niedziela, 22 września 2013

Po spotkaniu klasowym... 20 lat od rozpoczęcia nauki w LO.

Wczoraj wieczorem spotkaliśmy się w gronie dawnej klasy A (mat-fiz-info) w 20-stą rocznicę rozpoczęcia nauki w I LO w Lubinie. O tym spotkaniu już wspominałem na RM w kontekście tego, że spotykam się z poglądem, że takie spotkania klasowe nie mają sensu i są nieproduktywnym elementem dla naszego rozwoju osobistego, kariery, czy co tam komu do głowy przyjdzie.

Na szczęście z tym poglądem nie utożsamiali się uczestnicy spotkania, frekwencja, myślę, dobra, ponad 50% stanu osobowego, wykruszyły się jedynie trzy osoby, z grona tych, które na spotkanie przybyły 6 lat temu.

Byli ludzie którym na spotkanie chciało się przyjechać na drugi koniec Polski, z Koszalina, z Warszawy, itp., a nawet z Anglii. Coś w tym jest. Mimo że moje miasto jest miastem typowo napływowym, gdzie większość ludzi, których znam przyjechało po szkole średniej lub po studiach z całej Polski, to akurat ekipa z LO się w znacznym stopniu rozjechała po świecie.


Co mogę powiedzieć o samym spotkaniu. Ekipa zaliczyła w sumie kolejno cztery miejscówki i bynajmniej przez ten czas nie piła kakao z cynamonem. Bombardowanie było zacięte, ale większość składu radziła sobie całkiem dzielnie. Ponieważ planowałem tzw. funkcjonalną niedzielę zdarzyło mi się spauzować przy niektórych kolejkach a pomiędzy sączyłem wodę mineralną z dużą ilością cytryny zagryzając ciemnym chlebem ze smalcem i ogórkiem. Dzięki temu teraz osobiście jakoś żyję i nie przeżywam żadnego Weltschmerz (ciekawe jak tam reszta zawodników).

Wrażenie mam takie, że to spotkanie było ludziom potrzebne! Spotkanie się z ludźmi, z którymi łączą nas wspomnienia a nie aktualne relacje firmowe. (Ja nie specjalnie lubię wyjazdy integracyjne ludzi z jednej korporacji! O fałszu relacji korporacyjnych pisałem w poprzednim poście!) Możliwość wygadania się, porozmawianie o obecnym życiu, czy nawet paru sprawach sprzed lat była czymś zdecydowanie dobrym.

Podsumowując, było dobrze, na tyle, że mam nadzieje na powtórzenie akcji za kolejne parę lat i jeśli ktoś z czytelników waha się przed podobnym spotkaniem mówię: Nie wahaj się! Jedź!

4 komentarze:

  1. Hmmm... przyznam, że jeśli elementem dobrej zabawy musi być "bombardowanie" i ustalanie strategii picia tak, by nie cierpieć na "syndrom dnia następnego" to chyba jednak nie dla mnie...
    No, ale ja z tych, którzy wolą wypić kielicha "do lustra" niż z kimś...
    Znaczy mutant ;)
    Roman

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. otóż powiem ci, że było parę osób, które nie piły! znalazł się i zagorzały abstynent, zdarzył się ktoś, kto ma w domu kiljkumiesięczne dzieci i musi byc pod telefonem, wreszcie osoby, które musiały już w nocy zabierać się autem do domów i skończyły na symbolicznym piwku

      z góry sobie to powiedzieliśmy i nie było problemu

      bombardował każdy, kto chciał bombardować - w tym ja we własnej osobie :)

      natomiast względny umiar, jest czymś o czym w pewnym wieku zaczynasz myśleć naturalnie - także dostrzegasz, że przerywanie od czasu do czasu kolejki sokiem czy wodą mineralną + ogórek pozwala dłużej cieszyć się imprezą i nie cierpieć dnia następnego :)

      Usuń
  2. No wiesz... tak to opisałeś, że obraz można było stworzyć "ciekawy" rzekłbym :)
    Roman

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no bo był obraz ciekawy, spotkanie było 4 fazowe i w pewnej grupie zawodnicy dotarli do trzeciej i czwartej miejscówki

      no i oczywiście działo się :)

      Usuń