wtorek, 11 grudnia 2012

Dlaczego nie jadam w restauracjach (a właściwie jadam jak najrzadziej).

Witam, korzystając z nowego formatu bloga, a mianowicie zawijania tekstu mogę napisać jedną, dwie rzeczy, których nie miałem śmiałości napisać w ostatnim poście na ten temat Jedzenie w restauracjach - czego nie zamawiać.

Osoby wrażliwe, które mogą się czuć obrzydzone detalami, proszę o nie klikanie napisu, "czytaj więcej" a jeśli jakimś cudem otworzyły cały post, można w tej chwili zrezygnować - nie chcę nikomu psuć dnia...



Z branżą gastronomiczną mam generalnie zawsze duży kontakt, większy niż bym chciał czasami, w kręgu bliższych i dalszych znajomych mam zawsze ludzi związanych z gastronomią, nawet jeśli grona znajomych się powoli zmieniają, czasem wraz z miejscem zamieszkania, zawsze jakoś jestem blisko tej branży - czasem prywatnie, czasem zawodowo. Nie zabiegam o to, ale jakiś taki mój los, dziwne, swoja drogą.

Siłą rzeczy wiem więcej, niż powinien wiedzieć przeciętny klient. Ta wiedza jest dobra - pozwala mi dobrać lepsze produkty albo lepsze miejsca, gdzie można się stołować bezpiecznie, na ogół jednak sprawia, że restauracji jeśli mogę unikam.

Będąc gdzieś na wyjeździe, np. turystycznym znacznie lepiej odwiedzić sklep spożywczy, kupić przysłowiową bułkę z bananem i zamelinować się na jakieś ławeczce popijając kawę z termosu, niż zaliczyć obiad w nieznanej restauracji, Takie jest moje zdanie...

Tak czy inaczej z polecanego postu zacytuję jeden akapit... przykazanie klienta restauracji:

NIGDY, ale to nigdy nie narzekamy, nigdy nie składamy reklamacji. Jeśli jest coś ewidentnie nie tak, odkładamy potrawę, płacimy, dziękujemy, wychodzimy - zdziwienie załatwiamy komentarzem, że "nagle źle się poczuliśmy". Odmienne postępowanie w końcu kończy się bardzo źle (czasem bez wiedzy klienta).

OK. Czas na coś obrzydliwego:

Ostatnio załatwiając sprawę zawodową w jednym z lokali i przy okazji stołując się "z widokiem na zaplecze" zobaczyłem jak szef zaczął kichać i soczyście parsknął smarkami na całą paletę pierogów, kucharka zrobiła och i ach, ale szef stwierdził, że spokojnie... przecież się zagotuje. Konsternacja nastąpiła kiedy szef zorientował się, że nie są sami...

Praktykowała u mnie dziewczyna, która rok wcześniej, w ramach pracy wakacyjnej pracowała w obwoźnej gastronomii, szef popił i pewnego razu zapomniał schować na noc rusztu z kebabem do lodówki (w środku takiego bloku mięsa jest surowe mięso), smród rano był nie do zniesienia... zostało to przesmażone i podane  z podwójnym sosem czosnkowym w okolicach jednego z lokalnych jarmarków, feralną porcję dostawali ludzie ewidentnie podchmieleni...

Mało? W pewnej wielkopolskiej restauracji klient zaczął narzekać na niedosmażony stek, kelner powiedział, że owszem dosmażą.... zabrali danie z powrotem... dosmażyli, ale przedtem poddali stek specyficznej obróbce... nie wiem czy wiecie, ale w Wielkopolsce generalnie bardzo popularne są toalety z tzw... półką...


Uff... idę się przejść... w tym momencie mi samemu zrobiło się niesmacznie :>

3 komentarze:

  1. Z tego samego powodu unikam restauracji. Tym bardziej, że przed laty miałem okazję trochę popracować na zapleczu w pewnej popularnej wśród inteligencji warszawskiej restauracji na Cz., koło sejmu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no to sam wiesz, ja naokoło politylki (także sejmu) byłem nieco w innej roli, ale dziękuję...

      na wyjeździe wolę małyszowską bułkę z bananem...

      mimo, że do osób ubogich się nie zaliczam :)

      chyba... :)

      Usuń
  2. Ta wielkopolska półka powaliła mnie na łopatki!
    Dzięki za ostrzeżenie:)))
    Swoją drogą, ja też wolę opcję sklep spożyczywczy + własna kawa z termosu niż jedzenie w knajpie.

    OdpowiedzUsuń