niedziela, 15 września 2013

Politycy w ataku, sześciolatki do szkół...

Na tym blogu unikam w ostatnim czasie polityki. Najchętniej odizolowałbym się zupełnie od tego i prawdę mówiąc staram się to robić. Staram się nie słuchać wiadomości, staram się nie interesować co się dzieje w partiach politycznych, kto się z kim podzielił, a kto sprzymierzył, albo kto z polityków zaszantażował znanego biznesmena, po czym powiesił się w łazience w akcie samobójczym.

Wkurza mnie jednak do czerwoności, kiedy władza (obojętnie jakiej barwy politycznej) wyciąga swoje włochate łapy po dzieci, czy do spraw z dziećmi związanych.

Kluczową sprawą, która mnie wpienia jest, nie wysłanie sześciolatków do szkół, ale sprawa, która w propagandowym szale, przeszła bez echa... jak wiecie władza POtrafi odwracać uwagę ludu od spraw ważnych. Oni zorganizują np. bitkę między kibolami a marynarzami na trójmiejskiej plaży i będą w mediach trąbić o tym 25h przez 8 dni w tygodniu wynosząc tą bzdurę do rangi wydarzenia narodowego, ale w międzyczasie dyskretnie przeprowadzą skurwysyńsko wyrachowaną operację zmian kontraktów NFZ dla przychodni. W tej chwili w większości małych i średnich miast skasowano kontrakty na dyżury 24h w kluczowych przychodniach, jeśli dziecko ma problem w środku nocy jesteś skazany na najbliższe pogotowie, gdzie dzieją się dantejskie sceny (typu czekanie po 6h z gorączkującym dzieckiem na korytarzu). Ale co to obchodzi polityków? Przecież chodzi o to by to im się POwodziło, nie nam.

No i oczywiście trafiamy do obligatoryjnego wysyłania sześciolatków do szkół. POlitycy którzy to wprowadzili chyba nigdy nie mieli dziecka, swoją drogą przypuszczam, że nawet psa, czy choćby chomika... no może "Muchę" w słoiku hodowali (po tym jak wyrwali jej skrzydełka).


Szkoda mi miejsca na klepanie tego tematu dalej. To banda POmyleńców, którą należałoby czym prędzej wsadzić do drugiego Tupolewa i delegować na Madagaskar.

Oczywistym jest, że rodzic najlepiej zna swoje dziecko i to on wie, czy posłać je do szkoły w wieku 6 czy 7 lat.

Co więcej uważam, że rodzic powinien mieć prawo do samodzielnego kształcenia swojego dziecka w systemie edukacji domowej! Urzędnicy nie powinni się wtrącać w taką decyzję. Tak było przez wieki i było dobrze.

Na razie dosyć tych wywodów... chyba że Wy macie coś do dodania, wtedy podyskutujemy w komentarzach...

25 komentarzy:

  1. Najlepszym obecnie systemem kształcenia jest bon oświatowy. Pozwala zachować pewien stopień wolności i reguł rynkowych, a jednocześnie zadowala socjalistów skamlących, że państwo powinno edukację finansować.

    Szwedzi, Brytyjczycy, Amerykanie już z tym eksperymentują na dużą skalę, często jeszcze się mieszając w postaci obostrzeń dotyczących obowiązkowego programu nauczania czy możliwości osiągania zysku przez szkołę. Wyniki są fenomenalne.

    Niech no tylko "polska lewica" sobie tu uświadomi, a zacznie na wyścigi z PO go forsować.

    OdpowiedzUsuń
  2. jasne - państwo mogłyby NIE finansować edukacji, ale umówmy się, że w naszych polskich warunkach polegałoby to na tym, że wprowadzono by platną szkołę (aha - przedszkole państwowe JA MAM PŁATNE), ale jednocześnie NIE obnizonoby podatków!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie byłoby takie straszne. Czy dałoby się zapewnić dzieciom edukację za 400 zł za semestr? Bo tyle kosztuje komplet nowych podręczników do gimnazjum. Oczywiście, szkoły mogą używać tylko tych dopuszczonych przez ministerstwo ;)

      Usuń
    2. 400 zł za semestr to kwota nierealna, 400 zł za miesiąc, czesne w szkole priv. z zapewnionymi materiałami i małą klasą - realne

      niech Tusk tylko obniży mi haracze, podatki i opłaty o 400 zł miesięcznie - nie widzę problemu aby szkolnictwo było prywatne

      Usuń
    3. Matematyka
      400 zł za semestr to 80 zł miesięcznie.
      przeciętna pensja brutto 3800 zł/ 80 zł = 47,5 ucznia. Pensje pracownicze w szkołach to 80% kosztów, zatem robi się 100 zł miesięcznie=500 zł za semestr.

      Zbliża się do modelu japońskiego, gdzie w klasie jest 40-45 uczniów, a mimo to jest zachowana dyscyplina i porządek.

      Rzecz do zrealizowania. Ale nie dopóki generuje się sztucznie tyle kosztów.

      Usuń
    4. za 80 zł miesięcznie nie da się zafundować edukacji, to zaledwie minimalna opłata za jakieś pojedyncze zajęcia pozalekcyjne - w stylu tance czy inna gimnastyka

      a my tu mówimy o calym szkolnictwie

      45 dzieci w klasie w Polsce to Alcatraz czy inny Prison Break a nie nauka

      Usuń
    5. Edukację da się zafundować nawet "za darmo", jeśli rodzic chce uczyć dziecko w domu, płacąc swoim czasem. Taki model trwa zwykle do szkoły średniej, kiedy już potrzeba bardzo specjalistycznej wiedzy.

      Ma Pan rację, na takiej wysokości kształtują się opłaty za zajęcia dodatkowe. Ale one akurat wymagają specjalistycznej wiedzy. I to za taką warto tyle płacić.

      Na przykładzie swoim mogę powiedzieć, że poza nauką języka polskiego i angielskiego, edukacja przed szkołą średnią ograniczała się do przepisywania materiału obecnego w podręczniku. Strata czasu, zwłaszcza dla tych ciekawskich uczniów, którzy cały materiał z podręcznika opanowywali w miesiąc po ich zakupie. Nie wiem jak Pan, ale ja z ciekawością czytałem starsze podręczniki pozostawione przez ojca i kuzyna. I nikt nikomu za to nie płacił!

      Usuń
    6. robiłem dokładnie to samo, sięgając w podstawówce nawet po książki pilotażu szybowcowego i meteorologii mojej matki, czy książki historyczne dziadka

      w podstawówce często zaginałem nauczycieli przedmiotowych, przez co lubiany nie bylem w tym gronie :)

      Usuń
  3. "Rodzic powinien mieć prawo do samodzielnego kształcenia swojego dziecka w systemie edukacji domowej" - Drogi Remigiuszu, pragnę Ci uświadomić, że każdy rodzic takie prawo ma. Jest z tym trochę załatwiania, ale da się to zrobić. W praktyce korzystają z tej możliwości ludzie mieszkający na odludziu oraz rozmaitej maści anarchiści, anty- i alter-globaliści. A większość tzw."zwykłych" ludzi ma tak naprawdę w "d." szkołę i kształcenie swoich dzieci. Szkoła przez wszystkich jest postrzegana jako zło konieczne, ale kto by tam brał na siebie odpowiedzialność za naukę swoich dzieci! Lepiej posłać je do zwykłej osiedlowej podstawówki, zakup podręczników odwlec najdłużej jak się da oraz ograniczyć do minimum, nie chodzić na zebrania rodziców, a potem z upodobaniem narzekać na edukację...

    Ja poszłam do szkoły jako sześciolatka i nigdy nie narzekałam na taki wybór moich rodziców. Później w szkole średniej oraz na studiach spotkałam innych podobnych sobie "odszczepieńców" i powiem Ci, że to właśnie osoby o rok młodsze od wszystkich pozostałych radziły sobie z nauką najlepiej, osiągając wyniki uprawniające do pobierania stypendiów naukowych. I raczej nie wierzę, że to my akurat byliśmy wybitnie zdolni. To raczej nasi rodzice kładli nacisk na naukę i wpajali nam, jaka ona jest ważna i potrzebna. I chyba osiągnęli zamierzony efekt!

    Pozdrawiam, lubię tu zaglądać, choć nie zawsze się z Tobą zgadzam. Ale polemika jest - mam nadzieję - dobrze widziana?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale tu nie ma znaczenia czy Ty poszłaś do szkoły jako sześcio- czy siedmio- latka

      (choć miło, że dla ciebie się to dobrze skończyło i że Twoi rodzice dbali o Ciebie)

      nie o tym rozmawiamy

      chodzi tu o to, że tego wyboru mają dokonywać rodzice a nie ten czy inny polityk czy jakaś pani minister


      tak samo z angielskim, czy rytmiką w przedszkolach w poprzednim poście - jakiś mądry inaczej w rządzie zdecydował, że NIE BO NIE, i teraz nie mam możliwości, by moje dziecko w państwowym przedszkolu miało takie zajęcia

      po co oni na szczeblu rządowym się wchrzaniali w kompetencje rodziców i dyrekcji przedszkoli?

      działania polityków, to jest dywersja i szkodzenie zwykłym, szarym ludziom, którzy chcą dbać o swoje dzieci

      Usuń
    2. Drogi Autorze, otóż właśnie rozmawiamy o tym, czy ja poszłam do szkoły w wieku 6 lat. Zapewniam Cię, że wtedy szkoła jeszcze mniej była przygotowana na przyjęcie 6-latków, niż teraz. Po prostu było nas baaardzo mało! Więc nikt nie dbał o nasze potrzeby. A ja byłam malutką, chudziutką dziewczynką, którą inni - zdarzało się - popychali na korytarzu. Ale jakoś przeżyłam i mam się dobrze. I wspominam szkołę z sentymentem.

      Obawiam się też, że gdyby pozostawić w rękach rodziców decyzję o posłaniu dzieci do szkoły - niektórzy nie posłaliby ich tam wcale! Nawet w wieku 10 lat! Kiedyś podjęto decyzję o posyłaniu do szkoły siedmiolatków, ale czasy się zmieniają, dzieci teraz są o wiele bardziej bystre, mają łatwy dostęp do informacji i wielki głód wiedzy. Dlaczego nie wykorzystać tego pędu do wiedzy? Zniechęcenie przyjdzie później... A i dzisiejsza szkoła nie jest taka, jaką pamiętamy z naszego dzieciństwa. Teraz w nauczaniu początkowym inaczej podchodzi się do ucznia, zwłaszcza 6-letniego. Nie rozumiem, skąd ten strach. Skoro dzieciaki świetnie radzą sobie w zerówce, to i we współczesnej szkole sobie poradzą. A dzięki temu posunięciu wszystkie 5-latki będą mogły pójść do przedszkola. A przyznasz chyba, że to ważne - przecież sam posyłasz dzieci (dziecko?) do przedszkola!

      Usuń
    3. ale kto zdecydował o Twoim pójściu do szkoły?

      rodzice którzy uznali, że jesteś gotowa

      czy minister?


      Usuń
    4. Prawdę mówiąc wcale nie wiem, czy byłam gotowa - byłam raczej dziecinna i mało zsocjalizowana, taka dość "odludna". Myślę, że społecznie nie byłam gotowa, ale za to umiałam już czytać i pisać, więc po co chodzić jeszcze do przedszkola? Szkoła i już! A moi rodzice musieli stoczyć prawdziwą walkę z systemem, aby mnie do szkoły przyjęli... Zatem zupełnie odwrotnie, niż dziś:-)

      Usuń
    5. widzisz, a czy nie prościej byłoby dać rodzicom wybór czy posłać 6 czy 7 lata do klasy?

      to jest mniej więcej czas, kiedy dziecko jest dojrzałe do edukacji i wkroczenia w namiastkę dorosłości (choćby starożytny obyczaj postrzyżyn był właśnie mniej więcej w tym wieku),

      ale to rodzic wie najlepiej czy i kiedy jego dziecko jest gotowe, czy 6 czy 7 latek

      nie minister, nie politycy

      i o tym jest mój post

      Usuń
  4. Moja siostra w zeszłym roku stanęła przed dylematem: wysłać sześcioletnią córkę do szkoły czy nie. Młoda była malutka, chudziutka, nosiła okulary i nie potrafiła buzi otworzyć.

    Przed oczyma stanęła mi wizja, jak dziecku popychanemu np. w szatni spadają okulary na ziemię, stanęła wizja przepełnionej świetlicy w której nikt nad niczym nie panuje.
    I popukałam jej w głowę, dziwiąc się skąd u niej takie dylematy. Przecież zna własne dziecko.

    W tym roku dziewczynka poszła do pierwszej klasy. Przez rok zmieniła się nie do poznania. Wyrosła, rozwinęła się intelektualnie. Nie nosi już okularów.
    Zmuszanie rodziców do posyłania dziecka do szkoły w wieku 6-ciu lat jest nie do przyjęcia. Tak jak nie do przyjęcia jest wkładanie dziecku na plecy 10-kg tornistra. I niby wszyscy o tym wiedzą i wszyscy o tym mówią, tylko to potem matka i ojciec, no i dziecko oczywiście ponoszą konsekwencje tych edukacyjnych głupot. To jest edukacyjna hipokryzja i schzofrenia nie jedyna zresztą w tym kraju.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 'nie do przyjęcia jest wkładanie dziecku na plecy 10-kg tornistra. I niby wszyscy o tym wiedzą i wszyscy o tym mówią, tylko to potem matka i ojciec, no i dziecko oczywiście ponoszą konsekwencje tych edukacyjnych głupot'

      minister edukacji i politykom włożyć na plecy wojskowy plecak z pełnym, regulaminowym wyposażeniem i przegonić po Warszawie, wzdłuż i wszerz,

      może w mózgach się jakaś klapka otworzy

      Usuń
    2. Nie otworzy się! Na to nie można liczyć. Myślę, że oni są całkowicie oderwani od realiów! Ale to nie politycy decydują o ciężarze tornistrów. To tylko brak organizacji na poziomie szkół! Są bowiem takie, w których maluchy zostawiają książki i nie muszą ich nosić. Da się? Ano - da się! Tylko trzeba chcieć. Przestańmy zwalać odpowiedzialność za każdy drobiazg na ministra, zacznijmy wymagać od instytucji lokalnych. Po to przecież odeszliśmy od socjalizmu i centralnego sterowania wszystkim, prawda?

      Usuń
    3. Akurat w edukacji od socjalizmu i centralnego sterowania nie odeszliśmy.

      Usuń
    4. rzeczywiście, przy tej sprawie masz racje - możnaby to jakoś zorganizować na szczeblu niższym

      ale powiedz mi - kto decyduje o tym, że co rok-dwa zmienia sie podstawa programowa i trzeba wszystkie podręczniki wymieniać?

      Usuń
    5. Ministerstwo. To jest nadal centralne planowanie (i nawet w nauczaniu domowym trzeba program nauczania realizować). Zatem nie wiem, skąd słowo "ale"?

      Usuń
    6. Podstawa programowa nie zmienia się co rok - dwa. Reformę wprowadzono do szkół kilka lat temu. Teraz te "zreformowane" dzieci są w 5 klasie podstawówki, a młodzież, która zaczęła w tym samym czasie naukę w zreformowanym gimnazjum jest teraz w klasie 2 liceum/technikum/zawodówki. Od tego czasu podstawa programowa nie zmienia się, to tylko wydawnictwa próbują wymusić na nas zakup nowych podręczników udając, że wprowadziły "nowe wydania". Ale one wcale nie są nowe, naniesiono w nich tylko kosmetyczne zmiany albo co gorsza - zmieniono tylko okładkę. Rozsądni nauczyciele wiedzą o tym i akceptują używanie przez uczniów tzw. starych wydań. I znów trafiamy do instytucji najniższej - szkoły - jak przymusić nauczyciela, żeby nie wymagał zakupu tych prawie niezmienionych nowych wydań? I jeszcze ćwiczeń do wszystkiego, z których potem uczniowie wcale nie korzystają! O tym nie decyduje ministerstwo, tylko najwyżej dyrektor szkoły...

      Patryku, to, że w nauczaniu domowym trzeba zrealizować minimum programowe jest rzeczą oczywistą - przecież dziecko musi zdać taki sam egzamin na zakończenie, jak pozostali, którzy uczęszczają do szkoły.

      Usuń
    7. Z tymi podręcznikami racja, wiele szkół dodatkowo organizuje kiermasze używanych podręczników. Jednak na dobrą sprawę dysponujemy obecnie technologiami, by z podręczników w ogóle zrezygnować. Już za 500 złotych można kupić netbooka, a istnieją już teraz dystrybucje linuksa pełniące funkcje przede wszystkim edukacyjne. Wszystkie podręczniki świata w gwarancji na 2 lata, a plecy nie bolą. Nie mówiąc o tym, że bardzo dużo takie dziecko mogłoby zrobić pisząc zdalnie, siedząc u domu z mamą bądź nianią.

      W mojej opinii szkoła to przede wszystkim jedna wielka strata czasu. Prawdziwa nauka to jakieś 15 minut typowej lekcji, reszta to obecności, sprawdzanie zadań domowych, czekanie aż każdy uzupełni ćwiczenie i wspólne ich poprawianie, wystawianie ocen i komentowanie błędów. Nic dziwnego, że dzieci w cyklu domowym nauczania ucząc się 2,5 h dziennie deklasują później na egzaminach swoich kolegów.

      Oprócz tego dochodzą do głosu kwestie ideologiczne: szkoła to wychowalnia dobrego rekruta.
      "Sztywno, równo i posłusznie. A do tego bez wahania. Dyscyplina. Dyscyplina! To podstawa wychowania"

      Usuń
    8. A, w tych kwestiach ogólnie się z Tobą zgadzam. Jestem entuzjastką nauczania domowego, jeśli tylko rodzicom wystarcza chęci, wiedzy, czasu i zapału. Jednak jestem też miłośniczką papierowych książek, choć oczywiście korzystam i z elektroniki. Czytałam komentarze młodych ludzi, wychowanych za granicą, korzystających z dobrodziejstw elektroniki już od dawna. Otóż wielu twierdzi, że podczas lekcji z laptopami panował zupełny chaos. Uczniowie łamali zabezpieczenia i buszowali w internecie, zamiast uczestniczyć w lekcji. Również odrabianie zadań domowych na komputerze prowokowało raczej do używania gier i zabaw, niż do lekcji... Dlatego myślę, że tak całkowicie książek wyeliminować się nie da, bo to ryzykowne i nieskuteczne. Ale może się mylę? Również pisanie przy pomocy klawiatury komputera - choć potrzebne i przydatne - jednak nie jest jedynie dobrym wyjściem. Nauka stylistyki, ortografii i kaligrafii jest prawdziwie skuteczna tylko podczas pisania odręcznego. A przecież jest chyba konieczna?

      Przepraszam, że jestem taką tradycjonalistką. Korzystam z komputera, tabletu itp, ale myślę, że tradycyjne odręczne pisanie (czytelne i względnie ładne) jest niezbędne!

      Aha, na szczęście szkoła już nie musi wychowywać rekrutów, z czego bardzo się cieszę. Nawet nie wiesz, jak bardzo!

      Usuń
    9. ha! nie wiem jak dzieci, ale pierwsze co zrobiłem na ćwiczeniach z informatyki na studiach to złamanie rzekomo zabezpieczonej, 100% zamkniętej sieci uczelnianej i wyjście "na świat" wolnym portem

      ten mały hacking to historia i komedia sama w sobie, ale to temat na osobny post

      zamiast robić co każą - przez bite 2h ćwiczeń tydzień w tydzień siedziało się na necie

      Usuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń