niedziela, 31 marca 2013

Jak oszczędzić na budowie domu

Dziś gościnnie wypowiada się u mnie Pyzolinda. Zapraszam.


Na razie jeszcze nie mam fotki z omawianej budowy, jednakże aby wypełnić lukę w miniaturkach w waszych blogrollach wklejam fotkę gremlina, który mi się właśnie kręci pod nogami, w chwili gdy edytuje dla Was post Pyzolindy.

Lecimy z tematem:

Napisano na ten temat tysiące artykułów. Zapytana, czasami odpowiadam, że oszczędzić na budowie można w jedyny słuszny sposób – oszczędzając własne nerwy.

Chodzi o to, aby w miarę upływu czasu, historia obyczajowa pt: „budowa domu” nie zamieniła się w horror pt: „jak się wykończyłem”finansowo i psychicznie”. Aby po wybudowaniu wymarzonego domu, chciało nam się w nim jeszcze mieszkać.

Jak to zrobić. Otóż w bardzo prosty sposób. Należy tę samą miarą przykładać do własnych jak i do cudzych poczynań, szanować drugiego człowieka i jego poglądy na równi z własnymi. Nie kręcić, nie kłamać, nie kombinować.
Do opowieści celowo nie daję komentarza. Niech każdy ją zinterpretuje wedle własnego uznania.


Na sąsiedniej działce w 2009r ruszyła budowa domu. Facet w wieku 50 lat. Starą żonę właśnie zamienił na nowy model. Budowali wspólne gniazdko.

Widywałam go już wcześniej. Zatrzymywał się obok mojego domu o różnych porach dnia i nocy i godzinami siedział w samochodzie. Jak tylko się pojawiałam, uciekał jak złodziej. Było to o tyle dziwne, że ludzie na wsi są bardzo grzeczni. Nikt nie przejdzie obok, nie powiedziawszy dzień dobry. Nawet poszukiwacze działek kłaniają się uprzejmie, wyjawiając cel swojej wizyty.

Byłam zaniepokojona, bo akurat we wsi zdarzyła się seria włamań. Ludzie opowiadali o facecie w maluchu, który też stał tu i ówdzie. Napadłam więc kiedyś gościa, zadając mu pytanie czego szuka. Ponieważ nawet w takiej sytuacji nie był skory do zwierzeń, postraszyłam go policją. I wtedy wskazał działkę, którą rzekomo ma kupić, żeby zbudować dom. Była to działka rolna. Jedyna działka budowlana w okolicy graniczyła z moją posesją, ale tej akurat nie wskazał.

O tę działkę byłam spokojna, przez nią przechodziła bowiem droga do pola pana K. Wychodziłam z założenia, że przy tej podaży gruntów na sprzedaż, musiałby się trafić jakiś wariat, żeby kupować 8-arową działkę z drogą konieczną. Nie będę ukrywać, że w ogóle niechętnym okiem patrzyłam na potencjalnych kupców. Teren jest trudny do budowy, nie dla każdego. To sprzyja konfliktom.

Sąsiada ponownie spotkałam po sześciu miesiącach. Nie omieszkał mi się pochwalić, że właśnie kupił działkę. A którą pytam. A tę graniczącą z pani posesją. Zamurowało mnie. Jak to pan kupił, przecież tam jest droga dojazdowa do pola pana K. Udawał, że nie wiedział.
Szybko rozpoczął budowę domu. Tam gdzie my ledwo wjeżdżaliśmy samochodem osobowym wjechał spychaczem, poszerzając drogę kosztem prywatnych gruntów. Panu K. zawalił się płot. Swoją działkę splantował tak, że moje ogrodzenie znalazło się nagle na skarpie 3 m nad ziemią. Na koniec wybudował betonową bramę i zagrodził panu K. dostęp do pola.

Zaczęła się wojna. Wydawało się, że będą ofiary. Pan K. zaangażował do walki całą rodzinę. Trzy sprawy : o ochronę posiadania, o drogę konieczną, o wybudowanie domu niezgodnie z pozwoleniem. Wszelkiego rodzaju komisje mijały się ze sobą. Wywalczył nakaz rozebrania bramy i doprowadzenia terenu do pierwotnego stanu. Sprawa oparła się o sąd najwyższy. Adwokaci obu stron zacierali ręce.

A sąsiad budował w najlepsze. Przekopał pole nad posesją pana K, kopiąc rów pod rurę gazową. Panu K uciekła woda ze studni. Zalał w zimie okolicę wodą, że nasiąkła jak gąbka. Nie przyszło mu po prostu do głowy, że zamarznięta woda rozsadzi rurę.

Wybudował szambo i zbiornik na wodę opadową tuż przy granicy działki. Sąsiadowi graniczącemu z nim z drugiej strony zzieleniała ściana domu i pojawiła się woda w piwnicy. Ostatnio posadził przy granicy działki drzewa. Wszystkie moje iglaki za chwilę diabli wezmą.

W 2010 r urwałam rurę wydechową w aucie, w 2011 wypadła mi dziura w zbiorniku na paliwo.

Wymusiliśmy na nim sfinansowanie kosztów naprawy samochodu, przesunięcie szamba, naprawę drogi. Na razie tyle i aż tyle. Ale to nie koniec wojny.

Czy facet jest szczęśliwy. Nie wiem, ze mną na ten temat nie rozmawia. Ale do kogoś się ponoć wypowiadał, że gdyby wiedział co go spotka, to nigdy domu w tej okolicy by nie budował.


Dziękuję Pyzolindzie za poruszenie ciekawego tematu. 

Ponieważ nawet kilka razy w tygodniu jestem pytany o fakt posiadania przeze mnie wielu blogów i moje wizje dalszego blogowania, zapraszam ciekawskich do artykułu:

Parę słów o koncepcji autora na blogowanie. Blog minimalisty, czy supermarket tematów?

sobota, 30 marca 2013

Kody rabatowe. Nowa moda na oszczędzanie?


W czasie radosnego surfowania po sieci, moja uwagę zwróciło nowe zjawisko (a może wcale nie takie nowe). Polowanie na okazje zakupowe w sklepach online. Wiadomo, nikt z nas nie lubi wydawać więcej niż musi, ale przeglądając fora dyskusyjne odniosłem wrażenie, że dla niektórych osób stało się to już prawdziwym hobby lub sportem. Użytkownicy różnych serwisów chwalą się między sobą, co i gdzie udało im się okazyjnie kupić i kto zapłacił najmniej.
Wyprzedaże i promocje w tradycyjnych sklepach weszły już na stałe w polski krajobraz. Podobnie jak korzystanie z kart stałego klienta czy zbieranie punktów lojalnościowych (np. w czasie tankowania samochodu). Zakupy online rządzą się trochę innymi prawami. Niektóre sklepy czy marki ogłaszają promocje wyłącznie w sieci (wiadomo, niższe koszty działania). Czasami wyprzedaże pojawiają się tylko na kilka godzin, inne dotyczą wybranej grupy produktów, jeszcze inne wiążą się z otrzymywaniem dodatkowych gratisów do zakupów. Jeśli szukamy konkretnej rzeczy- sprawa jest prosta. Wchodzimy na stronę interesującej nas marki i klikamy w zakładkę promocje. Gorzej, gdy podobnie jak część Internautów (a często Internautek) szukamy okazji dla okazji. Czyli nie do końca wiemy, co chcemy kupić siadając do komputera. Wtedy na przeglądanie oferty wszystkich e-sklepów potrzebowalibyśmy długich godzin. Alternatywą jest śledzenie dyskusji na forach albo przeglądanie portali wyspecjalizowanych w ofertach rabatowych. Jest ich kilka w polskiej sieci, ostatnio pojawił się nowy: http://www.tanio.co/
Na jego przykładzie postanowiłem ocenić ten mechanizm szukania promocji:
  1. Wygodnie- zdecydowanie preferuje klikanie i szukanie na ekranie ponad fizyczne wyprawy do centrum handlowego i przebieranie w koszach z odzieżą. No i brak kolejek, które w okresach wyprzedaży sięgają w sklepie niekiedy drzwi wejściowych.
  2. Prosto- okazuje się, że na wyżej wymienionym portalu nie trzeba nawet zakładać swojego konta. Nie ma rejestracji czy konieczności podawania adresu email, który później zasypywany jest ofertami handlowymi. Tutaj wystarczy wejść na stronę www i można korzystać ze specjalnych ofert.
  3. Różne marki- przeglądając zawartość kodów rabatowych i promocji trafiłem na wiele znanych marek. C&A, H&M, Merlin, empik, Smyk, Douglas i wiele innych. Są też oczywiście ofert mniej znanych e-sklepów, ale doszedłem do wniosku, że kupować taniej można nie tylko produkty z nieznanych źródeł.
  4. Oferta- szeroka. Kilkanaście kategorii produktów, rabaty i promocje w sumie z ponad pół tysiąca sklepów. Kupować ze zniżką możemy odzież kosmetyki, książki, ale nawet meble czy wakacje zagraniczne.
Podsumowując- nie wiem czy dostępność kodów rabatowych zrobi ze mnie „łowcę okazji”, który spędza codziennie czas na poszukiwaniu super ofert. Ale jeśli będę miał w planach jakiś konkretny zakup, pewnie sprawdzę najpierw, czy aktualnie nie można go zrobić z wykorzystaniem „magicznego kodu”.

Manhattan, Nowy York, "oszczędzanie" przestrzeni.

Manhattan-serce Nowego Yorku- kojarzy się nam przede wszystkim z ekskluzywną dzielnicą, naszpikowaną wysokimi wieżowcami. Tymczasem w jej zachodniej części znajduje się High Line-relikt rewolucji przemysłowej, zbudowana w 1847 roku linia kolejowa, która miała umożliwić swobodny dopływ towarów do rozwijającego się dynamicznie miasta. Szybko okazało się, że biegnąca przez ruchliwe miejsca kolej powoduje masowe wypadki. Z tego względu, w latach 30-tych XX wieku, zbudowano dla kolei estakadę, która prowadziła bezpośrednio do magazynów i fabryk. 


Po II wojnie światowej, kiedy stopniowo dostawy towarów opanował transport kołowy, linia podupadła, teren zaczął zarastać i niszczeć. Stał się też siedliskiem patologii społecznych.

High Line została częściowo rozebrana, ale znalazła się grupa pasjonatów, która chciała zachować dziedzictwo tego miejsca, sięgające XIX wieku. Konkurs na rewitalizację okazał się sukcesem. Władze miasta wykupiły teren i zrealizowały jedną z architektonicznych wizji.

Estakada, po której jeździły pociągi z towarami, stała się teraz zieloną promenadą oddaną do użytku w czerwcu 2003 roku. Można z niej podziwiać krajobraz Manhattanu. Podczas prac remontowych rozmontowano tory, oczyszczono je i położono na swoje miejsce. Wszędzie wkomponowano rozmaitą roślinność. Inwestorzy masowo zaczęli wykupywać magazyny czyniąc z nich ekskluzywne apartamentowce.

Dziś High Line jest wspólną publiczną przestrzenią, długości prawie 2,5 km, która przyciąga nie tylko mieszkańców miasta, ale stanowi turystyczną atrakcję Nowego Yorku.


P.S. Zapraszam do lektury:

Walkie talkie PMR - kilka faktów o tych popularnych krótkofalówkach.


Autorką artykułu o High Line jest Aneta Tyl.

piątek, 29 marca 2013

Lans na Racjonalnym Oszczędzaniu!

Myślałem o tym, jak zgodnie z sugestią tych i innych osób zrobić na blogu lans. Moją uwagę przykuły zdjęcia w lustrze, które ludzie lubią sobie robić sami i wrzucać na fejsie.


Znalazłem także taką fotkę mej nieskromnej osoby i dodałem sobie jako awatar na blogach.

W ramach lansu ogólnoblogowego polecam wam świetny artykuł pewnej koleżanki:

 

Minimalizm w szafie dziecięcej


A dla anglojęzycznych (lub odpornych na śmiesznoty produkowane przez translator Google):

 

Key factor disturbing effective functioning of a barter system

 

Drugi odcinek nagrania audio - wymiana barterowa a zarobki lekarzy, prawników, itp.

Dziś post w formie nagrania audio. Coś o skutecznej wymianie sąsiedzkiej (systemie barterowym).


Nawiązanie do tego do się dzieje na wersji angielskiej bloga Racjonalne Oszczędzanie, czyli http://cleversaving.blogspot.com/

Zapraszam do wysłuchania TUTAJ: http://w149.wrzuta.pl/audio/7unpc0xWGnj/glos-0002

Wcześniejsze materiały:

Jak stworzyć realne pieniądze z niczego - prosty system LETS / Time Dollars.

oraz:

Kreacja własnego pieniądza "z niczego". Prawidłowa waluta barterowa.


Raport spalania - Ford Focus 1.6 tdci 2006 - zużycie paliwa na zimowych oponach.

Klasykiem na blogu są już moje regularne raporty z jazdy przez cały kraj. Pod koniec dzisiejszego, jakże męczącego dnia skupię się na zużyciu paliwa mojego samochodu a jest to Ford Focus 1.6 tdci 90km z 2006 roku.

Do momentu pomiaru, oraz tankowania do pełna, przebyłem około 400km. (Cała trasa zajęła więcej).

Przypomnijmy, dziś był piękny wiosenny dzień... ekhmm... z połaciami śniegu na polach naokoło i zaszronioną, ale relatywnie suchą nawierzchnią. Zimowe opony. Samochód dosyć obciążony, jednak z pewnych powodów stosowana tzw. eko-jazda. Średnia spalania na tej trasie to 5 litrów ON.

Dlaczego eko-jazda? Przez większość trasy jechaliśmy przepisowo, ok. 90km/h. Brak częstego wyprzedzania, korków oraz duża płynność jazdy. Kilkadziesiąt ostatnich kilometrów do pomiaru przebyliśmy autostradą z prędkością do 140km/h. Generalnie cały przekrój warunków.

Post publikuję z nadzieją, że będzie dla kogoś przydatny. Moje raporty zawsze budzą dużą uwagę.

Pozdrawiam mobile! Szerokości...Przyczepności!

wtorek, 26 marca 2013

Kozie mleko w supermarketach. Kozie mleko w proszku - cena.

Zapewne dostanę ochrzan od znajomych autorów-hodowców i innych osiedleńców za kupowanie koziego mleka w supermarkecie, ale:

- jestem mieszczuchem i trochę cenię sobie wygodę... tak to prawda
- mam mało czasu, aby pojechać po takie mleko gdzieś na wieś (a koszt paliwa?), z resztą w moich stronach (tych najbliższych) mało co się hoduję, a większość "prawdziwych" wieśniaków oraz neo-wieśniaków pracuje w KGHM
- potrzebuję mleka głównie jako dodatek, bazę do potraw (preferencje rodzinne)
-mleko to jest pite w mojej rodzinie z powodów zdrowotnych

Zdjęcie pochodzi z bloga http://kresowazagroda.blogspot.com/ 
(Polecam odwiedzić!)

Jestem skazany zatem na mleko w kartonikach - najpopularniejsze mleko UHT 0,5l kosztuje w większości miejsc około 4,50 a widziałem ceny dochodzące do 4,60+. Przy kupnie litrowego kartonu oszczędza się nawet do. 1 zł (ale to mleko jest zwykle potrzebne u nas w mniejszych ilościach na raz, więc mały kartonik jest w sam raz).

Tutaj jednak niespodzianka - supermarket, który ma opinię drogiego i snobistycznego, czyli Piotr i Paweł sprzedaje to mleko za 3,89 zł, czyli po ludzku 3,90. Średnio 50gr taniej niż reszta!


Ciekawym i wygodnym dla mnie rozwiązaniem jest dla mnie mleko kozie w proszku - koszt takiego mleka w supermarkecie Kaufland (w innych lokalnie nie widziałem) to 13,99 czyli 14 zł za 200g, przy cenach dochodzących w Polsce do 16,50zł. Jest to dobra i wygodna opcja gdy odrobina mleka jest potrzebna do gofrów/naleśników i w ostatecznym rozrachunku całkiem ekonomiczna.

Uwaga! Niedawno natknąłem się na promocję w Kauflandzie, w której za to mleko zapłaciłem ok. 9 zł za puszkę! Wziąłem od razu kilkanaście pudełek - tyle ile tylko było miejsca w szafie!

A jeśli ktoś jeszcze nie próbował koziego mleka? Hmm... jest dość specyficzne z mocnym migdałowym, ale nie słodkim posmakiem - to jest kwestia smaku - tak jak jeden lubi oliwki, a drugi ich nienawidzi.

P.S. Kilka słów od hodowczyni kóz:

U mnie świeże mleko kozie kosztuje 5 złotych za litr. Odbierane osobiście, albo z niewielkim okazjonalnym dowozem. W praktyce mało kto chce kupować kozie mleko na wsi, bo wszyscy - jeśli już - kupują krowie, bo tańsze (w granicach 2 złotych za litr u rolnika). Ale w czasie wakacji zdarzają się chętni na to turyści bądź letnicy z dziećmi. Polecam więc też ten sposób, w trakcie urlopu poszukać w okolicy, gdzie wypoczywamy jakiegoś koziarza i spróbować smaku świeżego.
A jest nieporównywalne do sklepowego. Świeże nie ma żadnego smaku migdałów (rzadki kozi posmaczek zdarza się na wiosnę lub w okolicach rui, gdy w stadzie wita cap i kozy są nim zainteresowane), w ogóle nie ma żadnego odoru, co na przykład prawie zawsze posiada świeże mleko krowie (ten krowi posmak jest technologicznie usuwany w procesach pasteryzacji i chemizacji, czyli zabijania żywego mleka, z kozim chyba jest na odwrót - pasteryzacja uwydatnia smaki w nim zawarte)! Wszyscy, którzy odważą się spróbować świeżego żywego mleka od kozy w moim gospodarstwie są naprawdę szczerze zdumieni, że "nic nie czuć" i że takie dobre.
Przesyłka kozich serów i twarogów jest jak najbardziej realna i w sumie najwygodniejsza.
Pozdrawiam, Ewa S.


P.S. Drogi Czytelniku, Droga Czytelniczko!!! Tak... to prośba dokładnie do Ciebie... jeśli spodobał Ci się mój wpis i dostarczył cennych informacji - polub profil mojej strony na Facebooku!!!  https://www.facebook.com/RacjonalneOszczedzanie

Na pewno zyskasz dzięki temu więcej wartościowych informacji, które pozwolą oszczędzić Ci kłopotów i pieniędzy!

Supermarket TESCO - moja opinia.

Jakiś czas temu omawialiśmy Biedronkę, jako miejsce zakupowe kojarzone dawniej z biedą, obecnie całkiem akceptowalną sieć, zwłaszcza w przypadku nowych punktów - teraz zajmę się TESCO, jako jednym z większych supermarketów w mojej okolicy.



W Tesco robię zakupy bardzo często i napiszę o pozytywach i negatywach tej sieci.

1. Ceny. Tesco już nie należy do tanich sieci, ceny nie powalają z nóg, co więcej zauważyłem niektóre produkty drożej niż u konkurencji. Ponieważ lubię regionalne i importowane piwa, idąc na te zakupy do Tesco muszę pogodzić się z myślą, że kupię drożej. Przykład - Lwówek Śląski w galerii alkoholi kosztuje ok 3,29 zł + kaucja zwrotna 50gr. To samo piwo w Tesco to 3,99 bez opcji zwrotu butelki.

2. Produkty - przeciętny, akceptowalny asortyment, ale bez rewelacji i wodotrysków. Generalnie nie można narzekać na wybór.

3. Marka własna Tesco to strategia średniej jakości w średnich, czasem niższych cenach. Dosyć dobra dla oszczędności. Tu nie narzekam. Kupuję na przykład płyn po goleniu Tesco za 3,99 i jestem zadowolony z jakości i zapachu.

4. Marka własna ubraniowa Cherokee czasem F&F jest całkiem akceptowalna cenowo, niektóre ciuchy z tej serii okazały się słabe, ale na ogół jestem zadowolony z jakości. Można na szybko coś kupić w razie potrzeby, choć nie jest to coś, co łowczynie okazji lubią najbardziej. Nie te rewiry dla wytrawnych łowczyń marek i okazji.

5. Godziny otwarcia - jak dla mnie rewelacja - 24h w większych Tesco to ideał, ale UWAGA! bywają w niektórych punktach okresy od 30 minut do 1h resetowania/zliczania kas, gdzie co prawda możesz poszwędać się po supermarkecie, ale już nie możesz podejść do kas i zapłacić. Zazwyczaj w okolicach godz 24.00 - 1.00 w nocy.

6. Clubcard - program lojalnościowy jest dość wygodny - zamiast zbierania głupich punktów co jakiś czas przychodzi przesyłka z bonami pieniężnymi, ew. z bonami rabatowymi - wolę to zdecydowanie niż programy lojalnościowe innych sieci. Moja ocena tego programu: 5+

7. Paliwo z Tesco - w mojej okolicy o akceptowalnej jakości, tylko raz przez ok. 8 lat tankowania zdarzyła się jakaś słaba lura zamiast benzyny - przy tym na sąsiedniej stacji, która cieszy się ponoć jakością i żelaznymi procedurami co do bezpieczeństwa paliwa około 3-4 razy lali podrobioną benzynę. Na tym tle to paliwo zdaje egzamin. Zero problemów z ON z Tesco!

8. Automatyczna myjnia samochodów na parkingach Tesco - słabizna i drogo, nie polecam.

9. Infrastruktura, czystość, bezpieczeństwo - poziom dobry, nie ma co narzekać.

Podsumowując, według mnie jest to całkiem poprawna sieć handlowa - duże plusy za program lojalnościowy i tanie paliwo, z dodatkowymi rabatami (kupony -5gr za litr za zakupy pow. 100 zł).

A jakie jest wasze zdanie?

niedziela, 24 marca 2013

Zarabianie na blogu i sukces Racjonalnego Oszczędzania!

Ostatnio udało mi się z sukcesem przeprowadzić candy-rozdanie kart ICE i otrzymałem wiele ciepłych i pełnych waszego wsparcia maili z tej okazji, zwłaszcza, że w ostatnim okresie nie było mi łatwo z tym całym przedsięwzięciem.

Candy było planowane znacznie wcześniej - otrzymałem 30 wysokiej klasy "twardych" kart ratowniczych od sponsora, który życzy sobie pozostać anonimowy - jednak w międzyczasie w moim regionie bardzo głośna na forum ogólnopolskim akcja ratownicza (faktyczny dowódca tej akcji jest... tu także prośba o anonimowość... każdy już chce tylko odpocząć i odreagować...).


Normalnie jakiś kaprys losu.

Jednak takie akcje jak to rozdanie są możliwe dzięki sponsorom bloga Racjonalne Oszczędzanie takim jak kolega, który za realne pieniądze zamówił banner Wywiad z Milionerem widniejący nad tym postem.

Zapraszam serdecznie do zapoznania się z ofertą kolegi i subskrypcji - dzięki takim osobom jak on mały budżet Racjonalnego Oszczędzania jest domknięty i jestem w stanie choćby na koszt Racjonalnego Oszczędzania wykonać wysyłkę kart ratowniczych ICE dla Was.

Oczywiście pojawiły się w okolicach tej sprawy także negatywne głosy o "komercji". Jednak jeśli ktoś tak myśli to polecam sobie na dyngusa wyjść na zewnątrz i przyjąć wiadro zimnej wody na główkę. Może przyjdzie otrzeźwienie.

Pieniądze w mini-budżecie bloga są potrzebne, wysłanie choćby tych 30 kart nie jest darmowe, a ja nie mogę absolutnie poświęcić jednej złotówki z budżetu domowego na komputerowe hobby takie jak blogowanie, moja rodzina ma naprawdę ważniejsze potrzeby! Koniec i kropka, a kolejne durne spekulacje kasuję z miejsca i bez litości!


Druga sprawa!

Mimo iż o pewnych konfliktach pragnę zapomnieć, nadal zdarzają się hejterskie ataki. Te ataki kasuję z miejsca i bez litości. Pamiętacie, że w ostatnim konkursie na bloga roku, w drugiej części głosowania jako R-O zrezygnowałem z walki i poprosiłem społeczność R-O o oddanie głosu na, jak się okazało, zwycięski blog! Nigdy nie dam sobie wmówić, że R-O (z 600 tys. odsłon) to słaby blog, a jego społeczność, czyli Wy, to "tyle co nic".

Moim ogromnym błędem było pominięcie tego w podziękowaniach za złoto, koncentrując się na mojej ekipie z Lubina. Mea Culpa.

Dziękuję Wam zatem, czytelnicy, obserwatorzy, subskrybenci Racjonalnego Oszczędzania! Dziękuję społeczności, której ostatnio nie rozpieszczałem swoją porywczością i bezkompromisowością! Dziękuję wam za oddanie głosu na Korzystne Zakupy, które współtworzyłem oraz wygranie konkursu o bloga roku 2012! Ten sukces należy do was!


Golden Loch whisky (sieć Biedronka) - recenzja i opinie.

Od dawna chodziła mi po głowie jedna rzecz, jako dyżurny zakupowy bloger Najjaśniejszej IV RP nie zrecenzowałem jeszcze kultowego nektaru blogosfery, whisky Golden Loch zwanej w środowiskach koneserów także "Złotą Lochą".




Zapraszam na wpis przeniesiony na blog konsumencki:




Polecam także:

Whisky Grant's - recencja i opinie konsumentów.



sobota, 23 marca 2013

William Lawson's - recenzja whiskey oraz patent kosmetyczny.

Czytelnicy znają mnie z surowego podejścia do zagadnienia trunków, jednak tutaj nie będziemy zajmowali się moralnością, wszystko jest dla ludzi i z tym duchem publikuję recenzję whiskey w bardzo korzystnej cenie wraz z ciekawostka kosmetyczną.


W sieci Żabka pojawiła się w promocji butelka William Lawson's 0,7l za 29,99 zł, w ostatniej promocji natomiast za 32,99 zł. Analiza etykietki pokazała mi, że mamy do czynienie z produktem oryginalnym - brytyjskim - typowa blended whiskey ze średnio-niższej półki.

Nie jestem entuzjastą mocnych trunków, natomiast jest to niezaprzeczalny element naszej kultury, rzecz którą daje się w prezencie, w rewanżu za przysługę, w dowód szacunku... chciałem przetestować, czy darowując komuś trunek William Lawson's nie zrobię sobie obciachu.

Wynik jest pozytywny, dobrze wyważony moc, smak i aromat. Jak na whiskey tej klasy cenowej mamy to, czego można było się spodziewać. Aromat drzewny jest delikatny, natomiast możemy wyczuć raczej posmak palonego słodu i delikatna nutę karmelu. Spirytus użyty do produkcji jest jednak bardzo dobrej jakości i nie poniewiera na drugi dzień.

Ponieważ większość pań i tak używa tego typu trunku do robienia drinków, często z colą, w przypadku tej whiskey brak wysublimowanego aromatu nie jest żadną przeszkoda w zakupie. Spokojnie można spróbować i nawet postawić gościom na stół. W moim odczuciu trunek jest lepszy niż firmowa blended whiskey z Tesco, którą polecał mi jeden z komentatorów i którego małą ilość miałem okazje zdegustować.

Swoją drogą... zapraszam na test whisky Golden Loch - kliknij tutaj.


Jak można wykorzystać whiskey jako męski kosmetyk?

To jest patent, który dawno temu podpowiedział mi jeden z czytelników, a który miałem okazję dopiero teraz wykorzystać. Mianowicie używamy whiskey jako wody po goleniu! Zapach alkoholu szybko się ulatnia, a pozostaje aromat słodowo-drzewny, który niektóre Panie lubią.

Po zastosowaniu (i kilku chwilach na ulotnienie się alkoholu) dałem się powąchać mojej Kobiecie. "Delikatne, nie za mocne, nawet ładnie pachnie, co to za nowy zapach?" Nie jest to popularny zapach z Bi-es, ale jak najbardziej mi pasuje. Przelałem sobie nawet ok 100 ml do butelki po płynie do golenia i teraz będę używał jakiś czas. Oczywiście powrócę do zapachów świeżych i sportowych, ale jako miła odmiana od rutyny... czemu nie?


P.S. Drogi Czytelniku, Droga Czytelniczko!!! Tak... to prośba dokładnie do Ciebie... jeśli spodobał Ci się mój wpis i dostarczył cennych informacji - polub profil mojej strony na Facebooku!!!  https://www.facebook.com/RacjonalneOszczedzanie
Zobacz także nową wersję tego bloga pod nowym adresem: OSZCZEDZANIE.INFO.PL - na pewno zyskasz dzięki temu więcej wartościowych informacji! 



piątek, 22 marca 2013

Inwestycje dla każdego z nas

Wczoraj podjąłem temat inwestycji w srebrne monety. Dziś chcę napisać i podyskutować z wami o alternatywnych inwestycjach i mini inwestycjach na najbliższy czas. I nie tylko o inwestycjach finansowych.


W co inwestować alternatywnie?
1. Wczoraj napisałem, że warto inwestować w rzeczy, które są niedoceniane przez inwestorów, ale mają solidne podstawy jeśli chodzi o wartość. Jeden z komentujących inwestuje, delikatnie mówiąc, w użyźnianie swojej ziemi. Jeśli się nad tym zastanowić poważnie - to potencjalnie dobra inwestycja. A jakie są wasze pomysły?

2. Pisałem o przydatnych w razie kryzysu umiejętnościach i wiedzy - rozszerzmy tą myśl:
Czy umiesz np. naprawić elektrykę, hydraulikę, majsterkować? Ile teraz kosztuje usługa elektryka czy hydraulika w razie problemów? Czy umiesz naprawić pewne rzeczy w samochodzie? Ile te rzeczy kosztują u mechanika?

3. Myślę, że warto inwestować w sprzęt i materiał, tj. dobre i niezawodne narzędzia do pracy, majsterkowania, drobnych napraw, itp. A może we własny garaż - warsztat? Wraz z umiejętnościami może to się okazać przydatne w przyszłości - a teraz stanowić twoje hobby i odskocznię od spraw codziennych, nawet jeśli żadnego kryzysu nie będzie. Czy nie miło by było, z tego "mini inwestowania" mieć radość tu i teraz?

4. Zapytałem czy umiecie ugotować flaki, grochówkę, dobry bigos? Nie każdy te potrawy musi lubić, więc zapytam - czy umiecie zrobić pizzę? To tylko przykłady - te pożywne potrawy mają wspólną cechę - surowce do ich produkcji są bardzo tanie - finalny produkt jedzony w barze czy restauracji jest bardzo drogi. Czy w razie kryzysu będziesz w stanie tanio i dobrze wyżywić siebie i rodzinę?

Punkty 2, 3, 4 - to właściwie jedna myśl: Czy jeśli kryzys pogłębi się jeszcze bardziej to czy bardziej będą potrzebne dajmy na to twoje zdolności humanistyczne i mgr przed nazwiskiem - czy umiejętność naprawy sprzętu i inne zdolności praktyczne?

5. Polecałem inwestycje w solidny, wydajny i energooszczędny sprzęt domowy. Cu to jeszcze mam dodać - faktycznie rzecz biorąc jest to temat dominujący na tym blogu - odsyłam zatem do archiwum postów po prawej stronie. Taka inwestycja przynosi pozytywny przepływ finansowy - tu i teraz, na miejscu.

6. Warto inwestować w siebie, w zdrowie własne i rodziny. A więc w profilaktykę medyczną, dentystyczną, itp. W spędzanie wolnego czasu z rodziną w zdrowym otoczeniu, w czystym powietrzu - niekoniecznie chodzi o drogie wczasy zagraniczne (często bardziej męczą niż pozwalają odpocząć, ja po każdej wielkiej podróży jestem jakiś zamotany) - ale choćby wypad na jakieś niedalekie jeziora, góry, morze, wieś - wypad pełen aktywnego wysiłku fizycznego i psychicznej odskoczni.

Ogólnie inwestycja w zdrowie i własne samopoczucie wydaje mi się kluczowa.

Ciąg dalszy nastąpi.... tak przynajmniej myślę :)

Pozbywanie się zbędnych rzeczy - sprzedaż siłowni - nieuleczalna choroba: syndrom SKS.

Wczoraj sprzedałem większość ciężkiego sprzętu z mojej prywatnej siłowni domowej. Faktycznie można powiedzieć, że zlikwidowałem swoją siłownię, pozostały mi małe hantle, ekspandery, akcesoria, generalnie rzeczy lekkie które można zapakować w jedną walizkę w razie ew. przeprowadzki.

Zwolniło się także trochę miejsca w schowkach, jestem mile zaskoczony jak wiele.

Co więcej - sprzedałem to w dość dobrej cenie. Z uwagi na to, że kiedy kupowałem żeliwne obciążania cena kruszców i metali była bardzo niska, a teraz jest dość wysoka - mimo oczywistej straty na sprzedaży rzeczy używanych - całość sprzedałem w cenie niewiele niższej od ceny zakupu.

Z tego jestem zadowolony.


Porozmawiajmy teraz o nieuleczalnej chorobie, mianowicie SKS.



Przychodzi Admin R-O do lekarza i mówi:

Admin: - Panie doktorze, mam problemy z treningiem. Strasznie ostatnio spadła mi kondycja. Poza tym boli mnie tutaj i tutaj. Jak wstaje rano - to tutaj. Mam problem ze stawem w nadgarstku i kontuzja kolana nie chce się zaleczyć. To te badania, co Doktor zlecił, proszę...

Doktor: - No dobrze, zerknijmy na Pańskie wyniki.... tak.... hm.... tak.... aha...

A: - I jak Panie doktorze?

D: - Chwila cierpliwości.... no niestety proszę Pana... mam złe wieści.... to jest syndrom SKS.


A: - O.... Matko.... tak podejrzewałem, że coś nie tak... a co to jest ten SKS?

D: - Starość... Kurna... Starość!

czwartek, 21 marca 2013

Leki homeopatyczne - drogie placebo.

Jestem wrogiem homeopatii i leków homeopatycznych. To jest oszustwo, jedne z największych oszustw korporacji farmaceutycznych kierowanych cyniczną rządzą zysku, to jest drogie placebo dla nieświadomych pacjentów.

To jest także oręże w rekach nieetycznych lekarzy przeciwko pacjentom**.

Oszczędna i świadoma gospodyni NIE używa i nie kupuje leków homeopatycznych dla swojej rodziny.

Homeopatia to szczególne połączenie zabobonu, okultyzmu oraz efektu placebo. *Każdy lek homeopatyczny to po prostu albo czysta sól fizjologiczna, albo woda z cukrem, lub granulki z substancji czynnej (glukoza)!!!


Mówisz Adminie bzdury! Dałam swojemu dziecku homeopatyczne kropelki na kaszel i pomogło!

Dałaś dziecku placebo - i dałaś placebo sama sobie. Uspokoiłaś swoje nerwy, bo przecież potraktowałaś dziecko drogim zagranicznym syropem za 19,99 - zatem jesteś dobrą matką, nieprawdaż. Zapewne przytuliłaś dziecko, które się uspokoiło, sama przestałaś się motać (to pewnie pierwsze dziecko, no nie? aaa...) i dziecko poczuło Twój spokój, kaszel ustał.

Dobrze, dobrze moja droga! Ale skoro już znasz prawdę - myślę, że następnym razem po prostu obierzesz i pokroisz cebulę, zasypiesz cukrem i dasz dzieciakowi... jak twoja Matka, Babka, Prababka... kiedyś działała cebula i czosnek z ogródka, dziś będzie też działać.

No a że cebula i czosnek śmierdzi, ba!


*Metody homeopatii są powszechnie krytykowane przez medycynę za brak skuteczności. Uważa się, że preparaty homeopatyczne nie powinny wywoływać istotnych negatywnych skutków dla organizmu pacjenta; prawdopodobnie z tego powodu są one regularnie przepisywane w niektórych regionach świata. Krytycy homeopatii wskazują, że skoro taki preparat nie zawiera ani jednej cząsteczki substancji aktywnej (patrz niżej), to trudno, aby wywoływał jakiekolwiek efekty, w tym efekty uboczne. W wielu spośród badań klinicznych, w których stosowano grupy kontrolne przyjmujące placebo, nie zaobserwowano żadnej różnicy między placebo a lekami homeopatycznymi. Kompleksowe badania tego typu były publikowane między innymi przez magazyny „The Lancet”, „British Medical Journal” i „European Journal of Cancer”.

**Preparaty homeopatyczne są rutynowo przepisywane przez lekarzy w wielu regionach świata. Krytycy często tłumaczą to zjawisko w kategoriach socjologicznych, powołując się na wyniki badań „British Medical Journal”, według których pacjenci zdecydowanie niżej oceniali lekarzy nie przepisujących leków podczas wizyt – nawet jeśli z obiektywnych względów medycznych leki były całkowicie zbyteczne.

wtorek, 19 marca 2013

Candy/Rozdanie: Mam do rozdania około 30 kart I.C.E - za darmo dla czytelników.

Karty ICE dla osób podróżujących (in case of emergency - w nagłym wypadku) mają umożliwić szybki kontakt z rodziną lub bliskimi osoby poszkodowanej w wypadku. Pozwalają także służbom ratunkowym uzyskać informacje o stanie zdrowia chorego. 

Karta ICE zawiera imię i nazwisko właściciela oraz numery telefonów do trzech osób, które należy powiadomić w razie wypadku. Osoby podane do kontaktu powinny umieć udzielić informacji o stanie zdrowia właściciela karty. Karta nie zawiera informacji o grupie krwi, bo i tak nie zwalnia ona lekarza z obowiązku przeprowadzenia próby przed transfuzją. Oprócz danych kontaktowych posiadacz karty wpisuje na niej informacje o alergiach, chorobach przewlekłych, a także zażywanych lekach. Wskazówki dotyczące wypełnienia ICE znajdują się na ulotkach rozdawanych wraz z kartami.



To miał być prezent dla i z okazji wyjazdu Riannon do Francji i element candy dla czytelników Korzystnych Zakupów, ale wyszło jak wyszło (nie jestem już właścicielem KZ) i teraz te karty rozdaję tutaj. Nic nie trzeba robić, nie trzeba "lajkować" na Facebooku, ani dołączać się do bloggera - to sprawa medyczna - i przyzwoitość zabrania warunkować takie rozdanie czymkolwiek. Karty (profesjonalne) ofiarowała firma z Lubina dla mnie jako blogera - Remigiusza/Admina R-O.

Trzeba mi podać adres w mailu LinuxEurope(at)gmail.com, albo najlepiej wkleić w komentarzach tutaj, bo tam mam za dużo zaległości, i proszę napisać ile kart kto chce (proszę nie przesadzać).

Wyśle z "funduszu" bloga R-O. Przecież na coś te reklamy naokoło wiszą, no nie?


UWAGA! Wszystkie karty na ten moment są rozdane! Candy zakończone w ekspresowym tempie, ufff.

Oszczędzanie na dzieciach – zabawki

Trwałość i prostota.
Oto co powinno być motywem przewodnim przy wyborze zabawek dla dzieci. Wchodząc do sklepu z zabawkami, można dostać wręcz oczopląsu. Chciałoby się mieć wszystko. I na dokładkę pałac z wielkim ogrodem, by to wszystko pomieścić.

W przypadku zabawek, niestety zwykle cena przekłada się na jakość. To co tanie, rzadko bywa trwałe. Produkty za kilka złotych, określane potocznie nazwą „chińszczyzny”, rozsypują się zwykle po kilku dniach, a bywa, że i minutach, w rękach dziecka. Lecz czy należy iść w drugą stronę i inwestować duże pieniądze w zabawki ze znanym logo, które grają, świecą, mówią, jeźdżą, chodzą, latają, odgadują wręcz życzenia dziecka?

Owszem, podobne zabawki są imponujące i na pewno przykują uwagę malucha. Pytanie brzmi tylko – na jak długo?
Żadna zabawka nie zajmie młodego człowieka na kilka godzin, byśmy mogli zapomnieć o jego istnieniu i zająć się własnymi sprawami. Zależnie od poziomu rozwoju dziecka – nowa zabawa zaprzątnie jego uwagę na kilka – kilkanaście minut, u starszego może pół godziny, może nawet godzina minie, potem zacznie szukać nowych bodźców, a brzęcząca zabawka ląduje w kącie z całą resztą innych.
I cichutko znów sięgnie po miski do sałatek z kuchennej szafki, do których można coś wrzucać, wysypywać, pobębnić łyżką lub założyć na głowę i udawać, że to hełm!


Wraca popularność zabawek naturalnych, zwykłych drewnianych klocków, z których dziecko może zbudować cały świat i ogranicza go tylko jego własna (i rodzica) wyobraźnia. Te najprostsze, a jednocześnie najbardziej trwałe zabawki najlepiej pobudzają rozwój dziecka – zarówno motoryczny, jak umysłowy, tak kreatywność, jak koordynację oko-ucho-ręka.
Utrzymanie porządku w pokoju dziecięcym nie jest proste – łatwiej więc, gdy zainwestuje się w jeden, może dwa określone typy zabawek. W swoim domu posiadam dwa główne nurty – klocki lego duplo (oryginalne i idealnie pasujące do nich tańsze podróbki) i systemy ulic i torów polskiej firmy Wader. Do tego masa tak zwanych resoraków – małych metalowych autek, które mogą zjeżdżać po waderowych ulicach i garażować w budynkach z lego. Znajomi i rodzina zostali uprzedzeni, że jeśli chcą robić prezenty – niech rozglądają się właśnie w tych kierunkach.


Zalety tego systemu:
- Porządek wizualny – wystarczają nam dwa - trzy pojemniki, w których dwójka dzieci z łatwością posegreguje zabawki. Nawet jeśli zabawki są rozsypane – są dość jednolite, co zdecydowanie łagodzi wrażenie bałaganu.
- Kompatybilność – jeden i drugi zestaw zapewniają dowolne możliwości kreacji świata przez dziecko, a kolejne dokupowane z różnych okazji elementy, pozwalają rozwijać ten świat jeszcze bardziej, wymyślać nowe elementy, rozwiązywać problemy na wiele sposobów. Największą frajdę sprawia możliwość wykorzystania różnych zabawek, z rozmaitych zestawów, w jednej zabawie.
- Cel - gdy tworzy się kolekcje, czy to lalek, czy aut, czy zwierzątek - łatwiej uczyć dziecko dążenia w określonym kierunku - samo sobie może odkładać pieniążki na poszczególne elementy, planować rozbudowę swego dziecięcego imperium.
- Bezpieczeństwo - są to zabawki bardzo wytrzymałe, sprawdzone.
- Perspektywistycznie niska cena – choć nowe zestawy bywają drogie, wytrzymują całe lata i można dokupować zestawy używane, niczym się nie różniące w praktyce od nowych, za to dużo tańsze i powszechnie dostępne.
- Zwrot inwestycji - gdy dziecko wyrośnie z zabawek, można je schować dla wnuków lub sprzedać nawet z zyskiem, właśnie dzięki tej kompatybilności i uniwersalności, w całości, jako ogromny zestaw, lub jako pojedyncze elementy.

Oprócz tego oczywiście maluchy mają dostęp do wszelakich kartonów, pudełek, kartek, kredek – największą satysfakcję daje przecież nie kupny domek dla lalek, a ten własnoręcznie zrobiony, umeblowany po swojemu pudełkami po zapałkach i herbacie. Najgroźniejszy jest kartonowy, owinięty folią aluminiową miecz, a nie te świecące plastikowe „laserowce”.
Najlepiej lata samolot z papieru, a nie taki plastikowy, co to zaraz ktoś krzyczy: uważaj - połamiesz, uważaj – coś zbijesz, uważaj – dziurę w ścianie zrobisz...
Najbardziej zajmujące dla dwulatka jest przekładanie zwykłych guziczków (pod kontrolą rodzica), ze słoiczka do kubeczka i odwrotnie.
Najbardziej absorbuje siedmiolatka budowanie zjeżdżalni dla autek z tapczanu, krzesła i paru książek.
Najlepszy ruch dla nastolatka zapewnia zwykły rower, czy gra w piłkę koło domu lub na placu zabaw.

Warto przemyśleć, czego oczekujemy od zabawki jaką chcemy kupić, na ile sposobów może ją wykorzystać dziecko, czy łatwo ją zniszczyć i czy da się ją ponownie sprzedać, gdy dziecku się znudzi - w ten sposób odzyskując środki, które można zainwestować ponownie w nasze dziecko.

Dzieci, choć ich oczy również są atakowane bodźcami i CHCĄ mieć różne rzeczy, wbrew pozorom łatwo akceptują określone zasady, potrafią od najmłodszych lat zrozumieć, że coś jest za drogie lub zbyt słabej jakości i długo się tym nie nacieszą. Łatwiej też o większe przywiązanie i szacunek do tego co posiadają, gdy zasób tego posiadania jest ograniczony.
Jednego misia pokochają, dziesięć misiów tylko zakurzy się na półce...

sobota, 16 marca 2013

Recenzja: Linuxpl.com - godny zaufania hosting.

Całkiem niedawno zostałem postawiony przez przykrym faktem dokonanym przez mojego dotychczasowego dostawcę usług hostingowych - jednego z krajowych operatorów komórkowych. Dostawca po prostu zrezygnował z tego segmentu rynku, dostałem uprzejmą, aczkolwiek brutalną notkę o wypowiedzeniu usługi zgodnie z regulaminem świadczenia usług i pozostał mi miesiąc na znalezienie nowego hostingu oraz przenosiny.


Takie potraktowanie abonentów nie jest niczym nowym w świecie biznesu telekomunikacyjnego, więc pomyślałem, że może tym razem należałoby zaufać profesjonalistom - ludziom którzy zajmują się hostingiem od lat i jest to dla nich kluczowy obszar działalności - ludziom, którzy klienta potraktują poważnie i z szacunkiem.

Po skrupulatnych poszukiwaniach odpowiedniej usługi mój wybór padł na hosting Linuxpl.com prowadzony przez firmę Serveradmin.pl s.c już od roku 2002. Dobre opinie w internecie oraz bardzo atrakcyjna cena, sprawiła, że zdecydowałem się przetestować to rozwiązanie.

Ponieważ prowadzę strony dla małej, lokalnej firmy nie są mi potrzebne gigantyczne miesięczne transfery, zdecydowałem się zatem na opcje podstawową Konto W1GB za 49,20 zł za 12 miesięcy. Konto oferuje aż 600 GB transferu rocznie oraz 2GB pojemności. Te parametry są i tak grubo ponad potrzeby małej lub średniej firmy, za taką cenę, to rewelacja - i mam nadzieję, że mój interes rozwinie się tak, że rzeczywiście będę potrzebował aż tak dobrych parametrów hostingu :)


Po zarejestrowaniu przywitał mnie nie tylko bardzo przyjazny i intuicyjny panel użytkownika, ale i bardzo dobra obsługa klienta. Ergonomiczny panel oraz rozbudowane centrum pomocy, sprawiają, że samodzielna obsługa jest bardzo łatwa (w otrzymanym od firmy mailu otrzymałem wszelkie informacje potrzebne do skorzystania z ftp, konfiguracji, dostęp do kreatorów), natomiast z uwagi na nietypową konfigurację moich usług zdecydowałem się  skorzystać z obsługi telefonicznej oraz w późniejszej fazie z czatu z konsultantami firmy.


Pomoc i odpowiedzi na interesujące mnie pytania uzyskałem szybko i sprawnie, widać, że konsultanci naprawdę bardzo dobrze znają swój produkt. Proces podpięcia już posiadanych domen u innego providera pod moje konta na linuxpl.com oraz przeniesienie plików był prosty i szybki.

Jakie wrażenia z działania całości mogę wam przekazać? Hosting jest szybki, wszystko z czego chcę skorzystać po prostu działa natychmiast. Po poprzednich doświadczeniach z operatorem komórkowym jest to miła odmiana.


Ale to nie wszystko!

Ponieważ interesuję się mocno przejściem w branżę marketingu internetowego ważna jest dla mnie możliwość rozwoju i potencjalny dostęp do kont profesjonalnych dla biznesu IT.

Firma oferuje konto o gigantycznych parametrach, mianowicie konto WPro, o pojemności 100GB, bez limitu transferu, cena 344,44 zł za 12 miesięcy to niezwykle korzystna pozycja wśród innych tego typu ofert.

Dla osób takich jak ja, czyli bardziej celujących w marketing internetowy firma przygotowała konto SEO o aż 600GB transferu miesięcznie i z 53 adresami IP.

Podsumowując:

Opinie o Linuxpl.com na które natknąłem się tu i ówdzie były prawdziwe. Firma jest podmiotem poważnym, z bardzo dobrą obsługą klienta a hosting jest szybki jak błyskawica. Sam wziąłem te usługi dla swojej firmy. Polecam.

środa, 13 marca 2013

Oszczędzanie na dzieciach – Nie dać się zwariować

Oblicza się, że za pieniądze wydane na dziecko od momentu jego urodzenia do pełnoletności, można by postawić dom.

Młodzi rodzice chcieliby swojej nowej istotce zapewnić jak najlepsze warunki, otoczyć luksusem, sprawić, by miało lepiej niż oni sami. W tym pędzie, otumanieni bodźcami wzrokowymi i słuchowymi z reklam i wystaw sklepowych, wydają masę pieniędzy, na rzeczy, które przydają się przez miesiąc, tydzień, ba – bywa, że wcale.
A przecież wystarczy wspomnieć własnych rodziców i dziadków – wychowywali nas czasem niemal w spartańskich warunkach i płakaliśmy wcale nie więcej niż nasze własne dzieci, a często było mniej problemów z alergiami i nie brakło kreatywności i wyobraźni.


Akcesoria dla niemowlaka
Po co nam przykładowo:

- termometr (6-60 zł)– gdy można starą dobrą metodą sprawdzić temperaturę wody w wanience wsadzając własny łokieć? Od  razu na zagłębieniu czuć, czy parzy, czy nie – dla pewności można odrobinę schłodzić wodę – dzieci z reguły wolę bardziej letnią, niż za ciepłą.

- foczka, fotelik do kąpieli (10-15 zł) – kawał plastiku w wanience, nawet przykryty pieluszką, wcale nie jest taki wygodny dla dziecka, ono zawsze będzie wolało nasze własne przedramię. Boimy się, że się wyśliźnie? Wystarczy trzymać przez pieluszkę, ona ograniczy śliskość ciałka, a wody może być tyle, by się główka nie zanurzyła...

 - wanienka na stelażu (55-150 zł) – a może wystarczy kupić tańszą wanienkę za 18 zł i ją po prostu postawić na stole? W ciepłym pokoju? Gdy dziecko zaczyna już samo chlapać, i tak stelaż się nie przydaje, a wanienka wędruje do dużej wanny lub do kąta.

- podgrzewacz do butelek i słoiczków (20-150 zł)– równie dobrze sprawdza się zwyczajny czajnik elektryczny, który i tak mamy zazwyczaj w domu – wystarczy zagrzać wodę i włożyć na chwilę butelkę do środka. Nawet z automatycznego podgrzewacza nie wolno podawać pożywienia bez sprawdzenia jego temperatury – zawsze może akurat coś się uszkodzić lub podgrzać nierównomiernie (najtańsze nie dają żadnej pewności). Sporo dzieci woli też mleko bez żadnego podgrzewania – w temperaturze pokojowej.

- sterylizator (35-430 zł)– można spokojnie zastąpić wyparzaniem butelek w garnku z wrzątkiem lub kupić butelki nadające się do sterylizacji w mikrofalówce. To nie szpital, flora bakteryjna jest nasza własna i „przyjazna” naszemu dziecku.

- wózek – ważne by był dobrze usztywniony i wygodny dla mamy i łatwy do ewentualnego wnoszenia po schodach i upychania w aucie, lecz dziecku nie robi różnicy, czy kosztuje 400 zł, czy 4000. Za to złodziejom owszem. Nie warto kupiować kombajnu – i tak zwykle wymienia się wózek na mniejszy, gdy dziecko podrośnie. A kombajny zawsze są kosztem czegoś – wygody dziecka, gabarytów, wagi lub kolosalnej ceny. W tym przypadku taniej wychodzi  kupić wózek głęboki za te 400 zł i potem wymienić go na spacerówkę za 200 (można sprzedać i mieć spacerówkę za darmo).

- zabawki interaktywne – prędzej czy później denerwują rodziców, a dziecko i tak woli pobawić się najprostszymi piłeczkami, miseczkami, opakowaniami, co dużo bardziej rozwija jego wyobraźnię, a jest dostępne w każdym domu za darmo.

- ubranka – dziecko rośnie tak szybko, że nie ma naprawdę sensu kupować nowych, którym może nawet nigdy nie zdąży założyć. Lepiej poszukać wśród rodziny, znajomych lub na stronach internetowych ubranek używanych – które już są sprawdzone, nie zafarbują, nie rozciągną się bardziej i nie są nasączone środkami konserwującymi przeciw zagnieceniom, łapaniu kurzu, blaknięciu i innymi cudami. A i tak na pewno coś nowego jakaś babcia, czy ciocia kupi, więc nacieszymy się i ślicznosciami prosto ze sklepu. Przeciętnie w danym okresie dziecko korzysta z około 10 ubrań. Możemy kupić używane po złotówce lub dwa złote i wydać ok 10-20  zł, lub nowe po 15-30 zł za sztukę i wydać... Właśnie.

- kosmetyki – obecnie w szpitalach panuje trend, by unikać smarowania dziecka nadmiarem kremów. Wystarczy zwykła wazelina  za 2 zł na podrażnienia, jeden płyn do kąpieli, którego można używać raz na parę dni – przecież to dziecko nie ma gdzie się brudzić – buzię i pupę można na bieżąco przemywać ciepłą, najlepiej przegotowaną wodą. W kąpieli można stosować też babcine sposoby – na przykład dodawać nieco rozrobionej i zagotowanej mąki ziemniaczanej (co zapewni dziecku gładziutką skórę i delikatną ochronę - nie trzeba spłukiwać, ani niczym potem smarować) lub odkażający wywar z rumianku.

- pieluszki – obecnie królują pieluchy jednorazowe. Tu warto poszukać tańszych odpowiedników markowych pieluch i zwyczajnie nie przepłacać – np. Biedronkowe Dady produkuje oryginalny Pampers, a są o połowę tańsze. Przy pierwszym dziecku warto też rozważyć opcję pieluch wielorazowych – nie chodzi tu o starodawną tetrę, a nowoczesne piękne pieluszki o kształcie pampersów, zapinane na rzepy i zatrzaski, które można prać w pralce, a dzięki mikrowłóknom również potrafią zapewnić efekt suchej pupy. Pełny zestaw zapewniający wygodne pieluchowanie to koszt około 3 tysięcy, podczas gdy wydatek na pampersy przez cały okres pieluchowania to ok 5 tysięcy. Koszt prania nie wzrasta znacząco, gdyż i tak zazwyczaj pierze się ubranka codziennie lub co drugi dzień. Przy tym pieluszki wielorazowe są czystym zyskiem przy kolejnych dzieciach.

A przede wszystkim – warto się wymieniać – brać rzeczy i zabawki od znajomych za darmo lub za grosze i potem oddawać je lub sprzedawać dalej.
Dziecko i tak nie pamięta w jakich markach i za jakie kwoty nosiło ubranka, a my możemy odłożyć te zaoszczędzone grosze na coś, co rzeczywiście mu się może przydać gdy podrośnie – na basen, na lekcje tańca jeśli tego zechce, na zwykłe pójście do kina, a może po prostu na wymarzone studia w dalszej perspektywie.

poniedziałek, 11 marca 2013

Drobna oszczędność w domu: czyszczenie pralki.

Po poważnych i wojowniczych tematach czas na coś prostego i praktycznego, co może przynieść oszczędności w przyszłości, a nie kosztuje dosłownie nic. Dziś polecam wam zerknięcie na stan waszej pralki automatycznej.



Pierwsza rzecz to filtr odpływu, zobaczyć, zerknąć wyczyścić - powinien być gdzieś na dole pralki pod widoczną klapką. Zapchanie filtra odpływowego może skutkować zalaniem, co do przyjemnych i tanich spraw nie należy.

Druga rzecz to podajnik na proszek. Większość znanych mi osób (w tym ja kiedyś) zupełnie nie zwraca na to uwagi. Zapominamy o tym wszyscy. W podajniku (u mnie to wyjmowana szufladka) gromadzą się zbite resztki proszku, kamień i grzyb. Kiedyś osad zablokował mi zupełnie przepływ, co przypłaciłem drobnym zalaniem i wzywaniem fachowca. A wizyta fachowca kosztuje.

Zobaczcie zatem w instrukcji obsługi jak się wyjmuje i czyści wasz podajnik proszku - u mnie wystarczy lekko, ale zdecydowanie pociągnąć i szufladka wychodzi. Warto przeczyścić dysze, odpływ, wszelkie otwory w szufladce i komorze - z uwagi, że ten obszar będzie obmyty i woda zleci do naszych ubrań sugeruję użycie po prostu wody i starej szczoteczki do zębów, nie używajcie chemicznych odkamieniaczy, chloru, itp. - w ciężkich przypadkach wystarczy odrobina octu.

P.S. Drogi Czytelniku, Droga Czytelniczko!!! Tak... to prośba dokładnie do Ciebie... jeśli spodobał Ci się mój wpis i dostarczył cennych informacji - polub profil mojej strony na Facebooku!!!  https://www.facebook.com/RacjonalneOszczedzanie

Zobacz także nową wersję tego bloga pod nowym adresem: OSZCZEDZANIE.INFO.PL - na pewno zyskasz dzięki temu więcej wartościowych informacji, które pozwolą oszczędzić Ci pieniędzy!
 

niedziela, 10 marca 2013

Srebrna moneta - 1 uncja - Wiener Philharmoniker (Filharmonicy Wiedeńscy) - wyróżnienie w konkursie.

Ostatnio pokazywałem Wam jak wygląda złota sztabka wygrana w konkursie mennicy dla mojego drugiego bloga, dziś czas na pokazanie srebra. Po raz kolejny chciałbym podziękować Wam, za wasze wysokie poparcie i uznanie mojej twórczości, dzięki którym zdobycie tych nagród było możliwe.




Wskazówka dla początkujących inwestorów.

Moneta jest zabezpieczona plastikowym kapslem, co jest zdecydowanie dobrym pomysłem - kilka monet, które posiadam i które były zabezpieczone jedynie plastikową kieszonką uległy delikatnej korozji i trzeba będzie zastosować jakiś jubilerski środek do czyszczenia, by przywrócić je do stanu świetności. Te w kapslach trzymają się dobrze.

sobota, 9 marca 2013

Kryzys demograficzny... geneza kryzysu... i jak tu oszczędzać w spokoju?

Jest nas, Polaków, coraz mniej. Media biją na alarm, politycy debatują, co z tym fantem począć, ekonomiści snują ambitne teorie i plany a w polskim parlamencie przemawia... tablet...!!!


Dajcie tam lepiej mnie, ja jestem przystojniejszy od Kaczora i Tabletu razem wziętych.... A teraz na poważnie:

Generalnie odkąd świadomie zacząłem interesować się polityką, to co się dzieje w tym kraju to istne kuriozum.

- najpierw dokonano planowej deindustrializacji kraju, przemysłowo i technologicznie cofnięto nas o 100 lat wstecz... celowo zlikwidowano wiele gałęzi przemysłu... na żądanie międzynarodowej finansjery trwale zniszczono wiele kopalń i zakładów przemysłowych (nie do odtworzenia) oraz powstającą polską elektrownię jądrową (jej reaktory pracują bezpiecznie po dziś dzień - tyle że nie w Polsce)

 Ruiny celowo zniszczonej jedynej 
polskiej elektrowni jądrowej.

- kiedy byłem przed wyborem studiów publicznie śmiano się z inżynierów, z "kopalniaków", specjalistów branż przemysłowych... wielu z nich po stracie pracy otworzyło budki bazarowe, symbolem nowej ery stał się marketingowiec w garniturze, bankier i finansista,

Września - Tonsil. Ogólny obraz Polskiego 
przemysłu po 24 latach III RP.
Oto dlaczego "młodzi" nie mają pracy!

- falę młodzieży która była efektem poprzedniego bumu demograficznego masowo "skierowano" na nic nie warte studia humanistyczne, zarządzania i marketingi, psychologie, socjologie, politologie... studia łatwe nie dające jednak fachu, dające jednak wielkie mniemanie o sobie,

- fala coraz bardziej sfrustrowanej młodzieży doszła mimo przetrzymania jej na studiach do progu wejścia w życie zawodowe i zetknęła się z absolutną beznadzieją w zdeindustrializowanym i zniszczonym ekonomicznie kraju, bunt rozładowano dzięki akcesji Polski do UE, z Polski wyjechały miliony ludzi, na fali tego buntu powstały także nowe sztandary polityczne, takie jak PIS czy PO (z tymi samymi ludźmi jako liderami, którzy przewijają się w polityce od 1989),

- emigranci, którzy wyjechali często zostali na stałe, założyli rodziny za granicą, dzieci, które mogły się urodzić w Polsce, urodziły się w UK, jeszcze kilka lat temu politycy przekonywali, emigrujcie, zarabiajcie, korzystajcie z dobrodziejstw Unii, dziś ci sami politycy martwią się, że dzieci dorastające w Anglii, nie będą w przyszłości odprowadzać składek na ich emerytury, boją się kolejnego buntu...

Nie podam w tym poście rozwiązania problemu, ukazałem tylko genezę problemu, system po prostu się chwieje, w przyszłości w Polsce może zrobić się nieciekawe... jak się do tej sytuacji mają nasze oszczędności zgromadzone w złotówkach, w polskim systemie bankowym, co zrobi władza, której zabraknie pieniędzy, jak głęboko sięgnie do naszych kieszeni i zgromadzonych oszczędności?

Promocja mBank - dobro wraca nie do każdego...

I znowu pochylam się nad nieszczęsnym mBankiem. Mądre głowy (łyse?) z mBanku wysmażyły promocję, pt. "Dobro wraca do ciebie", gdzie możesz uzyskać rzekomo do 600 zł bonusu rocznie. Dla aktywnego użytkownika konta jest to możliwe - jak dla mnie to całkiem interesująca suma...

...premia 60 zł za otwarcie konta, 2 zł zwrotu za płatność kartą oraz dodatkowy bonus 50% premii.... hmmm.... dla nowych klientów!

Dobro nie wróci do ciebie, 
ono należy się nam!

Klientem mBanku jestem niemal od samego początku istnienia tej filii. Aktywnym klientem. Mam tam główne konto prywatne oraz firmowe. mBank nieźle na mnie zarabia.

Mamy jednak kolejną promocję, która mnie omija... dlaczego... bo jestem lojalny... mBank po raz kolejny premiuje tych, którzy w bankowości skaczą z kwiatka na kwiatek zbierając nektar (i za rok przeskoczą do innego banku za innym bonusem). Lojalny klient to dla mBanku frajer - mu się żadna promocja nie należy!

P.S. Uwaga! Ostatnie chwile konkursu (my lojalnych czytelników doceniamy!!!) http://racjonalne-oszczedzanie.blogspot.com/2013/03/mini-candy-jak-zdobyc-przyjacio-i.html

piątek, 8 marca 2013

Myjnia bezdotykowa to lekka ściema - zatem jak skorzystać oszczędnie.

Ostatnio pojawiły się w kraju jak grzyby po deszczu myjnie bezdotykowe. Jest to jakaś alternatywa do myjni automatycznych mocno niszczących lakier, ale w stosunku do klasycznej myjni ręcznej alternatywa to żadna, ot. jeśli chcemy przepłukać auto, w porządku - ale nie domyjemy go tak jakbyśmy chcieli i taki jest fakt (obserwacja większości znajomych).

Czy jednak zawsze potrzebne jest dokładne umycie auta na wysoki połysk? Niekoniecznie. Co zatem proponuję?


Oszczędny i wydajny sposób skorzystania z myjni bezdotykowej:

Wrzucamy 2 zł - jedziemy z programem 1 - ciepła woda z detergentem (słabizna ale coś tam namydli), obskakujemy samochód wstępnie namydlając - resztę czasu z programu poświęcamy na domycie z bardzo bliskiej odległości 5-10 cm mocnych zabrudzeń - np. ptasich kup.

Wrzucamy 3 zł - program 2 - dokładnie spłukujemy auto jednocześnie zbliżając wylot myjki przy dużych zabrudzeniach.

Programy dalsze - woskowania i nabłyszczania - to jak dla mnie na myjni bezdotykowej ściema na resorach - krótkotrwały efekt i jedynie konserwuje resztki brudu - szkoda nawet 1 grosza.


P.S. Ciekawy komentarz anonima, publikuję po oczyszczeniu z bluzgów:

Zatem dla nieswiadomych tego co czynia zeby IDEALNIE umyc auto na myjni samoobslugowej (oczywiscie mowimy tu o dobrych markach) pisze instrukcje:

Wydajemy 10 zł (mamy idealnie umyte auto)

- uzywamy prog nr 1 ok 60% czasu! a nie jak zwykle ludzie czynia 1 zł czy 2. Prgram nr 1 jest NAJWAZNIEJSZYM programem. Jesli nie umyjemy dokladnie auta (z bardzo blikiej odleglosci ok 3 cm i to raz przy razie nie pomijajac elementow) to juz na pozostale programy dostepne na myjni nie mamy co wydawac nawet ani zl bo i tak auto nie bedzie idealnie czyste... Tak wiec 60 % czasu na program 1 i dokladnie myjemy

- pozniej splukiwanie program nr 2 - to jest zwykla woda wiec pluczemy dosc szybko za 1 zł! nie trzeba wiecej nie przejmujemy sie ze jest jeszcze proszek/piana na samochodzie nic to nie przeszkadza

- kolejno wciskamy prog 3 czyli wosk myje z dalekiej odleglosci i nakladamy taka 'mgielka' szybko przechodzac w okolo samochodu - wystarczy raz nie jak pisze na myjnie ze 2 razy obejsc - sciema, nie ma sensu. Blizej nakladamy wosk na elementy typu listwy i przy lusterkach dzieki czemu goracy wosk stapia nam pozostalosci proszku we 'wnekach' listew - nie polecam dawac na szyby bo moga byc pozniej kropki po wyschnieciu.

i na koniec 2gi pod wzgledem waznosci program czyli prog nr 4. Nablyszczanie-osuszanie. To jest woda zdemineralizowana (czyli oczyszczona pozbawiona mineralow i przefiltrowana) z chemicznym osuszaczem. Na ten program poswiecami troche mniej czasu niz na prog 1. Ok 3 zł - jesli chcemy miec samochod w ogole bez ZADNEGO zacieku i elegancko nablyszczony mozna wydac wiecej. I uwaga nie wycieramy zadna szmatka tylko odjezdzamy albo stoimy do wyschniecia. Polecam pojechac odrazu (byle nie po piaskowych drogach) wtedy auto szybciej wyschnie. Nim dojedziemy do domu mamy auto suche czyste i swiecace. I nikt mi nie powie ze tak nie jest. Dzieki zawartemu osuszaczowi robi sie na samochodzie taka 'kurtyna wodna' mozna to zaobserwowac np na masce jak szybko woda splywa z maski jakby sie robilo sciagaczka. Dzieki temu ze woda nie ma mineralow nie zostaja kropki i biale zacieki

Sprobojcie sami zgodnie z ta instrukcja. Bo juz dosyc mam niewiedzy ze niby nie mozna umyc auta na samoobslugowej. Jak sie nie wie jak to nie mozna wiaodmo... mozna wrzucic i 30 zł i nie umyc jesli sie nie wie jak. Najwazniejszy prog nr 1 i jak najblizej raz przy razie. Dla ekonomicznych polecam program 1 i pozniej odrazu 4 mamy idealnie auto umyte na kazdej myjni (nawet jak ma czas 30 sek ustawiony) za 7 zł. Efekt na pewno lepszy niz na myjni recznej gdyz tam za 25-30 zł mamy umyte auto tylko woda i szamponem. Nikt nie nablyszczy a wiadomo zeby auto lsnilo musi byc nablyszczone zwykla woda nie da sie tego zrobic.



P.S. Drogi Czytelniku, Droga Czytelniczko!!! Tak... to prośba dokładnie do Ciebie... jeśli spodobał Ci się mój wpis i dostarczył cennych informacji - polub profil mojej strony na Facebooku!!!  https://www.facebook.com/RacjonalneOszczedzanie
Zobacz także nową wersję tego bloga pod nowym adresem: OSZCZEDZANIE.INFO.PL - na pewno zyskasz dzięki temu więcej wartościowych informacji! 



 

Jak wygląda sztabka złota.

Z pewnością ciekawi was wygrana w konkursie Mennicy Wrocławskiej na oszczędnościowego bloga roku 2012:


Sztaba złota, o którą było tyle hałasu...

czwartek, 7 marca 2013

Drukowanie na zużytym papierze.

Przy przeglądzie i porządkach w biurze okazało się, że mam niemal całą szafkę starych raportów, wydruków roboczych i innych materiałów na kartkach a4 zadrukowanych z jednej strony. Starałem się niepotrzebne materiały wyrzucać na bieżąco, ale mimo ostrej selekcji zebrał się spory stos.


Będzie tego ze 4-5 ryz. Na makulaturę tego mi się wieźć nie opłaca, wystawione pod śmietnik rozwieją się na wietrze, spalić nie spalę. Padła decyzja, że wykorzystam to jeszcze raz. Od tygodnia z sukcesem pracuję na papierze z recyklingu, a wierzcie mi - do celów roboczych potrzebuję wydruków, fizycznych wydruków na papierze i postęp technologiczny tego nie zmieni.

Drukuję na pustej, niezadrukowanej wcześniej części kartki!

Ile na tym zarobię? Ile oszczędzę?

Ryza papieru w sklepie biurowym to do 13-15 zł. Mówię tu o papierze ekonomicznym ze średniej półki. Doliczmy do tego paliwo na pojechanie do sklepu - a umówmy się - na raz bym i tak 4-5 ryz nie wiózł, a mój czas to co? Powietrze?

Myślę, że licząc ogólnie jestem do przodu nawet o średnio 75 - 100 zł. Tylko i wyłącznie dzięki tej decyzji!

Ponieważ zamierzam robić to już stale - oszczędności będą się kumulować!!!


Moja świnka skarbonka mruczy z zadowolenia, ja jestem super-ekologiczny i w przeciwieństwie do Jacka z Boskiej Woli będą mnie za to kochać różni ekolodzy i wojownicze ekolożki (szczególnie te ostatnie to miła perspektywa).


A tak na koniec a'propos drukowania przypominam, że do końca tygodnia MOŻNA WYGRAĆ w naszym mini konkursie!!!!

Więc zapraszam!!!

środa, 6 marca 2013

Tańsze odpowiedniki znanych leków.

Dziś powracamy do tematu głównego bloga, mianowicie oszczędzania. Robiąc dziś w aptece drobne zakupy zaobserwowałem pana porównującego opłacalność rożnych opakowań błonnika, po sprawdzeniu kilku preparatów wybrał najkorzystniejszą opcję.


Sam miałem kupić apap, co jak co, w sezonie przeziębieniowym ten przeciwbólowy i przeciwgorączkowy lek się czasem przydaje, oczywiście także poprosiłem aptekarkę o podanie mi kilku analogicznych preparatów z tą samą substancją czynną.

W tzw. taniej aptece 12 tabletek apapu 0,5g kosztowało ok 6 zł, kupiłem odpowiednik, który zawiera 20 tabletek po 0,5h za 5 zł. Wada? Odpowiednik nie jest markowy i reklamowany w TV.

To nie pierwszyzna, często robiłem w aptekach dokładnie to samo co wspomniany klient, choć dziś, w weekendowym rozleniwieniu bym o tym nie pomyślał i automatycznie wybrał znany z reklam lek i ów klient dał mi dobry przykład, który zachęcił mnie do dopytania się.

Tak więc zapytajcie się i wy o różne dawki/nazwy dokładnie tych samych leków. Jak widać można sporo oszczędzić.


P.S. W tym poście po raz kolejny znęcam się nad tematem telewizora:

Duży telewizor w małym pomieszczeniu.



wtorek, 5 marca 2013

Czy silnik Diesla jest oszczędny?

Od około roku jestem posiadaczem auta Ford Focus 1.6 TDCI, kombi - samochód był przez dealera reklamowany jako bardzo oszczędny, wypowiedzi w internecie potwierdzały tę opinię, byłem także bardzo ciekaw praktycznej eksploatacji Diesla, jako że w mojej rodzinie zawsze dominowała "benzynka". Czas podzielić się wnioskami na temat legendarnej oszczędności tego modelu oraz Diesla w ogólności...

Resztę wpisu znajdziesz tutaj:

Czy silnik Diesla jest oszczędny? Przykład: Ford Focus 1.6 TDCI

poniedziałek, 4 marca 2013

Blog Racjonalne Oszczędzanie wyróżniony w konkursie Mennicy Wrocławskiej.

Witam serdecznie, dziś oficjalnie ogłoszono wyniki plebiscytu Mennicy Wrocławskiej na bloga roku 2012. Mój blog zdobył uznanie i został wyróżniony w plebiscycie.


Jeszcze raz bardzo dziękuję wszystkim znajomym, którzy mnie poparli w głosowaniu! Każdy głos - każdego z was - jest dla mnie ważny, bo pokazuje mi, że mimo wielu kłopotów i zawirować na blogu chcecie mnie czytać i warto pisać dalej.




DZIĘKUJĘ!!!


P.S.#1 Zapraszam do mini-konkursu z serwisem XLINE.