sobota, 22 września 2012

Wspomnienia z prawdziwego kryzysu... czyli sos grzybowy i niezły kompot!

W niektórych kręgach jestem znany z tego, że powtarzam uparcie: "Kryzysu nie ma!". Pamiętając jednak prawdziwy kryzys, ten z późnych lat '80-tych, kiedy autentycznie nie było czasem co do garnka włożyć, na doomerskie wypowiedzi o obecnym rzekomym kryzysie parskam śmiechem!

Obecny kryzys, pomijając spekulacje finansowe rządów, dla wielu blogowiczów polega bowiem na tym, że na przykład pracy nie mają - pokończyli humanistyczne studia na dość ogólnych specjalnościach, tak jak i setki tysięcy ich rówieśników i pragną pracy w biurze, najlepiej na stanowiskach o dobrze brzmiących (i z angielska) nazwach, za bardzo nie mają koncepcji, co chcieliby robić, ale nie po to studia kończyli, aby...

Gdyby zrozumieli choćby pierwszy wykład z postaw ekonomii, które na wielu kierunkach humanistycznych są, a mianowicie część o podaży i popycie to rzuciliby te studia w cholerę jeszcze tego samego dnia...

Tymczasem nie w Polsce komu posprzątać, okien umyć, ugotować, dziecka przypilnować, wykonać prace ogrodowe, porąbać drewno, zrobić remont, hydraulikę, instalację, stanąć na kasie... ale przecież w tym kraju każdy chciałby od razu być co najmniej managerem czy prezesem!



Ok, dosyć. Jeśli czyta mnie teraz ktoś bezrobotny, kto narzeka, że pieniędzy nie ma,  że jest źle, że bieda, itp. To ja zapytam, co od rana zrobiłeś/aś w kierunku poprawienia swojej niedoli, lub zarobienia cokolwiek, ewentualnie ulżenia rodzicom, z którymi być może mieszkasz, w pracy i dbaniu o dom?

Czy przypadkiem nie jest tak, że wstałeś późno, odpaliłeś GG, Skype i FB, zrobiłeś sobie prasówkę przy kawie, potem poczytanie wiadomości na plotkarskim portalu, potem coś zjadłeś, teraz mojego bloga czytasz....

No i kto jest to winien?

Kiedy był prawdziwy kryzys w latach '80-tych u mnie w domu w sobotę, w analogicznym okresie roku nie było obijania się, nie było narzekania. O tej porze byliśmy z Ojcem już po grzybobraniu w pobliskim lasku, na które jechało się rowerem, lub szło piechotą. Nazbierana garść grzybów, a bywało tak, że grzybowy nieurodzaj wystąpił, była starannie czyszczona i Matka gotowała na tym sos: odgotowane grzyby, dużo cebuli, mąka, podstawowe zioła, sól, pieprz, ziemniaki.

To starczyło za obiad dla rodziny.

Potem Ojciec sprzątał, Matka prała, a ja wychodziłem na łąkę za przystankami kopalnianymi pozbierać butelki. Pieniądze za te butelki były wydawane na słonecznik, paluszki, gumę Donald i inne luksusy PRLu.

Po południu pojechaliśmy rowerami z Ojcem ponownie do lasu, tym razem aby nazbierać zdziczałych jabłek i gruszek - nie było takich możliwości i wyboru napojów gazowanych jak teraz - piło się kompot, skoro była taka możliwość.

Jedzenie = pieniądz.

Oczywiście nie było tak, że spiżarnia była pusta, jednak te nasze wypady przyczyniały się do jakiejś oszczędności i relatywnie dobrego standardu życia mojej rodziny w naprawdę ciemnej i smutnej dolinie, jaką dla wielu były lata '80-te...

Teraz jak widzę że jakiś młody panicz czy paniusia, wybrzydza, pracą i pobrudzeniem paluszków gardzi, no i w ogóle wielcy intelektualiści i elita, kryzys wieszczą... śmiech mnie bierze... chciałbym takim wrzasnąć "Ruszcie pupy sprzed komputerów i zróbcie coś lepiej! Narzekaniem nikt do niczego nie doszedł".

To pisząc kończę kawę i wracam do pracy - choćby wolna sobota, celebrowana naokoło, do dla mnie ekstrawagancja, luksus i dowód, że naprawdę żadnego kryzysu nie ma.

P.S. Chętnych by zobaczyć jak wygląda mój pulpit na komputerze zapraszam TUTAJ <<<

18 komentarzy:

  1. też pamiętam te czasy i sosy grzybowe na obiad :)
    to prawda - wszyscy młodzi pchają się na studia,po których maja nie wiadomo jakie wyobrażenia związane z pracą, a tu najprostszych zawodów brakuje!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ba, kończyłam studia dekadę temu,mam zawód, gdzie etatu można szukać ze świeczką w ręku, widząc co się dzieje na rynku pracy, szukałam jej "gdzie bądź", trafiłam do branży odległej o lata świetlne od mojego wykształcenia i własnych wyobrażeń. Spędziłam tam 8 lat, w tym czasie zdobyłam dość spora wiedzę na temat wcześniej mi nieznany,poznałam masę ludzi, których pewnie bym nie poznała, awansowałam kilka razy, założyłam rodzinę, zaczęłam też dorabiać we własnym zawodzie. Da się, ale oczywiście w mojej wypowiedzi temat uogólniłam nieco ;)

      Usuń
    2. a też chodziło mi o to,że panuje chyba w pewnych kręgach powszechnie wyobrażenie,że jak się ma ukończone studia (nieważne jakie) to jest się KIMŚ i ma się określone oczekiwania względem pracy po nich. Magistrów (często- gęsto bezrobotnych) mamy jak psów, a tu szewców czy ślusarzy brakuje :). A tu chodzi o zwykłe umiejętności, które sprawią,że przetrwamy "od pierwszego do pierwszego"(odnajdziemy się w każdej sytuacji, zwłaszcza kryzysowej, jesteśmy elastyczni i nie boimy się wyzwań, a dumę i dyplom możemy schować do kieszeni, bo ważniejsza jest np.umiejętność pracy w grupie, chęć współpracy, uczciwości, otwartość, itp. itd. Tego chyba żadne studia nie uczą...)

      Usuń
    3. a też chodziło mi o to,że panuje chyba w pewnych kręgach powszechnie wyobrażenie,że jak się ma ukończone studia (nieważne jakie) to jest się KIMŚ i ma się określone oczekiwania względem pracy po nich. Magistrów (często- gęsto bezrobotnych) mamy jak psów, a tu szewców czy ślusarzy brakuje :). A tu chodzi o zwykłe umiejętności, które sprawią,że przetrwamy "od pierwszego do pierwszego"(odnajdziemy się w każdej sytuacji, zwłaszcza kryzysowej, jesteśmy elastyczni i nie boimy się wyzwań, a dumę i dyplom możemy schować do kieszeni, bo ważniejsza jest np.umiejętność pracy w grupie, chęć współpracy, uczciwości, otwartość, itp. itd. Tego chyba żadne studia nie uczą...)

      Usuń
  2. A ja nigdy nie chciałam pracować zawodowo! Ha i udało mi się ha ha!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. słuchajcie, chyba szósta czy siódma z kolei umówiona sprzątaczka mi zdezerterowała, przed rozpoczęciem pracy jeszcze - mimo relatywnie dobrych warunków pracy jak na moją okolicę (moja zgoda na jej warunki) - zatem sprzątanie we własnym zakresie leci, czyli tymi tutaj adminowskimi rękami, które dla was posty piszą

    wczoraj późnym wieczorem i dziś robiłem sam, własnymi rekami prace ogrodowe koło firmy, na terenie (mniejszej części na szczęście) którego wyparło się miasto/zieleń miejska

    dziś na ten temat rozmawiałem z klientem z podmiejskiej wioski, z teremu rzekomo post-PGRowskiego z dużym bezrobociem, że nie ma komu robić czegokolwiek, na zwykłego stolarza czekają od dwóch miesięcy...

    kryzys, heh, dobre sobie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oczywiście ja rozumiem, że stolarz to rzemiosło wykwalifikowane, wyższa szkoła jazdy, ale chodzi o to, że nie ma komu drewna na ogrodzie porąbać, heh wpaść i poukładać nawet

      ja pochodzę z relatywnie bogatej części Dolnego Ślaska, ale niedawno Riannon na Założeniu Firmy mi mówiła, że u niej nie jest inaczej z pracownikami

      Usuń
    2. Poszukaj sprzątaczki ze wschodu. Trzeba im płacić tyle samo co Polkom, ale za to przychodzą do pracy. Tylko odradzam szczeniary, bo mają mózgi tak samo zlasowane jak nasze młode rodaczki.

      Usuń
  4. Ja z kryzysu lat '80 najmocniej pamiętam zakupy w spożywczakach SPOŁEM. A raczej próby zakupów bo nie zawsze się one udawały. Pamiętam jak z ojcem byłem na zakupach. Ojciec, zawsze roztrzepany, zrobił kardynalny błąd, nie wziął siatki na zakupy. Gdy dostaliśmy się do lady sprzedawczyni rzuciła na nią mięso, o które poprosił, jajka i jeszcze jakieś produkty, nie pamiętam, ale chyba trafił się nawet ser i kiełbasa. Tylko jeden problem, kompletnie nic nie zapakowała, nawet w papier. Gdy ojciec powiedział co sądzi o taki traktowaniu klientów, chamka zaraz wyskoczyła z mordą. To co, że ona miała podstawówkę ledwo ukończoną, a klient pracował na uczelni? Ona była panem i wszechwładcą. Oby nigdy nie wróciły te czasy.
    Poza tym pamiętam szarość, beznadzieje, totalną biedę, w której nawet nie można było marzyć, że wystarczy pracować aby godnie żyć.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jest tak, jak piszesz. Mieszkam w gminie, w której jest ogromne bezrobocie. Kolejki po zasiłek są długie, równie długie są wieczorem ogonki do baru. W tej samej czasoprzestrzeni brakuje zarówno rzemieślników, jak i możliwości zatrudnienia pomocników, wcale nie wykwalifikowanych, po prostu jakichkolwiek.
    Nasz dobry kolega ma warsztat, gdzie robi naprawdę fantastyczne rzeczy- repliki historycznych aut i uzbrojenia dla grup rekonstrukcyjnych, głównie do Francji. Zamówień jest bez liku, a on nie może nikogo zatrudnić i tym samym wyrobić się z pracą, bo nikomu się nie chce pracować. Owszem, kokosów nie daje, bo sam jest bardzo obciążony ZUS-ami, podatkami i nie wyrabia, ale wydawać by się mogło, że przy takim bezrobociu będzie miał kolejkę ludzi do pracy nawet za najniższą krajową pensję. Skończyło się na tym, że pomaga mu mój Chłop, który teoretycznie nie powinien się tym zajmować, bo ma wyższe wykształcenie, w dodatku humanistyczne i zupełnie jest nie z tej bajki. Na szczęście mój Chłop to "złota rączka" i takie prace warsztatowe traktuje, jak hobby. Nie obchodzi nas też, co ludzie powiedzą, że jednocześnie prowadzimy jedyne w gminie muzeum i można Chłopa spotkać usmarowanego w warsztacie w pobliskim miasteczku.
    A ja zbieram na tony jabłka do skupu, aby zarobić sobie na czesne na studia podyplomowe. Nadal humanistyczne i w teorii niepraktyczne.

    Nie można też mówić, po co było iść na studia?
    To nie jest do końca kwestia wykształcenia, tylko to, jakim jest się człowiekiem. Studia robi się też dla siebie, nie tylko dla pracy w zawodzie. W każdym razie tak było w naszym przypadku. Co z tego, że studia humanistyczne są niepraktyczne? Moja przyjaciółka po praktycznych studiach na Akademii Ekonomicznej prowadzi bardzo smutne oraz nudne życie przelewając od rana do nocy pieniądze z banku do banku. Zdecydowanie moje życie, po humanistycznych studiach, choćby czasem jest ciężko, wydaje mi się lepsze, a w każdym razie ciekawsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja nie neguję studiów humanistycznych, można powiedzieć, że moje studia i ścieżka wykształcenia także była w części humanistyczna

      ja neguję zrobienie studiów humanistycznych jako jedyny pomysł na życie i rozbujane oczekiwania po tychże studiach oraz postawę roszczeniową wielu humanistów

      Usuń
  6. Ty po prostu nie rozumiesz, że obowiązkiem zapewnienia dochodu mają się zająć rząd, przedsiębiorcy, papież, Chuck Norris a nawet babcia Kazia z Mławy! Bezrobotny nie jest winny, bo ktoś musi mu DAĆ pracę! ;)
    A tak poważnie rzecz biorąc, pracuję w bezpłatnych poradach prawnych w pipidówie, i sobie nawet nie wyobrażacie ile siły i energii wkładają bezrobotni w uzyskane zasiłku (który często ewidentnie im się nie należy)! Moim zdaniem wystarczyłoby 10% tego, żeby znaleźć pracę, ale co ja tam wiem....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Rafal:
      spokojnie, prace niewykwalifikowana fizyczna sie da znalezc, ale czy mozna sie z takiej pracy utrzymac? Ja na przyklad mialam pierwsza pensje (no troche lat temu ale relacje cenowe jesli chodzi o proporcje niewiele sie zmienily do dzis) 900PLN - praca na pelen etat, na umowe o dzielo, a potem w ogole bez umowy. Zakres moich obowiazkow byl imponujacy, bo obejmowal: rozmowy z klientami, techniczny support, wystawianie faktur, robienie kawki, sprzatanie, bieganie do sklepu po brakujace materialy oraz administrowanie serwerem i kontami klientow.
      Luzik. Ino wynajem mieszkania w Wawie (i to w dzielnicy tak syfiatej ze lepiej bylo nie wracac po zmroku) kosztowal.... 700PLN (i to do spolki kawalerka z kims!!!)

      Zyc nie umierac. Jak sie po pol roku upomnialam o jakas podwyzke i umowe (gdzie tam na etat, jakakolwiek) to mi wlasciciel powiedial ze jak sie nie podoba to tam sa drzwi.

      Druga prace mialam juz zalatwiana po znajomosci i dostalam oszalamiajaca pensje 1500PLN. Oczywiscie tez na jakies umowy o dziela i tez robilam wszystko, wlacznie z tym co do moich obowiazkow nie nalezalo. Awansowlam tylko tytularnie, za tym nie szla zadna podwyzka. Po ladnych paru latach takiej szarpaniny wynioslam sie z Polski i na zdrowie to mi wyszlo. Z tego co slysze od znajomych, niewiele sie zmienilo.

      Z doswiadczenia wiem, ze prace dorywcze niewykwalifikowane to owszem jakis tam grosz, potrzebny do zwiazania konca z koncem przyniosa, ale po takim "doswiadczeniu" w CV mozna juz liczyc tylko na prace kasjerki czy sprzataczki do konca zycia.

      I o moj boze jakie to dziwne, ze mlodzi ludzie wola spieprzac z tego kraju w tempie przyspieszonym niz zaczynac taka "kariere" z tak wielkimi perspektywami na przyszlosc... ta....

      Bedac na studiach musialam sobie dorabiac, zeby przezyc. Jedyne dostepne prace to byly wlasnie sprzataczki, barmanki, akwizycja, sprzedaz obnosna etc. Gdyby szanowny RO mowi prawde, to po takim "doswiadczeniu" w "pracy" przez ponad 7 lat pracodawcy by mnie rozrywali!

      Jedyna zas ich reakcja byla pogarda i komentarz "haha co lepszej pracy nie mozna bylo znalezc"?
      Takiej buty, pogardy i brau szacunku do pracownika jak w Polsce to w zadnym kraju nie widzialam, a jak narazie moge sobie porownac to z USA, Australia i Argentyna. Gdzie niby ci mlodzi ludzie maja sie nauczyc szacunku do siebie, innych i pracy, skoro wszedzie dookola widza co innego?

      Usuń
  7. Bla Bla Bla.
    Juz kiedys pisalam i powtorze: moj brat z 25 letnim doswiadczeniem, licencja i wszystkimi papierami elektryka od okablowania budynkow (i nie tylko) nie mogl znalezc pracy w Polsce przez rok po tym, jak zbankrutowala firma (calkiem duza) w ktorej pracowal.
    Owszem, mial takie "fuchy" - co prawda nie sprzatanie czy bawienie dziecka - ale rodziny sie z tego nijak nie dalo utrzymac (no niestety pecha ma bo 25 lat dawno skonczyl i jeszcze mu sie dziecko urodzilo...)

    Prace WRESZCIE znalazl po tym roku... w Liverpool w GB. Placa mu znacznie wiecej, niz placili w PL i zeby bylo smiesznie pracuje dla polskiej firmy.

    No. Ale wiadomo, len, obibok, studia humanistyczne skonczyl i nie chcialo mu sie stac na kasie. Bo praca w Polsce jest, i dobrobyt tez.

    OdpowiedzUsuń
  8. Odnosnie jeszcze studiow nie-humanistycznych. Opadlo mi wszystko, jak jeden znajomy "polski przedsiebiorca" powiedzial, ze jego nie interesuje jakie ja mam doswiadczenie, studia, dyplomy, ale on BABY na stanowisku inzyniera nie zatrudni.
    I nie on jeden.

    No i pozamiatane. Moja wielka wina jest, ze nie urodzilam sie facetem. Gdybym sie urodzila, to moze w Polsce bylaby szansa na jakas niezle platna prace, a nie jakies tam kasjerki, opiekunki do dziecka czy sprzataczki za minimalna krajowa.
    Z takiej pensji to fiu-fiu juz w wieku 50 lat mozna zakladac rodzine i stac bedzie czlowieka na dziecko, a w wieku 70-ciu moze sie i mieszkania dorobi :)

    OdpowiedzUsuń
  9. No i jakie perspektywy awansu.... po 3 latach bycia sprzataczka zostaje sie kasjerka, a potem starsza kasjerka z mozliwoscia wychodzenia na siusiu juz co dwie godziny!!!! LAL!!!

    OdpowiedzUsuń
  10. Oj futrzak dobrze prawi, a że akurat w TESCO pracowałem to wiem od środka jakie tam są jaja, w moim przypadku to przechodzi, moi rodzice (że tak to ujmę: na tle otaczających mnie rodzin moich znajomych czy bliskich) są zamożni. Mam gdzie spać i to nie jedno miejsce, mam co jeść, i mam w co się ubrać. A nawet i atrakcje mam. A i jak chce się rozwijać czyli kursy, szkolenia, zdobywanie uprawnień to moi rodzice bez wahania w to inwestują bo widzą w tym sens. To że tak trafiłem to tylko moje szczęście i nie chciałbym żeby ktoś mnie nazwał pasożytem. Mają nie jednego i jak to mówią póki są to lepiej żebym korzystał. Wracając do tematu taka praca jest dla mnie ok: wydatki żadne, co zarobię to mogę przeznaczyć a rozwijanie swoich zainteresowań i oszczędzanie. Ale na prawdę:

    NIE WYOBRAŻAM SOBIE ZAŁOŻENIA RODZINY PRZY TAKICH ZAROBKACH BEZ WSPARCIA RODZINY I MAJĄTKU JAKIM DYSPONUJĄ

    Do tego na prawdę potrzebna jest konkretna praca z konkretnym dochodem bo inaczej to jest ciułanie w wyścigu szczurów do (dobro)bytu będąc zaledwie myszką.

    OdpowiedzUsuń