wtorek, 31 stycznia 2012

Kawa i papierosy...

Kawa

Od około miesiąca nie piję kawy, nie używam żadnej kofeiny - nawet herbaty. Czuję się dobrze, kondycyjnie także, czasem brakuje kofeiny/tego kopa i trzeba to przezwyciężyć, powiedzmy, siłą woli, ale się da i to szybko, trzeba chcieć.

Nie jest to z mojej strony pożegnanie kofeiny na zawsze - bezpieczniej podczas 8h jazdy autem poratować się jakąś formułą 'nie zasypiaj' - na razie jednak abstynencja kofeinowa całkowita - nie byłem jeszcze w "syt. awaryjnej" na trasie.

Ale generalnie lepiej, i jakby nie patrzeć oszczędniej.

Jako ciekawostkę dodam, że nie miałem absolutnie żadnego syndromu odstawienia, po prostu powiedziałem sobie stop jak w pracy zorientowałem się, że na półce stoi 6 puszek po red bullu z okresu ok. dnia - półtora...


Papierosy

Na wczorajszym treningu miałem rozmowę z trenerem: Palisz? Nie??? Słuchaj, nawet jakbyś miał ochotę zapalić okazyjnie, w czasie weekendu, przy piwku - w żadnym wypadku tego nie rób. Dlaczego? Położysz mi cały trening i cała nasza robota pójdzie na straty...

Trener sam na sobie niedawno wypróbował, na jakiejś imprezie dał się poczęstować, przypomniał sobie tytoniowy smak młodości... zaledwie kilka, max. kilkanaście papierosów miesięcznie... nic mu nie będzie... jest pełna kontrola... komu jak komu, ale takiemu sportowcowi? Efekt: spadek szczytowej wydajności, kondycji i formy do jakiś 25% oryginału! Tak - to jest szokujące, i nie wierzyłem z początku, ale cykl ćwiczeń, który z małymi przerwami (do 1 min) nieustannie wykonywał przez ok. 1,5 po dłuższym okresie okazyjnego popalania był w stanie wykonywać jedynie 20 minut! Hmmm... Nieciekawie.

Ja od ok. 5 miesięcy nie popalam nawet okazyjnie, żadnych okazyjnych papierosów na imprezie, cygar, nawet tabaki. Od dawna też nie czuję ochoty na jakikolwiek tytoń. Odrobina ruchu daje taki zastrzyk energii, że nie potrzeba dodatkowych stymulantów.

Chleb smażony w jajku - tanie gotowanie na kryzys

Ponieważ jak wiecie uwielbiam dobrze zjeść, nawet kryzys mi w tym nie jest w stanie przeszkodzić. Dziś krótki przepis na smaczne danie kryzysowe, które zadowoli i konesera Polskiej Kuchni i chłopa, co przyszedł wymęczony z roboty i potrzebuje pół tony kalorii.


Przepis na chleb smażony z jajkiem:
Stary chleb, nawet już wysuszony, zamiast wyrzucać możemy śmiało wykorzystać. Oczywiście chleb nie może być spleśniały, może natomiast zalatywać lekko zakwasem, to nawet dobrze i naturalnie - szczególnie jeśli był na tymże zakwasie pieczony.

Do talerza wbijamy jajko i dokładnie miksujemy widelcem, można, aby zwiększyć wydajność jajecznej zaprawy, dodać odrobinę wody, mleka, lub śmietany - ale naprawdę odrobinę. W rozklepanym jajku moczymy stary chleb i hejka na patelnię i rozgrzany tłuszcz.


Smażymy do koloru ciemnozłotego. Upieczony chleb posypujemy ziołami, solą, pieprzem, nacieramy czosnkiem, ewentualnie posypujemy tartym serem żółtym... z resztą wedle gustu. Smacznego!


P.S. Drogi Czytelniku, Droga Czytelniczko!!! Tak... to prośba dokładnie do Ciebie... jeśli spodobał Ci się mój wpis i dostarczył cennych informacji - polub profil mojej strony na Facebooku!!!  https://www.facebook.com/RacjonalneOszczedzanie

Na pewno zyskasz dzięki temu więcej wartościowych informacji, które pozwolą oszczędzić Ci pieniędzy! 

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Wegetarianizm z mojej perspektywy - zalety wegetarianizmu oraz kilka słów krytyki.

Przy ostatnich dyskusjach o wegetarianizmie obiecałem napisać coś pozytywnego o tym stylu życia - zatem do dzieła. Przypominam, że w moich poglądach nic się nie zmieniło, nadal ideologię/quasi-religię wegańską/wegetariańską zdecydowanie odrzucam i potępiam, samą dietę wegetariańską jednakże, pozbawioną ideologicznego ciężaru i tej całej "złej energii", sobie bardzo chwalę - uważam, że osoba dorosła może spróbować diety wegetariańskiej, a choćby tymczasowego odstąpienia od diety mięsnej i znaleźć w tym coś pozytywnego dla siebie.


Korzyści z diety wegetariańskiej

Nasza codzienna polska dieta jest dietą przeznaczoną dla osoby ciężko pracującej fizycznie - tymczasem większość z nas pracuje przy biurkach - wielu z nas robi to własnie w tej chwili - siedząc na 4 literach i zagryzając jeszcze jakimiś łakociami albo chipsami.

Czy nie warto tego urozmaicić? Przez ostatnie kilkanaście dni, a nawet w sumie dłużej moja dieta składa się w większości z dań bezmięsnych - nie powiem, że jem ostatnio po wegetariańsku, ponieważ chociażby jem czasem mięso ryb, które są jakby nie patrzeć zwierzątkami. Suplementuję się także tranem, który jakby nie patrzeć jest tłuszczem zwierzęcym. Dbam o duże zaopatrzenie mojego organizmu w tłuszcz - głównie oliwę z oliwek. Niezbędne białko zwierzęce czerpię z nabiału.

Czuje się bardzo dobrze, mimo iż jednocześnie ćwiczę, czuje się lżej - mam nadzieję, że jeszcze trochę schudnę przez taką dietę. Mój trening oczywiście w ostatnim okresie nie jest treningiem "na masę", łączę w nim elementy rzeźby (=zgubić piwny bebzol) oraz treningu wspomagającego sztuki walki (=przyda się extra kondycja na boks).

Zauważyłem, że osoby dorosłe które podchodzą do diety wegetariańskiej racjonalnie - często z tego tytułu odnoszą korzyści zdrowotne. Nawet jeśli taka dieta jest tymczasowa - to wiele elementów i nawyków pozostanie. MŻWR, czyli mniej wciągania wszystkiego jak odkurzacz oraz dużo ruchu to częsty relikt takiego eksperymentu.

Rygor diety - duże wymagania

Ponieważ dieta wegetariańska wymaga dyscypliny, a szczególnie rygorystycznego dbania o dużą ilość białka zwierzęcego (np. nabiał), witaminy D, odpowiednich tłuszczów zwierzęcych (masło i nabiał), dużo osób którą ją stosuje lub stosowało uważnie patrzy na to co je i na jakość spożywanych produktów. To dobry motywator aby przerzucić się na ekologiczne jedzonko.

Dieta wegetariańska bez tych rygorów jednak jest niebezpieczna - wiem to niestety po przykrych doświadczeniach zdrowotnych osób z mojego otoczenia - diety wegetariańskiej nie powinien podejmować człowiek młody, dopiero co rozwijający się fizycznie, nie powinny jej mieć dzieci, nie powinien jej podejmować student/absolwent zalatany za karierą i nie mający czasu aby pilnować rygorystycznej diety i suplementacji. Powiedzmy sobie szczerze - człowiek jest "biologicznie" drapieżnikiem i to drapieżnikiem na szczycie łańcucha pokarmowego, mięsożercą i tłuszczożercą, należy o tym pamiętać. Nie zaprzeczać naturze tylko z nią współpracować.

Niebezpieczeństwo psychologiczne

Dieta wegetariańska, a właściwie nie dieta, a jej strona psychologiczna może okazać się niebezpieczna, jeśli wpadniemy w środowisko wege-wojowników/ideologów lub w jakąś quasi-sektę. Ponieważ człowiek ma mechanizm psychologiczny taki, że każdy broni swojego - bardzo łatwo spolaryzować swoją postawę i wkręcić się w mechanizm "MY-dobrzy ludzie/ONI-trupożercy-wrogowie" skutecznie zrażając sobie środowisko rodziny i przyjaciół. Wyizolować się, popaść w obłęd. Wege-ideolodzy skutecznie i trwale mogą nam zrobić papkę z mózgu wkręcając banialuki o zabijanych zwierzątkach przetykane dalekowschodnimi elementami religijnymi. Będziemy potem jak nawiedzeni latać po forach w necie i argumentować w pełni zaangażowania, że dajmy na to ryba morska może być jedzona przez wegetarian, bo to właściwie nie mięso, a ryba hodowlana to samo zło i cierpienie, przez co tracimy szanse na nirvanę... (autentyczna dyskusja z jednego z towarzyskich spotkań).

Całość z resztą przerabiane u dalszej rodziny i wśród znajomych - naprawdę - nieciekawe sytuacje. Proszę o ostrożność "psychologiczną". Rozróżnijcie plewy od ziaren i zawsze myślcie samodzielnie.

Podsumowanie

Teraz kiedy znacie już niebezpieczeństwa dietetyczne i nie dacie się wykorzystać psychologicznie różnym podejrzanym wege-guru, można z głową, świadomie i ostrożnie - wsłuchując się w swój organizm spróbować diety wegetariańskiej, albo chociaż jej elementów. Ponieważ jest teraz zimno należy koniecznie pamiętać o sporych ilościach spożywanego tłuszczu.

Organizm ludzki lubi zmiany i wyzwania. Jak dla mnie to fantastyczna odmiana dietetyczna, lekkość, energia, motywacja aby wziąć się za siebie, a także oszczędność pieniędzy.

P.S. Przykładem przyjaznej, pełnej pozytywnej energii wegetarianki, która nie rzuca gromów na przyjaciół i znajomych jedzących mięso jest kol. Tofalaria, której bloga koniecznie POLECAM odwiedzić: http://tofalaria.blogspot.com/

Jak oszczędzić na praniu pościeli i przedłużyć życie tkaninom

Być może dzisiejsza porada dla wielu z was jest oczywistą oczywistością, jednak przechodząc się po moim osiedlu i obserwując balkony stwierdzam, że dla większości moich ziomków byłaby to jednak nowość, a zatem przechodzimy do rzeczy.

Pranie w pralce wymaga mnóstwa energii elektrycznej i wody...
...a nam zależy na tym, aby te drogie "elementy" oszczędzić. Najbardziej oczywistym rozwiązaniem jest kupno nowoczesnej, energooszczędnej pralki i korzystanie z ekonomicznych programów piorących, między innymi:
- w przypadku prania malej ilości tkanin w niektórych pralkach można włączyć opcję 1/2,
- w przypadku lekkiego zabrudzenia w zupełności wystarczy energooszczędna opcja prania krótkiego,
- energochłonne odwirowywanie w maksymalnej liczbie obrotów jest niekonieczne, jeśli możemy szybko wysuszyć tkaniny w suchym, ciepłym i przewiewnym miejscu, ponadto odwirowywanie na 1/2 mocy mniej niszczy tkaniny.

Czyszczenie pościeli i innych tkanin bez wody.
Większość brudu, który jest w naszych kołdrach, poduchach i pościelach składa się z kurzu, martwych części naszego naskórka, a ponadto miliardów roztoczy oraz ich toksycznych odchodów. Do tego dochodzi wilgoć i sypialniany zapaszek. Oczywiście wypranie jest czasem konieczne, jednak można je radykalnie ograniczyć stosując następujące patenty: trzepanie, dosuszanie, wietrzenie, nasłonecznianie oraz wymrażanie.


Wariant zimowy "prania na sucho"
1. Wybieramy dzień suchy i zimny, bez opadów, idealna temperatura ujemna to -4 stopnie lub niższa.
2. Energicznie i krótko trzepiemy, a przynajmniej strzepujemy pościele, kołdry, poduchy... drogie Panie nie przemęczajcie się tutaj, silna, męska ręka jest mile widziana.
3. Rozkładamy wszystko w przewiewnym miejscu, lub wieszamy np. na balkonach, wymrażamy, wymrażamy, wymrażamy... ideał to minimum kilka godzin, niska temperatura dziesiątkuje roztocza, zapachy sypialni ulatniają się.
4. Powtarzamy czynność drugą - dzięki temu usuwamy przynajmniej w części martwe roztocza, kurz, itp.
5. Przyniesione do domu tkaniny rozkładamy na chwilę w ciepłym, suchym miejscu a potem cieszymy się zimową świeżością i czystością.

Oczywiście można tak czyścić także inne tkaniny, np. płaszcze, ciuchy po wizycie w pubie, czas wymrażania im dłuższy tym lepszy - padnie więcej roztoczy - można pokusić się o nawet 24h w przypadku zasłon, dywanów, itp. Dobrze jest jak tkaniny będą wystawione na mocne zimowe słońce i promieniowanie UV, a jeśli chodzi o słońce, musimy omówić...


Wariant letni "prania na sucho".
Jest to niemal identyczne postępowanie jak z wariantem zimowym, z tym że czynnikiem dezynfekującym i zabijającym roztocza jest mocne i intensywne letnie słońce. Należy pamiętać, aby jeden raz obrócić np. naszą pościel, tak aby każda część powierzchni dostała solidną porcję promieni UV. Im dłużej na mocnym słoneczku tym lepiej. Dzień nie musi być ciepły, ale powinien być suchy i słoneczny, a własnie tak często bywa wiosną lub jesienią.

Darmowa alternatywa
Przy braku sprzyjających okoliczności pogodowych, możemy wykorzystać i tak pracującą już zamrażarkę do etapu wymrożenia tkanin. Wilgotność pościeli czy poduszek jest niewielka, więc zużycie energii na ich zamrożenie jest minimalne. Przy -18 stopni wszystkie paskudztwa szybo wyginą, kilka godzin pomoże, ale zalecany czas mrożenia to 24h. Suche i przewiewne pomieszczenie do przewietrzenia tkanin będzie także przydatne w następnej fazie.

Po zabiegach z wymrażaniem w zamrażarce można także przepłukać tkaniny w zimnej wodzie i dobrze przesuszyć. Można do tego celu wstępnie użyć programu odwirowywania w pralce automatycznej.

Oczywistym faktem jest, że mniejsza ilość prania w pralce przedłuża życie tkaninom. Natomiast trzeba pamiętać, że promienie UV mogą w teorii powodować blaknięcie kolorów.

niedziela, 29 stycznia 2012

Niepotrzebne obrzydzanie Polski... a także kilka słów o wyprowadzce do większego miasta.

Robiąc sobie blogową prasówkę co chwilę widzę obrzydzanie Polski i życia w Polsce, ma się rozumieć, że nie toleruję tego emigranckiego obrzydzania Polski. Jak tu w tym kraju źle, ojojoj, a jak u nas dobrze, ajajajaj!

Smutek i tęsknota

Czy może jest to psychologiczny mechanizm obronny? Uzasadnienie sobie męczenia się w obcym środowisku i izolacji? Bo powiedzmy sobie, że na 4 osoby, które wylądują za granicą - około 3 nieźle się męczy i zazwyczaj w kraju robi dobrą minę do złej gry. Czasem przyznają się w momencie szczerości i słabości - często jak pewne bariery znikną po kolejnym nostalgicznym kieliszku czegoś mocniejszego. Patrząc na swoje środowisko widzę, że ok. 1/4 osób rzeczywiście za granicą się dobrze urządziła i ma lepiej. Jednak i tu tęsknota i izolacja od rodziny bywa czasem problemowa.


Latynoski luz i spontaniczność w polskim wykonaniu. Z dedykacją dla naszych emigrantów.

Malowanie trawników

Futrzak, wiesz, że piszę to między innymi do ciebie - piszesz o problemach i niewygodach w Argentynie od których włos mi się jeży (nie powiem gdzie, bo na głowie włosów nie mam). Z twojej twórczości jasno i logicznie wynika, że to kraj leserów i kombinatorów, w którym każdy, każdego nieustannie próbuję zrobić w jajo, a szczególnie gringo to chodząca świnka skarbonka do wyciućkania (o czym się już przekonałaś na własnej skórze). Oczywiście jest to kraj możliwości, jak każdy mniej cywilizowany zakątek świata, nie ma co zaprzeczać.

Jednak dorabianie do tego bajzlu dobrego PR przypomina komunistyczne "malowanie trawników", aby zachować przed innymi pozory. Sorka, ale przy tym co opisujesz - ja w kraju mam po prostu raj - choćby i przy tanim weneckim winie.

Ślepota wybiórcza

To jest takie pisanie pod publiczkę - jeśli Latynos robi cię w jajo, ma gdzieś punktualność i wywiązanie się z obowiązków - to jest dowód wyluzowania, dystansu, wewnętrznego, spokojnego tempa życia przy szklance czerwonego wina i smacznej wołowinie. Z kolei kiedy podczas wizyty w Polsce nie wyszło ci to i tamto - jest to tylko dowodem na podłość, polską zawiść, wieśniactwo i złodziejstwo. Mamy tu zupełnie inne postrzeganie bardzo podobnych zjawisk, pisanie jednak tego publicznie bywa momentami aż żałosne.


Ptaki wyfruwają z gniazd

Mam nieodparte wrażenie, że większość emigrantów myli emigrację z kraju z klasycznym "wyfrunięciem ptaków z gniazda" i związaną z tą swobodą, zmianą trybu życia oraz nowymi możliwościami.

Mieszkając w rodzinnym mieście, często mniejszym, w otoczeniu rodziny i znajomych, których sobie nie wybieraliśmy (ot., charakterystyka prowincji) wiele jednostek czuje się stłamszonych, ograniczonych, nie potrafi rozwinąć skrzydeł i powiedzmy sobie szczerze - w wygodnym gniazdku u rodziców nie ma takiej motywacji - nie ma niezbędnego kopa - zawsze ktoś poklepie po plecach, utwierdzi w dotychczasowym postępowaniu, albo i (w źle pojętej trosce) przytnie skrzydła, kiedy człowiek chce pofrunąć wyżej.

Dopiero mieszkając daleko od rodziny, i to niekoniecznie za granicą, odstawieni od maminego cyca jesteśmy w stanie wyzwolić w sobie nowe pokłady energii i możliwości o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Te nowo odkryte w sobie możliwości i wolność wielu myli z atmosferą i lepszym życiem na emigracji.

Widzę to po sobie - wiele lat temu, jako absolwent liceum chcący studiować, wybrałem wyprowadzkę do innego rejonu kraju zamiast do miasta wojewódzkiego zaledwie kilkadziesiąt km dalej. Widziałem bowiem po starszych kolegach i koleżankach, że nawet taka "relokacja" nie odcina człowieka od maminego cyca i dotychczasowego środowiska, które chcąc nie chcąc może "ściągać nas na ziemię". Rozpoczęcie od zera było odświeżające, aczkolwiek to był tylko pierwszy krok na drodze do samodzielności.

sobota, 28 stycznia 2012

Czerwone wino

Kupiłem w Lidlu dużą butlę czerwonego wytrawnego wina z regionu Veneto (ale bez certyfikatu D.O.C.) 1,5l - koszt kilkanaście zł. Wyczytałem gdzieś, że dla efektów zdrowotnych nie jest tak bardzo istotne, czy wino jest tanie - włoskie, czy francuskie z renomowanych winnic - a chodzi po prostu o substancje chemiczną zawartą w skórce czerwonych winogron oraz odpowiednią dawkę alkoholu.



Zachęcony wpisami w internecie, w tym komentarzami futrzaka, spróbuję pić małą szklaneczkę tego wina dziennie 100-150 ml, ilość odpowiada kieliszkowi wina - o takiej ilości piszę się od dawna.

Niestety nawet taka ilość mnie lekko przymula, chce mi się po nim spać - także zostawię sobie tę przyjemność na wieczór w dni beztreningowe. Zobaczę, czy będę się czuł jakoś lepiej i czy kondycja finalnie będzie lepsza - będę miał eksperyment na żywo.

Czy ktoś z was może potwierdzić lub zaprzeczyć rzekome zdrowotne właściwości wina - wypróbowane na sobie, albo na jakimś domowniku? Nie chodzi mi o artykuł przeczytany w piśmie dla pań.

Hmm, nawet w gazetach kulturystycznych widzę od czasu do czasu artykuł o dobrym działaniu 100-150 ml czerwonego wytrawnego u osoby ćwiczącej - z kolei kolesie tacy jak Hardkorowy Koksu mówią jasno - zero alkoholu! Hmm, zobaczę na własnej skórze gdzie leży prawda.

P.S. Aby było kompleksowo i aby eksperyment był wiarygodny - już od ponad tygodnia dieta która teraz mam jest raczej śródziemnomorska niż nasza tradycyjna polska. Oliwa, oliwki, warzywa, ryby, orzechy...

piątek, 27 stycznia 2012

Oszczędne pranie dywanów - śnieg i mróz

Blogger pokazuje mi, że post o wymrażaniu pościeli cieszył się waszym zainteresowaniem, czas zatem na zrobienie tego samego z naszymi dywanami. Pogoda bardzo temu obecnie sprzyja.

Nie będę powtarzał wpisu o wymrażaniu i nasłonecznianiu (bo wystarczy kliknąć tutaj), natomiast zajmiemy się bardziej fizycznym praniem dywanu w śniegu.


Dywany i chodniki możemy uprzednio wymrozić tak ze 24h w temperaturze poniżej 4 stopni, co skutecznie wymrozi i zabije roztocza, główny żyjący "składnik" brudu, natomiast teraz interesuje nas suchy, czysty i puszysty śnieg. Nasze dywaniki, wykładziny, itp. rozkładamy na śniegu powierzchnią użytkową w dół - następnie w ruch idzie trzepaczka do dywanów. Nie żałujemy teraz i uderzamy do wyczerpania. My - faceci, bo powiedzmy szczerze - to typowo męskie zadanie w domu, a my mamy więcej krzepy. Czynność można powtórzyć raz jeszcze rozkładając dywan w innym miejscu.

Ostatnią czynnością będzie dokładne wyszczotkowanie dywanu z resztek śniegu, oraz dosuszenie go w suchym i ciepłym miejscu (czyli np. mieszkanie w bloku, koło grzejnika). O ile nie robiliśmy tego podczas odwilży, dywan powinien być w miarę suchy po praniu w śniegu.

Pranie dywanów specjalistycznym sprzętem Karcher czy Kirby kosztuje, odpowiednie detergenty i odkurzacze piorące też nie są za darmo - natomiast my korzystając z zimowej aury i własnej pracy możemy wyraźnie oszczędzić, a nadmiar gotówki przeznaczyć na przyjemniejsze rzeczy.

czwartek, 26 stycznia 2012

Oszczędzanie na jedzeniu. Jak to robić z głową.

Jak dla mnie jest kilka sposobów oszczędzania na jedzeniu, wyróżnię tu trzy: żulerski, racjonalny, racjonalnie-analityczny.

1. Sposób żulerski: jemy wszystko to co najtańsze, kiełbasę śląską z marketu po 6,99 zł, chleb z marketu, zupki chińskie, na drugie danie sos z torebki z ryżem, chleb z supermarketu.... długo wymieniać - oczywiście nie żałujemy sobie na markowe ciuchy, markowe kosmetyki, lans i snobizm pokazywany publicznie. Zgodnie z tą filozofią nie ważne co w środku, bo tego nie widać, ważne to co na zewnątrz. Bardzo często spotykałem się z tym podczas studiów w jednym polskim mieście słynącym z oszczędności - nie napiszę jakim, aby się jego mieszkańcy nie poczuli obrażeni.


2. Sposób racjonalny: jemy na zasadzie MŻWR (mniej żreć, więcej ruchu) czyli raczej mało, oszczędzamy kupując i wciskając w siebie trochę mniej jedzenia niż poprzednio - strategia oczywiście nie dotyczy dzieci, mężczyzny ciężko pracującego fizycznie, itp. - weźmy to na logikę. Oczywiście jemy mniej, ale staramy się jeść zdrowo - produkty dobrej, albo i nawet wysokiej jakości. Nie koniecznie musi to być drogie, a finalnie o wiele zdrowsze (i tańsze) niż jedzenie po żulersku - zupek chińskich i kiełbasy po 6,99. Zamiast zupki chińskiej możemy zjeść owsiankę z orzechami i bakaliami a zamiast kilku kawałków taniej kiełbasy jeden kawałek łososia.

3. Sposób racjonalnie-analityczny to właściwie cwana modyfikacja sposobu nr 2. Tutaj po prostu bardziej wgłębiamy się w analizę wartości odżywczych i źródła pochodzenia produktów. Dochodzimy po krótkim przeszukaniu internetu, że łosoś jest mniej wartościowy odżywczo/ekologicznie niż np. taki pospolity śledź, lub makrela. (Nie mówiąc już o rutynowym mistrzowskim odświeżaniu tej droższej ryby w sklepach rybnych i marketach!) Odkrywamy, że niektóre drogie orzechy możemy zastąpić prażonym siemieniem lnianym. Odkrywamy, że odpowiednio parzona, dobrej jakości herbata czarna z listkiem świeżej, hodowanej samemu mięty, może zastąpić fikuśne egzotyczne napary, itp. itp.

Łatwo się domyślicie, że nie toleruję sposobu 1. natomiast jak najbardziej uznaję sposoby 2. i 3. - osobiście najbardziej mi imponuje i dążę do sposobu 3. jednak i w nim powinien od czasu do czasu zagościć jakiś smakołyk i rarytas - już niekoniecznie tani i oszczędny.

W końcu życie ma mieć ciekawy smak.

środa, 25 stycznia 2012

Jak pozbyć się nachalnych akwizytorów i telemarketerów?

Ten temat podejmowałem już kilkukrotnie, ostatnio napisałem, że jeśli wolna chwila pozwoli - to ja pobawię się w robienie z telemarketerów idiotów i to ja zacznę próby sprzedania im czegoś. Problem w tym, że nie mam wolnej chwili akurat w momencie nagabywania mnie - albo mi się kompletnie nie chce wdawać w psychozabawę - mam inne ważniejsze sprawy na głowie.


Ostatnio załatwiam różnych telefonicznych akwizytorów następującym działaniem:

1. Jak najszybciej identyfikuję cel rozmówcy - czy dzwoni jako klient/petent/kontrahent, czy po prostu chce mi coś wcisnąć. Fakt jest taki, że telemarketerzy coraz częściej zaczynają rozmowę tak oględnie, że ciężko się zorientować o co chodzi. Dziś zadzwoniła Pani, uwaga!, z Europejskiego Centrum Wspierania Przedsiębiorczości, która zaczęła nawijkę o wspieraniu firm finansowanym przez UE. Przerwałem po krótkiej chwili jej monolog. 2-3 pytania, kilka razy zdecydowanie powtórzone przeze mnie i okazuje się, że chcieli mi sprzedać jakiś pakiet reklamowy w internecie.

2. No i szybko dobijam tekstem:
Polityka i zasady naszej firmy kategorycznie zabraniają przyjmowanie jakichkolwiek ofert od telemarketerów i akwizytorów. Moja odpowiedź brzmi NIE. Jest to nasza żelazna zasada i zawsze Pan/Pani usłyszy od nas słowo NIE.

Po drugiej stronie jak na razie zawsze wyczuwam zbicie z tropu i szok. Tego najwyraźniej nie było na szkoleniu z telemarketingu. Z reguły następujące po tym "Eeeee.... eee...." ja przerywam zwrotem "Do widzenia" i odkładam słuchawkę.

Drugi raz z tej samej stadniny nagabywaczy zazwyczaj nie dzwonią.

wtorek, 24 stycznia 2012

Poczta Polska - jak długo trzeba czekać?

Uwierzcie, lub nie, ale jako nadawca indywidualny lub firmowy prawie zawsze do tej chwili korzystałem z Poczty Polskiej. Mam ją ok. 50m od swojej pracy. Zawsze dawało się wyskoczyć w wolnej chwili, sprawdzić stan obładowania poczty (kolejki/ilość otwartych okienek) i dość szybko nadać list, lub paczkę.


Jeśli chodzi o list - tylko priorytetowy polecony lub polecony. Tylko nadając dokument mało ważny i pilny, którego kopię w razie czego można ponowić, np. fakturę na niewielkie sumy, korzystam z listu ekonomicznego. Wysyłając wywołane rodzinne zdjęcia wybieram tylko polecony. Gruba, koperta w trybie ekonomicznym, hmm, nierejestrowana w systemie, aż się prosi o sprawdzenie zawartości przez złodziei. Szkoda mojego czasu na inne alternatywy - 5 zł za priorytet polecony i spokój.

Niestety sytuacja na mojej lokalnej poczcie robi się nieciekawa. Są 3 okienka, pierwsze permanentnie zawalone pudłami po sufit (zawsze nieczynne), drugie obsadzone przez jakieś praktykantki z wyrazem strachu na twarzy logujące się przez 30 minut do systemu, lub starszą panią klepiącą coś na komputerze prędkością ślimaka odrzutowego, ostatnie okienko z permanentną kolejką emerytów chcących kupić znaczek, jakiś szmatławiec, skarpetki i zapałki (o ile pamiętam taką rolę za komuny pełnił kiosk Ruchu).

Myślicie, że jak już praktykantka zaloguje się to zaczyna obsługiwać klientów.... aaaaaa... marne wasze nadzieje.... ona zaczyna wprowadzać najwyższej wagi dane pocztowe.... klienci mogą poczekać.

Poczta Polska znakomicie sprzedaje gazetki i skarpetki, zapałki, znicze, bawi się w usługi bankowe, transfery pieniężne, konta emerytalne, pożyczki... tylko jakoś im nie wychodzi przyjmowanie i przesyłanie listów i paczek.

Czas chyba podpisać stałą umowę z firmą kurierską i nawet pakiet zdjęć dla rodziny wysyłać przesyłką za kilkanaście zł. Czas stracony na poczcie także kosztuje, chyba znacznie więcej niż te kilkanaście zł.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Toto Lotek / Lotto - podatek od głupoty?

Często widzę w blogosferze jak Janusz Korwin-Mikke uparcie powtarza zdanie, że Lotto jest podatkiem od głupoty, czy to aby sensowne?

JKM opiera się na wyliczeniach matematycznych, które dla gier losowych nie są korzystne - jednak skoro Mistrz JKM jest taki mądry - dlaczego w wyborach nie umie osiągnąć żadnego rozsądnego wyniku? Aaaa już sobie przypomniałem - to wyborcy są tacy głupi, że na JKMa nie głosują - no cóż, skoro JKM to doskonale wie (wynik wyborów jego inicjatyw politycznych można dość dokładnie wyliczyć matematycznie) to czy nie jest głupotą uparte w nich startowanie...


Jak widzimy nic w życiu nie jest takie proste, aby można było to ściśle oprzeć na matematyce.

Powiedzmy sobie jednak szczerze - gry losowe to hazard. Czy są dobre, czy są złe... hmm... tak samo można rozpatrywać picie kawy, alkoholu... Wszystko jest dla ludzi, byle z umiarem. W odświeżonym wczoraj poście wspomniałem o kilku dobrych, pozytywnych aspektach Lotto.

Podatkiem od głupoty na pewno nie nazwą toto lotka ludzie którzy wygrali - zgadza się? Powiedzmy inaczej, z punktu widzenia przedsiębiorcy, biznes to ryzyko - swoisty hazard - ja własnie muszę podjąć decyzję o wydaniu kilkuset zł na kampanię reklamową w pracy - zero gwarancji jakiejkolwiek skuteczności (za wiele czynników lokalnego rynku) - i to także jest hazard.

8 na 10 nowo założonych firm nie przetrwa pierwszego roku działalności, no może z ulgą na ZUS ta statystyka będzie lepsza i wyniesie 6 na 10. Jednak z tych co zostaną ponad 5 na 10 nie przetrwa kolejnych dwóch lat. (Czyli 80-90% nowych firm padnie i nie ma zmiłuj.) Doskonale wie to każdy kto spróbował działalności gospodarczej. To także jest do pewnego stopnia gra losowa.

Gry losowe są zaprzeczeniem oszczędności, to prawda, do pewnego stopnia mogą być jednak elementem przemyślanej strategii inwestycyjnej - jak zauważył jeden z czytelników, mogą być także po prostu rozrywką - dobrze jeśli aplikowaną z umiarem.

niedziela, 22 stycznia 2012

Szansa wygranej w Dużego Lotka / Lotto oraz Express Lotka / Mini Lotto

Czy grać czy nie grać w gry losowe? To pytanie zadaje sobie wiele osób, które na co dzień starają się oszczędzać - jaka jest logiczna odpowiedź? Nie grać. Mimo to przy każdych większych kumulacjach Lotto pod kolekturami ustawiają się całkiem widoczne kolejki.


Przegrywamy dużo
Wyobraźmy sobie, że konsekwentnie obstawiamy tylko jeden zakład - ulubiony zestaw cyfr w Lotto. Są 3 losowania tygodniowo, daje nam to średnio 504 zł rocznie wydane na zakłady. Z uwagi na symboliczne wygrane niższego stopnia, nie liczyłbym na zbytni zwrot z tej inwestycji. Główna wygrana jest kusząca, ale szanse trafienia ekstremalnie niskie.

Tradycja
Mimo wszystko obstawianie totka to w wielu domach niemal święta tradycja, namiastka wielkich emocji, temat rozmów, więź łącząca stare i nowe pokolenie graczy-analityków-matematyków, dyskutujących nad nowymi kombinacjami. Rzecz, która nie rządzi się logiką a emocjami. W podobnych przypadkach rzucam propozycję, aby przerzucić się na grę w Express Lotka / Mini Lotto.

Może warto przegrać mniej?
Analogiczny regularny roczny zakład Express Lotek / Mini Lotto to koszt mniejszy bo tylko 210 zł. Mamy tu do wyboru mniej cyfr, niższe wygrane, ale szanse trafienia głównej wygranej ponad 16-krotnie wyższe niż w Dużego Lotka.

Kilka faktów - szanse trafienia i wysokości wygranych
Szansa wygranej w Dużego Lotka (obecnie Lotto) wynosi ok. 1 do 14 milionów, szansa wygranej w Express Lotka (obecnie Mini Lotto) wynosi 1 do ok. 850 tysięcy.

Koszt zakładu DL / Lotto to 3 zł, koszt zakładu EL / Mini Lotto to 1 zł 25gr.

Wygrane w Lotto jakie są - każdy widzi wystawione na kolekturach przy pierwszej lepszej kumulacji - to sumy idące w miliony, choć w przypadku kilku trafień wygrana siłą rzeczy jest dzielona między graczy. Wygrane w Express Lotka / Mini Lotto to sumy około 200 000 zł, czasem dobijają do ok. 275 000 zł, na co dzień spodziewałbym się jednak raczej wygranej poniżej 200 tys.

Osobiście zatem wybieram 'Mini Lotto' :)

sobota, 21 stycznia 2012

Abonament RTV. Rezygnacja z abonamentu RTV / wyrejestrowanie odbiornika.

Ostatnio co chwilę w TV lecą dość mocno naciągane reklamy namawiające do płacenia abonamentu. Argumenty w nich podane to psychomanipulacja na poziomie intelektualnym nie wiem już jakim - na pewno dość niskim.


"Płać abonament, przecież jesteśmy w Europie!" - a co mnie to obchodzi? Co ma bycie w Europie do abonamentu - kolejnego para-podatku. Argument logicznie na równi z: "Przypiekaj tosty z dwóch stron - przecież jesteś Polakiem!"

"Płać abonament - graj fair!" - A to dobre! Co ma przymusowe opłacanie usługi, której większości ludzi nie potrzeba do bycia fair? Fair jest wtedy kiedy czegoś potrzebuję - idę do sklepu i za to płacę. Przymuszanie mnie do kupna usługi, której nie chce to wyrafinowana kradzież.


A z resztą - o czym my tu mówimy - jeśli nawet dodatkowe finansowanie publicznej TV jest potrzebne to:
- w obecnych czasach reklamy pokrywają z nawiązką koszty prowadzenia stacji TV.
- jeśli nie pokrywają to się ofertę programową najzwyczajniej w świecie SPRZEDAJE w abonamencie: dekoder cyfrowy, karta, może być na zasadzie pre-paid (jak TV na kartę) i po krzyku. Kto chce płacić za durne seriale i celebrytów o wątpliwej jakości intelektualnej, niech płaci.

Przy okazji cyfryzacji TV nikt z zarządzających TVP nie miał na tyle trzeźwego umysłu aby pomyśleć o najprostszym rozwiązaniu tj. dekoder/karta/doładowanie konta.


Oczywiście doradzam tym, którzy TVP nie potrzebują - aby niepotrzebny odbiornik "sprzedać" a następnie pójść z książeczką na pocztę, wyrejestrować odbiornik RTV i abonamentu już dłużej nie opłacać.

Zrobił coś takiego "znajomy" i sobie chwali ;-)

P.S. Dzisiaj jeszcze jeden krótki post o legalnych filmach z internetu:
http://lekki-linux.blogspot.com/2012/01/katalog-filmow-na-licencji-creative.html
Kliknij i poleć innym ten artykuł. Dziękuję :-)

czwartek, 19 stycznia 2012

Zmiana komórki oraz dylemat: laptop czy komputer biurkowy.

Mój dotykowy telefon pełen bajerów, podświetleń, fajnych opcji i możliwości trafił do szuflady - jakieś problemy z oprogramowaniem - nie miałem czasu i nie chciało mi się na razie dochodzić - po jako takim odświeżeniu komórka trafi na sprzedaż (pewnie na części) - wyciągnąłem z szuflady nieco starszą klasyczną Nokię i jest super - nie poluję z zasilaczem na każde wolne gniazdko w każdej wolnej chwili, telefon nie wysiada mi co chwile, w najważniejszym momencie - telefon po prostu działa, służy do dzwonienia i jest niezawodny - akumulator trzyma nawet tydzień - o to mi chodziło. Kupno jakiś czas temu nowszego modelu dotykowego, aby dobrze prezentował się w biurze - było przesadzone i niewygodne.


Jakiś czas temu dyskutowaliśmy także o komputerze do zakupu. Doszedłem do wniosku, że laptop mi nie jest potrzebny do niczego - nawet na dłuższy wyjazd jestem w stanie zapakować sobie monitor oraz małą cichą jednostkę biurową - może jakiś nettop z płytą miniITX - do dwóch teczek zamiast do jednej. Klasyczny zestaw komputerowy, nieco unowocześniony oczywiście i zminimalizowany da mi większą elastyczność działania. Przyjemnie mi się np. pracowało niedawno na monitorze o przekątnej 22", co na lapku jest nierealne. Mogę oczywiście podłączać laptop do zewnętrznego monitora, ale bardziej funkcjonalna będzie jakaś mini-jednostka biurkowa.

Obecnie wadą laptopa jak dla mnie jest integracja - jeśli padnie matryca - cały laptop muszę oddać do naprawy, jeśli padnie klawiatura - kolejny kłopot. Znajoma osoba pozbyła się potrebnego tu-i-teraz notebooka przez jakieś problemy z touchpadem w sumie na 2-3 tygodnie. Ja ostatnim razem czekałem na naprawę matrycy ponad tydzień. Serwisanci w serwisie zewnętrznym sformatowali mi przy okazji HDD... ehh... amatorszczyzna.

W klasycznym zestawie klawiaturę wyrzucam na śmietnik i kupuję nową w sklepie oddalonym o 10 minut piechotą. LCD odłączam i podłączam inny - rezerwowy. Pracuję dalej bez przerwy. Skoro laptopy i tak służą jako komputery stacjonarne - wybór jest jasny.

Hmm, czy to aby wygodna pozycja do pracy przy komputerze?

środa, 18 stycznia 2012

Remont biura - kolejne perypetie. Pozytywne efekty treningu.

Na wstępie chciałbym publicznie podziękować koledze o nicku Herkus Monte :)

Miałeś rację - siłownia to nie tylko doskonałe miejsce na relaks, ale fajne miejsce do robienia interesów. Od momentu rozpoczęcia treningów nawiązałem trochę kontaktów, dowiedziałem się tego i owego oraz zrobiłem już dwa fajne interesy - jeden z nich to korzystna dla mnie wymiana barterowa - drugi to zatrudnienie kolegi z siłowni na fuchy do firmy.

Dzięki temu przynajmniej część biura wygląda bardzo dobrze - kolega kilka lat robił na wykończeniówce budowlanej, więc robota jest wysokiej jakości. Nie ma tu problemu, który zazwyczaj kładł moje plany z dotychczasowymi fachmenami - czyli alkoholu. Kolega jeśli już coś wypije - to śladowe ilości alkoholu (piwo) przy jakiejś okazji. Szkoda wypracowanej kondycji i mięśni.

No i dzięki temu linie mam proste a nie faliste.

A tak ogólnie najlepsza we wszystkim jest psychika po dobrym treningu - ponieważ nie ma interesu bez problemów i stresów - dobrze jest je rozładować po godzinach i zrelaksować się w przyjemnym otoczeniu :)

A dziewczyny na siłowni już teraz zaczynają wycisk - powoli zbliża się sezon plażowy.

wtorek, 17 stycznia 2012

Żołądki drobiowe / flaczki drobiowe - oszczędny przepis.

Jednym z tańszych, aczkolwiek wartościowych surowców w kuchni będą żołądki drobiowe - najczęściej widuję w sklepach żołądki kurze lub indycze - ceny zwykle nie odstają od cen innych podrobów, więc są niskie.

Wstępne przygotowanie

Jak przygotowuję żołądki? Po pierwsze chwilę odmaczam i każdy z żołądków dokładnie myję - usuwając resztki różnych błonek oraz prawdopodobnie pozostałości paszy. Po drugie odgotowuję 2 albo i nawet 3 razy całkowicie zmieniając wodę.

Tak samo jak przy robieniu od podstaw flaczków klasycznych zapach nie jest sympatyczny, dlatego zwykle nie robię tego jeśli ktoś inny jest w domu. Szczerze mówiąc po przygotowaniu żołądków indyczych lub kurzych sam mam już dość tych oparów żołądkowych i charakterystycznego kurzego zapaszku - więc gotowy półprodukt wędruje w porcjach do zamrażarki.

Finalna potrawa

- Flaczki drobiowe
Po odmrożeniu za jakiś czas - a szczerze mówiąc myślę, że przemrożenie czegoś takiego poprawia jakość mięsa - żołądki zazwyczaj kroję w paski i używam do flaczków. Można je mieszać z innymi surowcami do flaczków klasycznych (czyli z flakami wieprzowymi lub wołowymi), można pokroić w paski mięso różnego typu, można wykorzystać boczniaki krojone w długie paski, kotlety sojowe (ja za nimi średnio przepadam). Jak dalej przyrządzać flaczki - napisano na ten temat wiele - ja tylko dodam, że warto skorzystać z gotowej mieszanki przyprawowej zaprojektowanej specjalnie do flaczków - jest dość dobra.

- Sos żołądkowy
Jak dla mnie żołądki dobrze się komponują z klasycznym białym sosem lub białym sosem pieczeniowym. Klasyczny biały sos dobrze przyrządzić z dużą ilością marchwi oraz cebuli, odrobinę więcej niż zwykle ziela angielskiego i liści laurowych a także pieprzu ziołowego i zabielić raczej mąką pszenną niż śmietaną, aczkolwiek tutaj już według gustu.

Jednak nawet po tych wszystkich cudownych zabiegach żołądki będą miały lekki flaczkowo-żołądkowy zapach, więc potrawa jest zarezerwowana dla wielbicieli flaków wszelkiej maści - czyli jak obserwuje koneserów flaczków - najczęściej zmęczonych facetów po ciężkiej robocie.

niedziela, 15 stycznia 2012

Smalec, tłuszcz, olej lniany - moje przekonania, czyli samo zdrowie!!!

Kiedyś, dawno temu, jako licealista/student uległem anty-tłuszczowej histerii. Eliminowałem ze swojej diety tłuszcze, przede wszystkim zwierzęce. Przestałem jeść masło. Do tego w owym czasie aktywnie ćwiczyłem (basen, siłownia, rower).


Na efekty tej podstępnej anty-tłuszczowej manipulacji, którą zaserwowały koncerny produkujące/importujące tłuszcze palmowe (margaryny) oraz zapewne koncerny farmaceutyczne-medyczne (pogorszenie stanu zdrowia ludzi - leży w ich interesie) nie trzeba było zbyt długo czekać: miałem osłabienie odporności, osłabienie stawów, ogólny spadek wydajności, itp. dały mi się we znaki. Na tyle, że finalnie przesiałem ćwiczyć na długi czas.

W owym czasie przez mur kłamstw medialnych zaczęły przebijać się gdzieniegdzie fakty, najpierw wyśmiewane, potem coraz szerzej akceptowane: TŁUSZCZ JEST DOBRY DLA CIEBIE!!! To jego brak, lub stosowanie najgorszej jakości tłuszczów roślinnych (margaryna z kolosalną ilością chemii) niszczy twoje zdrowie.

Za tycie, problemy krążeniowe, itp. odpowiedzialne są przede wszystkim węglowodany, a przede wszystkim najgorsze ich formy - cukry zawarte w syropach glukozowych (to jest syntetyczna żywność GMO), białe pieczywo z masowej produkcji, cukier buraczany w nadmiarze...

Jakie tłuszcze polecam?

- Smalce różnego rodzaju - przede wszystkim WŁASNEJ ROBOTY! Spożywać bez skrępowania! Z pełnoziarnistym pieczywem, kiszonym ogórkiem i cebulą - to zastrzyk zdrowia i odporności - szczególnie zimą!

- Masło - tylko naturalne, z najmniejszą ilością chemii, lub jeśli się da - własnej roboty ze wsi! Masło klarowane może dłużej poleżeć niż zwykłe.

- Olej lniany - ja spożywam wyciskany na zimno lub/oraz Budwigowy. Po otwarciu te oleje ZAWSZE proszę trzymać w lodówce - tak samo jak tran po otwarciu buteleczki (tran też spożywam).

- Tłuszcz rybi i tłuste ryby wszelkiego rodzaju, ale tu z umiarem - morza i oceany są dość zanieczyszczone - ewentualnie zaufana hodowla: np. nigdy nie jedzmy pangi lub tilapii - to jest przemysłowy syf z najgorszych hodowli z Wietnamu lub Chin, śledź i makrela będą znacznie bardziej wartościowymi tłustymi rybami niż łososie z hodowli norweskich.

- Oliwa z oliwek ma się rozumieć - dobrej jakości, z 1 tłoczenia na zimno. Spożywana na zimno (choć czasem na niej podsmażam - lubię ten smak, choć to marnotrawstwo dobrej oliwy).

- Olej z rzepaku ekologiczny - tłoczony na zimno - spożywany na zimno.


Oczywiście te kalorie też trzeba spalić. Ogólnie jak na stronach o odchudzaniu mówią nieco wulgarnie: MŻWR! Czyli - Mniej Żreć, Więcej Ruchu!

Ale nie wolno żałować sobie dobrego tłuszczu, nie wolno przejmować się nadmiarem tłuszczu! Ładować w siebie ile da radę (czyli aż tak dużo się realnie nie da - zmysł smaku i powonienia powie po prostu dość, jak będzie za dużo)! Dobrze jest wypić codziennie łyżeczkę lub dwie dobrej jakości oleju lnianego, oliwkowego lub tranu przechowywanych w lodówce.

Ale węglowodany liczymy, uważamy szczególnie na najgorszej jakości "węgle" - ale spokojnie zjadamy pełnoziarniste pieczywo na zakwasie, ziemniaki, warzywa...

czwartek, 12 stycznia 2012

Biznes i studia - post, który co niektórych zdenerwuje.

W komentarzach do ostatniego postu czytelniczka zdrowa-linia napisała coś mocnego: zacytuję fragment: "Dyplom leży w szufladzie, robię coś zupełnie innego... Zresztą, studia nie uczą zawodu. Tego uczy praktyka :) Dziś wybrałabym kilka kursów zawodowych..."

Przeszłości nie można zmienić, jednak gdyby... gdyby... nie wiem czasem, czy nie zrobiłbym tego samego. Ja swoje studia skończyłem - dziennie. Nie raz pewnie napisze coś ze wspomnień studenckich, dlatego sobie na razie dam spokój z tym tematem, jednak po studiach pracowałem w różnych polach - nie do końca w swoim zawodzie.

Ten post nie ma na celu chwalenia się, ani tym bardziej zwierzania się z moich spraw zawodowych i osobistych - dlatego napisze ogólnie. Już w szkole średniej interesowałem się dość swobodnie dziedziną XYZ, interesowałem się nią w czasie studiów i zaraz po studiach dostałem pracę akurat w tej dziedzinie (tak wypadło, właściwie przypadkiem, że znalazłem się we właściwym miejscu i czasie - potem szybkie doszkolenie na zasadzie skoku na głęboką wodę - nie utonąłem!).

Kurs zawodowy i zewnętrzny dyplom uzasadniający moje zatrudnienie w firmie zrobiłem w rok - w trakcie pracy. Po tym roku radziłem sobie naprawdę dobrze i często musiałem szkolić ludzi, którzy dokładnie w dziedzinie XYZ mieli czasem od 2 do 5 lat studiów państwowych, tak więc "papierowo" wyżej. I bywało, że ludzie nawet po tych 5 latach nie zdawali "egazminu", co więcej miałem delikwenta po 5 latach + 1-2 latach podyplomówki z dodatkową specjalizacją i papierem (nie pamiętam w tej chwili dokładnie ile to trwało), który w praktyce nie dal rady. Wymiękł. Z fragmentarycznych kontaktów wiem, że porzucił swoją dziedzinę i wylądował w jakimś większym handlu jako asystent.

Super prestiżowe studia na licencjonowanego superbohatera.

Praca i branża XYZ to jednak na razie przeszłość - względy osobiste i rodzinne - dawne dzieje - obecnie też rozglądam się nad zmianami zawodowymi w moim życiu. Natomiast cokolwiek sobie postanowię - wiem jedno - nie będę, o ile nie będę musiał, tracić czas na wieczorówki, podyplomówki, studia zaoczne, itp. - od biedy zatrudnię sobie specjalistę-figuranta z papierem, albo strzelę sobie minimalny wymagany kurs/papier w danej dziedzinie.

Studia w formacie tradycyjnym, poza wąskimi specjalizacjami, są najczęściej zupełną stratą czasu.

środa, 11 stycznia 2012

Oszczędzanie nerwów - edukacja w biznesie.

W ostatnich wpisach dominują gorzkie spostrzeżenia na rzeczywistość, jednak z pełną świadomością decyduję się je publikować. Oczywiście jeden z czytelników dostrzeże w tym narzekanie i zgorzkniałość, inny natomiast pewną analizę sytuacji i cenną wskazówkę, jakich błędów nie popełniać. Wybór - jak na to patrzeć i jak skorzystać z tych postów - należy do danego czytelnika.

Ja osobiście próbuję zajmować się własną działalnością i drobnym biznesem od zawsze, bodajże od 1 klasy szkoły średniej jakieś dziubanie, jakieś pomysły, jakieś biznes plany... natomiast ja jestem synem klasy robotniczej, a nie dzieckiem "prywaciarzy" i prawda jest taka, że wszystkiego w biznesie musiałem i muszę uczyć się sam, czasem na własnych błędach - nikt mnie niczego w tej dziedzinie nie nauczył. Stąd nieuniknione błędy na drodze do "biznesowej dojrzałości" (może koło 40-stki w końcu zmądrzeje, hehehe) oraz wnioski, które niektórzy mogą uznać za zgorzkniałość.

Jestem niepokonanym, dumnym orłem small biznesu.


Oj... nie moi drodzy, ja jestem bardzo upartym "kocurem". Wypierniczą drzwiami - wejdę oknem...

I znów kilka krytycznych słów pod adresem oficjalnej, mainstreamowej edukacji - ona nie nauczy cię niemal niczego. Fakt, na studiach na "dobrej uczelni" można sobie poprawić punktualność (szybko przekonujesz się, że tzw. studencki kwadrans to bolesna fikcja), można nawiązać kontakty - choć z tym różnie bywa, nauczy się człowiek latania od drzwi do drzwi, poniżania się i proszenia, zdobywania materiałów, planów, analiz (odpowiednik późniejszego bujania się po urzędach, projektach UE...). Ale w gruncie rzeczy... heh... praktycznie wszystkiego - niemal od zera człowiek tak naprawdę uczy się dopiero pracując.

Takie życie. To pisząc zamykam klapę "laptoka" i wracam do pracy.

wtorek, 10 stycznia 2012

Kolejne podsumowanie dyskusji - jak oszczędzamy paliwo?

Dobra moi drodzy, moje ostatnie posty były mocno polityczne i de facto pojechałem po mainstreamowych politykach (i nawet jakimś zupełnym przypadkiem technicznym nie jestem już w konkursie Blog Roku...hmm...) a to co nas interesuje najbardziej to jak to cholerne paliwo oszczędzić.

1. Eko-jazda. Na ten temat jest już dużo na blogach i w necie więc głupio się powtarzać. W skrócie - musimy poznać paliwowe zwyczaje naszego auta, znaleźć jego ekonomiczną prędkość/obroty, przemyśleć, czy przejechanie trasy z prędkością wyższą np. o 10km/h od ekonomicznej się nam opłaci. Czynniki takie jak zużycie paliwa/czynnik zmęczenia/możliwe mandaty za przekroczenie progu prędkości. No i pamiętamy, że szarżowanie i cwaniakowanie kosztuje.

2. Współdzielimy auto - o czym pisałem - zabieramy zaufanych pasażerów za dofinansowanie na paliwo, myślimy o optymalnym wykorzystaniu przejazdu (np. łączenie urlopu z przewiezieniem towaru, opłacalnym zakupem).

3. Wsiadamy na rower - na odcinkach miejskich gdzie jest to de facto szybszy i bardziej opłacalny środek transportu.

4. Szukamy dodatkowych przepływów finansowych z posiadania auta - nie mówię tu nawet o możliwym dorobieniu na działalności pt. "transport osób" ale chociażby o przyjęciu reklamy na auto. Mój poprzedni samochód był jednocześnie słupem reklamowym (obecny jest zbyt nowy i szkoda mi lakieru).

5. Przy okazji wymiany samochodu wybieramy taki, który będzie tańszy w eksploatacji.


Mimo, że niektórzy z was mają negatywne nastawienie - ja auta i motoryzację bardzo lubię - przypuszczalnie będę wszedł w zaparte i nie zrezygnuję z auta nawet przy koszcie paliwa rzędu 10 zł/l. Natomiast będę szukał wszelkich patentów, aby to auto jednak utrzymać.

A czy wy macie jakieś inne pomysły?

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Zamiast się buntować - come fly with me! Oszczędzanie i inwestowanie zamiast bzdur.

Mam ochotę dzisiaj wytłumaczyć niektórym czytelnikom, dlaczego nie mam obecnie zamiaru się buntować przeciwko systemowi, podwyżkom, przewałkom walutowym i dlaczego, aby poprawić swój komfort życia, wybieram zamiast tego choćby "racjonalne oszczędzanie".

Oczywiście jak zwykle jeden z drugim zarzuci mi, że nie mam jaj i werwy - jeden z moich kolegów autorów regularnie mi wkręca, że "gieroj" ze mnie żaden, choćby z tytułu promowania tutaj bezpieczeństwa na drogach, a drugi zachwyca się, że ulica w Argentynie X lat temu pogoniła jakiegoś el Presidente, co prawda zginęło od kul 28 osób, ale teraz ulica czuje się dumna...

Co prawda oligarchia ulicę wycyckała, zgoliła finansowo jak naiwne owce, ale cóż - oni zachowali swój latynoski bunt i czują się dumni.., z gołą dupą, ale dumni...

No cóż - niech będzie im, że radziecki "gieroj" nie jestem, a latynoski macho z gołą dupą też nie jestem. Po co ja mam coś komuś w ogóle udowadniać?

Musimy sobie szczerze powiedzieć, że system społeczno-polityczny jest jaki jest, bo chce tego lud. Nie jest to tylko rzeczywistość wkręcana nam przez rządzących i media, ale fakt. Widzę to doskonale choćby po rozmowach z ludźmi z otoczenia - a zawsze dużo rozmaiwiam z ludźmi.

Ludzie w Polsce chcą socjalu, ZUSu, darmowej opieki medycznej, emerytury, bezpieczeństwa, darmowych dróg, stadionów... wymieniajmy dalej. To wszystko nie musi być na najwyższym standardzie - ale ma być "darmowe" i dla wszystkich mniej więcej po równo.

Tyle, że to kosztuje - dziś kosztuje to +20gr więcej na stacji benzynowej, jutro +10,20 zł więcej za przejazd autostradą na Gdańsk, pojutrze +1% VAT więcej...

Ale nie mogę ani ja, ani wy zrobić z tym NIC. Protest przeciwko 95% społeczeństwa NIC nie da. Zamiast zatem walczyć z systemem, krzyczeć, frustrować się, wolę pomyśleć jak tu i teraz poprawić swój byt, jak oszczędzić, jak zainwestować, jak w istniejącym systemie poprawić swój dobrobyt.

I wam radze to samo - come fly with me...


niedziela, 8 stycznia 2012

Przejażdżka z wujkiem Donaldem. Oszczędzanie paliwa.

Zdecydowałem się opublikować jedną z moich wczorajszych odpowiedzi w formie posta - nie chciałbym aby rozmyła się pośród innych komentarzy. Drodzy czytelnicy - odnośnie ostatniego posta mnie przypadkiem źle nie zrozumcie - ja NIE daję akceptacji Tuskowi do zwiększania cen. Ja tylko mówię, że konkretna ostatnia podwyżka to w gruncie rzeczy nic - fragment wiekszego "obrazu". :(

I pytanie jest co MY mamy robić - bo niestety protesty na forach i blogach nie dadzą NIC. To jest bowiem blog o oszczędzaniu w NASZYCH domach, firmach, itp., ja naprawdę nie zwołuję antytuskowego czy antyunijnego protestu. Mam gdzieś organizacje kampanii protestu - nie chciałbym kiedyś się bowiem przypadkiem powiesić na pasku w WC, jak kuzyn Andrew...

Ostatni post kończy się konkretnym wnioskiem - jak widać powinienem to mocniej zaznaczyć (co właśnie robię). Optymalizujmy zużycie paliwa - może jednak trzeba będzie inaczej popatrzyć np. na kwestie zabrania dodatkowego pasażera-znajomego (z kasą na paliwo) w trasie nad morze, itp.


W lecie napisałem, że raczej nie będę zabierać pasażerów (z rodziny) na swoje wyjazdy i wycieczki. Teraz jestem skłonny weryfikować swoje podejście i dać jeszcze szansę moim pasażerom - oczywiście nic za friko - ale będzie tu na pewno zdecydowana i twarda rozmowa PRZED ewentualną podróżą. Będziecie mi narzekać, jęczeć, doradzać nieproszeni - to będzie "wypad z baru" - dam do ręki dychę na busa i wysadzam w pierwszej wiosce.

W lokalnej prasie i na portalach (Ojciec Baldwin może wie - bo jest z moich stron) często widzę ogłoszenia typu: Jadę samochodem do pracy Złotoryi codziennie 6.10 rano z centrum i wracam 15.30 do Legnicy. Zabiorę pasażera za X zł albo dwójkę za Y zł. Kontakt wieczorem.... Zbychu

Epoka taniego paliwa a Polsce tak czy inaczej już się skończyła - czas się obudzić i zaakceptować nową rzeczywistość, a nie wylewać żale na blogosferze.

Działajmy i kombinujmy. Nie trzeba koniecznie wozić narzekających krewnych i znajomych. Szwagier-handlowiec, kiedy robi trasę do mnie z Pomorza na Dolny Śląsk zawsze sprawdza oferty moich lokalnych hurtowni, kontrahentów, porównuje ceny z pomorskimi i często łączy sobie urlop z przewozem towaru, zakupami, itp. Polak potrafi. Potrafi wykrwawić się w bezsensownych protestach i powstaniach, ale też potrafi zakombinować.