środa, 27 kwietnia 2011

Jeep Grand Cherokee - spalanie - sposób na obniżenie spalania

Pięciolitrowy Jeep Grand Cherokee to smok o nieograniczonym apetycie na paliwo, czarny krążownik szos i bezdroży oraz czarna dziura domowych finansów. Mimo nieokiełznanej żarłoczności auta Jeepów jeździ coraz więcej - jeden z nich także w mojej rodzinie. Dziś będzie o nietypowym sposobie na ograniczenie spalania tego potwora. Parę słów o tym aucie było w poprzednim wpisie na ten temat - KLIKNIJ TUTAJ.


Ile to kosztuje? Przejechanie 100km Jeepem. Gaz i benzyna.
Generalnie przy obecnych cenach benzyny posiadając Jeepa można przyjąć zasadę 100km = 100zł i to jest raczej minimum, a nie maximum. Posiadając instalację gazową można ten koszt nieco obniżyć, choć samo posiadanie takiej instalacji to także dodatkowe koszta. W każdym razie w okolicach ostatniego wpisu udało się osiągnąć wynik 70zł/100km w co wchodziło 60 zł (gaz) + 10zł opłaty za autostradę. Przy ostatnim przejechaniu nocą przez całą Polskę drogami krajowymi (w dwie strony) udało się osiągnąć wynik 45zł/100km (gaz)

Jak obniżyć spalanie
Jeep Grand Cherokee w opisywanym wcześniej modelu posiada nie tylko automatyczną skrzynię biegów, ale także tempomat. Tempomat został ustawiony na 80 km/h, co odpowiada około 2 tys. obrotów. Jest to tzw. prędkość ekonomiczna Jeepa. Wiem że mało - ale to nie opływowy płaskacz, ale aerodynamiczna "cegła na dwóch kółkach". Tak więc samochód flegmatycznie przetoczył się przez kraj z wdzięczną prędkością 80 km/h z legalnym zwalnianiem we wioskach do wymaganych w nocy 60 km/h. Dzięki bardzo płynnej jeździe nocnej średnia prędkość przelotowa nie była aż tak radykalnie niższa niż prędkość dzienna, z pocinaniem, radykalnym zwalnianiem i korkami. Według różnych obliczeń strata w jedną stronę wynosiła -30 do -40 minut w stosunku do dość agresywnej jazdy dziennej ze spaleniem gazu za sumę o 100 zł wyższą (czyli 200 zł w obie strony).

Podsumowując - rada, którą można wykorzystać także w innych samochodach: jedziemy w nocy, bez korków i dużego ruchu, jedziemy jednostajnym tempem, bez radykalnego przyśpieszania i zwalniania, włączamy tempomat na 80km/h (ok. 90km/h w osobówce), nie wkręcamy Jeepa na wysokie obroty, relaksujemy się przy muzyce i zapominamy o 220KM spokojnie drzemiących pod maską. Eco-driving.

Pracuję jako sprzątaczka, stawka 40/50 zł za godzinę

Tak, tak, nie żartuję tym razem - otóż wychodzi na to, że czasem pracuję dorywczo jako sprzątacz za wymienioną wyżej stawkę. Stanowisko objąłem po pani Marysi z pobliskiej wsi, która stwierdziła, że ona już sprzątać nie będzie, bo trzeba zacząć się cenić. Poważnie. :)


Zadanie bojowe...
...jest następujące: biuro 60m2 z dodatkową klatką schodową kilkanaście m2. Całość w kaflach, gres. Biuro trzeba odkurzyć (sporadycznie) lub od razu całość pojechać mopem. Rotacyjnie należy umyć 1-2 szyby. Tak aby w ciągu ok 2 miesięcy były wyczyszczone wszystkie okna.

Wynagrodzenie...
...za to przeambitne zadanie to 100 zł na rękę miesięcznie za 4 sprzątania. Cała akcja mi - amatorowi w branży sprzątającej - zajmuje 15-20 minut + okna. Okna to jest problem, jeśli czytają mnie Panie to proponuje zagonić swojego mężczyznę do mycia i ocenić efekty. Wiem, wiem... ale idzie coraz szybciej i lepiej - no powiedzmy łącznie od 25 do absolutnego maximum 40 minut jeśli się mocno ociągam i więcej kawy popijam oraz szukam jaką tu muzykę sobie puścić, niż szmatką macham. Przeliczając wychodzi 40 do 50 zł za godzinę pracy.

Kolejki chętnych do tej pracy...
...są tylko w mojej wyobraźni. Od czasu dezercji pani Marysi był tylko jeden chętny do pomocy w sprzątaniu za podaną stawkę - znajomy budowlaniec, obcokrajowiec, który wariował z nudów i bezczynności podczas przydługiego urlopu w Polsce. Przynajmniej dwóch, może trzech kandydatów do (między innymi tejże) pracy dorywczej zdezerterowało tuż przed umówionym spotkaniem. Polecona przez znajomych, rzekomo tania, emerytka mieszkająca w pobliżu po długim namyśle i wątpliwościach zaśpiewała 200-250 zł miesięcznie za sprzątanie, w końcu jak coś - to trzeba się cenić. Praca jako sprzątaczka na pewno do prestiżowych nie należy.

I tak oto przejąłem to "prestiżowe" stanowisko...
...bo stwierdziłem, że skoro moja regularna praca pociąga za sobą wycieranie krzesła 4 literami przez większość dnia, to trochę ruchu i pracy fizycznej wyjdzie mi na zdrowie. Zrobię mały spacer do mojego biura, energicznie pomacham mopem, wyniosę śmieci, itp., puszcze sobie muzykę i zrelaksuję się. Inni znajomi jak te chomiki w karuzeli robią np. przebieżkę na bieżni i jeszcze za to płacą - siłownia tania nie jest - a ja mam fitness - nie dość, że za darmo to jeszcze w kieszeni stówę na czysto.

środa, 20 kwietnia 2011

Jaki jest prawdziwy mężczyzna - przepis na flaczki z Biedronki

Przy okazji postu o tańszych odpowiednikach kosmetyków i podróbkach perfum pojawiła się kwestia jaki powinien być prawdziwy mężczyzna. Ten temat nurtuje niejednego młodego człowieka, chcącego być bardziej macho. I to wszystko w imię zdobycia męskiej dominacji, uznania wśród kobiet, itp. Wyciskamy te ciężary na siłowni, pakujemy się w markowe ciuchy i pryskamy markowymi pachnidłami... (bo przecież to właśnie lubi prawdziwy mężczyzna). Tymczasem zamiast kombinować, najlepiej, co lubi prawdziwy facet, zapytać u osoby najbardziej zainteresowanej naszą męskością - czyli u kobiety.


To własnie pytanie nurtowało mnie kiedy szedłem się przejść odetchnąć od siedzenia przy komputerze. Długo nie zastanawiając się postanowiłem je zadać pierwszej napotkanej konkretniejszej, fajnej babce. Trafiło na panią Krysię ze sklepu mięsnego nieopodal. Pani Krysia nie miała żadnych wątpliwości, nie wahała się ani chwile z odpowiedzią: "Prawdziwy facet to sobie lubi czasem zjeść flaki!"


Proszę bardzo chcecie więcej męskości to macie - podaję zatem...

Przepis na ekspresowe flaczki z Biedronki
Jak na załączonym obrazku widać mamy koncentrat flaków w foliowym opakowaniu. Występują w dwóch odmianach - flaki wołowe w rosole oraz flaki wieprzowe. Zależnie od gustu na naszą bazę wybieramy właściwą porcję (osobiście następnym razem zamierzam zmieszać flaki wołowe z wieprzowymi, aby uzyskać flakowy mix). Zagotowane flaki prosto z opakowania można w wielkiej desperacji zjeść, ale chodzi nam w końcu o super smaczną męska potrawę! Najlepsi mistrzowie kuchni to w końcu 100% mężczyźni, więc wypada im choć trochę dorównać. Zaciskamy zęby i do roboty!

Potrzebne nam będą warzywa, może być porcja na zupę z marketu, najlepiej dwie: cebula, pietruszka, marchew, seler, por. Warzywa siekamy drobno. Możemy dodać posiekane pieczarki (mała tacka), albo tackę boczniaków (pokrojone w cienkie paski - takie "grzybowe" flaczki).

Flakowy wsad, w zależności od apetytu, można uzupełnić o pokrojony w paski wędzony boczek, posiekaną kiełbasę, cienko pokrojone mięso z kurczaka lub wieprzowe (najlepiej już ugotowane lub podsmażone).

Wszystko gotujemy razem - oczywiście dodając odpowiednią ilość wody, przyprawy do flaków, pieprzu ziołowego, pieprzu czarnego, soli, ziela angielskiego i liścia laurowego, ewentualnie niewielką ilość czosnku a pod koniec gotowania majeranku.

Flaki najlepiej zagęścić mąką ziemniaczaną rozrobioną uprzednio z wodą - w razie braku takowej - zwykłą mąką. Jeśli dobrze i drobno posiekaliśmy warzywa, potrawa ugotuje się w tempie ekspresowym. Smacznego!

Dziewczyno, przyglądnij się i zapamiętaj. Tak wygląda prawdziwy mężczyzna w akcji!

wtorek, 19 kwietnia 2011

Markowe żarówki - czyli jak doją nas marketingowcy

Kontynuuję cykl wpisów o markach, psychologi i o tym jak ślepa wiara w produkty markowe pozbawia nas gotówki. Tym razem będzie o firmowych żarówkach renomowanej firmy X, z którymi zetknąłem się w pracy. Niestety z uwagi na tajemnicę handlową nie mogę podać nazwy firmy, miasta ani nawet regionu produkcji. Musicie tym razem uwierzyć mi na słowo, albo darować sobie dalsze czytanie.


Firma X weszła na polski rynek poprzez prywatyzację, kupując po prostu lokalny zakład produkujący żarówki. Produkcja klasycznej żarówki nie jest zbyt wielkim wyzwaniem dla inżynierów, jest to w rzeczywistości dość proste urządzenie - konstrukcja prosta jak cep. Oczywiście ulepszono linie produkcyjne, zadbano o standardy (czyli lepsze auta dla managementu), itp.

Lokalna marka była powszechnie znana wśród klientów i specjalistów, ale szare opakowanie i logo z epoki głębokiej komuny nie zachęcało i rozpatrywano argumenty za likwidacją marki. Jednak przyzwyczajenie jest drugą natura człowieka i badania rynku zdecydowały o pozostawieniu marki.

Jednocześnie firma X wprowadziła na nasz rynek nową markę, znaną wcześniej na zachodzie. Wydano kupę kasy na promocje, nowy design opakowania, itp. Firmowy produkt X pojawił się na sklepowych półkach obok starych, szarych opakowań. Markowy produkt oczywiście był znacznie droższy niż klasyczna marka z okresu PRL - koszty intensywnej promocji musiały zostać zrównoważone.

Badanie rynku po roku wprowadzenia marki na rynek było bardzo pozytywne, tak pozytywne, że zaskoczyło i marketingowców i inżynierów firmy, Polacy pozytywnie nastawieni do marek zachodnich twierdzili na przykład że:
Markowe żarówki X palą się dłużej kiedy "szaraki" padają jak muchy...
Żarówki X lepiej odwzorowują naturalne światło i głowa nie boli...
Jakość wykonania marki X jest lepsza...
Klasyczna żarówka X jeszcze mnie nie zawiodła... kiedy tanie żarówki wielokrotnie....



Tymczasem żarówki X oraz klasyczne szaraki były produkowane dokładnie na tej samej linii produkcyjnej i z tych samych komponentów - to jest naprawdę zbyt prosty technologicznie produkt, aby można było wydusić jakiekolwiek oszczędności pogarszając standard - po prostu między zmianami serwisant zmieniał oprogramowanie i na żarówki szedł nowy nadruk. Na dział pakowania szły nowe, ładne pudełka na lśniącym kredowym papierze.

P.S. Polecam zerknąć do archiwum bloga styczeń/luty 2011 - było dużo postów o żarówkach i oświetleniu.

Potęga ściemy - czyli jak dajemy się doić wielkim firmom

Kiedyś na trening na siłowni przyszedł znajomy kelner w niecodziennie dobrym humorze. Pytam skąd taki dobry nastrój. "A bo zrobiłem w jajo jednego zarozumialca, biznesmen wielki, zarozumiały dupek no i zarobiłem przy okazji." Pytam dalej o co chodzi i opowieść idzie mniej więcej tak:


Biznesmen zjadł co swoje z jakimiś kolegami, machnął na kelnera i poprosił Heinekena. Traf chciał, że akurat Heineken się skończył i kolega zaproponował złotego Lecha. Biznesmen wyjechał z tekstem w stylu:

"Co ty mi tu chłopcze proponujesz, Lecha? Lech to są chłopcze szczochy dobre dla kiboli i prostaków, prawdziwe piwo to Heineken. Masz tu chłopie dwie dychy, skocz do sklepu obok, kup butelkę i nalej - reszta dla ciebie!".

A to był jeszcze ten okres kiedy rzeczywiście Heineken był importowany, a nie rozlewany u nas, nie spowszechniał jeszcze i uchodził za piwo z najwyższej półki. Kolega się wkurzył, jako dumny z Lecha Wielkopolanin oraz wierny kibic, wyszedł na chwilę na papierosa, po czym wrócił za bar, wziął szklankę firmową od Heinekena, nalał do niej złotego Lecha i podał. Biznesmen oglądnął piwo pod światło, niczym koneser ocenił pianę, wziął łyka, westchnął, wziął kolejnego głębszego łyka i mówi do kelnera oraz swoich kolegów...

"Eeeeh, nie ma jak Heineken, to jest prawdziwe piwo! Goryczka, klarowność - te barany u nas w Polsce nigdy nie zrobią takiego piwa..."

I to jest własnie potęga marki i marketingu! Potęga ściemy i siła instynktu stadnego.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Przeprowadzka do mniejszego miasta - atrapy kamer i... rynków staromiejskich

Pisząc na blogu antykradzieżowym o atrapach kamer w monitoringu, w pamięci miałem niedawną rozmowę w internecie z młodą osóbką potępiającą mnie za artykuł o samochodzie Dacia Logan MCV, a konkretnie o patencie na 'zaopatrzenie'. No bo jak można zachowywać się nieuczciwie i pchać autem w przecudne staromiejskie uliczki, aby załatwić swoje przyziemne sprawy? Rynki i centra miast nie są przecież od tego by, o zgrozo, robić interesy, zakupy, pracować.... CZYŻBY?

Może Wikipedia pomoże? http://pl.wikipedia.org/wiki/Rynek

Niestety obecna postać staromiejskich rynków to zaprzeczenie ich pierwotnych i naturalnych funkcji urbanistycznych, to najczęściej ATRAPA rynku!

Przeprowadzka do małego miasta, nie była dla mnie łatwa decyzją, jednak z perspektywy czasu i częstych wypadów do Poznania, czy Wrocławia nie żałuję - pomijając inne życiowe argumenty - centra tych miast zdecydowanie nie służą ich mieszkańcom. Wielu z nich całymi miesiącami nie zagląda na rynki, które rzekomo są ich dumą!

Poniżej małe porównanie rynków Poznania, w którym spędziłem długie lata, oraz Starogardu, gdzie często bywam na wakacjach i urlopach. Kilka zdjęć zdziała więcej niż tysiąc słów.


Poznań - Stolica Wielkopolski - aglomeracja 950 tys. mieszkańców

Duma Wielkopolan. Niezwykle piękne i ładne - ale co to jest? Dekoracja filmowa?


A tak to niestety wygląda na co dzień, jak turystów nie ma, a studenci leczą kaca.



Starogard Gdański - stolica Kociewia - 48 tys. mieszkańców

Leniwe niedzielne popołudnie, po spacerze w pięknym parku można zjeść tanio na rynku.


I tak to wygląda na co dzień! Ten rynek naprawdę aktywnie żyje i służy ludziom!


No tak, ale co zwykli ludzie i ich codzienne życie obchodzą współczesnych urbanistów, ekologistów, polityków i Młodych-Wykształconych-Z-Wielkich-Miast (to ja! to ja!) ślepo podążających (aaa, to już nie ja! :P) za Autorytetami Moralnymi.

Pozdrawiam!

sobota, 16 kwietnia 2011

Korzystnie sprzedać rzeczy używane i niepotrzebne przedmioty.

Dziś w ramach gruntownych porządków i przeglądu bloga. chciałbym przypomnieć kwestię sprzedaży rzeczy używanych i niepotrzebnych. Zapraszam do przypomnienia sobie posta na ten temat - KLIKNIJ TUTAJ. Sprzedaż używanych gratów nie jest łatwa i czasem na właściwego klienta (i dobrą cenę!) trzeba trochę poczekać, ale myślę, że warto.

Dzisiaj rano dzięki lokalnym ogłoszeniom na Gratce (serwis starszy niż popularne aukcje internetowe) sprzedałem stary materac, który autentycznie już był wynoszony na śmietnik, ale tknęło mnie, że jednak może być jeszcze coś warty. Odliczając koszty w stylu kilka piw dla sąsiada i pracownika za noszenie (materac ważył z kilkadziesiąt kilo, a ja jeszcze nie do końca zaleczyłem kontuzję nadgarstka), jakieś odwdzięczenie się rodzinie za przechowanie go na strychu oraz trochę paliwa - w kieszeni pozostała mi prawie stówa.

Ogłoszenia w supermarkecie - sposób na darmowy anons w lokalnej społeczności.

Piszę to nie po to aby się chwalić jakimś spektakularnym sukcesem w lokalnym handlu, ale aby wam pokazać, że sam realnie stosuję patenty, o których piszę na tym blogu. Bo co to za szewc co bez butów chodzi?

Wydrukuj swoje ogłoszenia!
Przy okazji kolejny patent na sprzedaż rzeczy używanych: Zamiast męczyć się i ręcznie wypisywać ogłoszenia, które zostawia się lokalnie w supermarkecie - proponuję napisać tekst na komputerze, wydrukować w kilkunastu kopiach i nakleić na kartę ogłoszeniową z supermarketu. Po ręcznym dopisaniu wymaganej daty, obsługa marketu nie wyrzuci naszych anonsów do kosza, a jest to łatwiejsze niż ręczne tworzenie ulotek, które i tak klienci sobie zazwyczaj zabierają do domu.

Nielegalne ogłoszenia
Ogłoszenia daję także nielegalnie - na dziko w innym supermarkecie "z sympatycznym owadem w logo". W wózkowni lokalna społeczność urządziła sobie dziką tablicę ogłoszeń - to teren prywatny poza jurysdykcją upierdliwej Straży Miejskiej - a międzynarodowy koncern przecież nie pozwie mnie za drobne sąsiedzkie ogłoszenia. Polak potrafi. Oczywiście odradzam gorąco jakiekolwiek łamanie prawa ;-) Don't do this at home!

A na nowym blogu antykradzieżowym....
...kilka słów o pladze kradzieży damskich torebek (ZAPRASZAM), która rozwija się szczególnie w dużych miastach.

piątek, 15 kwietnia 2011

Tanie odpowiedniki perfum - podróbki - męski punkt widzenia

Trochę śmieszy mnie i żenuje sytuacja, gdy mężczyźni z całkowitą powagą ekscytują się markowymi perfumami, markowymi ciuchami, itp.. Oczywiście dla niektórych im drożej tym lepiej, im bardziej ekskluzywnie tym większa duma, im bardziej modnie i stylowo - tym większa ich pewność siebie. Metroseksualne pranie mózgu robi swoje.

Oczywiście wszystko w życiu ma swoje miejsce - także drogie markowe perfumy - sam takie gdzieś w kącie szafki posiadam na różne okazje - ale jeśli drodzy koledzy budujecie na tym swoją męskość i pewność siebie - to muszę was niestety zmartwić. Wylanie na siebie choćby tony drogich perfum i ubranie w najdroższe ciuchy nie doda wam ani jednego procenta męskości i własnej wartości. Pewność siebie zbudowana na czymś takim - jest ulotna jak zapach tych perfum.

Po prostu nie tu leży męskość i jakaś wartość człowieka, a najlepszy markowy 'label' nie zakryje głębokich kompleksów na dłużej.

Chłop po robocie - stylizacja, balsam do ciała i markowe perfumy?

Jeśli przypadkiem spotykacie się z dziewczyną, która poleciała na was głównie z powodu dobrych kosmetyków, markowych ciuchów i dobrego auta, no to życzę miłej zabawy - ale tak na serio, to nic poważnego z tego nie będzie (no chyba, że poważne problemy w waszym związku jak kiedyś przyjdzie kryzys finansowy).

Czesiek Hydraulik - Zawsze do usług! Entuzjazm i gotowość bojowa!

Jeśli kobieta kocha swojego chłopa naprawdę to będzie go kochać także kiedy wróci z roboty, z kopania ogródka, z garażu, itp. umorusany smarem i spocony. Jeśli jesteś facetem z krwi i kości - to będziesz nim także w starych dżinsach i brudnym podkoszulku a'la Bruce Willis ze "Szklanej Pułapki" (Offtop: Czy Widzieliście kiedyś Boże Narodzenie bez Szklanej Pułapki na Polsacie?)

Oczywiście jeśli ten męski pot i brud zostawiony na dłużej zafermentuje - a do tego dojdzie zapach przetrawionego alkoholu - to nawet wielka miłość może tego nie wytrzymać. Z tych spoconych dżinsów trzeba w końcu wyskoczyć, podkoszulkę wrzucić do prania, a potem prysznic, golonko, dezodorant i może jakieś perfumy dla odświeżenia? Ale zaraz? Czy muszą być to kosmetyki super drogie i ultra markowe?

Kobieto - kochaj swojego chłopa, gdy przyjdzie spocony po robocie :)

wtorek, 12 kwietnia 2011

Dacia Logan MCV - tani samochód wielofunkcyjny

Ostatnio zabrałem się za oględziny taniej terenówki Dacia Duster, dziś popatrzymy na model marki Dacia, który od paru lat bije rekordy sprzedaży, szczególnie we Francji i w Rumunii. Dacia Logan MCV to tani wielofunkcyjny samochód, połączenie kombi, samochodu dostawczego, mini-busa oraz myśliwca F16.


Kilka moich wniosków:
Z tym myśliwcem to oczywiście żart. Jakakolwiek dynamika to ostatnia rzecz, której możemy się spodziewać od tego multi-jeździdła. Raportów na temat tego samochodu w sieci jest naprawdę wiele i nie ma sensu, abym się zbytnio rozwodził nad jego właściwościami technicznymi. Warto jednak wspomnieć po raz setny, że Logan MCV występuje w wersji 7 osobowej, a to już bardzo ciekawa alternatywa cenowa dla samochodów innych marek mających zdolność przewiezienia takiej ilości pasażerów. W wersji 5 osobowej mamy dość dużą przestrzeń ładunkową, mimo że auto gabarytowo nie jest większe niż np. mój Ford Focus II. Przestrzeń jest uzyskana między innymi dzięki podwyższonemu dachowi a ciekawym rozwiązaniem są tylne drzwi otwierane na boki - ewenement w tak małym aucie. Oczywiście 7-ke można szybko przerobić na 5-ke wyjmując ostatni rząd siedzeń.

Kupujemy Logana MCV?
Myślę, że podobna oferta, dla osób poszukujących samochodów używanych, ale "prawie jak nowych", jest ciekawa rozpatrzenia. Sądząc po wyposażeniu i przebiegu (o ile nie jest przekręcony) nie użytkowała go firma, ale raczej jakiś działkowiec, lub "ojciec rodziny", który przestraszył się kończącej się gwarancji (bo przecież w ASO podają dobra kawę i są takie miłe dziewczyny w recepcji).

Dacia Logan 1.5DCI 85KM KLIMA OPŁACONY 2008, Kombi 25 900 PLN brutto
25 900 PLN brutto (do negocjacji), 41 000 km, 85KM (63kW), 1461 cm³, olej napędowy (diesel), srebrny-metallic, ABS, el. szyby, el. lusterka, klimatyzacja, centralny zamek, poduszka powietrzna, wspomaganie kierownicy, immobiliser, komputer, światła przeciwmgłowe, pierwszy właściciel, serwisowany w ASO.


Oferta nie jest na pewno dla osób szukających prestiżu. Podobni klienci w okolicach roku 2000 kupowali czeskie Skody, zmodernizowane po przejęciu fabryk Pepików przez Volkswagena. Orientując się już trochę w temacie tanich marek samochodów, idę o zakład, że to auto przejeździ jeszcze 2-3 lata bez żadnych istotnych awarii. Może być idealne dla kogoś rozpoczynającego mały biznes, bez wielkich środków na start i czasu na wizyty u mechaników i drogie naprawy.

Dacia Logan MCV - Zużycie Paliwa
Auto podane w ogłoszeniu ma spalanie na trasie 4.5 l ON. Po urealnieniu o "polskie warunki" da nam to 5 litrów na trasie. To naprawdę niewiele. O dynamicznej i pełnej wrażeń jeździe możemy zapomnieć, choć w wersji dieslowskiej podanej w cytowanym ogłoszeniu powinno być przynajmniej przyzwoicie. Posiadanie takiego autka pozwoli nam świadczyć np. tanie usługi transportowe / przewóz osób - a każda okazja do zarobienia przy rozwijającym swoje skrzydła kryzysie może być cenna. (Podana sytuacja to realny przypadek z dalszej rodziny.)

Patent na parking i przejazdy w zakorkowanym mieście
Przy okazji zdradzę wam fajny patent - posiadając auto o wyglądzie dostawczaka, mini van albo oklejoną osobówkę, śmiało kupujemy za kilka zł plakietkę ZAOPATRZENIE i w mieście bezczelnie ładujemy się na uliczki i parkingi z zakazem opatrzonym adnotacją: "nie dotyczy zaopatrzenia".

Kombi lub mini van - dobra opcja
Pomińmy już nawet auto omawiane powyżej, z pewnością istnieje wiele alternatyw wartych rozpatrzenia, może trochę starszych, ale lepiej wyposażonych, o lepszych parametrach jazdy, itp. Skupmy się na tym typie samochodu - a więc duże pakowne kombi albo pakowny mini van. Jeśli kupujemy auto dla potrzeb domowych, to myślę że warto za podobne pieniądze kupić samochód właśnie tego typu - spalanie będzie na poziomie takim samym, lub niewiele większym niż typowej osobówki - funkcja transportowa jest w wielu sytuacjach bardzo przydatna.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Tanie podróże - Wąwóz Myśliborski

W weekend wiało niemiłosiernie, zaplanowana wycieczka na zaporę Słup, skróciła się maksymalnie. Wiatr zdecydowanie pozytywnie działał na pierwszą na Dolnym Śląsku elektrownię wiatrową we wsi Słup. Pojedynczy gigantyczny wiatrak, pod który można podejść bezpośrednio, robi piorunujące wrażenie, zwłaszcza kiedy gigantyczne łopaty wiatraka obracają się żwawo, a ty stoisz tuż pod nimi.

Oczywisty wybór "co dalej?" padł na Wąwóz Myśliborski, mimo iż na Pogórzu Kaczawskim zwanym też Pogórzem Złotoryjskim wiatr urywał głowy z tułowia, w wąwozie było niemal bezwietrznie. O wichurze przypominał jedynie odgłos wiatru wyjącego na szczytach wzgórz.


Wąwóz jest znany, zatłoczony turystami, wydeptany, opisywany wszędzie - i pewnie pojawi się zarzut: "Po co ten gość o tym w ogóle pisze?" - mimo wszystko polecam, lubię tą luźną atmosferę Wąwozu Myśliborskiego, jakoś toleruję te tłumy turystów - rodziny siedzące przy grillach, studentów z gitarami osuszających przy ogniskach kolejne browary, rowersów, dziadków-kijkowców, itp.

Jakoś nie nudzi mi się kolejne przegonienie przez Wąwóz. Może dlatego, że w przeciwieństwie do pobliskich Karkonoszy jest oszczędnie, blisko, nikt mnie nie kasuje za parking, wstęp, oddychanie i buta wiązanie. Swojsko jakoś :) A jeśli tłumy zaczynają denerwować, w okolicy jest kilka miejsc mniej zadeptanych i okazji do wędrówki w ciszy i spokoju jest znacznie więcej.

Drzewa przy drogach - argumenty za wycinaniem drzew.

Korzystając z dobrodziejstwa jakie daje posiadanie własnego bloga, dorzucam swoje dwa grosze do dyskusji jaka przetoczyła się przez blog cynika9. Dyskusja dotyczy wycinania drzew przy drogach.

Zdecydowanie jestem za wycinką drzew przy drogach. Na ich miejsce należy nasadzić żywopłoty. Lepsze to dla przyrody, lepsze dla bezpieczeństwa podróżnych, lepsze dla utrzymania dróg (ochrona przed zawiejami śnieżnymi), lepsze dla rolnictwa i gospodarki - żywopłoty to ochrona pól przed erozją wiatrową (zmniejszenie ilości nawozów sztucznych) i bioróżnorodność (zmniejszenie ilości chemii w jedzeniu).


Tak to powinno wyglądać - dzięki temu zyskujemy dodatkową ochronę przed hałasem.

Argumenty pseudo-ekologów broniących drzew są śmieszne. Drzewa przy drogach nasadzone w równym rzędzie to twór zdecydowanie sztuczny, wysoce nieekologiczna monokultura wymyślona przez człowieka - skoro mamy lepsze dla przyrody i podróżnych rozwiązania takie jak żywopłoty - zastosować!

Prywaciarze zarabiają na drzewach?
Co do tematu "robienia kasy na wycince" - niedawno koło domu rodziców wycinano drzewa - na granicy posesji rodziców kilkanaście drzew wzdłuż drogi - topole usunięte po naszym podaniu (podobne topole w mieście łamały się i czyniły szkody) gmina dała nam wybór - wycinamy sami - drewno nasze albo wycina firma i zabiera drewno - wybraliśmy firmę. Nie widziałem w tym procesie korupcji, kombinowania i spisku władzy.

W miejsce wyciętych drzew stopniowo nasadzamy iglaki, krzewy, pnącza.

Zaraz, zaraz, wszyscy obrońcy drzew w dyskusjach z pogardą piszą "robi biznes", itp. - przecież to jest zdecydowany argument ZA wycinką! To dobrze, że ktoś robi na tym biznes! Bo co? Pseudo-ekolodzy woleliby, aby w geście pseudo-ekologicznego umartwiania się drzewa były zadołowane i zasypane! Denerwuje ich, że ktoś robi interes i ma korzyść? Odwieczna niechęć do prywaciarza?

Wypadki się zdarzają - i to niekoniecznie pijanym i brawurowym kierowcom!
Spotkanie z drzewem może się przytrafić także WAM, wystarczy że służby drogowe w porę nie odśnieżą drogi, lub nie posypią gołoledzi solą! A co z lekkomyślnością innych kierowców, którzy mogą "zepchnąć nas" z drogi?


Samochód po uderzeniu w miejski żywopłot. Przy starciu w większym i gęstszym żywopłotem efekt byłby podobny.


Podobny samochód po kontakcie z drzewem. Jak myślicie co się mogło stać z podróżnymi?

Drzewa przy drogach wypada wyciąć i zastąpić żywopłotami.
Kampanie społeczne za wycinką, są od lat, ofiar przybywa. W miasteczku znajomych podczas wichur rok temu, spadający konar zabił mężczyznę jadącego autem i ranił jego żonę - co powiecie, ewentualni obrońcy drzew, jego rodzinie?

środa, 6 kwietnia 2011

Tani domek - przeniesiona chatka z bali

Dzisiaj zapraszam do przeczytania kilku słów o chatce, którą postawili Ania i Damian Dębscy z bloga Stajnia w Helenowie. Ładny, własny domek to marzenie wielu z nas. Przeczytajmy zatem jak oni zrealizowali swoją wizję.
chatazbali
(...) mieszkamy w przeniesionej chałupie z bala, z tym że nasza została rozłożona na części tzw. pierwsze i zapakowana na lawetę. (...)
Znam niedogodności nieidealnie (eufemizm) wykończonych domów z bala, mimo że mój dom i całoroczny i szczelny i ciepły (OK, poza podłogą, nasz błąd konstrukcyjny).

Ale naszego domku na kurzej łapce nie zamienimy na żaden inny. Dużo w nim dobrego ducha (albo dobrych duszków).
Potwierdzam również, że taniej się nie da. Wyobrażenie o poniesionych przez nas kosztach da odjęcie jednego zera od kwot zwyczajowo przeznaczanych na dom 140 mk pow. uż.
Oczywiście nie udałoby nam się nigdy bez Wandergesellen, czyli najlepszych na świecie wędrownych cieśli. Jeśli kiedykolwiek zobaczycie dziwnych autostopowiczów to radzę zatrzymać się i koniecznie ich wziąć. Nie ma lepszych cieśli.
Nasza chatka - kosz
Budżet startowy 30 000 PLN + oszczędności rzędu 4 tysięcy (proszę się nie śmiać..)+ pożyczki od rodziny łącznie z 5 tysięcy
Koszt projektu: zero
Koszt uzgodnień z konstruktorem: 1 butelka płynu
Kupno chaty z bala, której nie chciał skansen: 6000zł
Rozbiórka i transport: wuj z lawetą
Fundamenty: 2 Ukraińców i gruszka z betonem (3000zł)
Ekipa: dwóch Wandergesellen, cieśla podlaski Stanisław z synem, mój mąż jako popychle, ja jako kuchta. Zakwaterowanie na placu w kempingu.
Nowe drewno na uzupełnienie, kotwy gwoździe i inne materiały, więźba, dach z blachodachówki, komin, wynagrodzenie dla ekipy za 3 miesiące pracy (Wandergesellen wzięli śmieszne pieniądze, p. Stanisław też niewiele): i skończyła się kasa. Dom stał przykryty.

Zamieszkaliśmy na podłodze z desek odpadowych i z foliowymi oknami, smażąc jajecznicę na ognisku i szczęśliwi jak nie wiem co ;)
Przez 7 lat standard stopniowo się polepszał, teraz mamy dwie łazienki a w drugiej to nawet i drzwi będą :D No i doszło dwoje dzieci. Kominek + CO i wszelkie wygody :)
Powiem tyle: niewymagający jesteśmy i zahartowani, a wymagania mamy dość adekwatne do możliwości finansowych. No i w drewnianym mogliśmy zamieszkać w stanie surowym, a w murowanym by się nie dało.
Chwała Wandergesellen. I panu Stanisławowi też :)
I jeszcze jedno: inżynierzy w rodzinie się przydają: nie płaciliśmy za projekt i wykonanie wewn. inst. elektrycznej, projekt przyłącza wod-kan i gazowego. Fakt, że jestem architektem wnętrz też troszeczkę ułatwił.
(Ale teraz nie wiem jak te pierwsze pół roku wytrzymaliśmy, bez niczego dosłownie. Chyba dlatego, że była wiosna, a my byliśmy młodzi, i wolnych zawodów. I kąpaliśmy się\praliśmy u rodziny...)

wtorek, 5 kwietnia 2011

Dacia Duster - kolejne oględziny taniej terenówki

Korzystając z okazji i wolnej chwili udałem się do salonu po raz kolejny obejrzeć Dustera, tym razem pod kątem ładowności. Jedna przelotna wizyta nie zaspokoiła wcześniej mojej ciekawości, a naprawdę dosyć poważnie rozpatruję kupno tego jeździdła w przyszłości.


Na obrazku widzimy zdjęcie bagażnika Dacii Duster w wersji z napędem na 4 koła - jak ładnie i obszernie wygląda to przy pustym bagażniku, zwłaszcza, że samochód swoją stylistyką robi wrażenia dużego. W rzeczywistości auto jest odrobinę mniejsze niż Ford Focus II kombi. O kilkanaście cm krótsze, a wnętrze wydaje mi się minimalnie węższe. Z uwagi na wielkie amortyzatory i koła, bagażnik jest odrobinę węższy.


Bagażnik na drugim zdjęciu w rzeczywistości sprawia już inne wrażenie. Co więcej z tego co widzę obrazek przedstawia wersję 4x2, która ma bagażnik o kilkanaście cm głębszy niż wersja 4x4 powyżej. A i tak nie jest już tak słodko.


Kolejna rzecz, która rzuca się w oczy to plastiki, kokpit i tapicerka. Nic specjalnego. Przypomina mi się kokpit mojej starej skody Fabii rocznik 2000. Z drugiej strony nie ma się także do czego przyczepić, o ile stawiamy na funkcjonalność i cenę auta, a nie prestiż. Tani czeski plastik w skodzie wytrzymał długo, to samo tapicerka. Choć plastiki w skodach miały tendencje do skrzypienia i niszczenia przy moim stylu ładowania auta - czyli czasem na max., łącznie z przestrzenią dla pasażera.

Wracając do ładowności - jedynym sensownym sposobem na jej zwiększenie jest domontowanie bagażnika dachowego. Mam jednak wątpliwość czy nie wpłynie to w zauważalny sposób na jazdę - chodzi o opór powietrza. Z katalogu wyczytałem, że wersja Dacii Duster 4x4, mimo malych rozmiarów jest w stanie uciągnąć relatywnie ciężką przyczepę, bo aż ok 1.6 tony w interesującej mnie wersji benzynowej.

Do Dacii Duster jeszcze wrócę, mimo drobnych mankamentów to wciąż interesująca oferta cenowa.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Skuter

Wczoraj we Wrocławiu przypomniałem sobie, dlaczego opuściłem metropolię i wybrałem codzienne życie w mniejszym mieście. Po skutecznym utknięciu w korku mniej więcej od Centrum po Zoo moja frustracja sięgała zenitu - posuwanie się z prędkością raczkującego niemowlaka, ani zjechać, ani zaparkować, jakoś na szczęście udało mi się wjechać w boczną uliczkę w okolicach Górnego Awanportu Śluzy Szczytnickiej (o którym niedługo napiszę) i zaparkować po dłuższym poszukiwaniu wolnego miejsca. Po samochód wróciłem wieczorem, po rozładowaniu się korka.

W chwili kiedy tkwiłem jak ten byk w pędzonym na oślep stadzie (pędzonym! heh, ale mi się napisało! no chyba że chodzi o pędzenie stada ślimaków!) z zazdrością obserwowałem motory i skutery dosyć zwinnie przeciskające się przez korek.


Skuter także zakupił sąsiad ojca dojeżdżający do pracy na odległość kilku kilometrów. Tym razem nie ma mowy o regularnych i gigantycznych korkach, choć samochodem na kilka - kilkanaście minut sąsiadowi zdarzało się już utknąć podczas dojazdu do pracy. Sąsiad wyliczył także, że dzięki różnicy w kosztach paliwa ten skuter ma praktycznie za darmo. Czemu nie? To nie tylko patent na oszczędność gotówki, ale też jak zauważyłem wczoraj - oszczędność nerwów.

piątek, 1 kwietnia 2011

Kradzieże paliwa - jak zabezpieczyć się przed kradzieżą paliwa?

Wkrótce po napisaniu ostatniego posta, w którym wspomniałem o współdzieleniu kosztów paliwa przez dojeżdżających do pracy, zadzwonił mój ojciec i ostrzegł mnie o nasilających się kradzieżach paliwa. Ponieważ nie mam aż tak dużo czasu aby śledzić lokalną prasę, to informacja jest dla mnie dość cenna. Czyżby kolejna oznaka kryzysu oraz peak-oil? Od razu przypomniał mi się cykl filmów Mad Max i zażarta walka o paliwo.

Jeśli zastanowić się, z technicznego punktu widzenia kradzież paliwa to dosyć prosta operacja. W większości nowych modeli samochodów z centralnym zamkiem do wyłamania klapki wystarczy zwykły śrubokręt. Kurki już nie są z reguły zamykane na kluczyk. Ciężko to widzę.


Ciąg dalszy tutaj: http://zabezpieczenie.blogspot.com/2012/12/kradzieze-paliwa-jak-zabezpieczyc-sie.html