czwartek, 27 września 2012

Ekonomika życia w wielkim mieście.

W poprzednich wątkach, które dotyczyły różnic między życiem na wsi/prowincji oraz w metropolii a także w kraju i na emigracji pojawiło się wiele waszych komentarzy i wątków pobocznych. Wszystkie postaram się poruszyć, za wyjątkiem kwestii politycznych, których unikanie na tym blogu zapowiedziałem poprzednio (To nie jest blog JKM'a bis).

Nie każdemu muszą się podobać moje wnioski, ale jestem ostatnią osobą, która będzie pisać pod publiczkę i lać wazelinę, by sobie zyskać poklask i namnożyć czytelników, to nie ten adres.

Proszę się zupełnie nie obawiać zostawiać komentarzy, za wyjątkiem komentarzy wulgarnych, albo chamskich, nawet w postaci aluzji - zatem komentarze w stylu "wszyscy inteligentni ludzie siedzą już w Londynie" czy "w kraju zostali tylko nieudacznicy" obrażają mnie osobiście oraz wielu moich czytelników, którzy wybrali życie w Kraju i nie będą tolerowane. Doświadczenia osobiste, czy znajomych inne niż przedstawiane tu wnioski - naprawdę mile widziane.


To co napiszę poniżej dotyczy w jakimś stopniu niewygód emigracji, ale weźmy prostszy przykład. Życie w dużym mieście.

Załóżmy dla uproszczenia, że w dużym mieście ktoś zarabia na etacie 3000 miesięcznie. Do tego jednak spędza nawet do 2-3, a nawet ekstremalnie do 4 godzin na dojazdach (znam takie osoby!). Nasz wielkomiejski etatowiec jednak jest bardzo dumny i czuje wyższość nad kolega z małej pipidówy, która na swoim etacie wyciąga 2000, a co jeśli to będzie np. 1900? Łoo... to już jaka wielka różnica psychologiczna. W efekcie wielu ludzi praktycznie nie ma w tygodniu kontaktu z własną rodziną, z własnymi dziećmi, dzieci dorastają samopas, rolę wychowawczą przejmuje system edukacji, który... ekhmmm.... dobra kiedy indziej o tym.

Ok, nie dramatyzujmy, przyjmijmy, że dojazd do pracy zabiera 2h więcej, jest to o 25% wykonanej pracy więcej niż u małomiasteczkowca. Gdyby przeliczyć jego stawkę o 25% więcej czasu pracy wychodzi 2500. A gdzie wyższe koszty życia? Wyższe ceny nieruchomości (raty kredytów), wynajmu, opieki nad dzieckiem, koszty psychologiczne i społeczne (rodzina).

Wydaje mi się, że zbyt wiele osób popełnia prosty błąd biorąc jakieś dane z netu, porównując je do stawek warszawskich/poznańskich, itp., bez uwzględnienia wielu innych czynników, które składają się na tzw. dobrobyt ekonomiczny.

To samo, w pewnym uproszczeniu dotyczy stawek polskich i zagranicznych.


Powiem wam coś z własnej praktyki. (To jeszcze nie to, ale prosiłaś Riannon o jakieś moje wnioski z lokalnego rynku pracy.)


Jakiś czas temu zatrudniłem na zlecenie reemigranta z UK, który z rożnych względów wrócił i szukał pracy w kraju (Oczywiście gadka jak to w UK pięknie, a jak w Polsce dupa i syf dostałem w pakiecie gratis).

Na początku wszystko było dobrze, reemigrant bardzo zadowolony ze stawek, które sobie sam z resztą podyktował... ale stopniowo zaczął mi się chłop psuć. Co chwile miałem teksty, narzekanie i przeliczenia jak to on za tą godzinę roboty zarobiłby w UK. Robił, pieniądze brał, ale potem narzekał, że tu w tym polskim syfie na kieracie...

Przypuszczam, że role prowodyra odegrała tu jego żona, która w poprzednim układzie rządziła bardziej... za pieniądze mężusia harującego w UK leciała solara, kosmetyczka, fryzjer, zakupy, koleżaneczki, laptoki i inne sroki PS3 i PSP dla synusia lesera.... z resztą uzdrawianie cudzego życia to nie mój problem...

Umowy nie przedłużyłem, kolejne zlecenie zrobił mi ktoś inny, chłopak z pobliskiej wsi, który był (i jest zadowolony ze współpracy, z luźnych i niestresujących warunków, z tego, że ja zawsze wywiązuję się z umów, itp.).

Warto przestać narzekać. To jak widać korzyści nie przynosi, a tylko robi nam negatywną projekcje w mózgach, jakiś chory matrix.




P.S. Koleżanka Futrzak, jedna z naszych sympatycznych koleżanek, zarzuca mi narzekanie na "narzekanie", co jest przecież wyraźnym narzekaniem, więc krytykujący narzekającego jest sam narzekaczem i... uff... umysł mi się przegrzewa od tej analizy i potrzebuję węglowodanów!

20 komentarzy:

  1. Mnie się wydaje,że jednak za granicą jest trochę lepiej.Mieszkam w Danii.Na pewno płaca minimalna pozwala spokojnie i godnie wyżyć( luksusy to nie są).
    Płaca minimalna: 10 000kr (około 5 000 zł)
    -roczny podatek i ubezpieczenie samochodu (15 lat!) - 12 000kr
    -ceny samochodów z duńskimi numerami dwa razy wyższe niż w Polsce(dlatego większość samochodów to raczej staruszki ,a drogimi poruszają się tylko bardzo bogaci duńczycy lub Polacy/Bułgarzy -szpan musi być;)
    -mieszkanie 60m2 w mieście -około 6000kr na miesiąc z opłatami
    -tv- od 130-300 koron za kablówkę plus (podatek?!) 2000kr rocznie.
    -fryzjer (farbowanie, cięcie) :600kr
    -ceny jedzenia oczywiście wyższe niż w PL (chleb-10zl)
    -kawa w kawiarni :35kr i wyżej( 17zl)
    -kebab: 60kr (30zl)
    -muzeum: 80kr (40zl)
    -drink w pubie: 70kr -35zl i zawartość alkoholu to często 20ml;)
    -mandat za złe parkowanie( w Danii bardzo rygorystycznie się do tego podchodzi) 510kr-250zl
    -bilet na pociąg do miasta oddalonego o 20km :40kr (20zl)
    -jeśli ktoś chce wziązć ślub kościelny to musi opłacać podatek na kościół
    -dentysta: proste zabiegi 1000/2000kr


    Łatwo można się domyślić na czym często oszczędzają Polacy.

    Znam gościa ,który pracuje w Kopenhadze na dwa etaty i gdy zapytałam,co można fajnego tam zobaczyć ,stwierdził,że nie przyjechał tutaj żeby zwiedzać( i to taktyka większości Polaków)

    No i narzekanie też jest na porządku dziennym,więc może to faktycznie cecha narodowa?;)

    A co do mieszkania na wsi a w mieście:
    myślę,że to zależy od osobowości i punktu "siedzenia". Czyli ja studiuję,uczę się duńskiego, pracuję w hotelu niedaleko mojego mieszkania.Gdybym chciała mieszkać poza miastem to właśnie wtedy musiałabym spędzać dużo czasu na dojazdach,nie mówiąc już o życiu towarzyskim...
    Jedno co mnie w miastach przeraża ,to właśnie mieszkania,gdzie słychać ,co się dzieje u sąsiadów... - w Pl mieszkałam w domu i nawet nie zdawałam sobie sprawy,że to może być duży problem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. z chęcią zacytowałbym Cię obszernie w nowym poście - szczególnie zestawienie kosztów - jeśli zgadzasz się na to

      Usuń
  2. Bardzo ograniczona i jednostronna analiza.
    Przede wszystkim jak zauwazyla w_88: zalezy jakie miasto sie wezmie pod uwage.

    W Polsce owszem Wawa ma tak fatalna infrastrukture, ze jesli ktos nie mieszka i pracuje przy trasie metra to rzeczywiscie moze spedzac na dojazdach niesamowita ilosc czasu.

    ALe. To zalezy od konkretnego przypadku. Sa miasta z dobra komunikacja miejska (w Polsce np. Trojmiasto z niezastapiona SKM). Wtedy mieszkanie w miescie ma zalety. Po pierwsze, jest wiekszy rynek wynajmu. Nagle wypowiedzenie umowy przez wlasciciela nie urasta do granic katastrofy, bo mozna znalezc cos innego (w malym miasteczku to moze byc problem jak akurat wszystkie 10 mieszkan do wynajecia jest zajete i trzeba szukac w innej miescince, co wiaze sie z dojazdem). Poza tym nagla utrata pracy tez nie musi wiazac sie z przeprowadzka (te na ogol sa kosztowne) - bo ofert na rynku pracy tyle, ze cos sie nastepnego znajdzie w rozsadnym dystansie.

    Zycie w Polsce na wsi/malym miasteczku ma sens tylko w dwoch wypadkach:

    1. ktos ma prace niezalezna od lokalizacji (dochod pasywny, praca zdalna etc.)
    2. ktos ma wystarczajaco duzo ziemii/infrastruktury zeby zarabiala ona na sensowne zycie

    W kazdym innym wypadku praca fizyczna w takiej okolicy moze byc pomyslem na dorobienie sobie czy zwiazanie konca z koncem, ale na normalne zycie nie wystarcza. Tym bardziej, ze transport publiczny poza duzymi miastami zamiera.
    Przyklad: 30 km od Lublina. Gdy chodzilam do szkoly sredniej, cala masa ludzi z promienia tych 30 km dojezdzala do Lublina do pracy. Byly autobusy PKS co godzine (robiace przy okazji za podstawe komunikacji miedzy pobliskimi wioskami), byl i pociag.

    Dzisiaj autobus jezdzi 2 razy na dzien, bilety sa bardzo drogie, do pracy ani w jedna ani w druga strone dojezdzac sie nie da. Ci, co nie mieli swojej ziemi/mieszkania na wiosce i zrodla dochodu wyprowadzili sie do Lublina, zeby jakos zyc.

    A i jeszcze jedno: dzieci i szkola. Jesli mieszka sie na wiosce, no to niestety ale bez wlasnego samochodu jest to problem, bardzo powazny. Male wiejskie szkolki pozamykano - nie ma juz tak, ze podstawowka co 3 km jest. Teoretycznie gmina powinna finansowac gimbusy, ale wiele gmin nie stac na to (zwlaszcza na scianie wschodniej), zreszta nawet jak stac to w zimie jak droga nie odsniezona autobus nie pojedzie i tyle. A home schooling w Polsce nie ma.

    I jeszcze jedno: piszesz, ze "warto nie narzekac" --- to zo zastosuj swoja zasade najpierw do samego siebie. Od kilku postow, jak nie wiecej, sednem twojego wpisu jest narzekanie a to na polskich emigrantow, a to na nieslownych pracownikow, a to na fakt, ze pracownika nie mozesz znalezc, a to na mieszczuchow co zadzieraja nosa do gory....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Bardzo ograniczona i jednostronna analiza."

      a gdzie tu widzisz analizę? ja patrzę i zobaczyć nie mogę? prosty, ogólny przykład zaledwie, który miał zobrazować prostą myśl

      oczywiście to ogólny przykład, wszystko zależy od przypadku - czy ja pisze, że KAŻDE pozostanie w Kraju jest lepsze od KAŻDEJ emigracji?

      tak bardzo chwalisz się czytaniem ze zrozumieniem, a po kilku postach nie dociera pewien fakt?

      po prostu ja nie dam sobie wkręcić, że ZAWSZE emigracja jest super i cacy i ZAWSZE pozostanie w Kraju to jak wdepnięcie w błoto, bo widziałem WIELE odmiennych przypadków

      aha i twój wniosek:

      pisząc przeciwko narzekaniu sam narzekasz i jesteś sam narzekaczem,

      cóż za przewrotność, stalinowska retoryka, na którą się czytelnicy nie nabiorą :>

      Usuń
    2. RO:
      Przepraszam, ale rzeczywiscie przeczytaj moj komentarz ze zrozumieniem, bo odniosles sie do czegos, o czym ja w ogole nie pisalam.
      Moj komentarz w calosci dotyczyl wyboru miasto-wies, a ty dyskutujesz o pozostaniu w kraju versus emigracji i jeszcze mi zarzucasz, ze cos do mnie nie dociera :(

      Mniej zacietrzewienia, a uwazniejsze czytanie komentarzy przydaloby sie, ot co.

      Szkoda, ze nie ustosunkowales sie merytorycznie do zadnego z moich argumentow, no ale trudno.

      Usuń
    3. Moja droga - już ci kiedyś pisałem - zyję, zajmuje sie innymi rzeczmi poza komputerem, odpowiadam tak jak mi wygodnie i kiedy mi wygodnie - odpwiedziałem na 2 kwestie z twojego komentarza.

      Być może napiszę coś więcej na temat główny.

      Spokojnie, (to własnie ty troszkę zluzuj).

      Usuń
  3. Trochę o ekonomii życia w europie – porównania cen i pośrednio to też zarobków dotyczy

    tym razem linkowisko :)

    http://finanse.wp.pl/kat,104492,title,Szok-W-Polsce-jest-drozej-niz-w-Niemczech,wid,13204844,wiadomosc_prasa.html

    http://www.e-petrol.pl/index.php/notowania/rynki-zagraniczne/stacje-paliw-europa

    http://www.obserwatorfinansowy.pl/almanach/mieszkania-ceny-polska-europa-dochody/

    http://www.muratorplus.pl/biznes/raporty-i-prognozy/na-tle-stolic-europejskich-mieszkania-w-warszawie-drogie_61314.html

    można tak długo ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no dobrze, skoro tak źle w Polsce to dlaczego np Ty tu mieszkasz?

      A ci profesorowie czy inne mądre głowy? Skoro jest tak źle, to dlaczego wszyscy ci analitycy męczą się na niewdzięcznych i niskopłatnych posadach w tej strasznej Polsce, zamiast zdobywać rynek w Kalifornii czy dobrze zarabiać w Londynie?


      nie zapominajmy o dysproporcji w rozwoju Polski i tzw. Zachodu, ich stać jeszcze na rozbuchany social... ale...

      jak długo?

      Usuń
    2. @arszu
      Manipulujesz faktami:
      Artykuły, do których linkujesz są wykopaliskami archeologicznymi. Najświeższy sprzed pół roku dotyczy cen paliw, ale artykuł o cenach nieruchomości i PPP pochodzi z 2007r.
      Jaki ma sens porównywanie cen mieszkań i siły nabywczej europejskich krajów sprzed kryzysu 2008?

      Usuń
    3. To z przymrużaniem oka było a jak jestem takim dobrym manipulatorem faktami to chyba dziennikarzem zostanę :)

      a serio, wiem że nie są zbyt aktualne powinienem doszukiwać się na dziś – teraz ale przecież to nie jest jakiś duży czas 15, 30 lat i wtedy też panowała jak dziś cała ta otoczka praca, zarobki tu i tam. Ceny mieszkań wtedy sprzed kryzysu bardzo wielu dotyczą do dziś, jak ktoś kupił wtedy to być może spłaca właśnie tamtą cenę a nie dzisiejszą (pomijam wahania kursu), no i te dane mogą za jakiś czas wrócić.

      Najlepsze wypowiedzi na temat cen, zarobków są jak kom. powyżej w_88, gdyby więcej osób z europy przytoczyło takie dane to byłoby fajnie. A mnie głównie ciekawiłyby zestawienia artykułów pierwszej potrzeby, jedzenie, paliwo, mieszkanie,leki, bo już elektronika, czy samochód który wymienia się co parę, paręnaście lat mają mniejsze znaczenie na koszt życia.

      Usuń
    4. Jeżeli interesują Cię zestawienia siły nabywczej i inne nietypowe statystyki, to często pojawiają się one na forsalu. Statystyki typu ile można kupić kg ryżu, chleba, szt. ipadów, ile przejechać taksówką to ich ulubione tematy. Tyle że wnioski są czasem dla nas przygnębiające...

      Usuń
    5. Rzeczywiście najczęstsze odwołania w google kierowały mnie na forsal, i przy wszelkich porównaniach z krajami unii a to pensji, a to apartamentów w stolicy za metr, i innych naprawdę ciekawych tabelkach to to na papierze wypadamy naprawdę blado :/ Bida aż piszczy :)

      Usuń
    6. Koszty zycia w Londynie mojego autorstwa, ale to nie jest dla minimalnej pensji tylko dla komfortowej.

      http://contractorsdiary.blogspot.com/2010/04/koszty-zycia-w-londynie.html

      Co tej fatalnej instrastruktury w Wawie: jesli teraz jest fatalna, to nie wiem co mozna powiedziec o tym co bylo wczesniej. Nie mieszkam w Wawie od 2005r, a transportem publicznym nie jezdzilam gdzies od 2000r. Uwazam, ze teraz jest super, wiele dzielnic ma fantystyczna komunikacje w porowaniu do tego co bylo w 2005r, a metro do nich nie dociera. Owszem sa miejsca, gdzie lepiej miec samochod, bo autobus co 20 minut w weekend utrudnia przemieszczanie sie.
      Ponadto wybudowano wiele nowych drog i buduje sie dalej. Ogladam postepy budowy wielu z nich z samolotu.

      Usuń
  4. Ja nie twierdze że jest aż tak źle, są znacznie gorsze miejsca na kuli ziemskiej gdzie taka Polska to raj. Jeśli o mnie chodzi to nie wyjechałem i nie mam zamiaru, mnie się tu podoba, jako kraj geograficznie jest piękny:) góry, morze, ładne miejsca. Lubię go nawet mentalnie swojsko, jednak nie cierpię politycznie i propagandowo.

    Drażni mnie to całe porównywanie się do zachodu stosowanie wszelakich dyrektyw, regulacji, podatków, cen i tłumaczenie że przecież w całej unii tak jest i nie możemy odstawać, ale już nikt nie chce porównywać zarobków, cicho sza! Tu odstawanie jest git :) Bliżej nam do Rumunii, Węgier, Bułgarii, a nie Niemiec, Francji, czy Grecji.

    Rozbuchany socjal potrafi wykończyć najprężniejsze państwo, u nas z kolei są rozbuchane przepisy, nepotyzm i złodziejstwo podatkowe.

    I jak pisałem post wcześniej:

    „A praca dużo mniej warta, do tego ceny przecież zbliżone. Dlatego w Polsce można się dorobić (zarobić) ale trzeba rzeczywiście zapierdzielać, fuchy strzelać, kombinować, być przedsiębiorczym, kosztem rodziny, hobby, itd. a na tzw. zachodzie wystarczy pracować uczciwie aby mieć to samo a nawet więcej.”

    Mam na myśli to że jeśli ktoś kocha np. jazdę autobusem jest kierowcą, albo sprzedaje uczciwie w kiosku jako pracownik, to w Polsce żyje często na skraju nędzy (chyba że jest samotny to jako tako) a na zachodzie za tą sama pracę jest mu o kilka oczek wyżej – lepiej. A ktoś takie zajęcia przecież musi wykonywać. To w takim razie takie prace są nic nie warte? Czy ktoś okrada tych ludzi z ich pracy? I ściemnia że jesteśmy europejczykami już doganiamy zachód. A to przepaść jest duża. Oczywiście zawsze są wyjątki od reguły niejeden Niemiec żyje biedniej niż niejeden Polak.

    Profesorowie jak to profesorowie to tylko ludzie, mniej lub bardziej życiowi, są tacy co mówią to co myślą, są tacy co mówią to co należy mówić a wiedzą swoje, i tacy co udowodnią że 2+2 jest 6 :D. Bycie naukowcem to też pasja, i znowu w Polsce dla naukowca, który mógłby coś dla kraju wnieść to raczej marne perspektywy, tak mi się wydaje ale z tym odczynienia nie mam.

    Mi się tu podoba :) ale rozumiem też tych co wyjechali o czymś zresztą świadczy aż taka ilość emigrantów coś tu jest nie teges. Owszem nie w porządku jest to że ktoś za państwowe pieniądze się wykształcił a potem zasila inny kraj no ale co jest w porządku większość działań i rzeczy jest chora. To z kolei zupełnie inny temat na inny post by był.

    Cóż trzeba być kombinatorem i się śmiać :) bo, tylko dobry humor i ironia pozwala lepiej przełknąć rzeczywistość, a czasem też lepiej mieć klapki na oczach i niektórych spraw nie dostrzegać. Ot święty spokój. Niestety.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie czytałam wszystkich komentarzy, więc może coś powtórzę po kimś, a może nie, nie pracowałam też nigdy za granicą (ani w kraju), ale znam dużo osób pracujących tu i tam. Z opinii, czy uwag wygłaszanych przez nie jasno widać, że jest różnica, jeśli kuzynka wraca z Anglii i mówi, że po paru miesiącach zarobiła tyle co mój mąż psycholog w rok i opowiada dodatkowo o tym jak tam ubrania kosztują tyle samo co u nas i że w ogóle są podobne ceny. Dalej, moja siostra miesiąc temu z Włoch na wakacje przyjechała i mówi, że tam jest część rzeczy taniej, a jej mąż na etacie fizycznym zarabia w przeliczeniu 8 000 zł i mogłabym tak jeszcze długo mnożyć te przykłady, nie wspominając już o samochodach, które opłaca się kupić za granicą, sprowadzić i jeszcze z zyskiem sprzedać u nas. Co do wsi i miasta, to jeśli chodzi o mnie Piotrków, Łódź i wioska, to wszystko to nasz świat, i to wszystko ma swoje plusy i minusy. To oczywiście moja subiektywna opinia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest w tym wiele racji, tylko zwykle bywa tak, że na emigracji ludzie pracują znacznie więcej i bardziej wydajnie niż w kraju, zwłaszcza gdy zamierzają wrócić do swojej ojczyzny. Nie dotyczy to tylko Polaków.

      Usuń
    2. Nie chcę pisać o własnych finansach z różnych względów, ale uwierz, że nie ma szans u nas zarobić na normalnym etacie 8h tyle ile tam na tym samym

      Usuń
  6. "Nasz wielkomiejski etatowiec jednak jest bardzo dumny i czuje wyższość nad kolega z małej pipidówy"

    Normalne zachowanie ludzi. Ten kolega z miasta ma pewnie niskie poczucie własnej wartości, więc próbuje obniżać w swoim wyobrażeniu wartość innych ludzi.
    Ostrzej będzie gdy kolega z miasta dowie się, że ktoś dobrowolnie zamieszkał na wsi. Wtedy wg niego ten nowowieśniak zaatakował jego system wartości. Gdy do tego ten kolega z miasta, mieszka w tymże mieście od niedawna, bo wyemigrował ze wsi, wtedy szczerze znienawidzi osoby, które dobrowolnie emigrują na wieś lub są wieśniakami, którym udaje się w życiu mimo pozostania na wsi.
    Czy nie tak jest też z niektórymi emigrującymi za granicę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zjawisko, które opisujesz mnie spotkało

      i jest powodem wielu wpisów na ten temat

      Usuń
  7. Odgrzebię :)

    Generalnie zgadzam się z Arszu choć tak humanistycznie bym tego nie ujął.

    Porównywanie zarobków ma sens.
    Porównywanie cen już mniejsze.
    O ile można porównywać ceny produktów lokalnych zrobionych w Polsce, przez Polaków i z polskich surowców o tyle porównywanie cen przemysłowych jest bez sensu.

    Większość towaru do Polski przyjeżdża więc musi kosztować drożej niż w kraju producenta, w końcu transport też kosztuje.

    OdpowiedzUsuń