czwartek, 26 kwietnia 2012

Energetyka jądrowa - czyli atomowa głupota polityków.

Tytuł posta zdradza moje nastawienie do atomu, jest ono co tu mówić, bardzo negatywne, jednak ten stosunek nie wynika z pamięci Czarnobyla i eko-maniactwa, a jedynie z czystej kalkulacji.



Polska NIE posiada własnych złóż uranu, Polska NIE posiada technologii ani bazy specjalistów, Polska NIE posiada spójnej polityki energetycznej i kompetentnych władz, które mogłyby systemem energetycznym sprawnie zarządzać.

Wpuszczenie atomu do Polski powiększa naszą zależność od czynników zewnętrznych, co w dalszy sposób osłabi naszą gospodarkę - wpuszczenie atomu to kolejna scentralizowana infrastruktura, tym razem zupełnie niezależna nawet od słabych władz naszego bantustanu. To kolejne okazje do gigantycznych przekrętów i złodziejstwa.



Kraj powinien iść w dwóch kierunkach:

1) rozwijanie i modernizacja energetyki węglowej, w tym nowych złóż węgla brunatnego z jednoczesnym rozwojem technologii wyłapywania i składowania CO2, aby uniknąć bandyckiego unio-haraczu narzuconego przez metropolię (Brukselę).

2) Mikrogeneracja na szeroką skalę, o czym już pisałem, oraz masowy rozwój (powrót) małych elektrowni lokalnych - kontynuacja polityki sprzed II wojny światowej - odbudowanie wielu elektrowni wodnych zniszczonych już po wojnie przed komunistów oraz rozwijanie programu setek nowych elektrowni - tam gdzie istnieją jakiekolwiek spiętrzenia wód (miejsca dawnych młynów wodnych) na zasadzie "mini-elektrownia w każdej gminie", do tego demonopolizacja rynku energii, tak aby każdy przedsiębiorca mógł wytwarzać i sprzedawać energię na wolnym rynku.

Punkt drugi uzupełniłbym o energię wiatrową - tym razem także zgodną w dużym stopniu z argumentami sceptyków (oddalenie od zabudowań, zastosowanie odpowiednich turbin, itp,), geotermię, spalanie biomasy oraz inne eko-rozwiązania, tym razem stosowane w zupełności przez prywatny biznes zainteresowany zyskiem, ale bez dopłat, ulg i wtrącania się w to rządu.



Znając jednak życie, polityk/poseł, który lobbowałby za powyższym w polskim parlamencie, szczególnie aspektem deregulacji rynku energii, przypadkiem powiesiłby się na pasku w klozecie. Popatrzmy, nawet taki Korwin-Mikke tym razem śpiewa jak mu "ważniejsi" od niego zagrali - nawet on boi się podskoczyć tym, którzy rozdają karty.

Dlatego powyższy post, a szczególnie fragment o demonopolizacji rynku potraktujmy jak czyste science fiction czy też może political fiction... i lepiej napijmy się dobrego piwa z kolegami i/lub zapomnijmy o sprawie przy jakimś ciekawym filmie/meczu...

wtorek, 24 kwietnia 2012

Wiatraki, energia, ekologia... kilka rozmów.

W ostatnim czasie przeprowadziłem kilka rozmów wśród osób spoza internetu na temat wiatraków, także wśród moich kontrahentów (duże firmy) pośrednio związanych z branżą. Zamierzam podzielić się z wami kilkoma informacjami z tych rozmów.



Lokalizacja wiatraka - według moich rozmówców większość lokalizacji jest neutralna dla otoczenia, wiatraka nie stawia się ot tak - bo komuś się zachciało. Lokalizacja musi spełnić dużo norm - oddalenie od zabudowań, emisja hałasu, jakieś aspekty ekologiczne, itp.

Ekonomika wiatraka
...

Post przeniesiony:

http://realny-minimalizm.blogspot.com/2013/10/wiatraki-energia-ekologia.html

niedziela, 22 kwietnia 2012

Torebki foliowe jednorazowe to już przeszłość. Ekotorby - kłamstwo korporacji.

Wczoraj dowiedziałem się, że ostatni hipermarket w mojej okolicy zrezygnował z darmowych foliówek dla klientów motywując to ekologią, mimo iż całkiem niedawno otwarcie reklamował darmowe torebki jako swój atut.

Jak dla mnie ta decyzja nie jest podyktowana ekologią, a jedynie zyskiem supermarketu - ot jakiś "racjonalizator" musiał się "wykazać" i nic więcej.



Czy ekologiczne są zielone torby eko (pseudo eko!) z tworzyw sztucznych, wielokrotnego użytku? Nie! Na jedną ekotorbę trzeba zużyć tyle plastiku, co na kilkadziesiąt cienkich reklamówek. Cykl życia tych torebek o ile wiem nie jest długi - większość znanych mi osób nie będzie cerować przetartej eko-torby ani jej prać - po kilkudziesięciu użyciach kupi nowszą i ładniejszą, albo nawet nie kupi - dostanie w jakiejś promocji.

Czy ekologiczne są torby jutowe, z materiału? Biorąc pod uwagę, że sprowadzono je z Chin, zużywając na transport mnóstwo ropy oraz ponasączano je toksycznymi chemikaliami przeciw szczurom i owadom (coby w ładowniach statków szkodniki ich nie zżarły) tyle w nich ekologii, co prawdy w obietnicach polityków.

Ekotorby po prostu nie są ekologiczne, a używanie ich jest oznaką ekologicznej niewiedzy, albo/i ulegania trendom mody. Ekotorby służą jedynie supermarketom i korporacjom, nie przyrodzie, nie konsumentom.

Co zatem byłoby rozsądne, oszczędne i ekologiczne?

- Używanie torby wielorazowej krajowej produkcji, zrobionej przez Polaków, z polskich lokalnych i naturalnych surowców (lub materiału z odzysku), bez nasączania ich owadobójczą i odstraszającą gryzonie chemią.

- Używanie koszy wiklinowych krajowej produkcji (których cykl życia to czasem wiele lat). Eleganckie rozwiązanie - zgadza się?

- Używanie do zakupów używanych kartonów/pudeł/skrzynek ze sklejki (choćby po owocach z działu warzywnego) i jeśli to opakowanie się zużyje do reszty - późniejsze wystawienie go pod śmietnikiem dla zbieraczy (makulatura/opał).

- Używanie jednorazowych cienkich foliówek, w nielicznych sklepach, które jeszcze je wydają bezpłatnie i późniejsze ponowne używanie tych reklamówek na zakupy, do pakowania, a w ostateczności np. jako folię/worek na śmieci. (one nie są idealne, z całą pewnością, ale naprawdę nie są aż tak szkodliwe jak się przedstawia, czy wiecie że ich grubość to zaledwie około 0,1 mm? ilość plastiku na ich wyprodukowanie jest minimalna w stosunku do funkcjonalności)

Spokojnie, rozsądnie i wedle własnego rozumu. Bez ulegania propagandzie :)

sobota, 21 kwietnia 2012

Linux na starym sprzęcie - jak na nim "oszczędzam"?

Normalnie tego typu posty publikuję na swoim blogu linuksowym, ale tym razem zdecydowałem się napisać tutaj i uzasadnić dlaczego na tym hobby jestem w stanie oszczędzić. Oczywiście, poświęcam na to pewien czas - i jest to mój koszt pozafinansowy, ale w tym samym aspekcie można potraktować tego bloga - poświęcam na niego czas, a przecież nie mam z tego tytułu bezpośrednich korzyści finansowych, no nie?



Mam jeden komputer, który ma już 4 lata. Na pokładzie jako główny system jest Windows XP... jednak co teraz? Jeszcze około roku i Windows XP już nie będzie aktualizowany (chyba, że po raz kolejny zdecydują się przedłużyć support), Microsoft chce aby wszyscy przeszli na nowsze Windowsy. Z kolei mi się nie uśmiecha - tak czy inaczej to konieczność kupna nowego systemu, a nawet jeśli, to komputer nie jest już zbyt nowy, uciągnąć Windows 7 uciągnie, ale będzie nieźle mulił (a może zrobi się upgrade?).

Niezależnie czego bym nie wybrał - będą to koszty. Używanie dziurawego i nieaktualizowanego systemu na maszynie na której łączę się z bankiem? Nie dziękuję.

Na ratunek przychodzi tu Linux, który dostaję legalnie i za darmo. Na tej maszynie zdecydowałem się na drugiej partycji zainstalować Slackware (a konkretniej SalixOS). Praktyka twórcy Slackware pozwala mi sądzić, że jeszcze przez kolejne 3 do 4 lat będę się cieszył wsparciem w zakresie bezpieczeństwa i aktualizacjami. Aby było zabawniej system który właśnie zainstalowałem jest z pewnych powodów (sterowniki) dość stary już na starcie - ma około 2 lat. Mimo wszystko po aktualizacji otrzymuję najnowszą przeglądarkę Firefox. Opera także jest w najnowszej wersji.

Zainstalowanie Linuksa daje mi +2 do +3 lat dodatkowego życia dla tego sprzętu, w najlepszej jakości, bez ponoszenia kosztów. Dlaczego z tego nie skorzystać?

piątek, 20 kwietnia 2012

Transport międzynarodowy w erze "post peak oil"

Przeglądając tematy technologii alternatywnych w kontekście "peak oil" nie sposób uniknąć takich tematów. Rosnące ceny ropy prędzej czy później spowodują "powrót" do epoki żaglowców, choć może to wyglądać inaczej niż w przeszłości.
Nowoczesne systemy i duży stopień automatyzacji.
Koncepcyjny przykład wspomagania obecnych statków.
Zastosowanie w praktyce.

P.S. Wiem, że wśród was jest trochę geeków i innych fanatyków IT - tym, którzy lubią Linuksa (oraz piękne tapety z uroczymi białogłowami) polecam post o SalixOS (mod Slackware) na drugim blogu.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Wiatraki, energia i przyszłość - moja opinia

Niedawno przejeżdżając przez Polskę miałem okazję obserwować dość dużą ilość wiatraków, głównie na trasie Poznań-Września-Toruń jest ich znacznie więcej niż w innych częściach kraju. Niektóre z tych wiatraków są naprawdę gigantyczne.

Rodzi to moje podejrzenia, że cala impreza w polskich warunkach może być nieopłacalna, albo opłacalna jedynie ze względu na dotacje i dopłaty różnego typu. Sam koszt transportu takich gigantów jest jak mniemam astronomiczny. A co z serwisowaniem tych urządzeń?


Moim zdaniem jednak ta gigantomania nie jest właściwą strategia rozwoju na przyszłość - uważam, że właściwszym rozwiązaniem na prowincji jest mikrogeneracja energii na miejscu, w gospodarstwach. Czyli powszechnie stosowane małe turbiny wiatrowe (o małej średnicy) które wytwarzają mniej hałasu, fotowoltanika oraz wykorzystanie małych lokalnych spiętrzeń wody (tam gdzie kiedyś znajdowały się młyny wodne, na stawach hodowlanych, itp.). To wszystko musiałoby być stosowane powszechnie, na skalę masową w połączeniu z systemami energooszczędnymi.

To jest właściwa myśl, a nie to co fundują nam euro-fantaści.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Emerytury - moja opinia o ubezpieczeniach na życie

Ubezpieczenie na życie, założone dawno temu z myślą o emeryturze, o zabezpieczeniu przyszłości moim bliskim, zlikwidowałem. Dlaczego? Teoretycznie to bardzo ciekawy produkt finansowy - w praktyce najczęściej niezła kiszka. Na szczęście udało mi się wybrać moje środki na 2-3 miesiące przed ostrym krachem na giełdzie i odzyskałem zdecydowaną większość środków które wpłaciłem. Kilka miesięcy później odzyskałbym jakieś grosze.

Powód 1. Musiałem niezależnie od mojej sytuacji finansowej odkładać miesięcznie sto kilkadziesiąt zł - które szły na rzekome inwestycje - w rzeczywistości przez pierwsze dwa lata prawie wyłącznie na prowizję ubezpieczyciela.

To był taki przymus, który narzuciłem sobie sam, wierząc jako młody "inwestor" w uczciwość systemu, a który po paru latach przestał mi odpowiadać. Zdarzyła się sytuacja, że około pół roku byłem bez gotówki i bez wpływów, a ubezpieczenie i tak musiałem opłacać. Pieniędzmi, które tam szły jako drobny przedsiębiorca nie mogłem obracać. Nie mogłem szybko wybrać nawet części uzbieranej sumy w razie nagłej potrzeby. Likwidacja ubezpieczenie trwała kilka miesięcy, podczas których zmuszony byłem dalej opłacać składki.

To było trochę poniżające - robić za petenta, prosić i załatwiać, aby odzyskać WŁASNE pieniądze!

Elastyczność tej inwestycji jest fatalna, po prostu dno.


Powód 2. Dochodziły mnie coraz częściej pogłoski, że firmy ubezpieczeniowe oszukują jeśli zaistnieje konieczność zapłaty ubezpieczenia (odszkodowania). Dajmy na to - zginąłeś w wypadku samochodowym - firmy ubezpieczeniowe potrafią udowadniać, że tak naprawdę prowadząc umarłeś nagle na zawał serca, a wypadek był konsekwencją wcześniejszego zgonu. Twoja rodzina nie dość, że nie ma zadośćuczynienia i stabilizacji finansowej po twojej śmierci, to jeszcze dochodzi stres rozpraw sądowych.

Nie wierzyłem w te pogłoski, do chwili kiedy nie zetknąłem się z tym w bliskim otoczeniu - firma chciała zwrotu wcześniej zapłaconego odszkodowania, bo jej prawnicy/lekarze dopatrzyli się nieścisłości. Rzekomy nagły zgon osoby ubezpieczonej miał nastąpić w skutek powikłań wypadku sprzed kilkunastu lat - okresu przed zawarciem ubezpieczenia. O w mordę!!!!

W mojej rodzinie zdarzyły się oszustwa firm ubezpieczeniowych w przypadkach zdarzeń komunikacyjnych - od dłuższego czasu ABSOLUTNIE nie ufam firmom ubezpieczeniowym i minimalizuję swoje, wpłacane ubezpieczenia (np. komunikacyjne).


Powód 3. Sensowność tej inwestycji na emeryturę jest znikoma, możliwość odzyskania swoich pieniędzy niewielka - jeśli potrzebujesz przymusu, dyscypliny i bata nad głową, aby odkładać co miesiąc kilkaset zł na emeryturę - lepiej kup jakąś ziemię i po prostu spłacaj kredyt. Po spłacie zawsze zostanie ci ziemia, po wpłacaniu przez lata na ubezpieczenie może ci zostać przysłowiowa figa z makiem (i najczęściej zostaje).

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Emerytury - moja opinia

Zainspirowany postem u futrzaka chciałbym krótko zaznaczyć temat emerytur. Odnośnie emerytury mam poważne dylematy - czy w ogóle uda mi się dożyć 67 lat? Oby tak! Czy w wieku np. 65 lat będę w pełni wydajnym pracownikiem? Przypuszczam, że nie. Czy do tego czasu system nie zbankrutuje? Raczej tak. Za dużo tych dylematów.


Nie wierzę w emeryturę państwową, tzn. myślę, że moi rodzice na pewno będą ją jeszcze dostawać - a ja już nie bardzo. Przyszłość upatruję w zorganizowaniu sobie działającego biznesu - najlepiej działającego z moją minimalną ingerencją i kontrolą oraz być może oprę się na dochodzie pasywnym - i myślę tutaj raczej o nieruchomościach niż strukturach kapitałowych, MLM, itp. Co do wynajmu - nie jest to takie słodkie, ale polecam tutaj post futrzaka o emeryturach: http://futrzak.wordpress.com/2012/04/14/emerytury-w-staroswieckim-stylu/

W kolejnym poście zastanowię się jak przygotować się na emeryturę w Polsce - jakie inwestycje podjąć - więc jeśli macie swoje pomysły lub poglądy na ten temat zapraszam do skomentowania.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Każdy dba o swoje - psychologia i porządek

Mieszkam na blokowisku, ale rodzinę mam "na domkach", czasem spaceruję też po osiedlu domków jednorodzinnych graniczących z moim blokowiskiem, akurat nie mam psychiki zazdrośnika i mogę spokojnie tamtędy przechodzić bez psychicznego spalania się (wiem też, z relacji z kilkoma znajomymi z tego osiedla, że te domki są najczęściej okupione ogromnymi, jeszcze nie spłaconymi kredytami, więc tym bardziej zazdrość wobec nich jest mi obca).

Dlaczego miło mi się spaceruje przez osiedle domków? Otóż człowiek ma w mniejszym lub większym stopniu potrzebę organizacji swojej przestrzeni i poczucie estetyki - nowe osiedle domków jest ładne i czyste! Przyjemnie mi się patrzy na to otoczenie.

Blokowisko po sobotniej nocy, zanim w poniedziałek sprzątaczki ruszą do boju, często przypomina jakieś pobojowisko, gdzie nie raz widać oznaki dewastacji a na trawnikach pod blokami zalegają puszki i butelki.

Nie ma tego na domkach - bo każdy dba o swoje!


Jestem właśnie po krótkim przeglądzie archiwum komentarzy i widzę, że czeka mnie jeszcze mnóstwo pracy przy porządkowaniu bloga. Problemem okazali się użytkownicy anonimowi, po tym jak po cichu, jakiś czas temu, włączyłem tą możliwość na blogu.

Tyle złośliwości, jadu, trollingu i czegoś, co w realnym świecie nazwałbym chęcią dewastacji dawno nie widziałem. Grubo ponad połowa postów anonimowych to psychologiczny gnój i próba... no właśnie... próba czego?

To jest właśnie przyczyna, dla której komentarze anonimowe tu nigdy nie wrócą. Osoba pisząca spod WŁASNEGO nicka na ogół nie robi zamieszania, dba o swój internetowy wizerunek, tak jak mieszkańcy domków o swoje obejście. Anonimowi w dużej części zachowują się jak pijana blokerska dzicz w sobotnią noc.

Wiem, że dla niektórych, kulturalnych osób opcja "anonim" jest wygodna. Niestety, nikt mi nie płaci za pracę moderatora - z tego bloga praktycznie nie czerpię korzyści finansowych (reklamy i linki dają śladowe korzyści) - w związku z tym mam zamiar ułatwiać sobie życie administratora bloga, przy okazji zapewniając Drogim Czytelnikom przyjemnie miejsce do spędzania czasu w internecie.

sobota, 14 kwietnia 2012

Książki papierowe czy e-booki?

O ile zazwyczaj w wielu sprawach mam zdanie jasne i klarowne w tym przypadku tak nie jest. Z jednej strony lubię pozbywać się z mieszkania i biura rzeczy niepotrzebnych, odgracać i zaprowadzić w swoim otoczeniu pewien minimalistyczny ład, z drugiej strony jestem jednym z tych, którym jednak przyjemniej czyta się papier, a nie e-booki.


Książki papierowe zajmują jednak dużo cennego miejsca, akumulują tony kurzu i jeśli chcemy kupić książkę nową - kosztują dużo. E-booki natomiast często można mieć tanio, lub nawet za darmo (i to legalnie).

Ponieważ zaglądam także na blogi survivalowe i interesuję się tematyką poradzenia sobie w sytuacji WSHTF, doceniam to, że książce nie zabraknie baterii, ani się nie zepsuje, tak jak różne urządzenia elektroniczne.

To co napisałem powyżej, to oczywiście tylko krótkie i powierzchowne dotknięcie tematu, więc liczę na wasze opinie w komentarzach.

piątek, 13 kwietnia 2012

American Pie 2 - wątek racjonalnie oszczędny.

Większość z nas kojarzy śmieszno-głupie amerykańskie komedie, zgadza się? Ja otwarcie przyznaję się, że czasem lubię je oglądnąć - dla relaksu i odmóżdżenia. Przy dużym zmęczeniu nie lubię kina ciężkiego i filozoficznego - czyli dużej części filmów polskich. Lubię wtedy pooglądać durne amerykańskie komedie.

Jednak w American Pie, prócz głupoty i śmieszności znalazłem także wątek pozytywny.


W części 2 bohaterowie decydują się spędzić lato nad jeziorem lub nad morzem i oczywiście jak zwykle zaliczyć "swoje cele", jednak szybko pojawia się dylemat - przy ich stanie finansów wynajęcie domku letniego jest nierealne - czy w rzekomo głupim i krytykowanym przez polskich ambitnych koneserów filmie widzimy próby zakombinowania lewej kasy, czy proszenia o nią rodziców? Nie! Bohaterowie kalkulują i decydują się wziąć dodatkowe wakacyjne prace w trakcie pobytu w miejscowości letniskowej - plan staje się realny.


To tylko śmieszny amerykański film, jednak prezentuje fakt, który wykracza poza naszą polską mentalność. Zarobić, uzyskać niezależność, nie prosić rodziców o więcej i więcej, nie robić za młodego pasożyta.

Na początku miesiąca pisałem wam trochę o swoich latach studenckich i różnych 'przebojach'. Wtedy, a mam wrażenie, że i obecnie dla większości młodych ludzi taki wątek 'ekonomiczny' jak w American Pie 2 to czyste Science Fiction.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Porównanie cen paliw

Dziś kontynuuję cykl poświęcony oszczędzaniu paliwa i mam dla was kalkulację cen i oszczędności z moich pobliskich stacji (Dolny Śląsk, Zagłębie Miedziowe). Dziś przejeżdżałem obok Tesco i uzupełniłem bak po powrotnej podróży przez Polskę.


Kalkulacja mojego tankowania i cena jednostkowa przedstawia się następująco.

36 litrów ON
208,08 zł Statoil - 5,78
211,68 zł Shell - 5,88
203,04 zł Tesco (z rabatem -5gr) - 5,64

Z uwagi na posiadany silnik w ogóle nie biorę pod uwagę ceny paliwa typu biodiesel z rzepaku, który w mich okolicach można dostać na stacji Bliska. Mam poważne wątpliwości czy tankowanie tego paliwa w ogóle przyczynia się do oszczędności, nawet jeśli posiada się odpowiedni do niego silnik.

środa, 11 kwietnia 2012

Gdzie kupić tanie paliwo? Dobra kalkulacja w oszczędzaniu.

Ten wpis nie odpowie na pytanie, gdzie kupić tanie paliwo przy granicy wschodniej lub północnej. Nie napiszę także, gdzie i jak można od tirowców kupić tzw. oszczędności.

Te rzeczy są chyba oczywiste, poza tym polecanie tego na blogu byłoby jednak naruszeniem prawa. Zatem nie napiszę, że można te oszczędności załatwić od tirowca, lub na "bazie" i nie napisze też o możliwości załatwienia czegoś przy granicy lub u jakiegoś lokalnego "szejka"... i oczywiście tego oficjalnie nie polecam.

Będę natomiast kontynuował wątek z poprzednich dni i wyjaśnię dalej dlaczego mimo preferowania stacji Tesco czasem tankuję w drogich stacjach sieciowych.

Pojechałem, zobaczyłem, kupiłem...


Otóż pewnego razu usłyszałem, że na "wylocie na Zielonkę" jest nowa stacja gdzie można kupić paliwo nawet kilkanaście groszy taniej na litrze niż na osiedlu. Specjalnie w tym celu pojechałem, zobaczyłem, kupiłem ok. 20-25 litrów, przekonałem się, że na taniej stacji (choć bodajże z logami "paliwo z PKN Orlen" na dystrybutorach) można kupić paliwo, które nie zniszczyło silnika!

Potem usiadłem i przekalkulowałem: Pojechanie na drugi kraniec miasta w dwie strony to niemal dokładnie 10km. Przeliczając na zużycie paliwa w cyklu miejskim (zatrzymywanie się i ruszanie ze świateł kilka razy) to 3-4 zł. I teraz pytanie - ile zaoszczędziłem lejąc nawet 25 litrów paliwa tańszego dajmy na to o 15 groszy niż na pobliskiej stacji.

Kalkulatory w ruch moi drodzy czytelnicy i sprawdźcie :)


Wynik który otrzymacie jest odpowiedzią, dlaczego czasem warto zatankować, a raczej dotankować na stacji w sąsiedztwie, bo nasze oszczędne paliwo może po przeliczeniu okazać się paliwem drogim.

sobota, 7 kwietnia 2012

Paliwo typu premium - potęga marketingu i czysta psychologia. Sukces i 250 tys. odwiedzin na blogu.

Od ponad 10 lat samodzielnie użytkuję różne samochody, tzn. na zasadzie pełnej odpowiedzialności za stan techniczny, materiały eksploatacyjne i paliwo. Dziś przy okazji tankowania przyszła mi do głowy jedna myśl.

Mianowicie w ciągu tych 10 lat, tylko 1 raz (słownie: JEDEN RAZ!!!) zaobserwowałem odczuwalną różnice w jakości paliwa, które zatankowałem w Tesco w stosunku do paliwa typu premium na stacji Shell. Obserwacja się powtórzyła po raz drugi i ostatni, po zatankowaniu paliwa na Statoil - auto jakoś tak słabo ciągnęło, że poratowałem się dolaniem kilkunastu litrów na Shellu. To wszystko. Tankowałem przy tym dość często w różnych miejscach, trzymając się zasadniczo różnych stacji sieciowych i supermarketowych.

Generalnie nie widzę różnicy między jakością paliwa na różnych stacjach - a skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać?

Czytałem także wiele wypowiedzi i artykułów na temat paliw typu premium, ultra, super, dynamic, verva, suprema... i co tam jeszcze marketingowcy wymyślą. Zdania były podzielone, z lekką przewagą na fakt, że jest to czysta psychologia i marketing. Osobiście przychylam się do tego zdania, bazując na swoich długoletnich obserwacjach (ja także nie raz, chcąc zafundować sobie odrobinę luksusu nalałem "lepsze" paliwo).

Naprawdę nie zaobserwowałem jakiegokolwiek wpływu "lepszych" paliw na samochody, zarówno przy tankowaniu benzyny jak i diesla.

To jest jak dla mnie jedynie psychologia, poczucie luksusu, więcej punktów nazbieranych na kartach benzynowych, uśmiech młodej i ładnej ekspedientki zachęcającej do skorzystania z promocji na stacji paliw, nic więcej...


Swoją drogą za chwilę na blogu stuknie 250 tys. odwiedzin. Przestałem obecnie celebrować okrągłe rocznice i liczby na blogu - jednak zawsze taki wynik jest okazją do zastanowienia się co dalej. Tym razem w ogóle nie muszę się zastanawiać - mam jasny plan odnośnie rozwoju i sukcesu tego bloga, wiem na czym stoję, wiem czego się mogę spodziewać po czytelnikach i autorach blogów gdzie bywam i generalnie jestem tym stanem usatysfakcjonowany.

O co chodzi? O to, że mimo okresowo pojawiających się postów kontrowersyjnych i "nie głaszczących po główce", które według statystyk, są bardzo popularne, idę zdecydowanie w kierunku lekkiego i relaksacyjnego bloga, prezentującego jednakże bardzo konkretne oszczędnościowe pomysły, wnioski i obserwacje.

Blog ma być serwisem, który z przyjemnością da się otworzyć w czasie przerwy na kawę i jednocześnie poczytać na temat konkretnych patentów usprawniających życie (i poprawiających stan portfela).

Prawda, że prosta i konkretna wizja przyszłości bloga?

Pozdrawiam!

wtorek, 3 kwietnia 2012

Ochrona zabytków

Dzisiejszy wpis jest moją reakcją na post Futrzaka o starych kamienicach i zabytkach oraz komentarze czytelników zachwycających się "ochroną zabytków" i stwierdzających, że kapitalizm i wolność dysponowania swoim majątkiem nie są dobrymi rzeczami, bo przecież właściciel mógłby wyburzyć te piękne kamienice i postawić wysokościowce.

Oczywiście stare kamienice mi się prywatnie podobają, piękne i z charakterem!

Jednak gdyby nie kapitalizm i brak ochrony zabytków w przeszłości to by także tych kamienic nie było!!! W jeszcze dalszej przeszłości na ich miejscu zapewne stały jakieś wcześniejsze budowle, wzniesione starszymi technikami, może ciekawymi archaicznymi technikami łączącymi w sobie drewno i kunszt murarski... mniejsza o to... w okresie wznoszenia pięknych kamienic poprzednie budowle NA PEWNO, z punktu widzenia ówczesnych ludzi były zabytkami!

Jednak (O ZGROZO!!!) zburzono zabytki i na ich miejscu postawiono piękne (nowoczesne wówczas) kamienice!!!


To samo stało się dawno temu w centrach większości polskich miast! Gdyby w przeszłości istniała instytucji ochrony zabytków to w centrach wielu miast do dziś byłyby drewniane chaty, klepiska i palisady, a przysłowiową kupę nosilibyśmy dalej wiadrami do publicznej kloaki, albo wieczorem chlust za okno... do rynsztoka!

Jednak moim zdaniem kapitalizm i wolność dysponowania majątkiem własnym są cenniejsze niż jakiekolwiek piękne kamienice!

Samochód elektryczny - problemy

Nie od dziś moim stałym czytelnikom wiadomo, że interesuję się pojazdami alternatywnymi i poważnie przymierzam się do wprowadzenia swoich wizji w życie. Czy będę jeździł wkrótce terenówką na olej po frytkach, czy rowerem/skuterem elektrycznym czy samochodem elektrycznym EV - a może wszystkim na raz - to się niedługo okaże. Z pewnością dowiecie się jako pierwsi.

Potencjalne problemy z samochodem elektrycznym
Jestem entuzjastą, ale też realistą, stąd postaram się przewidzieć kilka problemów związanych z przyszłym EV. Problemy z ładowaniem? Nie żartujmy. To nie są problemy - to są wyzwania. Prąd jest wszędzie a dyskusje jak się optymalnie podładować prowadzone są już długo na stronach związanych z samochodami elektrycznymi - EV (Electric Vehicles). Nie będziemy się powtarzać.

Prawdziwe problemy z EV
Użytkując swój poprzedni samochód spalinowy w cyklu miejskim miałem dwa najpoważniejsze problemy, które będą jeszcze poważniejsze w przypadku EV. To jest ogrzewanie zimą oraz klimatyzacja latem. Zanim mój poprzedni, jak to mówią maniacy EV, spalinowóz się rozgrzał zimą upłynęło duuuuużo czasu, skuteczne rozmrożenie auta to minimum kilkanaście minut grzania maszyny przed ruszeniem, a czasem dłużej przy siarczystych mrozach. Poruszanie się samochodem bez klimatyzacji w lecie, ufff, to jest problem.



Jak chłodziłem się w aucie bez klimy
Moja skoda miała na desce rozdzielczej domontowany gigantyczny jak na to autko, ruchomy obrotowy wentylator taki jaki spotykamy u zawodowców w dość starych tirach i ciężarówkach bez klimy - na obrazku powyżej. Ludzie autentycznie odwracali głowy i podziwiali to cudo. Kiedy stałem na światłach miałem jak w banku, że kierowcy po prawej i po lewej autentycznie lampią się na mój "system chłodzenia".

Pre-cooling i pre-heating
Przy ówczesnych osiągach konstrukcji elektrycznych marnowanie prądu z akumulatorów na klimę lub ogrzewanie to czyste szaleństwo. Jedynym rozsądnym i realnym rozwiązaniem dla EV jest wstępne schładzanie auta lub jego ogrzewanie na miejscu parkowania przed wyruszeniem w trasę. Nie obejdzie się tutaj bez podłączenia samochodu do sieci na parkingu. W zimie, z uwagi na konieczność przechowywania akumulatorów w znośnej temperaturze nie obejdzie się także bez garażu - najlepiej ogrzewanego. Naszego EV nie będziemy mogli także na zbyt długo zostawić na parkingu pod gołym niebem przy siarczystych mrozach - dojazd do pracy i parkowanie najlepiej w zamkniętym garażu firmowym.

Jak to zbudować
Z uwagi na dużą masę auta elektrycznego pokaźny balast termiczny stanowią akumulatory. Możemy tak zaprojektować cały układ, alby oddawały one swoje zmagazynowane ciepło lub chłód do kabiny. Entuzjaści majsterkowania zaraz się pukną w głowę, że ja proponuje chłodzenie akumulatorów! Owszem, ale chłodzenie w letnie upalne dni, kiedy za oknem temperatura w okolicach trzydziestki, do temperatury dwudziestu kilku - max dwudziestu stopni, no ewentualnie delikatnie niższej jeśli nie wpłynie to na ich sprawność. Z ogrzewaniem balastu termicznego nie ma technicznego problemu, schładzanie może zapewnić choćby tani moduł Peltiera z lodówek turystycznych, choć tu nie jestem pewien czy będzie on zupełnie wystarczający oraz ile modułów będzie potrzebnych do uzyskania komfortowej temperatury. A może będzie to inny patent chłodzący - użycie klimy z innego auta albo przerobionej instalacji z lodówki?

Nie wykluczam oczywiście jakiegoś dodatkowego czynnika chłodzącego/balastu w naszym układzie, analogia do lodówek turystycznych. Wkłady schładzam w zamrażarce, potem przez dobre kilka, czasem kilkanaście godzin oddają one chłód do lodówki turystycznej. Ponieważ zamrażarkę posiadam sporą nie problem schłodzić jakiś mega-wkład o formacie małej aktówki do potrzeb "klimatyzacji" mojego EV. Choć wolałbym aby takiej zabawy nie było - liczy się wygoda i automatyzacja.

Nie ma problemu aby całością procesu sterował jakiś moduł, choćby najtańszy sterownik z supermarketu za 20-30 zł włączający się na 30 min., czy godzinę przed planowanym wyjazdem do pracy / powrotem do domu.

Niektóre z opisanych rozwiązań zdolny majsterkowicz może zastosować w klasycznym autku spalinowym pozbawionym klimy - dlaczego nie?

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Oszczędzanie pieniędzy na studiach. Jeszcze raz o organizacjach. Wchodzenie młodych ludzi na rynek pracy.

Jeszcze raz o organizacjach studenckich, z punktu widzenia byłego aktywisty.

Jednym z najpopularniejszych postów marca była moja negatywna wypowiedź o organizacjach studenckich. Jedna z czytelniczek w komentarzach napisała, że miała kontakt z organizacjami studenckimi i było to bardzo dobre - mogła dzięki temu wyjechać na tanie wakacje. Potwierdzam, młode osoby z otoczenia organizacji studenckich z reguły korzystają najbardziej - natomiast ja byłem pełnoetatowym aktywistą studenckim - w ścisłym "rdzeniu" organizacji przez ok 1,5 roku - poświęcałem większość wolnego czasu na działanie.

Przynajmniej połowę tego czasu uważam jednak na 100% za czas "zawodowo" zmarnowany. Dlaczego połowę? W drugiej połowie zacząłem się już bowiem rozglądać za możliwością pracy oraz własnego biznesu (jednocześnie!) - mój pierwszy studencki interes oczywiście padł (krakały jaskółki, że niedobre są spółki), kolejna próba była umiarkowanie udana.

Jedną z niewątpliwych atrakcji moich studiów były... fajne studentki!

A gdybym mógł....

Gdybym jeszcze raz miał decydować nieco inaczej ukształtowałbym swój czas w organizacji studenckiej - nie pchałbym się w pełnoetatowego aktywistę - starałbym się raczej być "osobą zaprzyjaźnioną" z pogranicza organizacji lub ewentualnie członkiem zdecydowanie mniej aktywnym, nie wkładając w to tyle serca, emocji i przekonania. Byłbym tylko "kolegą z ekipy" nie uczestniczącym na pewno w wewnętrznym ambicjonalnym wyścigu szczurów, oddając pole innym nawiedzonym "ambicjonerom".

Tyle odnoście ciągu dalszego dot. organizacji. Jeszcze raz powtórzę jednak swoje zdanie, to może być nawet fajna zabawa, to może być też namiastka prawdziwego działania w korporacji (z różnymi negatywnymi, ambicjonalnymi, ale też pozytywnymi doświadczeniami), ale... właśnie...ALE...

Wniosek finalny

Jeśli nie jesteś osobą (studentem) z bogatej rodziny, która właściwie nie musi na siebie zarobić to przyjmij do wiadomości, że na takie działania czas był w gimnazjum, ewentualnie w liceum, a w dorosłym życiu, powiedzmy po symbolicznej 18-stce czas już choć trochę na siebie zarabiać. Studia? W większości przypadków studia uczą teorii, a nie zawodu - o zdobycie praktyki trzeba postarać się samemu.

Rynek pracy

Tak w ogóle jednak myślę, że polska młodzież i studenci wciąż dramatycznie późno wchodzi na rynek pracy. Jest lepiej niż za moich studenckich czasów, ale jeszcze słabo.

Za mojej bytności w rzeczonej organizacji spotkałem się autentycznie z niechęcią młodych ludzi do pieniądza, do pracy zarobkowej - to trochę tak jak pisałem w poprzednim poście o inteligencji rodem z PRLu.

Właśnie to podejście, że teraz jest liceum, teraz są studia - skończy się studia, to dopiero pomyśli się o dorobieniu, lub rozpoczęciu pracy. Obserwuję otoczenie - to nadal jest problem - jeszcze w roku 2012!

I jeszcze o moich losach


Negatywne postrzeganie mnie, z powodu tego, że zacząłem dorabiać, jawnie myśleć o założeniu studenckiego interesu, jawnie przedstawiać swoje plany kolegom z otoczenia i podejmować pierwsze realne próby ruszenia z biznesem (ach te cholerne spółki!) było jedną z głównych przyczyn zakończenia mojej kariery aktywisty studenckiego. Zazdrość i podkładanie świni to nasz narodowy atrybut.

Ale to był de facto jeden z początkowych etapów mojej kariery w wielkim mieście (którą autentycznie kontynuuję do dziś) i może w miarę wolnego czasu jeszcze o tym popiszę.

Okoliczne blogi są wypełnione po brzegi obserwacjami mieszczucha na wsi, poradami jak taki ma sobie poradzić po wyprowadzce na wieś czy prowincję. A nie ma tego - jak wieśniak i prowincjusz ma sobie poradzić w wielkim mieście - kto wie, może to będzie temat na jakiś przyszły post.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Prosta przyczyna fenomenów zwanych: Pokolenie 1200 brutto, Pokolenie X, Stracone Pokolenie, itp.

...zwał jak zwał, dramatycznych nazw oznaczających pokolenie ludzi przeedukowanych, szafujących dyplomami mgr i zgłaszających wielkie pretensje do świata, rządu, społeczeństwa, biznesu, itp. jest u nas dostatek. Skąd się jednak ci ludzie "inteligentni" a biedni wzięli.

Wzięli się z modelu, który panował jeszcze za komuny, szczególnie w latach 70-tych i 80-tych gdzie zdobicie dyplomu uczelni oznaczało o ile nie dobrobyt, to znacznie lepszą pozycję społeczną, pracę w białych rękawiczkach, dołączenie do namiastki arystokracji (w sensie intelektualnym). Magister przy nazwisku był kiedyś niemalże jak tytuł szlachecki - w moim mieście magistrowie często na tabliczkach na drzwiach mieli dopisane magiczne "mgr" (a lekarze "dr"), znak, że tu, pod tym adresem, nie mieszka pijacka hołota ani prości "robole"...

Pisać że ten model wśród dzieci inteligentów i dzieci wielu osób aspirujących do inteligencji nie sprawdził się w latach 90-tych i później...? Nie... to tak oczywista sprawa, że szkoda męczenia klawiszy.


Wśród tych, którzy sobie poradzili jest dużo dzieci prywaciarzy i badylarzy, dzieci bezpieczniaków, milicjantów, cinkciarzy, itp. - tych, którzy za komuny byli pogardzani przez inteligencję i brudzili sobie ręce. Jeśli chodzi o wykształcenie to raczej ci, którzy w latach 90-tych i może kilka lat potem poszli na studia zaoczne, już pracując i zdobywając pozycję w biznesie/pracy/zakładach (także dzięki koneksjom rodziców)...

Co można zrobić teraz kiedy karty zostały rozdane, a układ okrzepł... cóż obudzić w sobie instynkt prywaciarza, badylarza, itp. i działać. Układ okrzepł, trochę zastygł, ale nie zabetonował się do reszty. Na co dzień, w naszym życiu, warto wyzbyć się podświadomego uczucia, że pieniądz jest brudny, uczucia i poglądu mającego źródło w głębokiej komunie.

Offtop: Zapraszam do odświeżonego posta pt. Marka samochodu - prestiż, jakość, funkcjonalność czy bezpieczne parkowanie na blokowisku?