czwartek, 30 czerwca 2011

Jak oszczędzać nerwy w relacjach z kobietami? Post tylko dla mężczyzn.

Ten wpis wynika z kilku poprzednich postów - wpisów o oszczędzaniu nerwów w związku, które były publikowane w ciągu dwóch ostatnich miesięcy, ale także kilku niedawnych wpisów o markowych ciuchach, markowych perfumach oraz kilku waszych komentarzy na blogu oraz innych opinii w necie, które do mnie dotarły. Generalnie jeśli jeszcze ktoś nie poczytał - zapraszam do przewertowania bloga - będziecie lepiej wiedzieć o co mi chodzi, a ja nie będę musiał się tu powtarzać - szkoda na to czasu.


W skrócie: Generalnie wyłania się z tego obraz i dyskusja - jaki według Pań (a także już wedle niektórych Panów) powinien być mężczyzna. Jak powinien się ubierać, jak wyglądać, jakie perfumy powinien stosować... Oczywiście piję tu do szału na punkcie "markowego", bo sam mam bardziej spartańską wizję mężczyzny, ale to już wyszło poza temat wyglądu i perfum.

Skąd mi to przyszło do głowy.
Terapią szokową dla mnie był choćby przypadek kolegi (dokładnie tego samego, co żarł przez miesiąc tylko ryż, aby kupić buteleczkę dość drogich perfum i zaimponować dziewczynie). Kolega zastanawiał się przy mnie kiedyś czy pasek 4You jest wystarczająco firmowy, aby pasować do marynarki i jednocześnie czy jeśli ubierze sweterek Diverse, to będzie to spójne estetycznie - no i najważniejsze - czy to spodoba się Ani!? Było kilka innych takich faz - on świata poza Anią nie widział. Wszystko dla Ani.

Jakiś czas potem przy butelce wódki ratowałem kolegę w desperacji - pytał: Co się stało? Dałem jej wszystko, robiłem dla niej wszystko. Zmieniłem dla niej wszystko - było tak wspaniale - o co chodzi. Co ona zobaczyła w tym pi****ym fagasie, że wymiękła dla niego. Przecież to burak - przecież on nie da jej tego co ja... nie rozumiem.

Szkoda, że wtedy byłem zbyt młody i głupi, aby rzeczywiście mądrze doradzić koledze: Sorry chłopie, też nie kumam tego, w głowie się twojej Ani poprzewracało...

Teraz wiem, że się myliłem - Ani się nic a nic nie poprzewracało!

Czego pragną kobiety?
Generalnie Stwórca wgrał do ich hardware jakiś skomplikowany system operacyjny, dość mało kompatybilny z naszym, więc nic nie jest tu takie jak się wydaje. Według mnie jednak, jeśli chodzi o faceta to:


One w większości mówią i marzą o takim facecie jak na zdjęciu powyżej (Wypisz wymaluj - kolega od ryżu). Dziwnym trafem lądując w ramionach (i łóżkach) takich kolesi jak ten poniżej:

Swoją drogą: Jeśli jeszcze nie poznaliście twardego charakteru i przygód Survivor Man'a - warto oglądnąć. Bear Grylls to przy nim jak kurczaczek przy jastrzębiu.

Kobieta NIE CHCE metroseksualnej ciamciaramci. To znaczy ona chce, bardzo chce - ale im bardziej chce, tym bardziej NIE CHCE. Rozumiecie koledzy :) to przecież bardzo logiczne :)

Ona CHCE faceta bezkompromisowego, zdecydowanego, który dokładnie wie czego chce i zmierzającego w jasno określonym kierunku.

Ona tak naprawdę NIE CHCE faceta zmieniającego dla niej jego dotychczasowe życie, zwyczaje, preferencje przekonania - mimo, że najczęściej świadomie lub podświadomie ona próbuje do tego doprowadzić (To ich wieczne gadanie, że "On się dla mnie zmieni", itp.).

Ale pamiętajmy, to tylko taki nieustający "shit test", aby się przekonać, czy jesteś miękki niczym bluszcz owijający się wokół drzewa, którym jest jej rzeczywistość - czy jesteś twardym podróżnikiem, który zabierze ją w swoją własną przygodę.

środa, 29 czerwca 2011

Jak tanio dostać kosmetyk najwyższej klasy. Jak się robi kremy i balsamy.

Jak tanio dostać kosmetyk najwyższej klasy? Po pierwsze należy kupić lupę, dobrej klasy kolekcjonerską lupę, która powiększy etykietę na kosmetyku. Po drugie należy sobie otworzyć jakiś słownik internetowy, z opcją tłumaczenia języka angielskiego i łaciny. Przyda się także wikipedia, która wyjaśni tajemnicze skróty i nazwy w stylu pierdo-chloro-weglan czegośtam.

Jak się robi, dajmy na to, kremy i balsamy?
Tak się składa, że ten temat mam przerobiony dokładnie więc mogę wam opowiedzieć.

Większość super wypasionych kremów i balsamów bazuje na kilku podstawowych składnikach: jest to np. parafina kosmetyczna/farmaceutyczna, wazelina, olej kukurydziany, olej palmowy, lniany, oliwkowy, itp. jest to w dużej ilości woda, czasem jakieś pospolite składniki mineralne, alkohol, esencja zapachowa, ekstrakt owocowy - np. guarana, orzechowy - np. orzech włoski, ogórek, czarna rzepa...

No ale, zaraz! zaraz!, nie zarobi się w biznesie na sprzedaży parafiny kosmetycznej wykwintnym paniom! Co więcej jest ona tak szalenie wydajna, że mała fiolka z apteki za kilka zł może wystarczyć na 2-3 miesiące! Jako nawilżający, ochronny i regenerujący balsam do ciała, albo kilka kropel do kąpieli - jako natłuszczająco-nawilżający olejek kąpielowy.

Koniecznie trzeba zatem zrobić mniej wydajną emulsję wodno-parafinową - taki balsam. Ale tutaj zonk! Po kilku godzinach emulsja się rozwarstwia. Trzeba zatem użyć emulgatora. No ale emulgator utleni się po tygodniu. No to dowalimy przeciwutleniacze. Ale przeciwutleniacze nie są chemicznie stabilne, więc należy dodać stabilizator...

Jak się domyślacie zabawę kontynuuje się dalej do uzyskania czegoś względnie stabilnego chemicznie - to nic, że pełnego parabenów, konserwantów, poli-chloro-gówien... Ale produkt musi wytrzymać transport i cały łańcuch dystrybucji.

Oczywiście w komplecie znajduje się bajer w stylu soku z ogórka (koniecznie pod łacińską nazwą), albo inny rzeczywiście działający składnik roślinny, egzotyczny olejek z orzecha Bongo Bongo (to nic, że w steżeniu 0.005%... ha ha ha)


I na koniec dodaje się atrakcyjnie brzmiącą, z francuska lub z włoska, markę np. "Giorgio Vanfaculo", do której wzdychać będą rzesze gospodyń i aspirujących, ambitnych dziewuszek.

No tak, jeszcze kampania reklamowa w TV i magazynach, gdzie młody przystojny Italianiec z naoliwionym ogolonym torsem (czy jaka tam moda panuje) obejmuje bladolicą Germańską blond piękność w promieniach południowego słońca. Oczywiście kupa artykułów sponsorowanych w kobiecych pismach...


I to wszystko jest po to aby wcisnąć wam, drogie czytelniczki i czytelnicy, rozcieńczony naparstek parafiny farmaceutycznej. I zarobić na tym spory cash.

No to jak tanio dostać kosmetyk najwyższej klasy?
Na początek użyjcie tej lupy i słowników o których mówiłem. Potem koniecznie zapoznajcie się z tym artykułem o tradycyjnych kosmetykach.. A potem hejka na zakupy po TANIE, zdrowe i naturalne, ekologiczne składniki - których możecie użyć SAMODZIELNIE.

Naprawdę tanio można zrobić sobie różne maseczki (z powszechnie dostępnych składników, w tym nieśmiertelny ogórek), czytałem gdzieś, że z drobnoziarnistej morskiej soli dostępnej na dziale spożywczym zmieszanej z żelem pod prysznic robi się dobry peeling. Zwykła szara, nierafinowana sól kłodawska (de facto sól morska, z prehistorycznego oceanu) dostępna po kilkadziesiąt groszy za paczkę - jest równie skuteczna jak sole i emulsje kąpielowe z minerałami z Morza Martwego, itp. Różne glinki ceramiczne też są dostępne za grosze, itp. Sposobów jest po prostu mnóstwo - ale oczywiście nie znajdziecie ich w magazynach kobiecych...

No tak, ale w tym momencie wiele Pań/Panów czeka szok: No bo jak to tak? to nie może być prawda!? Przecież każdy wie, że "Giorgio Vanfaculo" to godna zaufania i prestiżowa firma! To NIE MOŻLIWE aby szara sól kłodawska zastąpiła ich ekskluzywny płyn kąpielowy Spa-Bath-Lux Line! Ten gościu z Racjonalnego Oszczędzania jest chory...

No nic, zostawmy ich w swoim własnym towarzystwie - a tymczasem na przykład polecam na noc potraktować spracowane dłonie oliwą extra vergine, według wskazówek zawartych w poście o Rzymiankach. Rano będziecie zadowolone z efektu. (Panom tez polecam spróbować.) I zobaczycie czy ja kłamię, czy piszę prawdę. :)

wtorek, 28 czerwca 2011

Tanie kosmetyki raz jeszcze. Oszczędne środki czystości.

Po liście popularności postów oraz toczących się dyskusjach na temat moich wpisów w różnych dziwnych miejscach widzę, że temat kosmetyków zaczął żyć swoim własnym życiem. Dodam zatem kilka kolejnych spostrzeżeń dot. dylematu: tanie kosmetyki vs drogie, markowe kosmetyki.


Mózg wyżarty reklamami w TV
Pierwsza sprawa, którą wytknę niektórym krytykantom, to nieumiejętność wyciągania wniosków oraz myślenie w kategorii czarne-białe:

1. Skoro admin bloga Racjonale Oszczędzanie jest sceptykiem dot. drogich i markowych perfum to na pewno jest zdecydowanym przeciwnikiem.
2. Skoro jest przeciwnikiem to dlatego, że go nie stać i po prostu zazdrości innym dobudowując do tego ideologię.
3. Skoro jest przeciwnikiem i go nie stać to na pewno chodzi brudny, niechlujny i niezadbany. No i pewnie jeszcze w brudnych ciuchach, i ma w domu bajzel.

Czy mam odnieść się do tych punktów, czy jesteście na tyle inteligentni, aby zauważyć ich śmieszność i myślenie głębokie niczym Zalew Wiślany?

No, ok, może dorzucę coś "do pieca", aby podnieść temperaturę dyskusji :)

Fashion victims wśród znajomych
Imion nie podam, parę dobrych lat minęło, więc nikt nie skojarzy o których znajomych jest mowa. A zatem mogę swobodnie pisać, z czym się spotkałem odnośnie kosmetyków na przestrzeni lat.

- mój dobry kolega, jeszcze z czasów z LO, cały miesiąc jadł TYLKO ryż z najtańszym sosem z torebek - zbierał na flakonik Fahrenheita na którego był totalny szał (A może to był Banderas?)

- moja bardzo dobra koleżanka ze studiów przez cały semestr, wyłączając wizyty w domu jadła JEDYNIE chleb z masłem + konfitura + herbata - przyznała się do tego po tym jak postawiłem jej w klubie oryginalnego Guinessa (wow! rzuciłem się!), hmm, chyba to były jednak dwa Guinessy, bo się nieźle rozgadała - celem wyrzeczeń było kupno markowego, modnego zapachu za kilkaset zł

- sublokatorka mojej dziewczyny, dorabiała w supermarkecie na kasie, całą kasę "inwestowała" w kosmetyki i perfumy, im droższe tym lepsze, parę markowych ciuchów na krzyż oraz wypad do klubu w sobotę wieczorem - dziwiliśmy się z czego ona ma siłę funkcjonować i żyć, bo nie jadła prawie nic (twierdziła, że trzeba oszczędzać)

- znacznie później - koleżanka z pracy, ale tylko jakieś 1/4 etatu, czyli praktycznie jak na warunki finansowe dużego miasta bezrobotna przeznaczała całą ekstra kasę, łącznie z tym co zaoszczędził jej mąż, na swoją pasję - kolekcjonowanie markowych kosmetyków - zero wyjść w fajne miejsca, zero wyjazdów z Ojczyzny, a nawet poza miasto - tylko siedzenie na bloku czy zima czy lato - lokalny klub/pub i te kosmetyki, zakupy, kosmetyki, ciuchy, perfumy...

Ma się rozumieć, obserwowanie choćby tych kilku przypadków (a było analogicznych w kwestii ciuchy/perfumy/gadżety jednak więcej) ostudziło mój entuzjazm do pojęcia "marka" - "markowe perfumy" - "markowe ciuchy"....


Oszczędne środki czystości
A tutaj nic pisać nie będę - ponieważ ktoś już mnie wyręczył:

(...) dobrałem sobie środki do czyszczenia domu: sodę oczyszczoną, szare mydło, cytrynę, ocet i wodę. Wydają się być zdrowsze dla ludzi i środowiska w porównaniu z wieloma innymi produktami na rynku.

Umywalka, wanna: można szorować szarym mydłem z sodą oczyszczoną(...)

Szyby: 2 łyżeczki octu na litr ciepłej wody (...)

Sedes: nasypać ¼ szklanki sody oczyszczonej do miski klozetowej i skropić octem, zostawić na ½ godziny, po czym przetrzeć i zmyć (...)


Resztę tych sprytnych i oszczędnościowych pomysłów znajdziecie w tym ARTYKULE.

piątek, 24 czerwca 2011

Jazda samochodem: Jak oszczędzić... życie i zdrowie!

Dziś, ku przestrodze, krótko opiszę moją własną historię związaną z jazdą samochodem.

Kilka lat temu jechałem z Mierzei Wiślanej na Dolny Śląsk - jest to ni mniej ni więcej - przejechanie prawie całego kraju na ukos. Jazda męcząca i długa z braku dobrych połączeń drogowych własnie w tym układzie.

Podróż o której piszę była dość męcząca, pogoda w kratkę, ciśnienie zwalające z nóg. Po drodze zaplanowaliśmy, krótki postój w rodzinnym mieście żony. Postój, ku mojemu niezadowoleniu, zamienił się jednak w nieco dłuższy pobyt, okazało się, że musimy załatwić coś tam w banku, potem posiedzenie i jeszcze pogaduchy.

Nie odpocząłem w ogóle, nie zdrzemnąłem się przed dalszą podróżą - mniejsza o szczegóły, ale było silne parcie, aby jeszcze tego dnia dojechać na Dolny Śląsk. Młodego faceta łatwo wziąć na ambicję - wypijesz red bulla - dasz radę. Zmęczenie zalałem mocną kawą. Po około dwóch godzinach jazdy zmęczenie zalałem kolejną kawą.

Tak mogliśmy skończyć - według policjantów przybyłych na miejsce nasze przeżycie to szczęśliwy przypadek.

Ze snu "przy otwartych oczach" wyrwał mnie krzyk żony - "przespałem" ciężarówkę hamującą przed nami. Przy prędkości przelotowej 120km/h, na mokrej drodze, kilkakrotnie traciłem i odzyskiwałem kontrolę nad samochodem, jakoś udała mi się minąć ciężarówkę. Pulsacyjne hamowanie, kilka przebłysków zapamiętanych z programów o bezpiecznej jeździe. I potem ekspresowy wybór - czołówka albo słup. Slup. Czy uda się go wziąć na moją część auta - a nie kobiety? Udało się.

Z wypadku wyszliśmy cało - obydwoje - choć długo mnie potem bolała głowa, kark i ramię. Miałem długo mdłości i zawroty głowy. Mam czasem wrażenie, że nawet po latach z moim błędnikiem nie jest do końca wszystko w porządku.

Dla tych, którym się nie udało. Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie...

Jaki z tego wniosek?
1. Nie zawsze da się oszczędzić pieniądze, nie zawsze da się oszczędzić czas. W wielu przypadkach nie warto.

2. Traktuj automatycznie, bezwzględnie i od razu tych, którzy mówią: "wypijesz red bulla - dasz radę" i nie zważają na Twoje argumenty jak osoby niepoczytalne, albo nawet jak wrogów, którzy chcą zrobić Ci krzywdę. Postępuj tak nawet jeśli to są osoby Ci bliskie. Wiem - to brutalne - ale cena za inne postępowanie może być bardzo wysoka - i dla ciebie - i dla nich.

środa, 22 czerwca 2011

Oszczędny produkt - Piwo Staromiejskie - Browar Witnica

Ostatnio zgromiłem nadużywanie al. i przesiadywanie w pubach, dziś pora się nieco zrehabilitować. Jakby nie było jestem wnukiem górnika, synem górnika, bratankiem kolejnego górnika... i nie śmiałbym nawet występować przeciwko górniczej tradycji, boskiemu trunkowi, którego korzenie sięgają pierwszych cywilizacji Mezopotamii i Egiptu, który przez tysiące lat był traktowany jako świętość: "płynny chleb".

Oczywiście tą starożytną "świętość" należy traktować z szacunkiem - tzn. nie nadużywać.


Piwo Staromiejskie z Browaru Witnica jest dostępne miedzy innymi w sieci Żabka za 1,49 zł + kaucja za butelkę 0,33l. Piwo jest z gatunku tych które uwielbiam - lekkie o niewielkiej zawartości al. (max. 4%) - piwo orzeźwiające, a nie otępiające. Wyczuwalna, ale nie przesadna, goryczka dobrze gasi pragnienie. Piwo w sam raz na upalne wieczory, po pracy.

Uważam, że Browar Witnica znany choćby z Lubuskiego i tym razem stanął na wysokości zadania i wypuścił produkt o dobrej jakości i smaczny. Jeśli, zamiast mocniejszych trunków, lubisz lekkie piwa - powinno ci posmakować. Kombinacja jakości i korzystnej ceny jak najbardziej kwalifikuje je do pozytywnej recenzji na moim blogu.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Finansowe korzyści z racjonalnego oszczędzania - kwestia telewizji

Dziś zamieniłem abonamentowy pakiet telewizyjny w jednej z sieci cyfrowej na pakiet abonamentowy na czas nieokreślony, co w praktyce daje mi możliwość szybkiego wypowiedzenia abonamentu w przypadku pojawienia się korzystniejszej oferty gdzie indziej. Lubię taką elastyczność.


Czy telekonsultanci są karmieni prochami?
Nie spodziewalibyście się ile miałem przesyłem promocyjnych przesłanych pocztą oraz ile telefonów od rzesz konsultantów, byle tylko zostać przy starej umowie na rok, lub odnowionej umowie na ponad 2,5 roku. Masakra i manipulacja na mistrzowską skalę. Ludzie szkoleni i indoktrynowani w parafrazach i przekręcaniu słowa NIE, niczym w jakiejś sekcie, albo na obozie młodzieży socjalistycznej. Niestety, trzeba było rozmawiać z tymi baranami, niektóre z tych rozmów łączyły się z rzekomo "obowiązkowymi" weryfikacjami danych lub "weryfikacjami" przesłanych dokumentów - cwane połączenie nagabywania, biurokracji i marketingu.

Konkretnie o finansach:
Na swoim głównym telewizorze od dawna miałem już ofertę TV na kartę SD działająca na takiej zasadzie jak komórki pre-paid. Zestaw zdążył się zwrócić wielokrotnie i dał mi wymierne finansowe korzyści w stosunku do abonamentowej kablówki, którą miałem przedtem.

1. Kalkulacja zestawu SD:
Kablówka kosztowała mnie 55 zł miesięcznie. Zestaw SD przy max. doładowaniu 10 zł miesięcznie.
Mamy 45 zł różnicy. Zestaw użytkowałem prawie 2 lata. Co dało 1000 zł oszczędności. Koszt instalacji telewizji satelitarnej i zakupu dekodera SD minus koszt doładowania wliczonego do zestawu startowego to ok 500 zł.

Po 2 latach byłem do przodu na 500 zł. Ponadto: Mam na własność dobry dekoder SD (który służy dalej jako zestaw awaryjny z minimalnym pakietem za 0 zł), mam kompletną instalację TV satelitarnej na 2 dekodery.

1. Kalkulacja zestawu HD:
W tym przypadku poszedłem za trendem i skusiłem się na telewizję HD. (Zestaw użytkuje już 7 miesięcy.) Nauczony poprzednią korzyścią wybrałem jednak znów telewizje na kartę. Koszt dekodera z doładowaniem na miesiące to ok. 400 zł, odliczając wliczone doładowanie to 280 zł. Dokupiłem do tego twardy dysk USB za 160 zł.
Razem 440 zł za sprzęt.

Alternatywna równoważna opcja tradycyjna to abonament 48-56 zł z dekoderem za 50-100 zł, w zależności od aktualnej promocji. Uczciwie uśrednijmy szacunek : 52 zł / 75 zł.

- Miesięczna różnica a abonamencie to 12 zł.

- Średnia różnica na sprzęcie to minus 365 zł.

- Weźmy gwarancyjne 2 lata, które zawsze biorę do wyliczeń w kalkulacjach:
288 zł na plus na abonamencie.

Wynik: 77 zł średniej straty w stosunku do abonamentu.

Widzimy zatem, że nie jest to opcja dla telemaniaka - jednak ja z uwagi na dużo zajęć i poświęcaniu wolnego czasu na inne rzeczy niż TV (choćby ten blog) już od 4 miesięcy jadę na aktywacji bezpłatnej 0 zł miesięcznie.

4x52zł=208 zł
208 zł - 77 zł = 131 zł

Jestem zatem już obecnie 131 zł do przodu.
Oczywiście zamierzam sobie włączać pakiet HD za 20 zł lub Full HD za 40 zł w zależności od moich potrzeb - czyli głównie okresów świąteczno-urlopowych, albo jak po prostu będę miał ochotę. Na pewno jednak, skoro nie potrzebuję pełnego pakietu non-stop, szykują się dalsze korzyści.

niedziela, 19 czerwca 2011

Silniki: diesel kontra benzyna - to się robi chore.

Ostatnio jestem dość zajęty, a wolne chwile staram się poświęcić na wstępne poszukiwania samochodu dla rodziny. Posiadam co prawda auto Ford Focus II 1.6 TDCI kombi, które to jest jednym z najpopularniejszych aut rodzinnych, ale jest on dla mnie jednak odrobinę za mały. Zostawmy na inny post kwestię wielkości, bo to jest dość dyskusyjna sprawa, natomiast istotną rzeczą do zdecydowania jest wybór silnika - diesel czy benzyna?

W internecie jest mnóstwo dyskusji na ten temat, zatem nie chcę po raz setny powtarzać faktów dostępnych po wpisaniu w wyszukiwarce hasła "diesel", a jedynie powiedzieć o kilku moich wnioskach.

Z tego co widzę to co zaczyna się dziać przynajmniej w kwestii diesla robi się powoli chore. Ceny paliwa i oszczędność paliwa pchają Europę w stronę diesla, natomiast same silniki diesla są coraz bardziej wypakowane kolejnymi systemami mającymi zapewnić bezproblemowe użytkowanie, które to systemy powodują kolejne problemy, i tak dalej.

Jakiś czas temu pisałem o konieczności specyficznego dbania o "turbinę" w silniku diesla, chodzi oczywiście o dość charakterystyczne odpalanie i gaszenie silnika - czyli grzanie silnika przed i "chłodzenie silnika" po jeździe (smarowanie "turbiny").

Ponoć są już systemy, które umożliwiają korzystanie diesla z komfortem odpowiadającym benzynówce, przeznaczone typowo na użytkowanie miejskie. Odpalasz i gasisz jak benzynę - naturalnie nic za darmo - chcesz to płać za najnowszy silnik.


Z kolei typowe używanie miejskie diesla powoduje zapychanie się filtra cząstek stałych (bo najnowszy silnik go nieuchronnie posiada), jeśli nie robi się konkretniejszej trasy przynajmniej raz w tygodniu, czeka nas dość kosztowne wypalanie filtra (albo nielegalne wycięcie filtra u cwanego mechanika i jego emulacja za pomocą dokupionej elektroniki).

I na zapychanie znaleziono już ponoć sposób, i w najnowszych silnikach filtr cząstek stałych jest wyposażony w kolejny system dodatkowego wtrysku specjalnej chemicznej mieszanki do paliwa i związanego z tym dodatkowego, szybszego wypalania filtra. Ciekaw jestem jakie problemy z kolei stworzy ten wynalazek?

Jedno jest pewne - silniki diesla są coraz bardziej wyżyłowane - coraz więcej mocy z coraz mniejszej pojemności, co w końcu musi skończyć się źle, bo jest coś takiego jak "opór materii", natomiast konstrukcja silnika diesla robi się coraz bardziej skomplikowana i "udoskonalona", a stare przysłowie mówi: "jak coś w nieskończoność udoskonalasz, to na pewno to zepsujesz".

sobota, 18 czerwca 2011

Chodzenie do pubów i dyskotek a oszczędzanie.

Kiedyś dawno temu koledzy przed jedną z imprez zabili mnie dosłownie intelektualnie. Siedzimy w samochodzie kuzyna kolegi, który nas podwoził na imprezę i oni, dwójka chłopaków - tzw. złota młodzież - synowie przedsiębiorców, tuż przed lokalem wyciągają z kieszeni po setce żołądkowej i chlup.

Patrzę jak wryty i mówię: Co wy? przecież idziemy na tą imprezę no nie? Oni na to ze śmiechem: Eee, to ty nie wiesz jak się u nas robi? Ty wiesz ile kosztuje jedno piwo na dysce? A tak jedno starczy na cały wieczór.

Dowiedziałem się także o innych patentach - np. o kupnie jednego kufla w lokalu i dolewaniu sobie doń wódki, albo własnego piwa przyniesionego w aktówce.

Nie - to zdecydowanie nie mój styl. Nie polecam.

Jeśli chcemy oszczędzić na drogim alkoholu w lokalach wolę zdecydowanie inne rozwiązania.


Jeszcze w Poznaniu, wśród znajomych chłopaków zacząłem forsować inny model spędzania wolnego czasu, niż zapijanie nudy w pubach. Rower, ścianka wspinaczkowa, wypad na siłownie, wypad na strzelnicę. Nie twierdzę, że jestem jakimś sportsmenem, raczej wprost przeciwnie, nie twierdzę, że nie zaglądnąłem do pubu bez wypijania większej ilości piw niż przyzwoita.


Ze słabym skutkiem, ale jednak (!), udało mi się zmniejszyć ilość browaro-godzin spędzanych w pubach zastępując to raczej aktywnościami bezalkoholowymi. Niestety nie raz tracąc relacje towarzyskie.


Mimo wszystko wolę model spotkań bezalkoholowych. Wolę wspólny wypad na kawę i pogadanie na trzeźwo - ale raczej nie do pubów, gdzie przy sąsiednich stolikach kończą 5 kolejkę i głośno bełkocą już bez ładu i składu - tylko do miejsc jasnych, przestronnych i nie zatłoczonych - do kawiarni w galerii handlowej, ciastkarnio-kawiarni, a nawet MacDonalda lub na dobry "coffee bar" na pobliskiej stacji benzynowej, gdzie mają bardzo dobry sprzęt do parzenia kawy. Lubię też wyskoczyć do baru/restauracji z dobrą kuchnią, itp. Lubię nie pozbawiać się możliwości podjechania samochodem tu i tam (albo ostatnio rowerem).

Abstynentem nie jestem, jak pewnie wiecie lubię wypić dobre lokalne piwo, jednak coraz bardziej przychylam się do zwyczajów bezalkoholowych.


piątek, 17 czerwca 2011

Admin R-O poleca: Dojeżdżać rowerem do miejsca pracy

Po głowie mi własnie chodziło napisanie artykułu o wykorzystaniu roweru w realnym transporcie - a nie tylko rekreacyjnie. Mój osobisty "zestaw emeryta" czyli stary rower+kosz zakupowy sprawdza się wyśmienicie w czasie lokalnych zakupów, tymczasem....


...tymczasem z powodów technicznych post wykasowałem :)

środa, 15 czerwca 2011

Baterie słoneczne – niewielki i tani zestaw awaryjny

Autorem dzisiejszej wypowiedzi jest kolega, z którym rozmawiałem na temat solarów na jednym z blogów survivalowych. Informacje zawierają to co lubicie najbardziej - a mianowicie konkretne sumy. Przejdźmy jak najszybciej do sedna sprawy :)

Zestaw solarny
Złożyłem sobie niedawno niewielki system solarny. Tak dla testów, sprawdzić, czy będzie działało. Wziąłem 3 panele słoneczne 2W, mały akumulator żelowy 7 Ah i podpiąłem to pod sterownik (sterownik pilnuje aby akumulator nie został zbyt głęboko rozładowany oraz przeładowany oraz odłącza panele słoneczne w nocy.
Jako, że mieszkam w bloku to głównym problemem było miejsce na umieszczenie paneli słonecznych. Panele słoneczne ustawiłem wewnątrz pokoju na parapecie przy południowym oknie pod kątem około 60st. Do wyjścia podłączyłem gniazdo zapalniczkowe samochodowe. Dzięki temu pasowała mogłem podłączyć standardową przetwornicę samochodową 12VDC/230VAC i korzystać z urządzeń takich jak lampki, ładowarki do telefonu, laptopa.
Układ testował się przez miesiąc i spisywał się wyśmienicie. Teraz Leży w piwnicy na wypadki awaryjne oraz biorę to czasami na działkę na nocne imprezy.


Koszty zestawu
Koszty były niewspółmiernie wysokie do ilości uzyskanej energii, ale tak to już jest z układami solarnymi. Jednak moim zdaniem warto mieć u siebie taki mały układzik, choćby do naładowania laptopa, na którym trzymamy np. poradniki survivalowe.
Koszty jakie poniosłem to:

1) Akumulator żelowy seria HZY EV 12V 7,5Ah – 80 zł
http://www.modernhome.pl/product-pol-374-Akumulator-zelowy-seria-HZY-EV-12V-7-5Ah.html
2) regulator – 75 zł
Taki jak w tej ofercie lecz kupiony osobno, bez paneli słonecznych:
http://allegro.pl/zestaw-bateria-sloneczna-rich-solar-10w-reg-i1662242677.html
3) 3 x panel słoneczny 2W – 3×60 zł = 180 zł

Podstawowy układ kosztował mnie więc 335 zł.
Do tego dochodzą części/urządzenia, które ja miałem już na stanie: przetwornica samochodowa 12/230, gniazdo samochodowe zapalniczkowe, przewody. Przetwornicę kupowałem wcześniej, była mi potrzebna na kemping – cena około 100 zł (można znaleźć o połowę tańsze).
Po podłączeniu przetwornicy do układu solarnego i zasileniu urządzenia 230 VAC działało bez zarzutu. Ograniczeniem jest tutaj wydajność prądowa akumulatora, po przekroczeniu której przetwornica blokowała się, co było zachowaniem właściwym i zaprojektowanym.

Wykorzystując uszkodzoną żarówkę energooszczędną i LED od lampy samochodowej 12VDC, wykonałem sobie żarówkę z tradycyjnym gwintem, ale na 12 VDC. Żarówka ta świeciła non stop 35 godzin na wypiętych bateriach słonecznych. Przy wpiętych świeciło by zapewne znacznie dłużej, ale chciałem sprawdzić czas działania żarówki od max naładowanego akumulatora, aż do jego odłączenia przez sterownik (sam sterownik, też pobiera jakiś tam prąd).

Do układu bez problemu można dokładać/łączyć w szereg większą ilość akumulatorów (możliwość zasilenia urządzeń o większej mocy) i paneli słonecznych (szybsze ładowanie akumulatorów). Ograniczeniem jest tutaj moc sterownika.
Ja uważam, że lepiej dokupić więcej paneli słonecznych niż akumulatorów, gdyż w sytuacjach awaryjnych te drugi można zawsze powyciągać z samochodów – swoich i cudzych.

wtorek, 14 czerwca 2011

Jak oszczędzać wodę - część 3 - bateria umywalkowa, kran.

Jakiś czas temu pisałem o oszczędnościowych perlatorach możliwych do zamontowania w kranie - TUTAJ. Dziś kilka słów o samym kranie, jako że stosunkowo niedawno w całym mieszkaniu wymieniałem je. Zmieniłem tradycyjne krany z kurkami na krany z wajchą.


O tym, że to bardziej oszczędnościowe i wygodne rozwiązanie - mimo większego wydatku na start - przekonał mnie mój majster. Ustawienie wajchy w wybranej pozycji, lub zapamiętanie mniej więcej pozycji pozwala ekspresowo osiągnąć komfortową temperaturę wody. Przy tradycyjnym kranie zajmuje to trochę więcej czasu, a cenna woda leci "w kanał". Zwraca się to zwłaszcza przy częstym użytku - mycie rąk, mycie zębów z zakręconym kurkiem, itp.

Uwaga! Nie warto kupować chińszczyzny z plastikowym rdzeniem. To w większości rejonów kraju (twarda woda) pieniądze wyrzucone w błoto - chińszczyzna szybko się zepsuje, zablokuje, zacznie przeciekać. Lepiej kupić produkt z rdzeniem ceramicznym - są co najmniej dwie polskie firmy produkujące takie krany dość tanio i solidnie, w porównaniu do zachodniej konkurencji. Kupmy zatem w tym przypadku polskie produkty.

niedziela, 12 czerwca 2011

Piękne, zadbane trawniki - pułapka finansowa i utrapienie

Dzisiejszy wpis nawiązuje do negatywnej opinii o pielęgnacji trawników, która pojawiła się na blogu "Droga Minimalisty". Ja popatrzę na to z punktu widzenia gościa, który pisze blog o oszczędzaniu :) ... Piękne, zadbane trawniki - mogą być pułapką finansową i wiecznym utrapieniem! Widzę to choćby u mojego ojca, który ma swój upór i swój rozum... i koniec... do tego co ja proponuję przekonuje się bardzo powoli.


Pułapka finansowa, marnowanie czasu, wieczny problem z koszeniem...
Mam wrażenie, że kupa ludzi jest niewolnikami swoich trawników! To dla mnie jest czasem aż chore. Spędzamy sobotnie popołudnia na koszeniu, głowa pęka od hałasu kosiarki, zamiast leżeć i popijać chłodne piwko, albo bardziej aktywnie: pójść na spacer do lasu, przejechać się rowerem, itp. jesteśmy jak ten koń roboczy przywiązany do pługa.

A kiedy my skończymy naszą pracę i chcemy odpocząć na ogródku - za koszenie zabiera się sąsiad. Potem kolejny... i kolejny.

Często kupujemy/wymieniamy/dokopujemy części/pielęgnujemy nasze kosiarki. Kupujemy nawozy do traw, odżywki, granulki, nasiona na dosianie, zestawy nawadniające, zraszające - spędzamy czas na staniu w kolejkach w marketach budowlanych i wydajemy nasze pieniądze na nasze "piękne trawniki".

Tracimy czas na podlewanie trawników, tracimy cenną wodę i często, zwłaszcza na terenach podmiejskich, płacimy za nią krocie (zresztą mówią, że czas to pieniądz! no nie?).

To wszystko ma coraz mniej sensu - i ja się w trawnikomanię pakować nie zamierzam!

Co polecam:
Osobiście preferuję następujące rozwiązania zamiast trawników:

1) pseudo-dzika łąka, teren wysiany mieszanką pożytecznych ziół, poziomek, truskawek - można to skosić do gruntu raz w sezonie aby nie zarosło gęstymi bylicami, itp. poziomki i truskawki odrosną na wiosnę.

2) kamienie, żwir, skały, kora - coraz więcej ludzi ma dość koszenia, podlewania i widzę coraz więcej alternatyw, skalnych ogrodów, niskopiennych krzewów, itp.

3) jeśli już mamy potrzebę troszczenia się u naszą ziemię - to jaki sens jest męczyć się nad trawnikiem, skoro możemy założyć np. ogród warzywny, posadzić krzewy i drzewa owocowe, założyć ogródek eksperymentalny albo permakulturowy, itp.

Oczywiście poza rozwiązaniem 3 naszego "nowego trawnika" łąkowego lub żwirowego nie podlewamy - nie marnujemy cennej wody. Można podlać dzikie poziomki w czasie suszy, itp.

Rozwiązania można stosować łącznie na różnych obszarach trawnika - osobiście może nawet zostawiłbym mały, minimalny kawałek trawnika - jako "zielony dywan" na którym można usiąść w ogrodzie, zrobić grilla, itp., taki do którego pielęgnacji wystarczy wygodniejsza w utrzymaniu i tańsza mała kosiarka elektryczna (patent wypróbowany w domku letniskowym), albo nawet sama wykaszarka / kosiarka ręczna.

Trawniki, ekologia i ideologia
Przede wszystkim to, że ja mam sceptyczną opinię na temat trawników to jeszcze NIE ZNACZY, że zamierzam komukolwiek żałować jego wypielęgnowanego trawnika, albo zabraniać trawnika administracyjnie, itp. (choć słyszałem, że w krajach z chroniczną suszą to się często zdarza).

Podobnie mam negatywną opinię o paleniu papierosów, ale zawsze broniłem prawa do palenia w pubach (niech właściciel pubu decyduje o swojej własności, a nie urzędnik).

Koszenie i hałasowanie jest legalne od 6.00 do 22.00 i rzeczywiście nie zamierzam sąsiadowi narzucać czegokolwiek - moją własną opinię mogę jednak mieć. Wyjaśniam to ponieważ dość często muszę walczyć z tzw. czytaniem bez zrozumienia i przypisywaniem mi skrajnych opinii, które faktycznie nie są moimi opiniami.

Patrzymy i korzystamy z wygodnych rozwiązań
Powiem tak, kiedy sąsiad w tym upale zapocony męczy się z kosiarką i zobaczy (w przyszłości w domu, obecnie przy pracy) jak to jest u mnie - czyli głównie ładnie wysypana kora i żwir, niskopienna roślinność, itp. wymagające podsypania tylko raz w roku - sam zrobi to u siebie na większości terenu. I zdarzyło się już faktycznie, że klient, który podpatrzył moje rozwiązania przyznał mi się, że zrobił to samo u siebie.

piątek, 10 czerwca 2011

Oszczędzamy energię - recenzja chińskich LED z Castoramy - 1,3W / barwa 830

Zgodnie z obietnicą kontynuuję recenzję taniego i oszczędnego oświetlenia. Tym razem będzie to chiński reflektorek LED 1,3W / barwa 830 / oprawa GU10 mający zgodnie z informacją na opakowaniu zastąpić halogen 20W. Zapraszam także na archiwalny artykuł o LEDach - TUTAJ.


Dlaczego chińszczyzna?
Otóż jeśli nie wiem, czy punkt o danej mocy sprawdzi się w danym miejscu wolę nie wydawać pieniędzy na drogie i markowe produkty, które mogą potem zalegać w szufladzie, lub być na siłę upychane tam, gdzie tak naprawdę nie powinno ich być (nieoptymalne zastosowanie=straty). Jeśli moc będzie odpowiednia, po przepaleniu się, które w przypadku taniego produktu no-name nastąpi raczej szybciej niż podaje informacja na opakowaniu, inwestuję w produkt lepszej klasy.

Konkretny przypadek
Jeden z najczęściej używanych zestawów reflektorków w mojej kuchni to 3 punkty, z których tak naprawdę potrzebne są jedynie dwa. Trzeci z nich oświetla bezproduktywnie/ozdobnie wierzch lodówki i chlebak, dlatego normalnie wystarczy tam halogen o mocy 20W. Dlaczego nie zastąpić tego punktu LEDem? Nawet jeśli światło nie będzie tak dobrej jakości jak halogen?

LED jak dla mnie zdał egzamin, wątpię aby skutecznie zastępował 20W, może będzie to w rzeczywistości jakieś 16W, ale mi wystarczy, barwa światła 830 (ciepła biała) wyraźnie odbiega od sąsiednich halogenów, ale da się zaakceptować. Nie jest to na pewno trupio-białe światło LED, którego nie lubię.

Liczymy oszczędności
Przy min. kilkugodzinnym używaniu tego światła, w stosunku do halogenu zyskuję 21 zł rocznie. W okresie gwarancyjnym 2 lat będzie to 42 zł. Odliczając koszt zakupu reflektorka ok. 18 zł w ciągu 2 lat uzyskam oszczędność 24 zł. Nie jest to wiele, ale pamiętajmy o pozytywnym efekcie kumulowania się wielu drobnych sum zarobionych dzięki racjonalnemu oszczędzaniu.

czwartek, 9 czerwca 2011

Oszczędzamy energię - recenzja świetlówek kompaktowych z Castoramy

Jeśli śledziliście bloga od początku, wiecie, że nie jestem hiper-entuzjastą odnośnie do użycia świetlówek kompaktowych (LINK) - mają one wiele wad i funkcjonalnych ograniczeń, z powodu których najczęściej w zastosowaniu domowym warto pomyśleć przede wszystkim o energy saver'ach opartych na technologii halogenowej, choć LED-y powoli, bardzo powoli wbijają się na rynek.


Decyzja o zmianie
Jednakże w ostatnim czasie okazało się, że jeden w punktów oświetleniowych "pod moją kontrolą" zaczął idealnie spełniać wymagania co do zastosowania własnie kompaktów - a mianowicie - ciągłe użycie przez minimum kilka godzin dziennie, bez częstego włączania i wyłączania.

Moc pierwotna punktu to 3x60W na żarówkach klasycznych. Przez długi czas były tam stosowane halogeny typu energy saver z klasycznymi gwintami E14 dające ok 30% oszczędności. Ostatnio jednak zdecydowałem się na świetlówki kompaktowe.

Najtańsze "firmowe" świetlówki
Postanowiłem przetestować świetlówki Casto, z uwagi na ich naprawdę niewielkie wymiary, relatywnie niską cenę (9-14zł zależnie od modelu) oraz ważny element, który ciężko znaleźć w tanich kompaktach, a który niweluję jedną z poważniejszych wad tej technologii - mianowicie posiada barwę światła 2700K, czyli ciepłą żarówkową barwę oświetlenia. W zamian pierwotnych 3x60W użyłem 2x14W oraz 1x11W. Jak na razie to wystarczający dla mnie poziom, choć najpewniej stracą one cześć swojej pierwotnej sprawności i konieczne będzie użycie zestawu 3x14W.

Nie ma jednak ideału, energooszczędne świetlówki z Castoramy nie mają funkcji szybkiego startu, przez co ich włączanie nie napawa optymizmem, mam wrażenie że włączają się dłuuuugo. Dobrze, że zazwyczaj włączam je tylko raz wieczorem, na wiele godzin.

Kalkulacja mojego zysku
Policzyłem sobie dość ostrożnie ile oszczędzam na tym zakupie w ciągu 2 lat - gwarantowanego okresu życia produktu (zawsze pamiętajmy o zachowaniu faktur i paragonów do gwarancji!) i wyszło mi 364 zł. Po odjęciu kosztu zakupu wyszło mi ok. 325 zł w ciągu 2 lat.

środa, 8 czerwca 2011

Co robić w razie utraty pracy? Część 7. MLM (Multi-Level Marketing), piramidka, akwizycja...

Częstą pokusą dla osób, które utraciły prace są różnego typu oferty MLM, czyli: pracujesz jako akwizytor, sprzedajesz produkt X, werbujesz innych akwizytorów. Zarabiasz prowizję ze sprzedaży produktu, dostajesz prowizję z utargu zwerbowanych przez ciebie innych akwizytorów, itp.

Wokół MLM i akwizycji piramidkowej narosło wiele mitów - zarówno bardzo negatywnych typu "sekta handlowa", jak i pozytywnych, hiper-entuzjastycznych, o własnych jachtach i helikopterach, itp. sprzedawanych najczęściej przez początkujących MLM-owców innym MLM-owcom.


Jaka jest moja rada co do ofert pracy w MLM? Niecodzienne porównanie:
Spokój, dystans, sceptycyzm, dokładna analiza, ale nie negowanie! Ze strukturą MLM jest dokładnie jak z wódką - są gatunki podłe (baaardzo dużo), po których następnego dnia nie wstaniesz, są gatunki szlachetne, czyste, wielokrotnie filtrowane finezyjne i smaczne.

I wreszcie - mała i umiarkowana ilość dobrej wódki jest korzystna dla zdrowia, jednak jeśli przesadzasz - będziesz na 100% miał poważne problemy zdrowotne.

Co więcej, niektóre gatunki alkoholi, które uchodzą powszechnie za "szlachetne", np. whiskey albo brandy, w rzeczywistości powodują największe spustoszenie w naszym organizmie i największe cierpienia dnia następnego. Żaden szanujący się koneser alkoholi dbający o swoje zdrowie nie pije whiskey i brandy, uchodzących wśród plebsu za trunki elitarne.

Dlaczego upieram się do porównań ze światem trunków? Z systemami MLM jest naprawdę bardzo podobnie. Bardzo.

Finansowe MLM oraz ubezpieczenia (w tym ubezpieczenia na życie):
Uchodzące za elitarne, akwizycja finansowa przedstawiana jest jako praca "w białych rękawiczkach", jednak to tu najczęściej łatwo trafić po prostu na g***o, przepraszam za wyrażenie, na wielkie i cuchnące GÓ**O, z którego jeszcze długo się nie oczyścisz! (Ryzykujemy spalone relacje koleżeńsko-biznesowe i stygmat naciągacza/oszusta/sekciarza na długie lata!)

Drogi czytelniku, jeśli jesteś w ubezpieczeniowym czy finansowym MLM i dobrze Ci się wiedzie, i uważasz, że twój produkt jest dobry, w porządku - ja to szanuję - naprawdę! Jednak zwracam uwagę, że właśnie w tej branży najłatwiej o problemy przez duże P i ja wolałbym albo trzymanie się z daleka, albo przynajmniej ekstremalny sceptycyzm, zero zaufania, 30-to krotne sprawdzenie systemu i każdej, najdrobniejszej informacji o nim.

MLM z realnym, fizycznym produktem:
Tutaj także łatwo o wiele pułapek, zarówno od strony nieuczciwie zaprojektowanych systemów jak i mocno naciąganych produktów - jednak trzeźwo myślący człowiek, który poważnie traktuje siebie, swój czas, swoje finanse i który choć trochę zapoznał się z pojęciem psychomanipulacji czy NLP, łatwo oddzieli ziarna od plew.

MLM produktowe - czy ja mam napisane na czole "DEBIL"?
Przychodzi do mnie Pan, namawiający mnie na produktowy MLM bazujący na cudownym soku z brazylijskich jagód, kilku tajemniczych ziół oraz cudownym składniku o nazwie "Betula pendula". Koszt buteleczki to koło 200 zł, ale największą atrakcją jest możliwość wstąpienia do MLM po zakupie 5 butelek soku z Betuli i rozpoczęcia świetlanej kariery "konsultanta ds. promocji zdrowia", i jeżdżenia wkrótce Land Roverem tak jak Lider Grupy...

Sok jest oczywiście prawdziwy, działa na potencję, zdrowie, samopoczucie, leczy, itp. (I to naprawdę - po co firma ma narażać się na stygmat oszusta?!).

Wszystko pięknie, ale podobny sok w lepiej zaopatrzonym warzywniaku 4 bloki dalej kosztuje 20-30 zł. Ten san sok wzbogacony o kompleks ziół w lokalnym specjalistycznym sklepie zielarskim to max. 40-50zł (i to z darmową poradą zielarza).

Jeśli ktoś w tym momencie wątpi - proszę użyć Googla i sprawdzić ten tajemniczy składnik soku: "Betula pendula". Proszę sprawdzić, przemyśleć temat i poczekać cierpliwie na kolejną część z cyklu o pracy i biznesie...

:)

wtorek, 7 czerwca 2011

Praca w domu albo własny biznes - solidne zaplecze to podstawa

Cykl postów o utracie pracy, własnym biznesie i pracy w domu publikowany na tym blogu w Maju 2011 oczywiście będzie kontynuowany. Po mini-ankiecie wróciłem także do innych tematów, natomiast zgodnie z prośbami kilku czytelników co jakiś czas będziemy dalej omawiać kwestie związane z pracą i własnym biznesem.

Dziś chciałbym abyśmy wyciągnęli wnioski z historii i praktyki.

Ciąg dalszy poniżej, na blogu Założenie Firmy:

Praca w domu lub własny biznes - solidne zaplecze to podstawa

niedziela, 5 czerwca 2011

Jak oszczędzać... nerwy! Post dla moich Drogich Czytelniczek.

Mówi się, że czas to pieniądz - skoro tak - warto go oszczędzać. Według mnie czas stracony na denerwowaniu się to czas stracony podwójnie - więc dziś będzie co nieco o oszczędzaniu nerwów. Kilka dni temu popełniłem post tylko dla mężczyzn, więc dziś dla równowagi post dla Drogich Pań.


Stres i wojna w domu.
Mamy weekend, więc stresy w pracy odchodzą - natomiast zaczynają się stresy w domu. Przykładowa sytuacja jest typowa: Dajmy na to Kobieta podchodzi do swojego Chłopa i stwierdza kategorycznie:
- Ale u nas w domu jest brudno...
Chłop spogląda leniwie, wyrwany ze swojego świata i stwierdza:
- Aaa tak, rzeczywiście... kochanie...
Po czym udaje się do lodówki, wydobywa zeń swoje święte, rytualne i należne mu piwo, pociąga długi łyk i wywala się z nogami do góry przed telewizorem.
Kobietę dopada furia i przy pierwszej lepszej okazji zaczyna się wojna domowa:
- Ty mnie nie kochasz już... ty mnie nie szanujesz... ignorujesz mnie... nic nie robisz dla mnie tylko chlejesz przed TV.
On odpowiada
- Ale o co ci k**a chodzi? Zupełnie nie wiem o co ci k**a chodzi!?
Ona na to:
- Ile razy mam prosić abyś sprzątnął w domu! Mówię jak do słupa! Zupełnie mnie ignorujesz!!!.
On ryczy z wściekłości, jak rozjuszony lew:
- Przecież, k**a m*ć, ani razu mnie nie prosiłaś abym posprzątał!

Ona ze łzami w oczach:
- Chyba jesteś głuchy! A może jesteś tylko głuchy na moje słowa, ciekawe czy na słowa tej cycatej Danki z sekretariatu też jesteś głuchy....! Taaaa! Myslisz, że nie widziałam jak się na nią patrzysz?!!!

Chłop wyrwany brutalnie ze swojego świata zaczyna na oczywisty nonsens i bzdurę - w jego podświadomości - agresywny i nieuzasadniony atak - reagować agresją.... i zaczyna się domowe piekło. Kto co powiedział, kto co zrobił, kto kogo nie kocha. Typowe w wielu polskich domach.

Co się właściwie stało?
Kobieta po prostu zapomniała, albo nie nauczono ją w domu (tutaj ważne rola mądrej, doświadczonej matki/teściowej) jak się postępuje z Chłopem!

Nasz "gatunek człowieka" ma swoje nieubłagane zasady. Mężczyzna to "narzędzie" proste i niezwykle logiczne, jak np. ostry toporek. Droga Kobieto! Czy przypadkiem nie oczekujesz finezji i analityki emocjonalnej od toporka? (Ostrym toporkiem przy niewłaściwym użyciu można sobie zrobić krzywdę.)

Inaczej mówiąc - my Chłopy jesteśmy jak komputery - wpisujesz dane - nasz "biologiczny program" to przetwarza i zwraca prawidłowo przetworzone dane. Nic więcej, nic mniej.

Ok, jasne, ale o co tak naprawdę chodzi?
Kobieta z podanego przykładu stwierdziła:
"Ale u nas w domu jest brudno..."
Chłop rozejrzał się, zobaczył, że się zgadza, po czym potwierdził zgodność z faktu z rzeczywistością. Dane wprowadzone - dane przeanalizowane - zadanie wykonane. Chłop jest zatem wolny i może iść oglądać mecz.

Kobieta równie dobrze (w podświadomym, męskim myśleniu) mogła stwierdzić: "Dziś jest bardzo gorąco" albo "Woda gotuje się w 100 stopniach Celsiusza". Nasze męskie oprogramowanie widzi to zagadnienie właśnie w ten sposób.

Kobieta, zgodnie z logiką matematyczną, jednak rzeczywiście NIE poprosiła swojego partnera o posprzątanie. Być może jej intencja była taka, być może chciała to zrobić - jednak tego faktycznie NIE zrobiła. I w tym cały ból.

Po co sobie robić nerwy na uczeniu pingwina latać?
Nasza bohaterka powinna była sformułować polecenie precyzyjnie, sytuacja powinna wyglądać tak:

- Kochanie! Jutro przychodzi moja mama! Bardzo Cię proszę abyś dziś sprzątnął. Chciałabym abyś odkurzył i wytrzepał dywany. Najlepiej zaraz. Aha, na masce samochodu jest wielka ptasia kupa, chyba nie odwieziesz tak mamy, czy mógłbyś potem pojechać na myjnię?

On na to odpowie automatycznie, coś w tym stylu:
- Eeee? A tak kochanie... już odkurzam i zaraz wytrzepie dywany... ale wiesz, kotku, zanim pojadę na tą myjnię zrób mi jeszcze mocną kawę... bo jestem jakiś śnięty dziś...

Aha, i oczywiście nie wolno zapomnieć po fakcie, stwierdzić jak dobrze wysprzątany jest dom oraz że samochód lśni jak nowy. Chłop będzie w siódmym niebie!

Drogie czytelniczki - postępowanie z nami - Chłopami - naprawdę jest bardzo proste i logiczne!

Następne obliczenia - oszczędzamy i zarabiamy - oszczędzanie wody

Kontynuujemy miniserię postów o konkretnych korzyściach finansowych z oszczędzania. Mowa oczywiście o racjonalnym oszczędzaniu, czyli bez pomysłów w stylu mycie się jeden po drugim czy podlewanie kwiatów wodą z gotowania kiełbasy.


Obliczenia dzisiaj oparłem na założeniu, że za kilka złotych, które mamy w kieszeni zdecydujemy się kupić perlatory do oszczędzania wody - mam na myśli prawdziwe perlatory oszczędnościowe a nie zwykłe nakrętki na kran z żelazną siatką. Post o perlatorach z wyliczeniami dla kompletnego zastosowania na każdym punkcie był już publikowany TUTAJ.

Dziś obliczymy jedynie kupno dwóch dobrych perlatorów z tworzywa sztucznego zamontowanych na umywalce w łazience i zlewie w kuchni. Zakładam, że nie posiadamy zmywarki i naczynia zmywamy w zlewie.

Koszt 2x16zł=32zł
Mój rachunek za wodę dla rodziny to 150zł
Średnie domowe zużycie na tych punktach to razem ok. 20%
Weźmy średnią, realną oszczędność na perlatorze 35%
Oszczędność to min. 10 zł 50gr miesięcznie
Gwarantowany czas życia perlatora = 2 lata* = 252 zł
Oszczędność na czysto = 220 zł

Założenia kalkulacji:
- mój własny rachunek za wodę, intensywne użycie przez rodzinę w aglomeracji przemysłowej 450 tys. = bardzo droga woda
- statystyki unijne znalezione w jakimś podręczniku szkolnym, gdzie nie poszukasz wychodzi podobnie
- odliczyłem zużycie z punktu w kuchni do celów spożywczych, gdyż tu obliczenia perlatorowe są bez sensu - w czajniku musi się znaleźć litr a nie pół litra wody napowietrzonej!
- 35% to wyliczenie realnie zaproponowane przez czytelnika

- *okres gwarancyjny markowych perlatorów, z tym że realny okres życia tych z tworzywa sztucznego to wiele lat, w zależności od parametrów wody i ciśnienia - zatem oszczędności mogą być o wiele wyższe

piątek, 3 czerwca 2011

Ile można zarobić na "racjonalnym oszczędzaniu"

Kilka dni temu obiecałem przeliczyć ile można zarobić inwestując nawet drobne kwoty w "racjonalne oszczędzanie" w naszych domach. Właśnie zabrałem się za przeliczenia dot. halogenów typu energy saver. Obliczenia poniżej wydają mi się oczywiste, natomiast jeśli nie chce wam się kalkulować na szybko - możecie skorzystać.


Na jednym z punktów oświetleniowych miałem modelową tradycyjną żarówkę 100W - z uwagi na charakterystykę użytkowania uznałem, że zastosowanie tam kompaktu nie ma najmniejszego sensu (przypomnę tę argumenty wkrótce). Muszę zastosować oświetlenie żarowe lub halogenowe. Koszt tygodniowy umiarkowanego używania tego punktu u mnie to ok 2 zł. W uproszczeniu koszt roczny to ok. 110 zł.

Kupuję halogenowy odpowiednik żarówki 100W - oszczędność nominalna to 30%, tym razem w miarę zgodna z rzeczywistością. Koszt to 8 zł. Policzmy. Oszczędność roczna to 33-8=25zł, jeśli żarówka pożyje 2 lata* - mamy razem minimum 58 zł zysku na czysto.

A takich drobnych decyzji "inwestycyjnych" w naszych domach, firmach, itp. możemy podjąć dziesiątki. Posiadając jednorazowo w kieszeni nawet po kilkanaście zł. O tym właśnie traktuje ten blog - o racjonalnym oszczędzaniu = realnym zarabianiu tu i teraz, bez mądrych wykresów i analiz rynkowych, ja nie piszę o inwestycyjnych gruszkach na wierzbie.


*żarówki halogenowe są objęte 2 letnią gwarancją - weź fakturę przy zakupie - w razie przepalenia w ciągu 2 lat możesz wymienić na nową.