sobota, 29 września 2012

Firefox czyli ognisty lisek?

Nie mam czasu na kontynuację wątków emigranckich, może znajdzie się go więcej jutro, ale dziś muszę zabierać się za kolejny remont w pracy... tak... sobota wieczór, a przede mną więcej roboty niż ustawa przewiduje.

Ale żeby nie przynudzać pokażę wam pewną ciekawostkę - większość Polaków myśli, że firefox, ikonka i maskotka znanej przeglądarki to rudy lis, co jest nieprawdą. Tak wygląda zwierzaczek zwany z angielska firefox.



Prawda, że sympatyczna mordka?


A tak wygląda nasz firefox w całej okazałości.

Faktycznie temu zwierzaczkowi w biologicznej systematyce jest dość daleko do lisów.

Jeśli chodzi o wątek komputerowy - polecane programy do zdobycia za darmo to odwiedźcie ten wątek.

Możecie sobie jeszcze coś mojego przeczytać tutaj:

Minimalizm czy racjonalne zarządzanie inwestycją? Coś o naszych mieszkaniach.



piątek, 28 września 2012

Realia życia w Polsce według Futrzaka.

Już to kiedyś na blogu kiedyś pisałem - mimo wielu wpisów i dużej aktywności na blogach ja jeszcze żyję, zajmuje się innymi rzeczami poza komputerem, odpowiadam tak jak mi wygodnie i kiedy mi wygodnie.

(Futrzak, odpowiedziałem na 2 kwestie z twojego komentarza, parę rzeczy ogólnych, być może napiszę coś więcej na temat główny - może teraz, może jutro, może nigdy. Spokojnie, to nie wyścig.)

Aby nie było, że jesteś tu pokrzywdzona - oddaję Ci pełen głos w dzisiejszym poście.

 ... W Polsce owszem Wawa ma tak fatalna infrastrukture, ze jesli ktos nie mieszka i pracuje przy trasie metra to rzeczywiscie moze spedzac na dojazdach niesamowita ilosc czasu.

ALe. To zalezy od konkretnego przypadku. Sa miasta z dobra komunikacja miejska (w Polsce np. Trojmiasto z niezastapiona SKM). Wtedy mieszkanie w miescie ma zalety. Po pierwsze, jest wiekszy rynek wynajmu. Nagle wypowiedzenie umowy przez wlasciciela nie urasta do granic katastrofy, bo mozna znalezc cos innego (w malym miasteczku to moze byc problem jak akurat wszystkie 10 mieszkan do wynajecia jest zajete i trzeba szukac w innej miescince, co wiaze sie z dojazdem). Poza tym nagla utrata pracy tez nie musi wiazac sie z przeprowadzka (te na ogol sa kosztowne) - bo ofert na rynku pracy tyle, ze cos sie nastepnego znajdzie w rozsadnym dystansie.

Zycie w Polsce na wsi/malym miasteczku ma sens tylko w dwoch wypadkach: 

1. ktos ma prace niezalezna od lokalizacji (dochod pasywny, praca zdalna etc.)
2. ktos ma wystarczajaco duzo ziemii/infrastruktury zeby zarabiala ona na sensowne zycie

W kazdym innym wypadku praca fizyczna w takiej okolicy moze byc pomyslem na dorobienie sobie czy zwiazanie konca z koncem, ale na normalne zycie nie wystarcza. Tym bardziej, ze transport publiczny poza duzymi miastami zamiera.
Przyklad: 30 km od Lublina. Gdy chodzilam do szkoly sredniej, cala masa ludzi z promienia tych 30 km dojezdzala do Lublina do pracy. Byly autobusy PKS co godzine (robiace przy okazji za podstawe komunikacji miedzy pobliskimi wioskami), byl i pociag.

Dzisiaj autobus jezdzi 2 razy na dzien, bilety sa bardzo drogie, do pracy ani w jedna ani w druga strone dojezdzac sie nie da. Ci, co nie mieli swojej ziemi/mieszkania na wiosce i zrodla dochodu wyprowadzili sie do Lublina, zeby jakos zyc.

A i jeszcze jedno: dzieci i szkola. Jesli mieszka sie na wiosce, no to niestety ale bez wlasnego samochodu jest to problem, bardzo powazny. Male wiejskie szkolki pozamykano - nie ma juz tak, ze podstawowka co 3 km jest. Teoretycznie gmina powinna finansowac gimbusy, ale wiele gmin nie stac na to (zwlaszcza na scianie wschodniej), zreszta nawet jak stac to w zimie jak droga nie odsniezona autobus nie pojedzie i tyle. A home schooling w Polsce nie ma.
... 


 Aha, moi drodzy - koniecznie pamiętajmy, aby przeczytać ze zrozumieniem! :)

P.S. Futrzak prowadzi bloga http://futrzak.wordpress.com/

P.S.#2 I w końcu jakaś nowość - post pt. Białe ściany.

czwartek, 27 września 2012

Ekonomika życia w wielkim mieście.

W poprzednich wątkach, które dotyczyły różnic między życiem na wsi/prowincji oraz w metropolii a także w kraju i na emigracji pojawiło się wiele waszych komentarzy i wątków pobocznych. Wszystkie postaram się poruszyć, za wyjątkiem kwestii politycznych, których unikanie na tym blogu zapowiedziałem poprzednio (To nie jest blog JKM'a bis).

Nie każdemu muszą się podobać moje wnioski, ale jestem ostatnią osobą, która będzie pisać pod publiczkę i lać wazelinę, by sobie zyskać poklask i namnożyć czytelników, to nie ten adres.

Proszę się zupełnie nie obawiać zostawiać komentarzy, za wyjątkiem komentarzy wulgarnych, albo chamskich, nawet w postaci aluzji - zatem komentarze w stylu "wszyscy inteligentni ludzie siedzą już w Londynie" czy "w kraju zostali tylko nieudacznicy" obrażają mnie osobiście oraz wielu moich czytelników, którzy wybrali życie w Kraju i nie będą tolerowane. Doświadczenia osobiste, czy znajomych inne niż przedstawiane tu wnioski - naprawdę mile widziane.


To co napiszę poniżej dotyczy w jakimś stopniu niewygód emigracji, ale weźmy prostszy przykład. Życie w dużym mieście.

Załóżmy dla uproszczenia, że w dużym mieście ktoś zarabia na etacie 3000 miesięcznie. Do tego jednak spędza nawet do 2-3, a nawet ekstremalnie do 4 godzin na dojazdach (znam takie osoby!). Nasz wielkomiejski etatowiec jednak jest bardzo dumny i czuje wyższość nad kolega z małej pipidówy, która na swoim etacie wyciąga 2000, a co jeśli to będzie np. 1900? Łoo... to już jaka wielka różnica psychologiczna. W efekcie wielu ludzi praktycznie nie ma w tygodniu kontaktu z własną rodziną, z własnymi dziećmi, dzieci dorastają samopas, rolę wychowawczą przejmuje system edukacji, który... ekhmmm.... dobra kiedy indziej o tym.

Ok, nie dramatyzujmy, przyjmijmy, że dojazd do pracy zabiera 2h więcej, jest to o 25% wykonanej pracy więcej niż u małomiasteczkowca. Gdyby przeliczyć jego stawkę o 25% więcej czasu pracy wychodzi 2500. A gdzie wyższe koszty życia? Wyższe ceny nieruchomości (raty kredytów), wynajmu, opieki nad dzieckiem, koszty psychologiczne i społeczne (rodzina).

Wydaje mi się, że zbyt wiele osób popełnia prosty błąd biorąc jakieś dane z netu, porównując je do stawek warszawskich/poznańskich, itp., bez uwzględnienia wielu innych czynników, które składają się na tzw. dobrobyt ekonomiczny.

To samo, w pewnym uproszczeniu dotyczy stawek polskich i zagranicznych.


Powiem wam coś z własnej praktyki. (To jeszcze nie to, ale prosiłaś Riannon o jakieś moje wnioski z lokalnego rynku pracy.)


Jakiś czas temu zatrudniłem na zlecenie reemigranta z UK, który z rożnych względów wrócił i szukał pracy w kraju (Oczywiście gadka jak to w UK pięknie, a jak w Polsce dupa i syf dostałem w pakiecie gratis).

Na początku wszystko było dobrze, reemigrant bardzo zadowolony ze stawek, które sobie sam z resztą podyktował... ale stopniowo zaczął mi się chłop psuć. Co chwile miałem teksty, narzekanie i przeliczenia jak to on za tą godzinę roboty zarobiłby w UK. Robił, pieniądze brał, ale potem narzekał, że tu w tym polskim syfie na kieracie...

Przypuszczam, że role prowodyra odegrała tu jego żona, która w poprzednim układzie rządziła bardziej... za pieniądze mężusia harującego w UK leciała solara, kosmetyczka, fryzjer, zakupy, koleżaneczki, laptoki i inne sroki PS3 i PSP dla synusia lesera.... z resztą uzdrawianie cudzego życia to nie mój problem...

Umowy nie przedłużyłem, kolejne zlecenie zrobił mi ktoś inny, chłopak z pobliskiej wsi, który był (i jest zadowolony ze współpracy, z luźnych i niestresujących warunków, z tego, że ja zawsze wywiązuję się z umów, itp.).

Warto przestać narzekać. To jak widać korzyści nie przynosi, a tylko robi nam negatywną projekcje w mózgach, jakiś chory matrix.




P.S. Koleżanka Futrzak, jedna z naszych sympatycznych koleżanek, zarzuca mi narzekanie na "narzekanie", co jest przecież wyraźnym narzekaniem, więc krytykujący narzekającego jest sam narzekaczem i... uff... umysł mi się przegrzewa od tej analizy i potrzebuję węglowodanów!

Polski matrix - polskie narzekanie. Zaskakujące wnioski.

Między pisaniem poprzedniego posta, a chwilą obecną miałem spotkanie ze znajomym. Ponieważ myślałem o naszej rozmowie w jakiś sposób nawiązałem do tematu, patrząc na reakcje znajomego - nie mówiłem o swoich argumentach - pozwoliłem się znajomemu wygadać.

Zapamiętanie przeze mnie jego wnioski:
- w Polsce jest źle i będzie gorze
- jest kryzys i beznadzieja, sytuacja gospodarcza się pogarsza
- praca w Polsce jest ciężka, zarobki słabe
- jest bieda, biedni są pozostawieni sami sobie
- gdyby kolega nie miał zobowiązań w kraju -  bez wahania by wyjechał
- wszyscy znajomi kolegi mieszkający za granicą, chwalą emigrację i z dreszczem wspominają życie w Polsce
- w Polsce nie ma perspektyw, kolega ma już dość tej beznadziei...

No, moi drodzy oponenci, potwierdzałoby to Wasze argumenty - poważny człowiek na stanowisku w ważnej firmie potwierdzający......


Zaraz! Zaraz, coś tu nie pasuje...

- znajomy mieszka w nowym domu w mieście,
- znajomy niedawno kupił mieszkanie w developerce pod wynajem/na inwestycje,
- znajomy jest na kierowniczej pozycji, po awansie,
- żona znajomego jest też po awansie, zarobki się zwiększyły,
- właśnie wymienił samochód,
- żona kolegi także ma nowy samochód,
- dopiero co wrócili z egzotycznych wczasów...

Dalej mam wymieniać?

Jednak kolega, gdy mu podsunąłem tematykę sytuacji w Polsce z zapałem zmieszał Kraj z błotem, potwierdził każdą negatywną opinię, przyklasnął emigrantom-malkontentom...

Wrażenie moje takie, że w dobrym tonie jest mówić co najgorsze o kraju, narzekać, jeszcze raz narzekać, użalać się nad sobą i rodakami... podejrzenie bardziej ponure - on może naprawdę wierzy w to co mówi!!!

Nie łykam tego, nie kupuję tego, po trzeźwym przemyśleniu zakrawa mi to na zbiorową psychozę, chorobę polskiej duszy.

Zauważyłem jedno po sobie - od kiedy prawie nie oglądam telewizora, a prawie w ogóle mediów informacyjnych, znacznie wzrósł mój poziom optymizmu i pewności siebie!

Co więcej, autentycznie lepiej powodzi mi się w interesach! Mam więcej zapału, więcej pomysłów, więcej energii do działania. Rozwiązałem kilka starych problemów, mam też fajne pomysły na oszczędności i inwestycje.



Po odseparowaniu się od dużej części chłamu i papki medialnej bardziej klarownie i optymistycznie postrzegam rzeczywistość. Rzeczywistość która NIE
JEST idealna, ale która nie jest aż tak beznadziejna, jak opisują to tzw. lemingi, czerpiące wiedzę o życiu z TV.

A może to socjoinżynieria, podkorówka? Masowa tresura na nowe czasy?

Zamiast szprycować swój umysł malkontenctwem i mentalnym guanem, które ochoczo serwują nam media i różni wujkowie-dobra-rada, czas zakasać rękawy i zabrać się do działania.

Tego optymizmu i siły do działania wam także życzę!




środa, 26 września 2012

Polak lubi narzekać. Lepiej bierzmy się do roboty! Pomysły na biznes.

Podsumowując ostatnią ożywiona dyskusję chciałbym jednocześnie zachęcić was do działania, szczególnie tych z was, którzy pozostali w kraju.


Koleżanka Futrzak, która ma zawsze dużo do powiedzenia na temat "emigracji vs pracy w kraju" dużo dobrego pisała, o ile pamiętam na temat dobrych warunków pracy w korporacji w USA, możliwości urządzenia się, za zarobione pieniądze i w ogóle było całkiem pozytywnie. Kol. Maczeta, z którym Futrzak "się zna" także pozytywnie wypowiadał się na temat Kalifornii.

Od pewnego czasu w twórczości Futrzaka i Maczety dominuje raczej sceptyczne i zimne spojrzenie na USA, o ile nawet nie negatywne. Czy dobrze kojarzę? Futrzak chciała otworzyć polską restaurację w Kalifornii - pierogarnie? (Wyprowadźcie mnie z błędu jeśli coś pomyliłem) i rozbiła się o mur przepisów, zamordyzmu i regulacji nie do przeskoczenia.

W tak złej i beznadziejnej Polsce, w moich okolicach byle dynamiczna osóbka może bez problemu otworzyć gastronomię, a jeśli kapitału nie ma za dużo - to zacząć choćby z czymś na kształt budki z hot-dogami. Zbyt gwarantowany, a już w okolicach jednej z większych giełd samochodowych w Polsce (o ile nie największej), praca zapewniona! Trzeba się tylko trochę narobić w soboty!

Zamiast narzekać jak to źle w kraju, po prostu bierzmy się do roboty - praca jest jeśli dobrze się rozejrzymy, możliwości są, na pewno lepsze niż w Kalifornii (dla Polaka z małym kapitałem).

Jeden z pomysłów rzuciłem tutaj: Pomysł na biznes.

Jeśli wam nie odpowiadają "głodowe stawki" oferowane według tych rewelacyjnie prawdziwych ogłoszeń w necie - weźcie sprawy w swoje ręce i spróbujcie świadczyć swoją pracę/usługi bezpośrednio klientowi - bez pośrednika - bez prywaciarza. Działajcie!

Emigranckie sukcesy o których nie raz czytamy lub słyszymy, są często naprawdę okupione pracą ponad siły, do granic psychofizycznego wyczerpania, rozłąką z rodziną, samotnością, pracą znacznie poniżej kwalifikacji.

Prawda jest prosta: Wszędzie dobrze, ale "w domu" najlepiej.


wtorek, 25 września 2012

Emigracja kontra pozostanie w kraju.


Ten post jest w zasadzie odpowiedzią kol. Futrzak, co do jej losów zawodowych: Miałaś pecha i Twój brat miał pecha. Piszesz jakby z innego kraju, o innym kraju chyba. Ja znam inną Polskę, w której co prawda nie jest teraz ekstra lekko (a gdzie jest? koledzy z UK raportują mi właściwie to samo), ale także nie jest trudno.

Pomijając jakiś pierwszy widoczny kryzys zatrudnienia z przełomu wieków, gdzie po raz pierwszy liczba absolwentów wydumanych kierunków przekroczyła możliwości rynku - jest dobrze.

Ja w owym czasie także nie próżnowałem, kiedy ten kryzys absolwencki mnie dopadł - uparłem się, pokazałem co potrafię, pracę znalazłem (u kogoś, nie za pierwszym razem), potem przeszedłem na swoje.

Na tzw. etacie, mimo mojej sympatii do pracodawcy, widziałem słabe punkty firmy, których nie jestem w stanie zmienić, widziałem symptomy przyszłego upadku i bynajmniej nie traciłem czasu licząc na przyszły awans i podwyżkę (2k na rękę było). W międzyczasie kombinowałem z pracami dodatkowymi (za wiedzą i zgodą szefostwa), dokształcałem się.

W międzyczasie także imałem się także prac fizycznych/fuch i szczególnie "na swoim" były i są z tego lepsze pieniądze w Polsce niż z tzw. etatu. Nie rozumiem skąd u tzw. inteligencji takie uprzedzenie i taka duma, nie pozwalająca wykonać pracy fizycznej, jakiejkolwiek! Jest poniżające pomóc mi (fizycznie) w biurze, za co ostatnio zapłaciłem 100 zł na rękę, za 2h pracy. Przy czym nie jest poniżające dla tych ludzi stać w kolejce w pośredniaku po zasiłek i po pieczątkę na ubezpieczenie zdrowotne i tłumaczyć się, cuda na kiju wymyślać, że tej, czy tamtej pracy nie chcę. Cuda na kiju robiąc by wyrwać ten zasiłek czy durną pieczątkę! Poniżające nie jest robienie dosłownie wszystkiego, aby wyrwać jakiś słaby etat asystencki w biurze. Byle w ładnym biurze, w ładnym garniturku i z ładnie i z angielska brzmiącą nazwą stanowiska.

Niedługo już nawet sprzątaczki w biurowcach będą się zwać: Starsza specjalistka ds kontaktu z materiałami szczególnego zastosowania? Heh...

A i o ten etat często nie trudno, tylko czasem trzeba schować swoją dumę i opuścić Warszawę/duże miasto i pojechać za pracą tam gdzie ona jest - tu w kraju. Zauważyłem tylko jedno - w kraju za pracą pojechać do Pipidowa Podgórnego pod Kozim Zagrodnem to wstyd i potwarz, wyskoczyć do UK, czy USA, obwieścić to wszystkim znajomym - oj jakże to nobilitujące! Awans społeczny!


Znajomi, młodzi wykształceni z dużego miasta, na moją wieść o przeprowadzce na prowincję, zareagowali negatywnie - w ich oczach - człowiek przegrany, któremu się nie udało.

No bo jak to tak wypada owieczce opuścić ten zgrany, jednorodny wielkomiejski kierdel pędzony na regularne strzyżenie?

To nic, że oni gniotą się nawet po 2-3h dziennie w korkach, a ja spacerem do pracy idę dosłownie chwilę... kiedyś napiszę o zaletach pracy w mniejszym mieście, jeszcze nie teraz.


sobota, 22 września 2012

Wspomnienia z prawdziwego kryzysu... czyli sos grzybowy i niezły kompot!

W niektórych kręgach jestem znany z tego, że powtarzam uparcie: "Kryzysu nie ma!". Pamiętając jednak prawdziwy kryzys, ten z późnych lat '80-tych, kiedy autentycznie nie było czasem co do garnka włożyć, na doomerskie wypowiedzi o obecnym rzekomym kryzysie parskam śmiechem!

Obecny kryzys, pomijając spekulacje finansowe rządów, dla wielu blogowiczów polega bowiem na tym, że na przykład pracy nie mają - pokończyli humanistyczne studia na dość ogólnych specjalnościach, tak jak i setki tysięcy ich rówieśników i pragną pracy w biurze, najlepiej na stanowiskach o dobrze brzmiących (i z angielska) nazwach, za bardzo nie mają koncepcji, co chcieliby robić, ale nie po to studia kończyli, aby...

Gdyby zrozumieli choćby pierwszy wykład z postaw ekonomii, które na wielu kierunkach humanistycznych są, a mianowicie część o podaży i popycie to rzuciliby te studia w cholerę jeszcze tego samego dnia...

Tymczasem nie w Polsce komu posprzątać, okien umyć, ugotować, dziecka przypilnować, wykonać prace ogrodowe, porąbać drewno, zrobić remont, hydraulikę, instalację, stanąć na kasie... ale przecież w tym kraju każdy chciałby od razu być co najmniej managerem czy prezesem!



Ok, dosyć. Jeśli czyta mnie teraz ktoś bezrobotny, kto narzeka, że pieniędzy nie ma,  że jest źle, że bieda, itp. To ja zapytam, co od rana zrobiłeś/aś w kierunku poprawienia swojej niedoli, lub zarobienia cokolwiek, ewentualnie ulżenia rodzicom, z którymi być może mieszkasz, w pracy i dbaniu o dom?

Czy przypadkiem nie jest tak, że wstałeś późno, odpaliłeś GG, Skype i FB, zrobiłeś sobie prasówkę przy kawie, potem poczytanie wiadomości na plotkarskim portalu, potem coś zjadłeś, teraz mojego bloga czytasz....

No i kto jest to winien?

Kiedy był prawdziwy kryzys w latach '80-tych u mnie w domu w sobotę, w analogicznym okresie roku nie było obijania się, nie było narzekania. O tej porze byliśmy z Ojcem już po grzybobraniu w pobliskim lasku, na które jechało się rowerem, lub szło piechotą. Nazbierana garść grzybów, a bywało tak, że grzybowy nieurodzaj wystąpił, była starannie czyszczona i Matka gotowała na tym sos: odgotowane grzyby, dużo cebuli, mąka, podstawowe zioła, sól, pieprz, ziemniaki.

To starczyło za obiad dla rodziny.

Potem Ojciec sprzątał, Matka prała, a ja wychodziłem na łąkę za przystankami kopalnianymi pozbierać butelki. Pieniądze za te butelki były wydawane na słonecznik, paluszki, gumę Donald i inne luksusy PRLu.

Po południu pojechaliśmy rowerami z Ojcem ponownie do lasu, tym razem aby nazbierać zdziczałych jabłek i gruszek - nie było takich możliwości i wyboru napojów gazowanych jak teraz - piło się kompot, skoro była taka możliwość.

Jedzenie = pieniądz.

Oczywiście nie było tak, że spiżarnia była pusta, jednak te nasze wypady przyczyniały się do jakiejś oszczędności i relatywnie dobrego standardu życia mojej rodziny w naprawdę ciemnej i smutnej dolinie, jaką dla wielu były lata '80-te...

Teraz jak widzę że jakiś młody panicz czy paniusia, wybrzydza, pracą i pobrudzeniem paluszków gardzi, no i w ogóle wielcy intelektualiści i elita, kryzys wieszczą... śmiech mnie bierze... chciałbym takim wrzasnąć "Ruszcie pupy sprzed komputerów i zróbcie coś lepiej! Narzekaniem nikt do niczego nie doszedł".

To pisząc kończę kawę i wracam do pracy - choćby wolna sobota, celebrowana naokoło, do dla mnie ekstrawagancja, luksus i dowód, że naprawdę żadnego kryzysu nie ma.

P.S. Chętnych by zobaczyć jak wygląda mój pulpit na komputerze zapraszam TUTAJ <<<

piątek, 21 września 2012

Komunikatory internetowe - oszczędzanie czasu.

Wczoraj pisałem o Facebooku i społecznościówkach, dziś na ruszt rzucam GG, Skype oraz inne dziubaśnie programy, które jakże umilają dzień i jakże potrafią go zepsuć.



Obecnie nie używam żadnych komunikatorów poza sprzężonym z moją pocztą tlenem, który odpalam w trybie ukrytym może raz na parę miesięcy, a może i na rok. Dlaczego?

Przez długi czas pracowałem jako przedsiębiorca-freelancer (no dobra, bez skromności... także "wódz naczelny" grupy wolnych strzelców) przy komputerze - GG i Skype były utrzymywane oficjalnie jako narzędzia do kontaktu z kolegami i koleżankami z pracy oraz klientami, o ile tu dawało się utrzymać poważne relacje i dyscyplinę to oczywiście skontaktowało się ze mną dużo znajomych i dawnych znajomych.

Mimo świadomości straty czasu dałem się wciągnąć, tylko na chwilę, tylko mała przerwa na kawę, tylko odpowiem, no dobra jeszcze 15 minut i już zabieram się do dokumentacji... ojej ale dobra koleżanka ma ważną sytuację życiową i kto jak kto, ale mi wypada wysłuchać, aaa kolega ma perypetie z dziewczynami i jak nie pogadam i nie podniosę na duchu... no i jeszcze okazja inwestycyjna od znajomego z kierownictwa XYZ, koniecznie trzeba pogadać...

I to wszystko ze znajomością faktu, z utrzymywaniem dyscypliny czasu, z wyznaczaniem sobie "okienek" na prasówkę i GG... bzdura! Wystarczył gorszy dzień, albo zwyczajne zmęczenie i sesje na komunikatorach się przedłużały.

Pewnego dnia w biurze odłączyłem net! Zupełnie i po prostu! Ze współpracownikami i klientami przeszedłem na komunikację telefoniczną natomiast kluczowe rzeczy do wysłania przez e-mail nosiłem raz na kilka godzin na CD lub pendrive do biura domowego (i tak chodziłem do domu na obiad, czy drugie śniadanie - mam całkiem blisko do pracy).

Drastyczne? Taka kuracja była mi potrzebna i tyle. Podziałało. Oczywiście nie muszę już odcinać się od internetu, aby nie wpaść ponownie w kołowrotek gadulców i skype'ów.

Oczywiście pozostało mailowanie, jest też blog, ale jedno i drugie nie jest komunikacją w czasie rzeczywistym, pisząc tego posta mogę przerwać... zrobić co zechcę... wrócić, dokończyć i nie ma pokusy na wgłębianie się w temat przerywając pracę. Tak mi wygodniej. (Oczywiście powiedzmy szczerze... sesję na GG też MOGĘ przerwać kiedy zechcę... problem w tym, że na GG często nie chcę, bo rozmowa się taka fajna zrobiła.)

Zmieniłem też nieco charakter pracy, co sprawia, że mogę bez skrupułów poklepać sobie w klawisze, np. pisząc ten post i nie ma to aż takiego znacznego wpływu na jej jakość. Z klientami kontaktuję się głównie osobiście oraz przez telefon - zauważyłem, że jest to wydajniejsze niż pisanie z klientem przez komunikator - zwłaszcza, że ten rozmawiając ze mną przez GG zapewne koresponduje jednocześnie z 10 innymi znajomymi, opóźnia rozmowę zatem i gubi temat.

czwartek, 20 września 2012

Facebook a racjonalne oszczędzanie...

Siedziałem niedawno u kolegi w "biurze" rozmawiamy, rozmawiamy... nic szczególnie ważnego, wizyta bardziej towarzyska i nagle jakiś ruch na komputerze, kolega zaaferowany rzuca wszystko i daje żurawia w monitor, po chwili znów... i jeszcze raz...

W końcu zaciekawiony pytam - co się tam dzieje? No... siedzę na moim profilu, wiesz, warto być na czasie. (Dam głowę, że to był Facebook.)



Zaglądam co takiego ważnego się dzieje, by być na czasie i widzę kolejne wpisy/komunikaty. I uwaga tu w miarę dokładnie zacytuje:

Julka pisze: "Właśnie wychodzę z psem"

Justyna pisze: "Idę robić zupę"

Tomek wysyła komunikat: "Ale zmuła!!!"

No, kurczak pieczony, ale ciekawe, ale odkrywcze, ale mądre wykorzystanie czasu : ...no dobra... ja wiem, że takie są trendy i każdy się udziela na społecznościówkach... nie zapieram się, że blog racjonalne oszczędzanie nie dostanie jakiegoś profilu społecznościowego czy mikroblogowego...

...ale ja jestem jednak starej daty, odpowiada mi bardziej forma komunikacji w stylu e-mail (a także post na blogu, który jest do niego w sumie podobny). 

Zobaczymy.

środa, 19 września 2012

Wyprowadzka na wieś - kobieta i samochód

Dziś porozmawiamy o komunikacji na w wsi w aspekcie ciekawej kombinacji: kobieta+samochód. Otóż zauważyłem, że wiele Pań na wsi (mam to też w rodzinie) samochodem nie jeździ. To źle.


Moje zdanie jest takie - kobieta ma jeździć! Jeśli ja sobie chce na jakimś wyjeździe wypić piwo - to co? Pierwszą rzecz którą zrobiłem jak już mój związek z moją Kobietą stał się bardziej ugruntowany - to przyuczenie jej do jazdy samochodem. Kosztowało mnie to zdezelowanie hamulca ręcznego (i auta w ogólności), trochę nerwów i adrenaliny - ale zdała już za 2gim razem.


Historia z mojej rodziny: matka i ojciec wyprowadzili się pod miasto - na wieś podmiejską - od biedy do miasta można dojść pieszo. Matka się zaparła na jazdę samochodem na zasadzie: nie - bo nie, i koniec. Mój ojciec jest już w wieku, gdzie wizyta w szpitalu nie jest niczym szczególnym (najczęściej na szczęście, fałszywe alarmy), serducho już nie te. Poza tym kupę drobnych pierdół i spraw.

W razie czego ja mam dojechać ok 6-7km z miasta robić za szofera - a zwykle nie mogę - zawołanie taksówki zamiast mojej pomocy to wielki dyshonor i powód dąsania się na mnie na wiele miesięcy (nie ważne, że potencjalne taxi kosztuje znacznie mniej niż moje straty w razie robienia za szofera, w sprawie "medycznej" rzucam wszystko i jadę, ale do różnych popierdólek jeździć nie będę!).

Inna sytuacja była na wsi w domu letniskowym - byłem 100km dalej - a ojca raz chwyciło serducho, innym razem rwa kulszowa (przeforsował się przy pracach ogrodowych). Masakra - rodzina uziemiona, zero mobilności, problem z dojazdami do szpitala do ojca, problem z zaopatrzeniem, nie mówiąc już o samej sytuacji, kiedy nie wiadomo co robić - wołać karetkę czy pędzić samochodem jak najszybciej na pogotowie. Na szczęście sąsiad pomógł - ale co gdyby był akurat na wyjeździe? A kobiety u sąsiada są także niemobilne!

Powiem tak - szczerze - kobieta na wsi bez prawka... jak dla mnie w razie czego... nieźle przechlapane...


Jeśli mogę coś Paniom doradzić jako praktyk, sezonowy wiochmen: Róbcie prawko powoli, uczcie się, a póki co jak najszybciej jakiś pojazd motorowy bez wymaganego prawka kupcie i proszę jeździć! Nie zrzucać wszystkiego (np. podjechanie do miasteczka "po waciki") na barki waszych facetów.

Zakupy na wsi - przeprowadzka na wieś?

Czytając nowy post Riannon na Korzystnych Zakupach pt. Inwestycje w nieruchomości na wsi. zastanawiam się nad kilkoma sprawami.


Jedną z nich jest model zakupów, który panuje w mieście. Otóż w mieście przyzwyczailiśmy się do wygody zakupów. Do godziny 21.00 mogę zrobić zakupy we wszystkich supermarketach, do 22.00 w Kauflandzie i Realu, 24h na dobę w pobliskim Tesco, a pod domem jest Żabka czynna do 23.00.

Sklepy są czynne 7 dni w tygodniu, za wyjątkiem świąt, ale i w kłopotliwym dla zakupowicza okresie świątecznym niektóre osiedlowe sklepiki dalej pracują.

To jest naprawdę wielka wygoda - wiele razy robiłem sobie zakupy po 22.00 - 23.00 nie mówiąc o tym, że prawie regularnie idę na moje zakupy po 21.00.

A jak jest na wsi? Hmm... po części jestem przyzwyczajony do mieszkania na wsi u rodziny, ale nadal jest to pewna trudność. Na wsi nie ma takiego luksusu! I co mają tam począć mieszczuchy z krwi i kości zepsute komercją?

Jak stworzyć realne pieniądze z niczego - prosty system LETS / Time Dollars.

Pieniądz papierowy jest oparty na długu - pokrycie w złocie i realnych dobrach należy do historii. Papier nie ma faktycznie żadnej wartości - działa dzięki monopolowi państwa, zaufaniu do tegoż państwa i nieustannym transferowaniu długu.





Wpis przeniesiony:

Jak stworzyć realne pieniądze z niczego – prosty sąsiedzki system waluty czasowej

poniedziałek, 17 września 2012

Żabka - promocja piw regionalnych - okazje i moja opinia.

Ostatnio sieć Żabka robi promocję tzw. piw regionalnych i na półce promocyjnej pojawiły się nowe marki, postaram się wam napisać co jest warte uwagi, a co nie.


Specjal - piwo Pomorza, z którego wielu z okolic Gdańska jest dumnych, ale niestety, za dobrze wypromowaną marką kryje się bardzo słabej jakości przemysłowy trunek HGB. Nie chcę urazić niczyjej regionalnej dumy, ale jeśli cenisz sobie jakość to nie warto się denerwować. Jeśli chcesz zaliczyć mocnego kaca zaledwie po 3-4 piwach to także jest patent (kup to coś w "złośliwym" prezencie komuś, kogo nie lubisz).

Brackie - etykieta i producent nie napawają mnie entuzjazmem, następny produkt Grupy Żywiec, tego typu piw/marek niby regionalnych a w rzeczywistości produkowanych przez wielkie koncerny nie toleruję (ale spróbowałem i jak na produkt korporacyjny całkiem znośne, goryczkowe, coś a'la piwo czeskie, ale znacznie mocniesze). Po katastrofalnym Specialu i niedobrej (nawet w opinii znajomych niewybrednych budowlańców) Warce jasnej Grupa Żywiec tutaj jeszcze broni honoru.

Noteckie jasne - jedno z lepszych piw w Polsce. Typowo polska dwunastka, ale gorzka niczym czeski trunek, choć pełniejsza. Po przejęciu Czarnkowa przez Gontyniec piwo zachowało jakość.

Noteckie ciemne - noteckie warzone z dodatkiem palonego słodu, tak samo pozytywny komentarz, o ile lubisz piwa ciemne i słodkie.

Mocne Polskie - plus za dobre chęci, widzę dobre dni przed tym piwem... ale faktem jest, że one jeszcze nie nadeszły. Za słodkie, za mało goryczki, moc odczuwalna przeciętna, smak przeciętny. Trójka plus. Jednak, jeśli lubisz mocne słodkawe piwa - próbuj, na pewno nie jest to korporacyjne rozczarowanie w stylu Specjala,

Lwówek Śląski - absolutny hit regionalny, szkoda że w moim regionie w lokalnej Żabce go nie ma na półce, choć jest na plakatach.... kompromitacja sieci.

Ciechan zwykły i Ciechan miodowy, bardzo dobrej jakości naturalne piwo, z tym że wersja miodowa jest słodka i.... miodowa :) Drogie? A kto powiedział, że dobre piwo musi być tanie? Tak czy inaczej Ciechan miodowy to dobry pomysł na prezent dla pełnej klasy i szyku damy, znacznie lepszy niż jakieś nieco wysilone francuskie wino. (Drogie Panie i Panowie, tym z was, którzy są początkującymi koneserami przypominam, że takie lepsze piwka się pije "ze szkła", a nie z butelki.)

Fortuna Wiśniowe - kolejny produkt typowo dla Pań, piwo o mocnym wiśniowym smaku i aromacie - piwa marki Fortuna są bardzo poprawne i nie jest to produkt wielkokorporacyjny. Smakować bez kompleksów proszę i koniecznie kupić swojej damie, o ile lubi słodkości.

Piwo Żywe - coś a'la delikatne piwo z wyczuwalnym posmakiem drożdży - jeśli ktoś lubi drożdżowy aromat (przyjemne wspomnienia z dzieciństwa - np. jak babcia robiła ciasto drożdżowe) to a pewno mu posmakuje, całkiem dobra jakość, oczywiście przy wyższej cenie.


Dlaczego piszę blogi? Kilka argumentów i przemyśleń.

Nie wiem czy zauważyliście, ale blog Racjonalne Oszczędzanie przeszedł pewne zmiany graficzne a także lekko wraca ku pierwotnej tematyce, wyłączając z tego tematy polityczne i pokrewne - filozoficzne i światopoglądowe. Dlaczego? Od filozofowania są inne blogi, których autorom wychodzi to lepiej, a ja się lepiej znam na oszczędzaniu, technologii, firmie i biznesie - po co się rozdrabniać i wchodzić w tematykę, która co prawda mnie interesuje, ale umówimy się, nie jestem w niej wirtuozem? Trzeba robić to, w czym człowiek jest dobry.


Dlaczego piszę blogi? Często zadawałem sobie to pytanie na tutejszych łamach natomiast dziś doszło do mnie jedno. Lubię działać, a projekty internetowe/społecznościowe do których w ostatnich latach dołączałem jako aktywny fan, czy też miałem chęć dołączyć jako współautor, co tu dużo mówić... ugrzęzły w paraliżu decyzyjnym, albo wstrzymały działalność, zaledwie jeden z nich (technologiczny) istnieje dalej, i mimo wielkiej buty i elitarności autorów kilka lat temu obecnie publikowane teksty to często pełne błędów tłumaczenia materiałów angielskich z jakiegoś translatora oraz marketingowe bzdety pozycjonujące.

Racjonalne Oszczędzanie jak widać ma się dobrze i jest coraz lepiej, nie jestem zdany na innych liderów projektu, którzy charakteryzują się zwykle słomianym zapałem, a ich projekty padają, lub grzęzną w marazmie. To co robię ma solidne podstawy i predyspozycje o dalszego rozwoju. Fajnie któregoś dnia popatrzeć na to co się robi i mieć satysfakcję, czego i Wam życzę.

niedziela, 16 września 2012

Jak łysy łysemu dogadał... oraz plac zabaw w Świeradowie

Po powrocie z niedzielnej wycieczki zaglądam do lokalnego sklepu i spotykam znajomego fachowca... ooo... fachowiec się pyta... na Świeradów dziś jechałeś i z tej okazji głowę zgoliłeś?! A jakże - odpowiadam - nie ma jak to krótko i praktycznie, głowa maszynką fryzjerską na 1mm a broda na 3mm... fachowiec się śmieje...


...śmieje się, bo sam dopiero co zrobił glacę na glanc maszynką jednorazową popularnej marki (nie wspomnę! a niech sobie za reklamę zapłacą!)

Jeszcze jedna sprawa!

Plac zabaw - Świeradów-Zdrój.

Zupełnie nie kumam dlaczego władze gmin turystycznych zupełnie zapominają o rodzicach z małymi i już nie całkiem tak małymi dziećmi. Niemieccy emeryci i autochtoni kiedyś w końcu odejdą w pokoju i kto zostanie głównym dostarczycielem gotówki dla takich miast jak Świeradów-Zdrój?

A właśnie!

Zatem informuję że godny uwagi, publiczny plac zabaw w Świeradowie-Zdroju znajduje się w dzielnicy Czerniawa-Zdrój, ok 5-10 minut samochodem od dolnej stacji wyciągu gondolowego, ul. Izerska (to bardzo krótka ulica więc na nawigacji bez problemu znajdziecie), z drugiej strony placu biegnie ul. Sanatoryjna.

Niestety w Internecie nie ma żadnej informacji na temat, a wygląda na to, że to jedyny dobrze wyposażony (ok. 10 naprawdę fajnych instalacji) plac zabaw w okolicy Świeradowa, nie mówiąc już o takich miejscach jak sąsiednia Szklarska Poręba... Mam nadzieję, że ta informacja zaindeksowana przez Google bardzo pomoże rodzicom z niewyżytymi dzieciakami.

sobota, 15 września 2012

Leśne grzyby w ogrodzie - pełen sukces

Przez kilka dni postów nie było, zaledwie krótkie robocze notki, byłem jednak mocno zajęty, więc dzisiaj czas na konkretny i skuteczny patent. Lubię jak moje eksperymenty różnego typu kończą się sukcesem :D


Nie bardzo mogę teraz skutecznie przeszukać archiwum, jednak ponad rok temu podawałem wam sposób na rozsianie grzybów leśnych w ogrodzie. U rodziny koło domu jest trochę iglaków a także mniej szlachetnych sosen samosiejek starannie dobranych przesadzonych z pobliskich pól (przy okazji macie sposób na tanie iglaki). Grzyby zostały zaszczepione dwoma sposobami.

Na jednej połowie działki, niezależnej, rozdzielonej szerokim betonowym podjazdem Ojciec wysypywał pod sosnami obierki i skrawki maślaków z lasu. Bez specjalnych zabiegów 'agrotechnicznych'.

Na drugiej połowie ja spryskałem okolicę kilku iglaków w tym jedną sosnę specjalną miksturą z zarodnikami maślaków. Aby eksperyment był wiarygodny na jednej części były wysypywane maślaki z brązowymi łebkami, na drugiej z żółtymi.

Miksturę sporządziłem mocząc około 30 minut żółte maślaki w wodzie źródlanej do której wrzuciłem potem także skrawki i obierki grzybów. (Chlorowana woda mogłaby uszkodzić zarodniki).

Pełen sukces, po dwóch stronach podjazdu rosną maślaki. A właściwie rosły, bo dziś zostały komisyjnie zjedzone i popite pysznym naturalnym piwem (marki Gniewosz Koźlak) - to już drugi zbiór grzybów w tym sezonie, jednak pierwszy, który przeprowadziłem osobiście, jako pomysłodawca uprawy.

Dziś także zaszczepiłem podłoże kilku kolejnych iglaków i sosenek z drugiej strony działki, (być może nasadzenie przeprowadzę także na przylegającym terenie gdzie także nasadzony jest rząd sosen). Tym razem wykopałem płytkie dołki pod drzewami i po wrzuceniu obierków i skrawków przykryłem je wilgotną ziemią - nie dzieliłem teraz odmian, skoro wiem że metoda jest skuteczna - za rok, kiedy grzybnia przerośnie podłoże, zdam relację z tej metody.

piątek, 14 września 2012

Do przyjaciół autorów - weryfikacja obrazkowa - wywalcie to dziadostwo!!!

Weryfikacja obrazkowa w komentarzach jest włączona na większości blogów. Udowodnij, że nie jesteś automatem. Udowadniam zatem, udowadniam i szlag mnie trafia...

Efekt jest taki, że na blogach z weryfikacją komentuję rzadziej, a w końcu daję sobie spokój i już nawet przestaje je odwiedzać.


Przez ponad 400 tysięcy odwiedzin na moich blogach nie miałem ani razu automatu wciskającego się ze spamem, raczej problem polegał na tym, że filtry Google zbyt gorliwie kasowały wasze komentarze.

Moi drodzy, powywalajcie to dziadostwo ze swoich blogów. Działa to jedynie na waszą niekorzyść.

P.S. ...a na założeniu firmy: Sprzedaż - jak to robić prawidłowo!

środa, 12 września 2012

Obuwie skórzane - pielęgnacja - wpis gościnny

Autorem dzisiejszego wpisu jest nasz kolega i regularny bywalec na blogu - Hubert Kwiatkowski - właściciel blogów: http://jaswedrowniczek.blogspot.com/ oraz http://majister.blogspot.com/


Skóry naturalne powszechnie są uważane za najlepszy surowiec do produkcji butów. Wykonane z nich obuwie jest przyjazne dla stopy, dopasowuje się do stopy właściciela, oddycha, jest trwałe i estetyczne, a z czasem zaczyna nosić znaki historii, które nadają naszym butom charakteru.

Dobre buty często kosztują niemałe pieniądze. Dbanie o nie jest więc naszym obowiązkiem i może przynieść nam niemałe oszczędności. Pozwoli też jeszcze trochę dłużej nacieszyć się naszymi ulubionymi butami.

O obuwie dbamy w zależności od rodzaju skóry, z jakiej zostały wykonane. Niemniej jednak ogólna filozofia dbania o buty skórzane jest podobna, różni się jedynie w szczegółach.

Skóra jest materiałem organicznym. I choć zwierzaczek z którego została zdjęta przestał żyć, to poprzez odpowiednie specyfiki należy skórę odżywiać aby zachowała elastyczność i walory użytkowe. Zeschnięta skóra jest twarda, łatwo pęka i chłonie wodę. Do odżywiania skór służą tłuszcze, oleje i pasty do butów.

Buty należy przede wszystkim czyścić. Na co dzień dobrze jest przetrzeć buty po powrocie do domu. Zawsze to lepiej niż przed wyjściem, kiedy nam się zazwyczaj spieszy, a to co jest na butach zdążyło zaschnąć. Ten krok jest ważny nie tylko ze względu na zdrowie butów, ale i postrzeganie nas przez innych ;).

Od święta buty należy dokładnie wymyć (jak często zależy od intensywności i warunków użytkowania obuwia). Najlepiej zaopatrzyć się w specjalne mydło do skór. Czyści zdecydowanie lepiej od tych, którymi na co dzień myjemy ręce (jest bardziej agresywne). Buty myjemy w mydle szczotką tak długo aż pozbędziemy się wszystkich zabrudzeń i nakładanych wcześniej specyfików. Mydliny powinny być białe. Wymyte obuwie suszymy wypychając je gazetami i wymieniając je raz na jakiś czas.

Po wyschnięciu buty traktujemy olejem. Tutaj raz się odwołam do marki i polecę środek Crazy Oil firmy Coccine dostępny w sieci CCC za niewygórowaną cenę. Za producentem: "Olejek wnika wgłąb skóry, natłuszcza ją, odżywia i chroni przed nasiąkaniem wodą oraz wysuszeniem. Nie blokuje migracji wilgoci na zewnątrz , dzięki czemu stopa nie poci się nadmiernie i może swobodnie oddychać przez skórę obuwia." I muszę przyznać, że środek działa, a w opisie nie ma zbyt wiele marketingu. Producent ponadto ostrzega, że może powodować ciemnienie jasnych odcieni skóry, co ma miejsce. Dobrze więc sprawdzić w mało widocznym miejscu. Zabezpieczenie przed nasiąkaniem wodą jest jak znalazł na najbliższe miesiące. Jeśli przy okazji uda nam się uniknąć przeziębienia od przemoczonych nóg to inwestycja zwróci się wielokrotnie. Buty odstawiamy dla wchłonięcia się oleju.

Tutaj w sumie kończy się nasza przygoda z butami zamszowymi. Wystarczy je wyszczotkować specjalną szczotką do zamszu. I od czasu do czasu nałożyć jeden z wielu dostępnych impregnatów do skór zamszowych czy nubukowych aby w jeszcze większym stopniu chronić obuwie przed nasiąkaniem wodą.

Na buty ze skóry licowej nakładamy tłuszcz do skór. Jeszcze lepiej odżywi on skórę i zwiększy jest elastyczność. Obuwie dzięki temu posłuży nam dużo dłużej.

Dopiero na koniec przychodzi znana nam wszystkim czynność pastowania. Samo pastowanie możemy wykonywać częściej niż całą procedurę mycia butów. Pamiętajmy żeby używać past stałych (najczęściej na bazie wosków i terpentyny). Unikajmy łatwych i szybkich środków w płynie. Pastę najwygodniej nakładać po jej lekkim podgrzaniu przy pomocy szczotki. Po wyschnięciu pasty na obuwiu polerujemy szmatką do wymaganego połysku.

Warto również zadbać o wnętrze naszych butów. Przydają się środki odświeżające. Osobiście preferuję te zawierające srebro koloidalne. Jony srebra posiadają właściwości grzybo- i bakteriobójcze. Drobnoustroje są odpowiedzialne za przykry zapach dobywający się często z obuwia. Przy pomocy środków ze srebrem koloidalnym nie tylko więc maskujemy zapachy, ale i usuwamy ich przyczynę. Ponadto chronimy nasze stopy przed grzybicami czy innymi chorobami wywoływanymi przez grzyby i bakterie gnieżdżące się w naszych butach.

Pamiętajmy też, że buty skórzane muszą odpoczywać. Należy więc je wysyłać na regularne i zasłużone urlopy. Łącznie z powyższymi wskazówkami nasze ulubione buty powinny nam służyć długo i wiernie.

niedziela, 9 września 2012

Minimalizm - blogi. Logika postępowania i minimalizm w życiu blogowym.

Obserwuję od dawna modę szerzącą się na blogach minimalistów i jestem lekko przerażony. Każdy minimalistyczny blog wygląda tak samo, niczym kartka A4, co ma odzwierciedlać przywiązanie autora do idei jaką jest minimalizm, ot jakieś logo albo fotka też się znajdzie czasem.

Szanując oczywiście zdanie i wybór tych autorów, ja się po prostu czasem w tej pustce gubię, brak mi wyrazistości, odróżnienia się, czegoś "z jajem" po prostu....

Resztę artykułu w ramach porządkowania bloga przeniosłem na blog: Realny minimalizm.

sobota, 1 września 2012

Woda z filtra kontra woda w butelkach... oraz Mołdawska Dolina (pinot noir) - promocja w Żabce.

Na dzisiaj dwie sprawy oszczędnościowe. Po pierwsze jedna z osób komentujących zapytała czy nie jest bardziej sensowne kupno filtra do wody niż zakup wody w butelkach, którą się pochwaliłem. Otóż jakiś czas testowałem popularne filtry do wody pitnej i moje refleksje są następujące:

1. Filtr może odfiltrowywać 'zbyt dużo', co prawda producenci filtrów zapewniają to i tamto, ale warunki laboratoryjne, a rzeczywiste parametry wody wodociągowej to inna sprawa. Bardziej ufam dość rygorystycznym normom dot. składu produktów (producenci w Polsce raczej ich przestrzegają z uwagi na surowe konsekwencje) niż mitom.

2. Woda na moich terenach jest tak fatalna, że szybko wykańcza wszelkie filtry, sprawdzone, przetestowane, wypróbowane - pada też hydraulika, głowice kranów, baterie...

3. Na filtrze może osadzać się flora bakteryjna, zatem filtr musi być cały czas w użytku, nierealne jak często wyjeżdżasz, szczególnie na wakacjach w ciepłych temperaturach, schładzanie filtrowanej wody to dodatkowe obciążenie dla lodówki, choć pomaga w utrzymaniu higieny filtra.

4. Zestaw filtrujący wypada często myć i utrzymywać w dobrym stanie, co przy twardej wodzie może być czasochłonne.

Zatem w moim przypadku racjonalniejszy jest u mnie zakup wody w butelkach, najlepiej dużych 5-6 litrowych, choć zdarzają się ciekawe promocje 1,5 litrowych.


Mołdawska Dolina (pinot noir) - promocja w Żabce.


Nigdy na blogach nie zgrywałem wielkiego konesera win - jestem raczej piwoszem. Mołdawską Dolinę degustowałem jakiś miesiąc temu i byłem pozytywnie zaskoczony smakiem i jakością wina. Rzeczywiście jest oryginalne, butelkowane w Mołdawii, a nie w jakiejś podejrzanej rozlewni.

Wino oddaje to czego możemy oczekiwać po typie pinot noir... dla nie-koneserów: wino jest aromatyczne, smaczne i nie jest przesadnie słodkie, powinno pasować zarówno Panom jak i moim drogim Paniom. Oczywiście ucieka tutaj psychologiczny aspekt kupna mega-drogiego francuskiego wina w galerii alkoholi, ale naprawdę warto zaryzykować, oczywiście nie chwaląc się współ-koneserom czy snobistycznym znajomym - to raptem tylko 10 zł. Moim zdaniem wydatek nieduży a warto.