzielę się jeszcze kilkoma swoimi przemyśleniami.

UWAGA! To nie jest próba narzucania swojego zdania, czy skłócenia kogokolwiek - a jedynie osobiste wnioski. Jeśli ktoś miałby ochotę robić flamewar w komentarzach, proszę udać się na filiżankę naparu z melisy.


1. Etyka.

Jestem po pierwsze mięsożercą, ale także nie podoba mi się przemysłowe podejście do hodowli zwierząt - najbardziej podoba mi się model, kiedy taki zwierzaczek, dajmy na to kurczak, żyje sobie na zagrodzie, w wolnym wybiegu, w komfortowych warunkach - a nie stłoczony na fermie jak w niemieckim obozie koncentracyjnym.

Nie dość, że ekologiczny - tradycyjny model hodowli jest lepszy i bardziej ludzki - to jeszcze mięsko z takiego szczęśliwego kurczaczka smaczniejsze.

2. Ekonomia.

Takie paskudne germańskie podejście do hodowli i eksperymenty z żywnością to wynik presji rynku - popytu. To generalnie my - konsumenci godzimy się kupować "tanią kiełbasę", to my chcemy skórzanych butów i innych akcesoriów, to my musimy karmić naszego pieska, czy kotka markową karmą z puszki... Ja rozumiem, że wegetarianizm jest próbą powiedzenia NIE pewnym zjawiskom.

Ja też chciałbym powiedzieć NIE nazizmowi w hodowli, dlatego sam staram się (obecnie częściowo, w przyszłości w 100%) kupować mięso z ekologicznych hodowli (króliki, ryby), gotować sobie jajka z wolnego wybiegu (i co z tego, że oszczędniej z fermy?), zrezygnować z full wypas skórzanego portfela na rzecz tekstyliów, itp.

3. Co dla mnie nie jest wegetarianizmem.

Wegetarianinem nie jestem, bo samo zabicie zwierzęcia, aby zaspokoić głód jest dla mnie akceptowalne, ale patrząc na ogólną filozofię (i tą pogmatwaną ideologię) dochodzę do jedynego możliwego, logicznego wniosku.

Jak dla mnie wegetarianizm to powstrzymanie się od jakiejkolwiek konsumpcji zwierząt i nie ma inaczej. Pokarmowej, bezpośredniej i pośredniej.

Wegetarianinem nie jest absolutnie osoba, która co prawda kotleta i kiełbasy nie tknie, ale jednak nosi skórzany portfel, lata w skórzanych butach i kupuje skórzany pas - bo choć to nie bezpośrednie "zjadanie" to jednak bezpośrednia konsumpcja martwego ciała zwierzęcia.

Zgodzę się jednak z tym, że dalsze używanie portfela, butów i paska, które się nabyło PRZED decyzją o zostaniu wegetarianinem jest do akceptacji, przecież nie wyrzucimy tego na śmietnik (to by dopiero była ekologia od siedmiu boleści!). Ale PO decyzji - to już ewidentne złamanie zasad. (Ja jednak wolałbym je oddać osobom w potrzebie w takim przypadku.)

Wegetarianinem nie może nazywać się osoba - która już PO decyzji przejścia na wegetarianizm, decyduje się tylko dla dla własnej przyjemności na kupno pieska czy kotka (szczególnie kupno z hodowli!), świadoma, że ten zwierzak będzie jadł mięso ze sklepu mięsnego (to jest także potęgowanie popytu na przemysłowy chów zwierząt!). Oczywiście pieska nabytego PRZED decyzją, przecież nie zagłodzimy na śmierć.

Według mnie osoby, które nie stosują się do zaprzestania ogólnie pojętej konsumpcji ciał zwierząt (która nakręca popyt i hodowlę w nieludzkich warunkach) nie mogą nazywać siebie wegetarianami. Owszem, mogą mówić, że lubią dietę wegetariańską i potrawy wegetariańskie, ale określanie siebie wegetarianami to nie jest w tym przypadku dobre określenie.

4. Trochę oliwy do ognia.

Dla osób, które zawsze w tego typu dyskusjach komentują, że ewolucyjnie nie jesteśmy drapieżnikami zamieszczam fotkę prymitywnych i nagich ludzi - jak ich Bóg stworzył.


Jakiejkolwiek fotki dzikich ludzi byśmy nie przeglądali - widok jest podobny: golasy, czasem - miło kontaktu z białym człowiekiem - jeszcze bez gaci, z wiszącymi pingami - jednak perfekcyjnie przez naturę przystosowani do zabijania.

Popatrzcie na tę fotkę w kontekście przyrodniczym i zastanówcie się - jakie inne stworzenie posiada taki "długi szpon" zabijający szybko i na dużą odległość. Tylko drapieżnik na szczycie drabiny ewolucji.

Rybka w piątek. Na bezrybiu i rak ryba.

Pytam kiedyś majstra, dlaczego zawsze w piątek wypija 0,7 wódki - on odpowiada... bo rybka lubi pływać. Ja z kolei w piątek zazwyczaj ostatnio piję ziółka i koktajl białkowy po treningu, ale akurat rybkę lubię sobie spożyć. Będzie dziś o rybach oszczędnych.


Wydaje mi się, że rybą której dałbym notę 10/10 jest śledź. Żadnej innej ryby nie przyrządzi się dosłownie na tysiąc sposobów, w occie, w soli, w setkach rodzajów zalew, wędzony, smażony, smażony w occie... dosłownie co by człowiek nie zrobił - pasuje. Śledź jest smaczny, zdrowy i oszczędny. Nie chodzi już nawet o cenę - ale dzięki temu człowiek ma gwarancję, że ryba nie zalega na półkach, bo rotacja jest wysoka.

Lubię też ryby słodkowodne - i nie musi być to od razu pstrąg - ulubiona ryba w moim domu - lubię też sobie przyrządzić płoć. Płotki są dobre smażone, a jak komuś przeszkadzają ości, można rybę wrzucić na kilka dni do zalewy octowej - uwielbiam tak przyrządzoną rybę. Jest to jedna, ze smaczniejszych polskich ryb (i bardzo tanich).


Za szczeniaka, kiedy miałem więcej czasu, i jezioro gdzie bywam nie było aż tak mocno zagospodarowane i wyeksploatowane (mówię o połowach), uwielbiałem sobie wyjść i wieczorem nałapać raków. Mówią, co prawda że na bezrybiu i rak ryba, ale raki to dla mnie pychota. Raki oczywiście łapiemy tylko amerykańskie - te średniej wielkości brązowe - to gatunek inwazyjny, żywy "chwast" na łowiskach i stawach. Polskie rodzime gatunki są chronione i w sumie szkoda je eksploatować. Może to niektórych dziwi, ale to stary i tradycyjny komponent Kuchni Polskiej i w starszych książkach kucharskich można znaleźć mnóstwo przepisów.

piątek, 21 października 2011

Oszczędne podróżowanie - zima na Majorce.

Ciąg dalszy... Pałacyk w centrum Palmy.


Na dziedzińcu oczko wodne i łabędź - chyba jakiś afrykański...


Powoli kończy się stare i zaczyna zwykłe nowoczesne miasto...


...architektura nie zaskakuje... o jakiś zamek i góra... nie ma wyjścia...


...trzeba wejść i zrobić fotkę z góry...


Zimowanie na Majorce jest oszczędne w porównaniu do sezonu - niestety nie zrobisz lansu na plaży, jak to Riannon żartowała, bo nie ma przed kim (a lans w kraju przed znajomymi to musi być przecież dobry hotel w Alpach i narty). Jest natomiast przyjemnie pusto i można skupić się na eksploracji wyspy, a nie na świrowaniu. Temperatura tak dla mnie na chodzenie w cienkim sweterku i polarze - chociaż jadąc w góry trzeba ubrać się cieplej... jak coś chcecie wiedzieć, albo ma być ciąg dalszy - pytajcie w komentarzach.

Oszczędne podróżowanie.

Ostatnio ktoś mi tu mocno narzekał, że nie ma moich autorskich zdjęć, a jedynie 'darmówki' z CC. Istotnie, nie mam ostatnio ochoty na cykanie fotek, ale może coś poszukam w archiwach.


Na fotce zdjęcie z wakacji na Majorce (po kliknięciu się powiększy). Playa de Palma. Zima. Spokojnie, oszczędnie, minimalistycznie, mało Niemców... coś koło południa.

A to już z ukochanej Ojczyzny, zamek w Bolkowie. Uwaaaaga!


Strzał! Aż mi się wnętrzności zatrzęsły.


Wypaśna zabawa i prawie za free... tyle co benzyny poszło.

czwartek, 20 października 2011

Pożyteczne rośliny w domu.

Tak sobie rozmyślam o roślinach doniczkowych przy okazji generalnych porządków w domu i pracy. Po co to zielsko się trzyma w domu? Przecież duża cześć tych roślin to szkodliwe dziadostwo, rozsadnik grzybów pleśniowych i szkodliwych toksyn. Co z tego, że ładne? Ładne to niech sobie w parku rośnie, a nie moim kosztem. Niech nawet taka roślina "pracuje" na swoje utrzymanie.


Taki ogródek ziołowy jak na zdjęciu właśnie sobie w kuchni urządzam. Kobieta jest "za".


Mam myśl, aby stopniowo zastępować rośliny doniczkowe - nawet tą resztkę, której jeszcze nie polikwidowałem/porozdawałem tylko roślinami pożytecznymi oraz ziołami. Z sukulentów na pewno przydatny będzie aloes, na pewno da się wykorzystać niektóre odmiany kaktusów (na sałatkę/do drinków). W różnych kategoriach ozdobnych też na pewno znajdą się rośliny pożyteczne - np. skrzydłokwiat, który wygląda ciekawie, a dodatkowo filtruje powietrze w domu, w najbliższym czasie zobaczę jak trzymają mi się w kuchni różne zioła - obecnie testuję melisę.

W przeszłości często sadziłem sobie w doniczkach rzeżuchę, cebulki, itp. Kiedyś na balkonie w dużej donicy posadziłem nawet starego ziemniaka i po jakimś czasie wykopałem kupę małych ziemniaczków.

PS. Odnośnie minimalizmu w domu - polecam kolejny artykuł na blogu Minimalisty - tym razem o telefonach. Mamy bardzo podobną koncepcję telefonu komórkowego, ja o ile nie używam starych modeli (obecnie jako zapasu) to przynajmniej zakupionego telefonu używam do dzwonienia bardzo długo, znacznie dłużej niż trwa 'moda' na dany model:
http://drogaminimalisty.blogspot.com/2011/10/mam-osmioletni-telefon-zycze-mu-sto-lat.html

środa, 19 października 2011

Czym się pobudzić w jesienne dni? Kawa, herbata, mate, ziółka...

Dni są coraz bardziej jak tani papier do celów wiadomych: szare i za krótkie. Większość znanych mi osób ma mniejsze lub większe problemy z ruszeniem i aktywnym działaniem. Nie ma co - trzeba się doładować. Pytanie czym?


Tradycyjnym ziołowym dopalaczem jest żeń-szeń w różnych postaciach - działa jednak raczej na ogólną poprawę naszych zasobów energetycznych (szczególnie u facetów) a nie na chwilowe pobudzenie - europejskim odpowiednikiem żeń-szenia jest tribulus, natomiast bardzo dobrym polskim i tanim ekwiwalentem jest kozieradka - do kupienia w sklepach zielarskich - kozieradka ma rekordową zawartość saponin - czyli substancji sprawiających, że ziółka w stylu źeń-szenia dają power.

Kawa, herbata, yerba mate - czyli kofeina... hmmm.. jaki koń jest każdy widzi... czyli działanie kofeiny nie jest nikomu z nas obce. Według mnie jednak najlepsza i najstabilniejsza kofeina jest w mocnej odmianie yerba mate wypitej z bulwy. Nieźle dopala, szybko i na długo, może nawet lepiej niż zdelegalizowana niedawno efedryna.

Alkohol - mała, naprawdę mała dawka alkoholu - jedno małe piwo lub kieliszek wódki mnie pobudza, poprawia apetyt i skłania do działania. Niestety jeśli się przesadzi - efekt odwrotny do zamierzonego. Z uwagi na to, że ostatnio dużo trenuję wódki nie piję - a piwo jeśli już to max. jedno - i to z reguły w najmniejszej butelce - generalnie na alkohol mam ostatnio post. Wbrew obiegowej opinii zauważyłem, że wino nie działa na mnie zbyt dobrze - wątpię aby mi poprawiało zdrowie. Kwestia indywidualnej reakcji lub słowiańskiej krwii. Wina nie pijam.

Sam trening i sport to rewelacyjny sposób na jesienną szarość, ale w dni beztreningowe jest jakoś nieciekawie.

A jakie wy macie patenty?

piątek, 14 października 2011

Jabłko z supermarketu

Pamiętacie post o Francuzie i dzikich jabłkach - kiedy go napisałem zerwałem trzy sztuki tych dziczek z podwórka, wielkości mniej więcej połowy normalnego jabłka z supermarketu i położyłem w kuchni. Tego samego dnia Kobieta kupiła sobie dwa duże, ładne i wypasione jabłka z supermarketu - jedno zjadła - jedno zostało w koszyku razem z dziczkami na dłużej.


Po niecałym tygodniu patrzę - jabłko marketowe od spodu nadgnite i już zaczęła wdawać się pleśń - dzikie jabłka - stan idealny. Tak sobie myślę filozoficznie - mimo tej całej chemii, oprysków, itp. - wycackanie jabłko jest mniej odporne, niż podobne mu dzikie jabłka.

PS. W przedostatnim poście o ociepleniu wewnętrznym zrobił się fajny 'offtop' o budowie małego domku na zgłoszenie 5x5 m - warto zaglądnąć :)

czwartek, 13 października 2011

Minimalizm w mieszkaniu. Jesienne porządki.

Na razie nie ma nowych postów, ponieważ aktywnie wdrażam w życie niektóre sprawy, o których piszę. Pisałem już o tym, że jeśli chodzi o mieszkanie - staję się powoli coraz większym zwolennikiem minimalizmu. Nie chodzi o to, by ograniczać sobie wygodę - ale by powoli pozbywać się rzeczy, które naprawdę do niczego nie służą, chyba, że do zabierania cennego miejsca i gromadzenia kurzu.


W ostatnich dniach szczególnie aktywnie zabieram się za wszelkie stare papiery oraz niektóre pamiątki i bibeloty (część oddam chętnym znajomym). Jeszcze chwilę odpocznę po wieczornym treningu i wykorzystując pozytywną energię zaczynam walczyć z papierami i ogólnym zagraceniem (choć i tak już jest całkiem dobrze).

środa, 12 października 2011

Samodzielna termomodernizacja mieszkania w bloku lub kamienicy

Ostatnie lata obfitują w powszechną termomodernizację starych bloków i kamienic, jednak jest wiele wyjątków od reguły. Nie wszystkie obiekty mogą być poddane termomodernizacji zewnętrznej, zwłaszcza te zabytkowe, gdzie konserwator zabytków może skutecznie blokować decyzję inwestora. Polecam zatem ocieplić mieszkanie od wewnątrz.

Ocieplamy ścianę

Największe straty ciepła w mieszkaniu są najczęściej przez ścianę zewnętrzną. Warto zatem ją docieplić. Należy dokładnie oczyścić ścianę i wymurować ją od środka specjalnymi cienkimi bloczkami (pamiętam film instruktażowy bodajże udostępniony przez firmę Ytong wyjaśniający cały proces). Następnie tynkujemy ścianę (wystarczy odpowiednia gładź szpachlowa) oraz malujemy.


U mnie w mieszkaniu 5cm dobrego gazobetonu (jakiś ówczesny odpowiednik Ytonga) wymurowane od wewnątrz jeszcze za komuny zdziałało cuda. A są już lepsze, cieńsze i dyskretniejsze technologie. Są specjalne tynki ocieplające, są specjalne maty ocieplające z materiałów ekologicznych - przepuszczających wilgoć. Duże możliwości manewru dają płyty gipsowo-kartonowe. W odpowiednich działach dużych supermarketów budowlanych oraz u producentów można otrzymać bezpłatną konsultację na ten temat.

Grzejniki i maty do grzejników

W wyniku przebudowy może pojawić się konieczność przemontowania grzejników (co odradzam), lub pozostawienia płytkiej wnęki w ścianie w miejscu montażu kaloryferów. W sklepach budowlanych są dostępne jednak specjalne maty / folie izolujące i odbijające ciepło grzejnika do wnętrza pomieszczenia, tak aby w mniejszym stopniu ogrzewać ścianę zewnętrzną. Taką matę montujemy między ścianą a grzejnikiem (nawet jeśli nie przeprowadzamy remontu możemy taką matę dyskretnie zamontować).

"Nie ma róży bez kolców"

Krzysztof Lis, autor bloga o ogrzewaniu, poinformował mnie jednak, że:
Docieplenie od środka ma kilka wad, po pierwsze powoduje ryzyko kondensacji pary wodnej w warstwie konstrukcyjnej ściany. Po drugie, nie pozwala korzystać z dobrodziejstw akumulacji ciepła w ścianach.

Z tego co mi wiadomo użycie bloczków ytong, ewentualnie innych bloczków przeznaczonych do ocieplenia wewnętrznego, oraz właściwych materiałów (tynki/farby) przepuszczalnych dla pary wodnej powinno eliminować ryzyko, o którym mowa, natomiast co innego teoria, co innego praktyka - dlatego uwagę specjalisty prosiłbym potraktować na poważnie i bardzo dobrze rozpatrzyć argumenty za i przeciw, w przypadku decyzji o dociepleniu mieszkania.

wtorek, 11 października 2011

Biżuteria u faceta. Złoty łańcuch jako inwestycja? Kieta kontra ubezpieczenia na życie?

Kolega z Boskiej Woli ponownie zainspirował mnie do napisania postu twierdząc, że tak naprawdę o to nam wszystkim chodzi w dyskusji o zegarkach, że lubimy biżuterię i tyle. Ja się nie zgadzam, bo zerkanie na komórkę dla mnie wygodne nie jest, ale ponieważ u jego ziomków z Kociewia zauważyłem wyraźną tendencję do noszenia biżuterii przez mężczyzn - to będzie parę słów o tym zjawisku.

Kolczyki - NIE
Generalnie ja nie akceptuję zbytnio noszenia przez facetów kolczyków, przekłuwania brwi, policzków, nosa i języka. Kiedyś co prawda była moda na kolczyk wśród anarchistów, potem na grube kółka w uszach u młodych handlowców, potem się zrobiła moda na piercing i tatuaż wśród rockmanów i niektórych metali - z tym że zwykle jednocześnie przekłute elementy ciała były częścią subkultury homo. Ja nie bardzo zauważam niuanse mody i stylu, więc osobiście wolałbym nie ryzykować wyglądania jak homo.

Przekłute ciało - szczególne części twarzy - mogą być dla nas niebezpieczne np. w bójce - a powiedzmy sobie szczerze - kto z nas nie tłukł się z kolegami... o honor, o dziewczynę, itp.??? No własnie :) Także dla chłopaka, czy młodego mężczyzny - jestem przeciw. No i w sporcie - bez sensu.

Zegarek i biżuteria klasyczna
Ok, zegarek może mieć w sobie elementy klasyfikujące go jako męską biżuterię. Poza tym uważam, że mężczyzna może mieć obrączkę - no... ewentualnie rodowy sygnet po pradziadku, itp. (ale bez przesady z tymi sygnetami) oraz na szyi łańcuszek z krzyżem czy medalikiem. Fan motoryzacji, czy zawodowy kierowca będzie się dobrze prezentował z medalikiem ze Św. Krzysztofem... Ja sam posiadam piękny srebrny łańcuch z krzyżem i orłem, wysadzany szylkretem, po pradziadku jeszcze. To raczej cenna pamiątka z kręgu militariów...

To wszystko - preferuję skromność u faceta.


Kietka czyli złoty łańcuch, bransoleta, itp.
Mam tutaj absolutnie neutralny stosunek, nie mówię nie, ale raczej sam nie lubię się obwieszać stanem posiadania. Fakt, że kietka może być jakąś formą lokaty finansowej - na pewno znacznie lepszą niż np. takie ubezpieczenie na życie.

Nie zgadzacie się z moim zdaniem? Dla was to dresiarstwo? To zróbmy eksperyment - proszę w ciągu najbliższych 30 minut spieniężyć swoje ubezpieczenie na życie, bo potrzebujemy ekspresowo pieniędzy - np. na lekarstwo dla dziecka. Złoty łańcuch zastawisz, lub spieniężysz bez problemu.

Ubezpieczenia na życie - f**k off
No własnie! Powiem wam, że większość umów jest tak skonstruowana, że naszych pieniędzy możemy w razie problemów finansowych nie zobaczyć w ogóle!!! Ja kiedyś miałem drobny kryzys i w tempie ekspresowym ubezpieczenie w znanej i solidnej firmie likwidowałem przez... uwaga... 4 miesiące... i musiałem dołożyć jeszcze kilkaset zł przez ten czas, aby odzyskać kilka tysięcy!!!

A i tak miałem duże szczęście - bo znam takich, którzy potracili wszystko, co wpłacili.

Od tej uroczystej chwili akwizytorzy ubezpieczeń na życie mogą oglądać... mój środkowy palec, bo pieniędzy już nigdy nie zobaczą.

poniedziałek, 10 października 2011

Ja już się dogrzewam.

Całkiem niedawno pisałem wam o ogrzewaniu elektrycznym w postach:

http://racjonalne-oszczedzanie.blogspot.com/2011/09/ogrzewanie-elektryczne.html

oraz

http://racjonalne-oszczedzanie.blogspot.com/2011/09/ogrzewanie-elektryczne-jaki-typ.html

...i już w tej chwili dogrzewam się, zarówno w pracy, jak i w domu, gdzie CO jeszcze nie zostało uruchomione.


Wilgoć i nieprzyjemny ziąb zaczęły już być zauważalne. Zaledwie jeden 500W grzejnik elektryczny - olejowy wyraźnie łamie tą wilgoć i ziąb w mieszkaniu w bloku o pow. 54m2 gdzie wszystkie pokoje są otwarte. Wilgocią zajmują się też dwa osuszacze chemiczne - jeden w łazience, oraz drugi w kuchni.

Z miłą chęcią zamieniłbym ten grzejnik na system kominkowy (ale w tej chwili jest to jeszcze nierealne) nawet jeśli teraz zamiast przyjemnego pisania posta przy elektrycznym grzejniku, musiałbym pójść na podwórko po drewno i podkładać do ognia.

A jak jest teraz u was z temperaturą i ogrzewaniem?

PS. Proszę dalej o pomysły do poprzedniego posta, bo jak na razie zauważam tylko 3 główne propozycje: 1. Kupić nowy Casio albo zegarek z podobnej grupy. 2. Kupić wielki Seiko z paskiem militarnym. 3. Naprawić starego Edifice. :)

Oszczędny zegarek. Pytanie do czytelników.

Dziękuję za wasze wypowiedzi dotyczące komputerów, te opinie przydadzą mi się bardzo zarówno do potrzeb bloga komputerowego oraz oszczędnościowego, a być może do zakupu własnego. Kilku z was poruszyło sprawy, na które wcześniej nie zwracałem uwagi, co na pewno prędzej czy później zaowocuje nowymi postami. Zdziwiło mnie, że tak wielu z was jest zaznajomionych z Linuksem, który jeszcze niedawno był systemem bardzo niszowym, a teraz nie jest wielkim zaskoczeniem znaleźć go na wielu domowych maszynach, a o linuksowych smartfonach (Android) to już nie wspomnę.

Nowa linia Casio Edifice. Widać wpływ mody, funkcjonalność na drugim planie.

Mam kolejny dylemat, a mianowicie zakup oszczędnego zegarka - szkiełko mojego obecnego jest już pęknięte i wkrótce pójdzie drobny mak, pomijając to, że jest coraz bardziej poobijany. Casio Edifice miał być zegarkiem biurowym - biznesowym, który ma się sprawdzać także w sporcie. Jednak wyprawy w góry i ćwiczenie w nim na siłowni, itp. dobiły go doszczętnie.

Klasyk Edifice w moim posiadaniu. Podoba mi się bransoleta z grubymi ogniwami. Jest praktyczniejsza (solidniejsza) w rzeczywistym użytku sportowym i w terenie.

Grupą docelową dla tego zegarka mieli być chyba młodzi yuppies ze sportowymi marzeniami, chyba ci co chcą jeździć SUVami. Jednak ta grupa wiele gada, a w prawdziwie trudne warunki sportowo-terenowe nie zapuszcza się w ogóle.

To nie jest jakaś mega-marka (tak w ogóle moje podejście do marek znacie), ale poważnie zastanawiam się nad kolejnym zakupem. Może po prostu kupię jakąś egipską podróbkę? Może coś z kręgu survivalowego, co nie wystraszy kontrahentów? Powiedzcie mi może jakie macie koncepcje co do zegarków u faceta.

niedziela, 9 października 2011

Oszczędzanie i zdrowie jako motywacja do treningu.

Mój znajomy zawodowiec z siłowni powiedział mi, że z wiekiem zmienia się motywacja u młodego faceta ćwiczącego na siłowni (ale i uprawiającego inne sporty). Motywacja kobieca jest z reguły niezmienna - ta to zawsze chce przede wszystkim wyglądać atrakcyjnie.

Polska siła, z którą liczy się świat, czyli Hardkorowy Koksu oraz Pudzian :)

Do dwudziestki i okolic każdy chce ćwiczyć na Pudziana (groźna góra mięśni) albo na ABS'a (absolutny brak szyi). Ludzie są skłonni do wszystkiego, aby być wielcy. Słyszałem o kolesiach jedzących paszę dla świń, podwędzoną ojcu z gospodarki, aby nabrać masy - na siłowni w mniejszym mieście u szwagra zastrzyk z teścia (=testosteron) to norma. Mało kto się przejmuje konsekwencjami.

Po dwudziestce się lekko układa w psychice (niektórym) i większą rolę od nastoletniego zaimponowania kolegom w grupie odgrywa chęć przypodobania się dziewczynom. Trening staje się więc bardziej "na rzeźbę" - dziewczyny nie lubią sterydowych świniaków. Ale też się ładuję w siebie mnóstwo chemii - z reguły spalaczy tłuszczu - wsuwa się więcej niż potrzeba odżywek białkowych i wynalazków, co obciąża organizm.


Od zera do bohatera, czyli co daje 365 dni na siłowni.

W okolicach trzydziestki do głosu dochodzi rozsądek - człowiek często ma już stabilizację, rodzinę i wydatki - człowiek odkrywa, że lekarz i leczenie to dodatkowe, czasem ogromne wydatki, a utrzymanie dobrej formy skutecznie oddala konieczność płacenia lekarzom. Nie liczy się już tak wygląd a'la Pudzian, ale sprawność, dobra forma, odtłuszczenie, samopoczucie. Zaczynamy patrzeć krytycznie na suplementy, które w siebie ładujemy - dochodzimy do wniosku, że tylko i wyłącznie "Kulturystyka naturalna" (zamień na dowolny sport z etykietką "naturalny") - już nie wpakujemy w siebie jakiegoś Radiation-Mutant-Fat-Gainera z formułą MaxCurveAgression, co z wątroby zrobi mielonkę, ale raczej poszukamy ziół - żeń-szenia, tribulusa, kozieradki... oraz dobrej jakości aminokwasów. Sport staje się kolejną inwestycją finansową.

piątek, 7 października 2011

Mini "wybory" na blogu - proszę o określenie waszych preferencji.

Każdego z nas prędzej, czy później czeka dokonanie wyboru - w niedzielę będziemy mogli sobie ulżyć jeśli chodzi o preferencje polityczne. Jeśli jednak macie chwilę - proszę was o napisanie kilku słów na temat kwestii która nurtuje mnie obecnie. Przyda mi się to dla potrzeb drugiego bloga - komputerowego - na którym sobie ostatnio analizuję nietypowe wybory dot. systemów i softu.


Dylemat jest taki - macie tysiąc kilkaset zł max. do wydania i chcecie kupić komputer. Co wybieracie? Laptop, netbook, nettop (czyli miniaturowy cichy, biurkowy PC), klasyczna puszka - czyli desktop? Jaki monitor do tego? Sprzęt używany? Nowy? A może zamiast PC lepiej Macintosh z drugiej ręki? A może tylko konsola do gier z funkcjonującą przeglądarką WWW?

Co? Jak i dlaczego?

Praca i biznes: Kontakty i jeszcze raz kontakty!

Mój dawny znajomy narzekał kiedyś, że nie może poznać żadnej dziewczyny. Pytam go - no a gdzie szukasz? W sumie nigdzie - mówi - pracuję w domu (grafik komputerowy, psychicznie w jakimś matriksie), trenuję sam w lasku (jogging) - nie ma okazji spotkać.

Kolega chciał poznać dziewczynę, bardzo mu to doskwierało, ale nie szukał. Poradziłem mu zapisanie się na jakieś sekcje sportowe - zamiast samotnego biegania w lesie, poradziłem mu wyrwanie się do klubów studenckich, na domówki do znajomych itp. Oczywiście posłuchał i wkrótce poznał interesującą go dziewczynę. I to jest autentyczna historia. (Z tą dziewczyną nic nie wyszło finalnie, ale bariera została przełamana.)


Poprzedni post o pracy generalnie sprowadza się do jednego - nie sieć na d*** u mamusi - chwytaj jakąkolwiek pracę - nawet na kasie jako sprzedawca - jeśli jesteś u prywaciarza łap kontakty (jak mąż Tofalarii) - jeśli jesteś na naprawdę marnej posadzie w sieciówce/korporacji (jak kiedyś ja w ubezpieczeniach) - pchaj się na imprezy firmowe, szkolenia, wyjazdy integracyjne... i łap kontakty. Proszę po prostu przeczytać komentarze do posta: http://racjonalne-oszczedzanie.blogspot.com/2011/10/nie-po-to-konczya-studia-by-w.html

W Polsce kontakty i znajomości to klucz do wszystkiego.

Nawet teraz, kiedy jestem na swoim dalej mam nawyk rozmawiania z ludźmi i łapania kontaktów! Biznes to ryzykowne poletko a ja jestem akurat przed decyzją ostrego zwrotu o 90 stopni, co może się różnie skończyć - wiem, świadomie podejmuję pewne ryzyko - ale wkrótce mogę także zostać na lodzie, w znacznie gorszej sytuacji niż większość czytających tego bloga. Zdobyte kontakty mogą okazać się "miękką poduchą" w razie upadku na 4 litery, albo katapultą w nowej branży.

Właśnie teraz zdałem sobie sprawę, że choćby teraz w klubie sportowym gdzie trenuję rozmawiam z ludźmi i powoli łapię kontakty. Mam dosyć dobry kontakt z trenerami, jeden z nich to znajomy dawnego znajomego sprzed lat, zatem powoli odświeża się siatka daaaawnych relacji (co, kto i gdzie?). Poznałem też gościa - zawodowca, który obraca się w środowisku sportowym w mieście, w całym kraju i nawet za granicą i powoli mi się rysuje obraz jak wygląda sytuacja w interesie. Na treningi przychodzi dawny kolega z zaprzyjaźnionej firmy, który chce rozkręcać nowy interes i sam, jak się okazuje, szuka potencjalnych kooperantów. Właściciel klubu okazuje się także znajomym znajomych i już teraz w klubie reklamowana jest firma osoby z mojej rodziny (akurat pasuje tematycznie).

To wszystko oczywiście odbyło się podczas kilkunastu treningów, spontanicznie, rozmowy po kilka minut raptem - na treningi nie przychodzę gadać, a ćwiczyć - jestem tak mokry, że można wykręcać koszulę. Ale są przerwy między seriami, czasem to mój rozmówca ma takie gadane, że hej :) Wystarczy więc słuchać ludzi, nie cwaniakować i nie pozować na zarozumiałego, nadętego dupka... czy wielkiego macho... i będzie dobrze.

Łapcie kontakty :)

One są cenniejsze niż wasze akcje na giełdzie.

czwartek, 6 października 2011

Nie po to kończyła studia, by w supermarkecie siedzieć...

Co? No tak. Radzą sobie. On pracuje w zakładzie... ona? ...nie... ano nie... czeka aż coś się trafi.... może się trafi.... no... jest oferta?.... nieeee! Nie po to kończyła studia, by w supermarkecie siedzieć!

To jest cytat świeżuteńki jak ciepły jeszcze chleb, po który właśnie wyskoczyłem do pobliskiej piekarni. Tekst, a jakże, usłyszany właśnie pod tą piekarnią.


Przypominają mi się tutaj własne posty (głównie: maj-czerwiec) o przedsiębiorczości i pracy, oraz próbie znalezienia pracowników, przypomina mi się przedwczorajsza rozmowa na blogu Firma Mikro (na liście blogów) zerkam także na post o Francuzie i dzikich jabłkach (jak ktoś ma ochotę proszę to sobie przewertować). Wniosek jest taki, młodym ludziom w Polsce się ostatnio w d*** poprzewracało. Z mojej perspektywy - człowieka, który z części dzieciństwa jeszcze pamięta siermiężną komunę, i takie smaczki jak np. stanie w kolejce 1,5 h aby kupić mały kawałek boczku i salcesonu... ehh...

Wróćmy do przypadku tej panienki z cytatu - nie wtrącałem się w rozmowę starszych Pań, jednak chciałbym się dowiedzieć jaki kierunek to ona skończyła - czy były to jakieś studia specjalistyczne-branżowe, czy jakaś pierdologia na prywatnej uczelni, gdzie jeśli się płaci czesne - to się na ogół zdaje, a pracę dyplomową, z reguły pisze na zamówienie student z państwowej uczelni?

Jakie studia - taka praca. Nie mówię tu tylko o kierunku, ale tez o podejściu i motywacji!

Druga sprawa - co do cholery jest złego w tym, aby panienka która zapewne ma doświadczenie równe zeru i kumatość równą minus jeden poszła do marketu, do handlu, czy w podobne miejsce? Wiem - płaca pewnie słaba, warunki pracy średnie, lub gorzej, ale jednak jakiś kontakt ze środowiskiem pracy jest. Jest okazja do nauczenia się czegoś więcej, poobserwowania relacji "na żywo" - dla ambitnych czasem nawet w takich sieciówkach są kursy dodatkowe, wyjazdy integracyjne. Pracując w handlu, u prywaciarza, można się poduczyć "branży", można wyrobić sobie sieć znajomości u kontrahentów, co się może bardzo przydać w przyszłości...

...długo pisać... ale najważniejsze! Nie siedzi taka w kuchni u mamy i NIE NARZEKA... a jak jej świeżo upieczony mężuś wróci z pracy, to nie będzie mu fęfolić, że źle, że mało pieniędzy, że to i tamto... bo jak sama zmęczy d*** - uszanuje pieniądze, które zarabia ktoś inny!

Z bezczynności roją się w głowie głupie rzeczy.

środa, 5 października 2011

Wegetarianizm... taki sobie ...izm

Już nie raz przymierzałem się do napisania o wegetarianizmie. Do wegetarianizmu mam dość specyficzny stosunek - w jednym aspekcie pozytywny, w innym negatywny - chciałbym to tak ująć i przedstawić, aby przekazać czytelnikom własne zdanie, ale jednocześnie ich nie obrażać.


Pozytywny stosunek do wegetarianizmu mam jako rodzaju sztuki kulinarnej, po prostu uwielbiam wegetariańskie potrawy, pozytywny mam jako do wyboru dietetycznego podyktowanego osobistymi preferencjami kulinarnymi - mam wrażenie, że tak przedstawia to np. kolega z bloga Droga Minimalisty (link na liście blogów).

Negatywny stosunek mam do wegetarianizmu jako do wojującej ideologii, często powiązanej z czerwonym anarchizmem (tym komunizującym) albo z różnymi poglądami religijnymi (sekty religijne). Tutaj trudno o jakąkolwiek logiczną dyskusję, a na sprzeczności logiczne które wykazuję - dyskutanci reagują albo agresją, albo obrażeniem się na amen.

Nie rozumiem np. następującej argumentacji (piszę 100% poważnie):

Bo jak wytłumaczyć kiedy jeden z drugim wojujący wege-fajter lata w skórzanych butach, nosi skórzany portfel, itp. Ja bym latał na jego miejscu w parcianym pasku i takowych butach. Mówi mi taki - ale zwierzęta, z których jest ten portfel i tak zginęły w rzeźniach - więc co się marnować ma cenny surowiec?!

Mówi taki, nie wolno zjadać żywych istot. Wytykam mu, że je jajka - zapłodnione jajko to de facto żywa istotka - zarodek kurczaka. Odpowiada mi, że odtąd będzie jadł jajka z fermy, te które na pewno nie są zapłodnione, już nie zaryzykuje i nie będzie jadł z wolnego wybiegu - gdzie kogut mógł dojść do kury i...

Wytykam jednej eko-anarcho-wegetariance jedzenie ryb. Ryba to też zwierze i także mięso. Odpowiada ona, że w sumie nie do końca, bo to stworzenie zimnokrwiste i UWAGA! HIT SEZONU: twarz ryby nie wyraża emocji!!!

poniedziałek, 3 października 2011

Francuz, śliwki i jabłka z osiedla

Rok temu pracowałem z Francuzem, o czym czasem wspominam na blogu, miałem zatem okazję dużo pogadać na temat kulinariów, zwyczajów, jego wizji Polski, itp. Czasem coś jeszcze skrobnę na ten temat, ale dziś jedna sprawa.

Idziemy z Francuzem przez okolicę i on patrzy na drzewa owocowe - pyta czyje to. Mówię, że niczyje, osiedlowe - w mojej okolicy za komuny często ludzie sadzili pod blokami grusze, śliwy i jabłonie, wzdłuż drogi na działki też narosło drzewek owocowych - samosiejek z wyrzuconych pestek i ogryzków - wszystko nieco podziczało - a teraz późnym latem i jesienią wszystko po prostu spada na ziemie i gnije.


Jak to spada i gnije? Dziwi się Francuz. Mówię, że nikt u nas lekko zdziczałych jabłek czy gruszek jeść nie będzie bo mniejsze i niekształtne - śliwki i inne mirabelki to się zbierało za dzieciaka, za komuny, ale teraz dzieciaki mają chipsy i batony... pewnie nawet nie wiedzą, że te owoce są jadalne :>

To mogę sobie po prostu zerwać? - pyta zdziwiony - odpowiadam: Bierz chłopie i rwij - to naprawdę niczyje. Kilka razy potem, jak przechodziliśmy przez osiedle, zerwał sobie jabłko lub kilka śliwek - Dobre, hmm...

Wy to jednak dziwni jesteście. Marnować tyle jedzenia. U mnie we Francji (okolice hiszpańskiej granicy) - mówi - takie owoce nie mają się prawa zmarnować - można zrobić przetwory, można przerobić na alkohol - nawet jeśli jest drzewo "niczyje" owoce się zbiera - sąsiedzi jakoś wspólnie dzielą się - każdy bierze swoją porcję do wykorzystania.

niedziela, 2 października 2011

Konserwy - kupować czy nie?

O podjęcie tematu konserw poprosił jakiś czas temu jeden czytelnik - dla osób które trafiły tu z blogów survivalowych pożytek, a nawet konieczność kupowania konserw jest oczywista - dla czytelników, dla których ten temat jest nowy postaram się napisać jakie są korzyści oraz jak konserwy kupować.



Pozytywy:

- aspekt survivalowy - konserwy można przechowywać wiele lat (choć lepiej krócej niż 1 rok), dlaczego warto przygotować się na ewentualną sytuację kryzysową - brak żywności w sklepach - to temat na długą dyskusję.

- aspekt jakościowy - jeśli umiemy kupić dobrą konserwę - napiszę dalej w drugim poście jak dobrać produkt wysokiej jakości - mamy często przetwór mięsny lepszy jakościowo niż wiele kupowanych luzem wędlin (bez etykietek).

- aspekt czasu i oszczędności - posiłek z konserwy jest od razu dostępny do spożycia - odpada pracochłonne gotowanie mięsa - czas to pieniądz, czasem duży pieniądz.

- aspekt czasu i efektu niespodzianki - nagle zwalają się niezapowiedziani goście z rodziny, otwierasz lepszej jakości Polską Szynkę, lub Gulasz Angielski, itp. i już masz materiał na kanapki, dla wegetarian trzymasz dobrą konserwowaną fasolkę i inne warzywa, i po krzyku, otwierasz tuńczyka i w mig przyrządzasz sałatkę, itp., lepsze to czasem niż zamawiać nie-wiadomo-co z restauracji.

- chłop czasem musi zjeść mięso i koniec, tyle że nie zawsze dokładnie wiadomo, kiedy wypada to czasem.

Wady:

- nie wolno konserw (ani wędlin!) jeść zbyt dużo, z uwagi na konserwanty i peklo-sól zawartą w nich, ale w umiarze nie zaszkodzi bardziej niż inne negatywne elementy otoczenia (czasem konserwa zawiera MNIEJ chemii niż wędliny ze sklepu!)

- cena - wyższa niż produktów kupowanych luzem, w postaci naturalnej - ale rekompensują to korzyści czasowe - jeśli w przeliczeniu na kg cena ci nie odpowiada - spróbuj przyrządzić własne, pasteryzowane konserwy w słoikach!

c.d.n.,

...a tymczasem jak zwykle zapraszam do komentowania :)

sobota, 1 października 2011

Markowa kawa w wariancie oszczędnym.

Dziś przed pracą robię zakupy w warzywniaku na przyjazd gości - na liście zamówień - dobra, markowa kawa sypana - podkreślam - dobra, markowa i droga (to co własnie na blogu często krytykuję). Niestety, w małym osiedlowym sklepiku, w którym robiłem zakupy jest tylko kawa sypana niedrogiej marki X.


Mówię jaka sytuacja ekspedientce i ...ooo kurczę! niech to! będę musiał iść do supermarketu, tracić czas, stać w sobotniej kolejce i kupić kawę sypaną markową. Kobieta odpowiada, że ta tańsza kawa X jest bardzo dobra (istotnie jest! bo kupiłem małą paczkę dla siebie do wypróbowania!). Mówię, że nic z tego, gości z dalszej rodziny mam och.. ach... wybrednych - w d*** się poprzewracało - musi być drogo i markowo na stole.

Sprzedawczyni, z która już się jakiś czas znamy, śmieje się, rozgląda się, czy w sklepiku nie ma jeszcze innych ludzi i mówi lekko ściszonym głosem.... wie Pan co - Pan się nie przejmuje i zrobi jak ja - ja tą tanią kawę kupuję sama i przesypuję do słoika po zielonym Jacobsie, tym najdroższym, i moi goście zawsze mówią "ale smaczna kawa".

Eeeehh, szkoda, że nie trzymam w domu pustych słoików! :>