czwartek, 31 maja 2012

Praktyka studencka - jak kolega "przerżnął" praktykę, a ja dostałem dobrą pracę.

Myślę, że podejmując pierwsze prace, trzeba wykazać się realizmem i kalkulacją. Trzeba umieć zaznaczać swoja pozycję, nie dać się zgnoić, a jednocześnie zaakceptować pewien układ, który jest zawsze losem świeżaka w firmie.

A było to tak. Byłem ja i był kolega ze studiów na praktyce. On był formalnie praktykantem-specjalistą ds. ważnego projektu, ja byłem równie ważnym praktykantem-specjalistą d.s. wdrożeń internetowych. Do kolegi pewnego dnia przyszła kierowniczka i wysłała go z papierami na ksero, burknął coś, poszedł, przyniósł nadąsany. Sytuacja się powtórzyła. Za trzecim razem kolega nie wytrzymał i wypalił wprost, że on to nie jest tu sekretarką - tylko specjalistą z Ważnego Uniwersytetu z Ważnym Mieście i dosłownie "to nie należy do jego obowiązków"!


Mniej więcej równolegle, w sąsiednim dziale, mnie zawołała szefowa - i uśmiechnięta mówi dosłownie: "Młody! Pomożesz? Na ciebie wypadło - najmłodszy tu jesteś?" i wręcza mi listę: chleb... mleko... masło... 3 kilo ziemniaków... Co mi tam, poszedłem. Było trzeba skoczyłem i drugi, i trzeci raz... W następnym tygodniu przed "kofibrejkiem" szefowa mnie wzywa do siebie... i częstuje pyszną grochówką i innymi smakołykami. Proszę... student, z dala od domu, to sobie teraz dobrze zjesz jak u mamy. Nie raz potem szefowa osobiście robiła mi kawę i nie raz przynosiła coś pysznego z domu... "dla młodego", czyli dla mnie.

Nie sądzę, aby moja pozycja zawodowa przez to ucierpiała... a czy domyślacie się już komu po praktyce letniej podziękowano i w firmie nie został?

P.S. Myślę, że oficjalnie mogę was już zaprosić na mój nowy drugi blog, gdzie zamierzam publikować posty o tematyce: praca, kariera, własna firma pt. Założenie Firmy. ZAPRASZAM. Myślę, że przeniesienie tej tematyki na inny blog wprowadzi większy porządek i spójność tematyczną tutaj.

środa, 30 maja 2012

Łatwy sposób na więcej pieniędzy w portfelu - postępuj jak ludzie bogaci! - część 2

Często zastanawiam się, dlaczego bogaci są bogaci, a biedni pozostają biedni. Ostatnim razem spotkałem Gienka, starego znajomego, który wrócił z Norwegii. Gienek był dumny z siebie niesamowicie i obwieścił mi, staremu kumplowi, jaką sumę przywiózł. Pozwolicie, że nie powiem jaka to była suma, bo nie jestem plotkarzem i plotkarstwem się brzydzę (rozumiecie sami, że prawdziwe imię kolegi z osiedla to zatem nie Gienek, ale to w żaden sposób nie zmienia przekazu, pozostawmy chociaż Norwegię jako jedyny istotny fakt).

Problem jest taki, że mój druh serdeczny Gienek to znany imprezowicz - i mogę tylko robić zakłady, w jakim czasie Gienek przeimprezuje ową ciekawą sumę, którą mi podał (a podał prawdziwą!). Mogę się założyć z kimś o skrzynkę "Lwówka Śląskiego" czy "Namysłowa", że ukochana siostra Gienka pokaże się w towarzystwie z najnowszym modelem iPhone a jego smarkaty synuś pochwali się najnowszym PSP albo PS3. (Nazwy towarowe najnowszych gadżetów wymieńcie na to co akurat modne).

Tyle że w zasadzie Gienek nie ma nic, lub niewiele, a na pewno trochę długów. Na pewno ma też bilet do Norwegii na następny kontrakt na polsko-norweskim bimbrze warzonym z byle czego i zupkach chińskich. Ale cóż - to wybór Gienka!


Jakiś czas temu w popularnym poście o zbieraniu puszek wspomniałem mojego Ojca, a szło to tak: Jakiś czas temu mój Ojciec robił zakupy na wsi w lokalnym sklepie wielobranżowym i jednocześnie skupie surowców wtórnych - pod sklep podjechał całkiem dobrym i drogim samochodem gość i wyciągnął z bagażnika dwa wielkie worki puszek, sprzedał za całkiem zadowalającą sumę i potem zrobił za to jakieś zakupy. Tak się składa, że gość z artykułu nie jest dla mnie gościem anonimowym. Koleś ma nie tylko dobre auto, ale też całkiem ładny dom i własną działalność gospodarczą, a mimo to pofatygował się przywieść puszki, które mu rodzina i znajomi pozostawili po letnich grillach.

I gościu od puszek ma pieniądze, dom, auto i wygodne życie w Polsce, a Gienek zapiernicza ostro w Norwegii, przywozi kupę kasy, ale jak co do czego przyjdzie to nie ma nic prócz długów... warto o tym pomyśleć.

P.S. Na blogu roboczym odświeżam popularny artykuł: Jak powinien pachnieć właściciel firmy. Drogie markowe perfumy w środowisku biznesowym...

wtorek, 29 maja 2012

Prosty sposób na więcej pieniędzy w portfelu - postępuj jak ludzie bogaci!

Po raz kolejny dziś odnoszę się do wypowiedzi kol. iw-nowa ...dlaczego ze mną, tłumaczem, wszyscy próbują się targować o cenę moich usług, kiedy są zrobione na najwyższym poziomie i do końca, nigdy nie zawodzę klienta i jestem naprawdę w 100% profesjonalna...

Ja też to zauważyłem - klienci targują się, co więcej targują się klienci, którzy na pierwszy rzut oka nie powinni się targować, targują się klienci w drogich (nowych!) terenówkach, dobrze ubrani z drogimi komórkami, itp. - targują się ci z dzielnic willowych, mniej często ci z osiedla. Naprawdę widzę to na co dzień.


Koleżanko iw-nowa, twój trop jednak jest błędny - powtarzasz "nigdy nie zawodzę klienta i jestem naprawdę w 100% profesjonalna", a to błędny osąd. To naprawdę nie ma nic wspólnego z twoim profesjonalizmem, z jakością i terminowością zleceń. To nie jest kara - to kapitalizm. Klient się po prostu targuje - bo może! Klient się targuje bo jest na ogół zamożnym klientem!

Moja odpowiedź - Ty też się zacznij targować i pytać o zniżki. Ja zacząłem! Nie mam natury osoby proszącej się, która musi za wszelką cenę wyrwać zniżkę, która się targuje do bólu - na ogół jednak przy zakupach - już takich niecodziennych w stylu +kilkadziesiąt zł spokojnie i pewnie pytam o możliwość zniżki lub rabatu. W około 50% przypadków te zniżki dostaje, a tego co robię nie nazwałbym nawet targowaniem się - po prostu pytam, czasem na zimno i bez emocjonalnie w stylu: "Wie Pan co - tak się zastanawiam czy to kupić - czy jest przewidziany jakiś rabat?" albo "Jaki rabat mogę dostać jeśli zdecyduje się teraz?" albo "Jaką Pani da zniżkę za płatność gotówką w tej chwili, zamiast kartą?"

To mnie nic nie kosztuje, nie przywiązuję już wagi emocjonalnej do tego pytania, choć na początku człowiek się musi przyzwyczaić, bo wcześniej tego nie robił. Ale skoro ludzie zamożni tak robią - ja też zamierzam. Naprawdę zostaje mi więcej pieniędzy w portfelu po każdych większych zakupach.

P.S. W komentarzach macie rację, że nie zawsze targowanie się jest pożądane - na blogu roboczym przypominam post, gdzie między innymi piszę, jak jeden "pan" mi się kiedyś brzydko targował.

poniedziałek, 28 maja 2012

Farba lateksowa na regipsie, tynki strukturalne - wnioski z remontu

Nowo wyremontowany pokój mam w regipsach, ma to swoje plusy i minusy. Plusem była relatywnie szybka procedura montażu, wygładzania - ekipa z doświadczeniem zrobiła to szybko i w miarę dobrze. Minusem regipsu jest to, że zawsze, ale to zawsze będzie delikatnie widać łączenia płyt przy farbach zwykłych. Płyta gipsowo-kartonowa jak sama nazwa wskazuje ma powierzchnię kartonową, która zawsze będzie miała nieco inną fakturę niż łączenia - nawet najstaranniej wygładzone.

Sprawdza się to bardzo w tynkach strukturalnych i innych strukturach (np. farba strukturalna), pod warunkiem, że położy to dobry fachowiec. Średnio sprawdza się to przy farbach akrylowych i lateksowych. W większości pomieszczeń mam strukturę - w pokoju, który remontowałem, mam jednak teraz farbę lateksową. Średnio to się sprawdza.


Oczywiście dla większości mój remont jest udany (i taki był właśnie cel - szybkie odświeżenie, kosztem pewnych kompromisów), jednak dla perfekcjonistów nie jest to efekt zadowalający. Jak dla mnie farba lateksowa bardziej uwidacznia strukturę materiału niż akrylowa. Zastosowałem matową farbę hypoalergiczną znanej firmy na T. (nie będę reklamował - niech sobie reklamę wykupią w Google jak chcą) i mimo użycia do koloryzacji bazy matowej, cząstki lateksu/polimeru wciąż mocno odbijają światło. Za mocno jak na jedną ze ścian dość wystawioną na słońce - co uwidacznia dosłownie każdy detal. Przy czyszczeniu rzekomo zmywalnej farby robi się lekki efekt lustra - w efekcie po wyczyszczeniu zabrudzenia i tak warto przejechać kawałek wałkiem.

Poprawki? Tak, oczywiście czeka nas trochę poprawek oraz przemalowanie 3-cią warstwą feralnego kawałka ściany. Ogólne wrażenie z zastosowania drogiej i markowej farby lateksowej? Nic specjalnego. Jedyną absolutnie rewelacyjną cechą tej farby była prawie kompletna bezzapachowość. Jeśli nie musiałbym mieszkać w lokalu w czasie remontu, wybrałbym jednak klasyczną farbę akrylową.

niedziela, 27 maja 2012

Gorący Kubek Knorr - zupa kurkowa - recenzja.

Dziś nastał dzień, w którym bijemy złych i niedobrych po pupie. Na pręgierz wywołuję firmę Unilever właściciela marki Knorr i producenta zupy Gorący Kubek - Zupa Kurkowa.


Przyznaję, bez bicia, że zostałem zachęcony wielkim szyldem promocja i pięknym obrazkiem przesympatycznego grzybka - kurki oraz zdjęciem na opakowaniu przedstawiającym zupę w kubku obficie okraszoną tymi kurkami! Grzybowy przysmak - pomyślałem.

Ostatnio nie jadam takich rzeczy jak zupy ekspresowe, ale z uwagi na pełzający remont i chęć zjedzenia/wypicia czegoś na szybko i na ciepło - zaryzykowałem.

Zalałem, zamieszałem - moim oczom ukazał się lekko mętnawy rosołek z kawałkami suchego makaronu w środku. Kawałków kurek jednak nie zauważyłem, jedynie jakieś małe skrawki suszonej marchewki. Spróbowałem. Słabizna na całego. Przypomniałem sobie niedawno kupiony zestaw tanich kostek rosołowych w Pierdonce i efekt po ich rozpuszczeniu w kubku. Tyle, że tu było gorzej niż po tych tanich kostkach. Smakowało to jakbym pożałował kostki - z jednej zaledwie zrobił bulion dla całej ekipy robotniczej i okrasił Vegetą i dużą ilością soli.

A grzyby? Smaku grzybowego nie wyczułem w ogóle! Rzut oka na skład pokazuje dlaczego: kurki 1,3%. Zapewne wystarczy, aby zgodnie z prawem nazwać to zupą kurkową i mamić ludzi ładnymi reklamami - nie wystarczy, aby wyczuć tamże jakikolwiek smak grzybów!

Niecałe 0,2 g kurek, słownie: dwie dziesiąte grama! Rozpuszczone do tego w 200-250 ml gorącej wody! Zupa Kurkowa Knorr nie jest porażką, to by była chyba obraza słowa porażka - to coś jeszcze gorszego...

sobota, 26 maja 2012

Subtelna sztuka warzenia niedobrego piwa. "Prawie" robi wielką różnicę!!!

Kontynuuję serię postów ukazujących brutalną i bolesną prawdę na różne tematy. Dziś mam okazję narazić się mojemu blogowemu koledze z Boskiej Woli (pod Warką) i zdemaskować propagandę, którą raczy nasz Grupa Żywiec - producent piwa Warka. Napoju zwanego piwem tylko dlatego, że umożliwia to kulawe polskie prawo.

Co czytamy na stronie wiki browaru?

....W 2003 roku zakład w Warce przekształcono w spółkę akcyjną, a następnie rok później włączono w skład Grupy Żywiec. W tym czasie dokonano całkowitej przebudowy budynków browaru i dokończono jego modernizację.

Browar Warka należy do grona najnowocześniejszych zakładów piwowarskich w Europie. Przy produkcji piwa w zakładzie stosowana jest technologia HGB oraz wykorzystywane są bardzo pojemne tankofermentatory....


Cóż zatem jest ta magiczna technologia HGB, która rzekomo tak unowocześnia browar?

HGB (ang. High Gravity Brewing) – warzenie wysoko stężonej brzeczki (...) metoda produkcji piwa polegająca na wytworzeniu brzeczki ze znacznie wyższą zawartością ekstraktu niż to odpowiada ekstraktowi w gotowym piwie.[1] Osiąga się to poprzez odpowiednie metody zacierania słodu jak np. dłuższa przerwa scukrzająca w temperaturze ok. 65–66°C oraz dodanie cukru, syropu sacharozowego, skrobiowego lub ekstraktu słodowego.

Efektem tego jest skoncentrowana brzeczka piwna, która przed fermentacją, po fermentacji lub przed rozlewem rozcieńczana jest zimną wodą.


Czyli po prostu mamy takie nie-wiadomo-co rozcieńczone wodą i ciekawe czym jeszcze?

Jeżeli gęstość brzeczki nastawnej w przypadku produkcji piw typu lager nie przekracza 15% to smak piwa wyprodukowanego metodą HGB jest niemal identyczny z metodami naturalnymi.

Niemal identyczny powiadacie? To ja użyje tekstu ze znanej kampanii reklamowej grupy Żywiec: "Prawie" robi wielką różnicę!!! I co Panowie marketingowcy z Żywca? Łyso wam teraz?



Cytujemy dalej Wikipedię:

Im bardziej skoncentrowana jest brzeczka nastawna tym większy negatywny wpływ ma użycie tej metody na końcowy profil aromatyczno-smakowy w gotowym piwie, gdyż produkcja koncentratu brzeczki o zwiększonej zawartości ekstraktu i przy użyciu wyższych temperatur powoduje wytwarzanie się większej ilości ubocznych produktów fermentacji.

OK, aby nie było, że jestem wielkim piwnym księciem i francuskim pieskiem. Tak jak zadeklarowałem na blogu Boska Wola, właśnie kończę ostatnią puszkę z kupionego kilka dni temu czteropaku Warki. Upić się tym można, czy w przypadku jednej puszki - lekko zmulić - alkohol czuję, ale smak to ma jakiś nie-piwny. Jakbym pił jakieś tanie wino marki Rambo czy inny Komandos rozwodnione kawą zbożową i wodą sodową (za studenta się jabola spróbowało dokładnie aż dwa razy - pierwszy i ostatni).

Małe mieszkanko i moje zamiary

Dzisiejszy wpis jest ściśle związany z moimi własnymi pomysłami. Po raz kolejny jednak korzystam ze źródeł "futrzakowych" i nawiązuje do rozmów na jej blogu - tym razem przekopiowuje do siebie klip YT, który mnie bardzo zainteresował.

Ja mam jednak nieco inny plan - nie zamierzam kupować mikro-mieszkanka w wielkim mieście i urządzać go jak ten koleś na filmie - ja mam zamiar postawić mały domek gościnny, letniskowy np. w formacie 5x5 i oczywiście sprytnie połączyć małą przestrzeń z olbrzymią przestrzenią działki letniskowej lub budowlanej. Na pewno wykorzystam niektóre patenty uwidocznione na poniższym filmie.

czwartek, 24 maja 2012

Czy warto popełnić samobójstwo?

Do napisania tego postu skłonił mnie post futrzaka, z którego wydźwiękiem i wnioskami trudno mi się zgodzić. To podejście to dokładnie coś, przeciwko czemu na łamach bloga piszę. Kontrowersyjny fragment cytuję:

Zasuwac na granicy egzystencji mozna, ale jako rozwiazanie tymczasowe. Jesli ma byc to sposob na zycie, to ogromna wiekszosc ludzi, ktorzy zyli na normalnym poziomie, woli sobie palnąć w leb, niz meczyc sie za miche strawy (i to sie dzieje vide gwaltowny wzrost samobójstw w Grecji) do konca zycia.

Co ja na ten temat? W du**ch się ludziom nieźle poprzewracało (i w Grecji i w Polsce). Kryzys sobie wymyślili frajerzy. Ja wam powiem, że kryzys to był w latach 60-tych i potem 80-tych w PRL. Autentycznie nie było co jeść, zdobycie kawałka mięsa było wyczynem bohaterskim. Gospodynie domowe kotlety mielone "obciążały" tonami cebuli, rozmoczonym starym chlebem i bułką (fakt, że PRL-owskie bułki i chleby bez ulepszaczy i chemii made in UE nie pleśniały!) by chłop po pracy w kopalni miał pełny żołądek. Dzieciaki na osiedlu obżerały wszystkie śliwy i jabłonki, jeszcze zanim owoce dojrzały - srało się po tym jak koń, ale co tam! Sam pamiętam za dzieciaka za PRLu wspinanie się na czubki drzew, bo jeszcze trochę morw zostało, albo orzechów laskowych! Czipsów i luksusów nie było. Chciałeś podgryźć - szło się do pobliskiego lasu na jagody, jeżyny i maliny. Prażynki ziemniaczane czy dmuchany ryż były luksusem wyższym!

Mimo trudnych czasów moi rodzice i dziadkowie zachowali pogodę ducha, potrafili wykształcić swoje dzieci, przekazali im/nam pewność siebie, patriotyzm, pewne wartości i niezłomność wobec trudnego losu. Moi dziadkowie cieszyli się po prostu faktem, że mogą żyć - oni przeżyli wojny, prześladowania, ruskie wywózki na Syberię, wybiórcze egzekucje niemieckie, mordy ukraińskich hord... (A teraz ponoć Ukraińcy to nasi dobrzy przyjaciele... dobre sobie...!!!)

... i w tym kontekście ja słyszę jakieś smęcenie o samobójstwie z powodu kryzysu? Czy ja mam się śmiać, czy płakać nad debilizmem takich stwierdzeń?

Trudno, jeden z drugim! Powinęła się noga! Głodujesz? Ktoś na ciebie poluje z kałaszem? Ktoś wypędza cię z własnego domu i pakuje do bydlęcego wagonu? Ktoś strzela do ciebie, albo wsadza do gazu? Nie! Więc mi tu nie pitol i pokaż co jesteś wart.

Pogorszenie się standardu życia? Fakt że nie kupisz najnowszego drogiego TV FullHD z LEDami i 3D? Brak środków na wakacje na Wyspach Kanaryjskich? OMFG!

Trudno się mówi, pójdź jeden z drugim do jakiejkolwiek pracy, zarób cokolwiek. Skończyły się czasy udawania pracy przed firmowym kompem i pitolenia z kumplami na GG. Czas rzeczywiście popracować. Jeśli trzeba będzie pójść do sadu i pozbierać trochę owoców to co się stanie tragicznego? Czy lepiej siedzieć na bezrobociu i oskarżać cały świat o swój ponury los?

Ja za twardej komuny jako dzieciak z moim Dziadkiem zbierałem po meczach butelki, aby podreperować domowy budżet i móc pozwolić sobie na jakiś smakołyk (np. prażynki ziemniaczane czy połeć boczku), czy słyszałem jakiekolwiek narzekanie i biadolenie? NIE! Więc jeśli jeden z drugim (czy jedna z drugą) macie jeszcze jakieś wątpliwości to pomyślcie o mnie, o mojej rodzinie, o naszych losach... i się dobrze zastanówcie... co robić dalej...
Stan zdrowia jego chorego syna się poprawił.
Nawiązał udane rozmowy dot. koalicji wyborczych.
Sprawy wszelakie zaczęły układać się coraz lepiej...
...i tak się biedak tym mocno przejął, że aż samobójstwo popełnił.
Cholera jasna, i ja zaczynam się, kurna, trochę bać

środa, 23 maja 2012

Romans w pracy, relacje w biurze, dokazywanie w firmie...a polska rzeczywistość.

Dobra moi drodzy, powiem jasno i na temat jak to jest ze sprawami damsko-męskimi w firmie.


Generalnie w ciągu całej swojej kariery odnosiłem i odnoszę się dość niechętnie do romansów i bliskości w biurze i tego unikam (z małymi wyjątkami oczywiście, człowiek jest człowiekiem). Nawet okresowo pracując/współpracując w firmie rodzinnej z własną żoną często wypowiadam się o niej per Pani Nnnnnn, bo po co klient z zewnątrz ma wiedzieć cokolwiek o naszych relacjach. Nie powinno go to obchodzić nic a nic.

Relacje w biurze z koleżankami, podwładnymi płci pięknej oraz pracownicami dorywczymi chce mieć czysto służbowe, a jeśli koleżeńskie, to tylko do pewnego stopnia - na pewno nie do stopnia przyjaźni, ani jakiejkolwiek zażyłości.

Dokazywanie w biurze to ma być przy pracy! Ostre zasuwanie z robotą przy obsłudze zlecenia ważnego klienta, po którym każdy wraca z kieszenią pełną kasy do objęć swojej dziewczyny/chłopaka POZA PRACĄ! I osobiście ja nie chcę nic o tym wiedzieć.

Wszelkie komentarze i opowieści o sprawach damsko-męskich między np. starszym szefem (właścicielem) a młodszą asystentką wydają mi się nieźle nadymane i przesadzone. Każdy właściciel firmy lubi liczyć swoje pieniądze, a nie po to pakuje się kasę w szkolenia, w pensję i w renomę firmy aby robić sobie komplikacje miłosne w miejscu pracy. Komplikacje, które prędzej czy później kończą się niezłym gnojem, zwłaszcza jeśli człowiek ma żonę i rodzinę.

Czy wy myślicie, że zatrudnienie dobrego pracownika - w tym przypadku kobiety w małej/średniej firmie to prosta sprawa w sensie zawodowym? Trzeba się namęczyć znacznie więcej niż z poderwaniem kobiety w klubie. Po co marnować taki cenny dla firmy nabytek wdając się w durne romanse?

Naprawdę, jest tyle dyskotek, klubów, spragnionych kobiet a z drugiej strony multum galerianek i wszelkiej maści "profesjonalistek", że jeśli ktoś już koniecznie chce się zabawić to suma sumarum pewne sprawy można mieć taniej, niż zatrudniając blond długonogą pannę "gościnną towarzysko" w miejscu pracy.

Rozumiem niektórych z was, rozumiem też niektórych komentujących - Panowie - hormony wam buzują, Panie - spragnione jesteście bliskości i fajnego chłopa. Snujecie zatem bajki, koloryzujecie biurowe wspomnienia i jedną czy drugą aluzję szefa o tym jaka fajna z was babka i zaproszenie na kawę odbieracie jako towarzyskie podchody. Owszem, to się czasem zdarza, ale gwarantuję wam, że nas szefów w pracy najbardziej rajcuje hajs, kasa, kapucha, brzęk monet, pełne konto i wypasiona fura pod biurem - a wasze biurowe wdzięki są w ostatniej kolejności.

Zabawę to my mamy PO PRACY! W pracy zabawy w pszczółki i kwiatki nie uświadczycie! :)

Jak założyć firmę - duże i łatwe pieniądze przy minimum wysiłku.

Wczoraj w postach o wyrwaniu się z bezrobocia wspomniałem o założeniu firmy jako jednym z rozwiązań. Chętnych zachęcam do ponownej lektury wczorajszych postów a tutaj rozwinę temat firmy.

Cały post przeniosłem na nowy blog: Założenie Firmy Zapraszam!

A co do dużych i łatwych pieniędzy przy minimum wysiłku? Dużo osób o tym słyszało, ale niewiele widziało.

wtorek, 22 maja 2012

Jak skutecznie szukać pracy po zwolnieniu z poprzedniej? #2

Kontynuuję część dalszy dzisiejszych przemyśleń o postępowaniu po utracie pracy. Przerwałem je postem, w którym musiałem "pojechać" na misiaków i strażników miejskich, aby sobie ulżyć, a teraz z uwagi na dużo wolnego czasu w dniu dzisiejszym mam ochotę sobie skończyć poranny wątek. Kontynuujemy od ostatniego numeru:


7. Po utracie pracy i w czasie poszukiwań na pewno zostaniesz zasypany stertą ofert z systemów MLM, piramid finansowych udających MLM i firm akwizycyjnych a z drugiej strony skuszony spekulacjami finansowymi, grą na giełdzie z jakimś super-kontem-premium, czyli łatwymi pieniędzmi bez wysiłku. Oferenci będą posługiwać się magiczną nazwą "dochód pasywny".

Musisz wiedzieć, że jest to na ogół fikcja i dymanie małpy w bambus. Żerowanie na naiwniakach.

Nawet jeśli trafisz na rzetelny MLM lub inny network czy akwizycję to musisz wiedzieć, że osiągnięcie pozycji i dochodu tamże to zwykle kilka miesięcy konsekwentnej pracy - rzecz do zrobienia jeśli masz już pewny i stały dochód, a nie z poziomu bezrobotnego. Na razie zapomnij o tym. To samo się tyczy wszelkich zabaw w stylu "dochód pasywny". Autorzy i marketingowcy świadomie nadużywają tego pojęcia. Dochód pasywny jest do zrobienia tylko dla osób, które już mają stałą i pewną bazę finansową. Nie dla ciebie.

8. Na pewno zostaniesz zachęcony hasłami w stylu: Łatwe pieniądze bez wysiłku w internecie; dobry dochód z internetu - tylko 2h dziennie; Byłem załamanym bezrobotnym - zarabiam teraz 10k z systemem marketingowym XCV2012; Zarabiaj na blogach, itp. Sorka, ale to także dymanie małpy w bambus! A ty chyba małpą nie jesteś, no nie? Jeśli interesują cię realia zarabiania w necie czy na blogu - cofnij się parę postów wcześniej i ostudź swój zapał.

9. Będziesz skuszony ofertą założenia firmy, lub współpracy w nowej spółce, np. z najlepszym kolegą. Musisz wiedzieć, że takie firmy w 90% padają w ciągu 2 lat a najlepszy kolega z którym firmę zakładałeś może stać się najgorszym wrogiem. Mimo wszystko firmę można spróbować założyć pamiętając o jednym - na starcie nie wolno bazować na huraoptymistycznych scenariuszach i wizjach uzgodnionych przy piwie, ale na zimnych, brutalnych realiach i pieniądzach, które są do wzięcia teraz i zaraz. Np. na ogół fikcją jest rozprawianie o start-upie w oszklonym biurowcu i warszawskich klientach, których możemy pozyskać! Realne jest sprawdzone info i realna prośba z salonu samochodowego kolegi szwagra w stylu - przyjdź z Zenkiem i w sobotę na 10.00, umyjcie wszystkie okna w firmie, na razie zapłacę ci "na rękę" a za tydzień jak założysz działalność - to już zrobisz mi rachunek na XXX zł brutto. (Taaa... ja jestem w pełni świadomy, że ten post na ogół czytają "inteligenci"!)

10. Tylko realne działanie da realne rezultaty. Teoretyczne dywagacje i rozmyślanie, dadzą jedynie teoretyczną pracę i wydumany zysk, którego nie ma. Jeszcze raz wszystko przemyśl i weź sobie moje poprzednie uwagi do serca, pisze to człowiek, który tą drogę kiedyś przeszedł, podsumujmy: głowa do góry i zero użalania się, kontakty i jeszcze raz kontakty, oraz jak najszybciej zaprzestanie bycia przykur**jącym i bardzo uciążliwym dla bliskich "nierobotnym" wałem - nawet za cenę harowania w ogródku schorowanego wujka Józka do utraty tchu za michę i zagrychę, wałówkę i może symboliczne kieszonkowe, z powodów psychologicznych znajdź NATYCHMIAST jakiekolwiek zajęcie/pracę, nawet poniżej kwalifikacji, nawet jeśli jesteś wysoko wykształconym inteligentem "świadomym swojej wartości".

Piszę wszystko w formie męskiej, bo jestem facetem, ale post dotyczy także Pań.

Jak skutecznie szukać pracy po utracie poprzedniej?

Postaram się szybko, zwięźle i na temat powiedzieć co o tym myślę, jako osoba z doświadczeniem:

1. Jak najszybciej skończyć etap użalania się nad sobą, złości i zadawania pytań w stylu "co ze mną nie tak?". Otóż na ogół to z tobą nie tak, że żyjesz w XXI wieku, a nie za PRL gdzie stanowisko było niemal czymś dożywotnim. Nie dopisuj sobie żadnych prawd do brutalnej gry rynkowej.

2. Jak najszybciej wyklaruj sytuację z byłym pracodawcą - umów się porozmawiaj z nim, jeśli to możliwe twórz atmosferę zgody, poproś o dobre referencje w razie czego i/lub polecenie twojej osoby. Jeśli zwolnienie nastąpiło głównie z powodów koniunkturalnych a relacje były przynajmniej średnio dobre - możesz na to liczyć. Ważne jest by nie palić za sobą mostów.

3. Natychmiast rusz wszelkie znajomości, rodzinę, kontakty - przy czym pamiętaj, by w żadnym razie przy tym nie użalać się nad sobą, nie kwękać, nie płakać - informację o swojej sytuacji i poszukiwaniu pracy przedstawić chłodno, a w najlepszym razie z uśmiechem i na luzie. ABSOLUTNIE ŻADNEGO UŻALANIA się nad sobą! Patrz punkt 4.

4. Z szukaniem pracy jest tak jak ze "zdobyciem" wymarzonej dziewczyny, jeśli użalasz się nad sobą, prosisz, latasz jak piesek z wywieszonym jęzorem, pokazujesz, że ci bardzo zależy - najpewniej nie dostaniesz tego czego pragniesz. Ani pracodawcy, ani dziewczyny tego nie lubią. Ja najlepsze efekty w obu dziedzinach osiągnąłem będąc po prostu na luzie, z lekkim dystansem, pokazując że mi aż tak nie zależy (i nawet wyrabiając sobie wewnętrznie takie przekonanie).

5. O pisaniu CV, aplikacji i szukaniu ogłoszeń napisano w necie wiele - odśwież sobie te informacje i zastosuj je. O pomoc w przeglądnięciu i ocenie dokumentów nie proś przyjaciela ani nikogo z rodziny. Oni ci zawsze będą ci kadzić komplementy. Poproś dalekiego znajomego, najlepiej pracującego gdzieś w okolicach kadr, poproś o bolesną ocenę bez ściemy i koniecznie odwdzięcz się za usługę (cztero- sześciopak piwa? zaproszenie znajomego do pubu?).

6. Nie pozostawaj bezrobotny, czy raczej "nierobotny" dłużej niż 2-3 dni, jeśli już jesteś bezrobotny dłużej - natychmiast skończ ten okres - tu i teraz, po skończeniu czytania tego posta. Co mam na myśli? Zajmij się czymkolwiek, pracy (niekoniecznie wysokopłatnej/zarobkowej) jest na około dużo. Poczynając od ogłoszenia znajomym i rodzinie, że masz teraz dużo czasu i pomożesz w czymkolwiek przy remoncie domu/mieszkania/w ogrodzie/w warsztacie/w firmie szwagra, itp. To nic że masz licencjat i jesteś magistrem - zamiast się użalać jak baba możesz zgarnąć kilkadziesiąt zł za pomoc w przeniesieniu mebli, rozniesienie ulotek czy umycie okien w znajomej firmie, pomoc na budowie u "zięcia ciotki Marysi", od biedy skoś ciotce Marysi trawę na działce za nic więcej niż dobry obiad i wałówkę... wymęcz się jak koń wyścigowy.


...Głównym elementem ostatniego punktu nie jest przekwalifikowanie cię na fizycznego - jest nim czysta psychologia - człowiek pracujący (gdziekolwiek) ma większą pewność siebie niż "nierobotny", po zmęczeniu (fizycznym) dostaniesz zastrzyk endorfin i od razu samopoczucie ci się radykalnie polepszy - wyczuje to otoczenie, wyczują to potencjalni pracodawcy. Pamiętaj - pracodawcy są jak dziewczyny na wydaniu - oni chcą człowieka sukcesu, pałającego energią i pewnością siebie, człowieka zajętego pracą. Ty taki/taka możesz być już dziś.

poniedziałek, 21 maja 2012

Czy remont mieszkania jest dobrą inwestycją? #2

Wczoraj pisałem dlaczego remont może być dobrą inwestycją. Co najważniejsze jednak remont jest inwestycją prawie pewną, czego nie można powiedzieć o zainwestowaniu na giełdzie. Kolejnym atutem jest to, że ewentualne braki finansowe możemy nadrobić praca własną, czego nie da się przecież zrobić z inwestycjami finansowymi.

Koleżanka z bloga w-od-nowa potwierdza w stosunku do mieszkania to co się stało z moim samochodem - i zadbany samochód i zadbany lokal poszedł za cenę ca. 10% wyższą niż średnia rynkowa. Warto!


Jak jednak zabrać się do remontu? Myślę, że tu kluczową sprawą są:

1. Dobre i sprawdzone informacje remontowo-budowlane: rodzaj farb, tynków, odpowiednie i fachowe zastosowanie, itp. Pozwala to uniknąć błędów i kosztów. nie liczmy na fachowców - oni czasem coś doradzą, czasem uczą się na naszych błędach.

2. Dobry fachowiec - niepijący, bądź chociaż pijący mało i umiarkowania, np. jedno lekkie piwo na kilka godzin. Z poprzednich remontów generalnie niemiło wspominam robotników chwilami tak pijanych, że ledwo stojących na nogach, bełkocących coś pod nosem i 3 razy poprawiających robotę - ale człowiek się uczy! Nigdy więcej ochlejów tolerowanych w imię znajomości i/lub niskiej ceny! 10x wolę fachowca, który otwarcie, przy mnie spyta czy nie mam nic przeciwko i wypije te cienkie supermarketowe piwo, które pija się na budowach, zamiast ukradkiem na przerwie pod Żabką grzmocić najtańsze-megamocne zapijane setką wódki.

3. Czas, spokój, cierpliwość - także u rodziny - to co miało zabrać dwa dni, zawsze zabierze cztery. To co w planach miało być malowane 2 razy, będzie musiało być pomalowane 3 razy z poprawkami. Fachowiec który miał przyjść o 10.00 - z arcyważnych powodów zjawi się o 10.45 i zabraknie mu akurat ca. 30 minut do skończenia roboty - a zostać nie da rady, bo musi odebrać teściową z dworca PKS w Wypierdowie Podgórnym.

A jakie są wasze wnioski?

niedziela, 20 maja 2012

Czy remont mieszkania jest dobrą inwestycją? Skuteczna sprzedaż samochodu jako przykład postępowania.

W celu odpowiedzi na pytanie posłużę się analogią - jakiś czas temu sprzedawałem samochód - nic specjalnego, stary, trochę odrapany, raczej zadbany, ale z widocznymi śladami zużycia. Przed sprzedażą zainwestowałem trochę czasu i pieniędzy w odpicowanie autka - kupiłem małą fiolkę lakieru w mojej palecie i starannie zamaskowałem obicia i odpryski farby, starannie wtarłem w karoserię płyn polerująco-woskujący, dokładnie wyczyściłem tapicerkę, bagażniki i dywaniki oraz zainwestowałem w ładny zapach w środku. Nieco wcześniej kupiłem radio z nowocześnie wyglądającymi wskaźnikami i wyświetlaczem pełnym ledów. Pierwszy klient który zobaczył auto kupił bez większego namysłu - wynegocjowałem cenę ok 10% większą niż średnia cena rynkowa, co zależnie od kalkulacji dało mi od kilkuset do tysiąca zł zysku.



Remont mieszkania traktuję podobnie jak "odpicowanie mojej bryki" - co prawda nie mam obecnie w najbliższych planach przeprowadzki lub wynajęcia, sprzedaży, ale także nie mogę tego wykluczyć. Istnieje całkiem realna możliwość różnych kombinacji z moim mieszkaniem, a remont, zwłaszcza, kiedy w mieszkaniu się jednocześnie mieszka nie jest znów rzeczą, która można zrobić ot tak. Zgranie czasu mojego i fachowca, organizacja, wydatki... to wszystko nie jest łatwe. Dlatego jeśli mogę - inwestuję w remonty. Niby klienci są racjonalni, niby kalkulują, ale fakt jest taki, że podświadomość to potężne narzędzie i prędzej kupimy przeciętne mieszkanie ładne, zadbane, pachnące, czyste niż zaniedbaną norę, chociaż w dobrej lokalizacji i z dużym potencjałem.

Kolejnym argumentem którym się posłużę jest argument znany wszelkim pożeraczom literatury motywacyjnej, nie wiem czy Robert Kioysaki, czy inny "bogaty ojciec" ukuł hasło: "płać najpierw sam sobie". Co to znaczy w tym przypadku - a no to, że racjonalnie oszczędzając i gromadząc nadwyżkę gotówki chcę zrobić sobie (i rodzinie) przyjemność - przebywanie w estetycznym, ładnym wnętrzu daje pozytywny psychologiczny bodziec do działania - siedzenie w zaniedbanej norce powoduje, że kapciejemy.

Jak wiecie jestem sceptykiem co do wszelkich guru i lotnych haseł w różnych dziedzinach, ale tym razem ułatwiłem sobie robotę autora bloga i posłużyłem się gotowym hasłem - zwłaszcza, iż nie jest to tak toksyczne pojęcie jak mania liczenia przedmiotów do 100 - krytykowana uprzednio.

sobota, 19 maja 2012

Posiadanie mniej niż 100 przedmiotów w praktyce.

Widzę po liczbie czytelników, że kogoś osobiście uraziłem poprzednim postem, oczywiście nie to było moją intencją. Chciałem w prześmiewczy sposób i nadal chcę skrytykować ideę i nowomodne wśród minimalistów hasło posiadania mniej niż 100 przedmiotów, wskazując jego słabe strony i nie odpuszczę. Regułą tego bloga jest bowiem szczerość - nawet jeśli ta szczerość może zaboleć. Nie bez przyczyny jeden ze stałych czytelników zaproponował kiedyś, abym w tytule dodał wpis: "Uwaga! Tu nie głaszczemy po główce." :)

Na jednym z minimalistycznych blogów przeczytałem, że wśród minimalistów często pojawia się pytanie: Ile masz przedmiotów? Czy masz mniej niż 100 przedmiotów? Tak jakby właśnie ta cecha była kluczowa do przynależności do elitarnego klubu minimalistów. No to jak moi drodzy? Czy mam mieć ascetycznego bloga w smutasnych kolorach, mam pozować na świątobliwego impotenta czy innego mnicha i głosić, że mam 100 przedmiotów, aby móc uznać się za minimalistę (umiarkowanego - racjonalnego, ale jednak minimalistę), aby nie być posądzony o pozerstwo?

Bzdura moi drodzy czytelnicy, centralna bzdura na resorach. Po pierwsze liczba 100 jest z palca wyssana i służy głównie jako komercyjne hasło do sprzedaży poczytnej książki, po drugie dlaczego nie na przykład 123 albo 128, a może 99, jak w promocji supermarketowej? Po trzecie jakiekolwiek liczenie przedmiotów i uzależnianie od tego bycia minimalistą lub nie natrafia na mnóstwo zagwostek i logicznych sprzeczności - dobrze i prześmiewczo kol. Wojtek zauważył. Jeśli posiadamy spodnie z odpinanymi nogawkami (nogawek sztuk dwie) to w sumie należałoby to policzyć jako 3 przedmioty - to jest żelazny i niepodważalny fakt.

Nie da się utrzymać liczby 100 przedmiotów (nawet na osobę) jeśli mamy rodzinę i dziecko! Co zrobisz? Dziecku pluszaki i zabawki wyrzucisz do kubła, bo ci się magiczny limit zakłócił? Wsadzisz dziecko do białego pokoju z karimatą, laptopem i śpiworem aby się kiwało w tył i w przód? Heh!

To nie jest minimalistyczny obrazek! O nie! Tam jest aż 9 przedmiotów!

Ja zawszę będę bezlitośnie tępił hasło: "Jestem minimalistą i posiadam mniej niż 100 przedmiotów." jako oznakę chorobliwego sekciarstwa, nie mające NIC wspólnego z minimalizmem.

czwartek, 17 maja 2012

Oszczędzanie, minimalizm i posiadanie 100 przedmiotów. Wyrzucanie przedmiotów.

Co jakiś czas tu i ówdzie przewija się w kręgach okołominimalistycznych koncepcja posiadania max. 100 przedmiotów. Przypomnijmy skąd to się wzięło - jakiś cwany gość wymyślił to hasełko, bo wydawało mu się chwytliwe, posłużyło bodajże do autopromocji i napędzenia sprzedaży książki, rozeszło się jak wirus po necie i utkwiło w wyobraźni wielu "wanna-be" minimalistów. Sprytne - nieprawdaż? Nawet mi się trochę podoba. Ale z minimalizmem liczenie przedmiotów nie ma absolutnie nic wspólnego. Liczenie 100 przedmiotów to jedynie zabawa znudzonych i bogatych singli, albo awangardowych studentów (na pewno nie biednych i nie minimalistycznych).

Weźmy mój przykład - co jest bardziej minimalistyczne i oszczędne? Złożenie i używanie komputera desktop czy zakup super laptopa czy tabletu.

1. Złożenie minimalistycznego komputera z części ze złomu; mój koszt: czas, czteropak Kasztelana + ok. 10 zł wydatków; liczymy przedmioty - oddzielne części: klawiatura, mysz, modem Wifi, modem UMTS, monitor LCD, jednostka główna - 6 przedmiotów.

2. Zakup laptopa 1500-2000 zł; - jednostka i zasilacz - 2 przedmioty. A w przypadku tabletu, tu pewnie koszty rozłożone na raty, doszłaby pewnie jeszcze jakaś zobowiązująca i niekorzystna umowa z siecią komórkową! W punkcie 1 wystarczy awaryjny Play na kartę na modemie UMTS z odzysku, bez abonamentu i umowy. Rozwiązanie 2 - bardzo minimalistyczne heh?! Kupę wydatków i wrypanie się w umowę z korporacją!

Oczywiście to trochę uproszczony przykład, bo można by pokusić się o kupno starego laptopa za mniejsze pieniądza (choć już nie tak małe jak wariant 1) obrazuje to jednak dość dobrze koncepcje: mamy racjonalny minimalizm z 6 przedmiotami, lub "minimalizm" zamożnych i znudzonych tylko z 2 rzeczami.

Zanim przejdziemy dalej polecam lekturę o moich oczekiwaniach co do pracy ze starym komputerem. Artykuł dotyczy systemu Linux oraz Windows.

Może jakiś minimalista odezwie się, że zestaw komputerowy należy traktować jako 1 przedmiot i wtedy rachunek się wyrówna - to ja mu odpowiem, że w takim razie całą bogatą zawartość łazienki także należy traktować jak 1 przedmiot - zestaw kosmetyczno-higieniczny. Trochę naciągane - nie sądzicie? Przedmiot to przedmiot i tyle.



Zatem wiemy już, że minimalista przedmiotów liczyć nie musi. Samo zapychanie sobie umysłu bezpodstawnymi koncepcjami i komercyjnymi hasłami (100 przedmiotów) jest już nieminimalistyczne. Posiadanie 100 przedmiotów wpędza nas w dyskretny ale nadmierny konsumpcjonizm. Dlaczego? Przy posiadaniu tylko 100 przedmiotów rotacja dóbr i zakupów będzie znacznie wyższa, znacznie wyższa niż przy racjonalnym i oszczędnym minimalistycznym gospodarowaniu.

Oczywiście powinniśmy unikać nadmiernego chomikowania i zawalania naszej przestrzeni. Jednak nie powinniśmy lekkomyślnie pozbywać się starych przedmiotów w imię idei czy przypodobania się "środowisku" minimalistów. Rozumiem oddanie czegoś, co naprawdę zagraca nam mieszkanie przyjaciołom, sąsiadom - rozumiem wymianę tego w jakimś handlu barterowym lub wystawienie na sprzedaż w internecie, ale przede wszystkim powinniśmy dążyć do pełnego wykorzystania przedmiotów (w ich cyklu życia) a jeśli można także potem - w recyklingu.

Minimalista nie wyrzuca przedmiotów na śmietnik!


Przykład mój - przy selekcji starych ubrań sprawdzam materiał i zastanawiam się - jeśli mi odpowiada, materiał jest cięty na szmaty i mniejsze szmatki dla naszego domowego użytku. Trzymam na przykład jeszcze tetrowe pieluchy sprzed paru lat - taki "wanna-be" minimalista powie - co za nonsens! ale chomikowanie! kolejne zbędne przedmioty do bilansu posiadania! - ale rasowy minimalista będzie wiedział, że mało którym materiałem tak dobrze umyje się okna (a tych mam dużo), a nowe zestawy, super ściereczki i irchy ze sklepu swoje kosztują i zużywają się szybciej.

To jest droga, którą ludzie inspirujący się minimalizmem powinni kroczyć. Swoim własnym rozsądkiem i logiką - a nie modnymi durnotami dla znudzonych bogaczy.

poniedziałek, 14 maja 2012

Praca na etacie... czyżby?

Zaciekawiła mnie dyskusja pod przedostatnim postem o zarobieniu konkretnych pieniędzy, między innymi bogaty komentarz Tombuli. Nie pisałbym tego posta dziś, gdyby nie ta wypowiedź oraz sprzątanie po remoncie. W pocie czoła przywracając mieszkanie do stanu używalności przerzuciłem nieco popaćkany farbą kawałek starej Gazety Wyborczej, którą wziąłem z kawiarni obok w celach ochronnych (Wziąłem plik gazet za zgodą właściciela oczywiście... nie do wszystkiego nadaje się folia budowlana, a swoją drogą sympatycy GazWyb niech się na mnie przypadkiem nie bulwersują do czego głównie używam tego pisma.)



Artykuł przerzuciłem pobieżnie, hasłowo i mniej więcej leciały w nim hasła dla młodych ludzi - pewny etat to przeszłość, pogódź się z tym, ryzykuj, zakładaj mały interes, próbuj swoich sił jako wolny strzelec, niezależny specjalista, itp.

Nic nowego, ja to powtarzam wam na blogu od ponad roku, wiele lat temu mi to uświadomił pewien przedsiębiorca na szkoleniu managerskim na którym byliśmy akurat razem, ale jakoś miło mi widzieć, że jakby nie patrzeć opiniotwórcza i systemowa gazeta także powtarza takie słowa.

Kolega Tombula pisze, że to jest fikcja, że nie da się żyć "na fuchach", od zlecenia do zlecenia, że etat za mniej niż 2000 zł to przesada, itp. Nie wiem, nie mi oceniać jego sytuację, natomiast jego pogląd to pogląd pracownika etatowego, a nie przedsiębiorcy/managera/freelancera, itp.

Piszę to o Szanownym Koledze neutralnie - z całą pewnością gospodarce potrzebni są i etatowcy.... i wolni strzelcy... i przedsiębiorcy. W każdym razie i mimo wszystko duch przedsiębiorczości w Polsce to za przeproszeniem jest mały duszek.... jakiś chochlik... a nie duch.

P.S. #1 Na komentarze w poprzednich postach w miarę możliwości poodpowiadałem.

P.S. #2 Dla oszczędnych pasjonatów zainteresowanych używaniem/ożywieniem starego komputera do domowego użytku dalszy ciąg przemyśleń na blogu komputerowym *tutaj*

niedziela, 13 maja 2012

Nie ma mnie - remont i nowy "stary" komputer.

Na razie nie jestem w stanie odpowiedzieć na komentarze i dokończyć kilku nowych wątków, które miałem ochotę podjąć. Jestem zajęty remontem mieszkania a także kombinacjami z komputerami. Mój laptop definitywnie padł - będzie służył jako rezerwuar części, a ja postanowiłem złożyć sobie nowy "stary" komputer z dostępnych pod ręką starych maszyn i części, co okazało się czasochłonnym zadaniem.

Oczywiście można by kupić nowy komputer, ale rewitalizując złom nie wydaję nic, lub prawie nic, poza swoim nakładem pracy. Może nawet złożę łącznie 2-3 rewitalizowane zestawy. Mój kolega z pracy zobaczył właśnie mój nowy zestaw i się napalił patrząc jak sprawnie pracuje mój zestaw i przeliczając sobie ile kosztowałaby nowa maszyna.

Komputer działa pod kontrolą Xubuntu 10.04 LTS (Ubuntu z XFCE), ma procek AMD Duron 1Ghz, ok 600 MB RAM, 80 GB dysku, kartę grafiki Martox z akceleracją 3D, stary, ale w pełni sprawny monitor LCD 17" kwadrat (ok 3-4 letni). System mam w pełni supportowany do kwietnia 2013, częściowo do 2015 roku. Pracuję na najnowszych przeglądarkach Firefox i/lub Google Chrome.



Jest naprawdę OK, chociaż to muzealny sprzęt z bazą sprzętową która mam 12 lat i nigdy nie będzie to już torpeda. Mimo to jestem w stanie całkiem sprawnie zagrać w nową grę wymagającą akceleracji 3D pod OpenGL, sprawnie używać najnowszych przeglądarek i pakietów biurowych, połączyć się z netem przez wifi albo przez modem umts (komórkę). Jeszcze kilka elementów estetycznych typu nowa, ładna klawiatura i kilka potrzebnych aplikacji do zainstalowania.... tymczasem wracam do remontu mieszkania.

wtorek, 8 maja 2012

Jak szybko zarobić ładne pieniądze.

Kolega z Boskiej Woli kilka razy sugerował, drocząc się ze mną, co u nas dość częste, że ja pozuję na chłopaka z blokowiska, ale fakt jest taki, że zupełnie nie muszę pozować, jestem po prostu tym chłopakiem.

Fakt drugi i niepodważalny jest jednak taki - i tu kolega ma trochę racji - że jestem także w jakimś stopniu typowym wykształciuchem, przemielonym przez maszynę współczesnej edukacji, ukształtowanym przez postkomunistyczny system uniwersytecki, ulepionym mentalnie z makulatury z Gazety Wyborczej... ale na szczęście także ze skrawków N.Czasu... bo mi się mózg jeszcze do końca nie zlasował.

I dobrze wiem jak wykształciucha, który przecież ma się za intelektualną elitę narodu (elita narodu, czyli wypisz wymaluj ja!!!), boli ambicja jeśli musi zakazać rękawy i zabrać się do fizycznej roboty (ja mam to na szczęście za sobą, i bardzo dobrze że jestem także trochę blokersem, bo dzięki temu mniej bolało).



Wykształciuch będzie do samego końca zgrywał wykształciucha, lepszego gościa z elity, gentelmana w białych rękawiczkach - wykształciuch będzie markował pracę, zachowując elementy dawnej pozycji i prestiżu, byle tylko rąk nie ubrudzić. A że w portfelu pustka? Aaaa to problem, ale "cichy" problem.

Wiem bo miałem i mam kontakt z takimi wykształciuchami. Oni mają nieźle przerypane.

Tymczasem fakt jest taki, że np. w mojej okolicy potrzeba wielu pracowników fizycznych, którzy jeśli dobrze policzyć zarabiają już znacznie więcej niż ich koledzy wykształciuchy na pseudo-posadach w stylu "agenta ubezpieczeń na życie" bez pensji/na prowizję, itp.

Trzeba jednak tylko ubrudzić sobie ręce pracą fizyczną - która jest w przeciwieństwie do gruszek na wierzbie, w stylu obiecanej pracy w starostwie czy w ratuszu, jak już tylko zwolni się "posada siostrzeńca wujka Basi od strony teściowej".

Znajomy wykształciuch pogodził się z tym, że pracy w białych rękawiczkach nie da się utrzymać/dostać, poszedł do pracy fizycznej, dorywczo pracuje fizycznie u mnie jako tzw. "fachowiec" od wszystkiego. Nie powiem, że jest perfekcyjnie, ale sumując zarabia całkiem niezłe pieniądze. Szybko i bez problemów.

Bo praca w Polsce jest - tylko nie ma komu robić. Powiecie... bzdury piszę... niestety nie! W kraju gdzie już mamy łącznie milion urzędników i funkcjonariuszy państwowych, a stanowiska managerskie w firmach prywatnych są już zajęte nie ma już więcej pracy za biurkiem i nie będzie. Ale prawdziwa praca, gdzie trzeba się zmęczyć jest i będzie. I można szybko zarobić ładne pieniądze w przeciwieństwie do śmieciowych posad praktykantów i gównianych ofert pracy handlowca na prowizję.

poniedziałek, 7 maja 2012

Darmowa lekcja stylu i kreowania wizerunku - na specjalne życzenie kol. Futrzak

W przedostatnim poście kol. Futrzak zarzuca mi że piszę idiotyzmy, nie ustosunkowuję się do jej argumentów i w ogóle się boczy... ciekawych sporu zapraszam do przedostatniego posta o wzornictwie (dyskusja w komentarzach).

Swoją strategię i sposób odpisywania, podejmowania dyskusji wyjaśniłem tamże, jednak tutaj wrócę do podstaw stylu i wzornictwa - odpowiem sobie i wam na pytanie co jest kobiece, a co męskie we wzornictwie.



Otóż pierwszą rzeczą którą należy zrobić jest zwrócenie uwagi na sylwetkę kobiety i mężczyzny. Aby nie szerzyć golizny na blogu posłużę się postaciami animowanymi. Pani powyżej jest kobieca - dlaczego? Każdy z nas - facetów - to wie i nie musi czytać Gazety Wyborczej ani Wysokich Obcasów aby sobie to uzasadnić.



Pani powyżej to bohaterka popularnej kreskówki na FOX - scenarzyści wiedzą świadomie lub nie, jaką sylwetkę powinna mieć super agentka, aby ratingi były wysokie.



Dla kontrastu bohater męski z tej kreskówki, ma się podobać Drogim Paniom - nawet ja wiem, że jest on ubrany po męsku, ostre kanty, marynarka z dobrze zarysowanymi ramionami, trójkąty i kwadrat w przeciwieństwie do krągłości.



Człowiek oczywiście nie jest idealnie geometryczny, jednak jeśli postarać się wpisać w jakąś formę sylwetkę Riddicka będzie to jakiś zdecydowany prostokąt - mały wyjątek - łysina Riddicka jak i u mnie jest okrągła, może dlatego lubię tego bohatera znanego cyklu filmów.

A teraz odwołajmy się do tych podstawowych cech we wzornictwie. Poniżej Micra, ewidentnie babski samochodzik, który podoba się Paniom, a Panom kojarzy kobieco - kupujemy go swoim żonom na zakupy i do podwożenia dziecka do przedszkola.



A na koniec męskie i zdecydowane nadwozie Hummera:



Jak widać to bardzo proste, wystarczy odrobinę wyluzować się i w otoczeniu dostrzec formy wyraźnie męskie lub ewidentnie kobiece - przedmioty mają płeć - to jedna z podstawowych zasad marketingu, ale naprawdę nie trzeba kończyć studiów w tym zakresie, aby po prostu to dostrzec - ładnie i na temat zostało wyjaśnione w tym poście.

Ja nie muszę się miotać, pieklić i wymyślać od idiotyzmów innym blogowiczom i czytelnikom - jestem pewien swojej racji, wiem co myślę, mam zdecydowane poglądy na wiele spraw. Po co histeryzować, skoro można swoją rację przedstawić w sposób pewny i z uśmiechem na ustach.

Beztroska majówka, kiełbaska grillowa i sekret penisa.

Choć końcówka majówki była mniej udana, to całość oceniam dobrze, dwa razy miałem taką sytuację w mojej okolicy, że połowa dnia, albo i jego większość była dosyć pogodna, w końcówce nieźle padało - wykorzystałem ten czas na krótkie wypady z rodziną w bliskiej okolicy.

Aktywna majówka gdzieś nad jeziorem, czy grillowanie na balkonie?


My lubimy takie krótkie, aktywne wypady tu i tam, w szczególności gdzieś nad wodę, ale większość znajomych znajomych spędzała majówkę leniwie - pijąc piwo i grillując na działkach. Przed majówką lokalne supermarkety prześcigały się w oferowaniu kiełbaski grillowej w atrakcyjnych cenach - dajmy na to 5,99 zł za 1 kg.

Co jednak może się kryć w takich kiełbaskach - niestety przerażająca ilość chemii, kilka procent marnej jakości mięsa, soja, kasza, tłuszcz, zagęszczacze (galarety, żele i różne gluty pochodzenia organicznego) oraz coś co smakiem mięso przypomina, a nawet formalnie mięsem kiedyś było: MIĘSO ODDZIELONE MECHANICZNIE!

Co to jest mięso oddzielone mechanicznie, czasem z mylącym dodatkiem "od kości"? To NIE jest jak nam się może kojarzyć pyszne mięsko ogryzione od kości schabowej na której dobra gospodyni ugotowała pyszną grochówkę. To są ODPADY rzeźne homogenizowane, odwirowywane i faszerowane chemicznymi utrwalaczami. Czy wy myślicie, że taki części zwierzaka jak np. kurze "dupki", świński worek mosznowy, penis, itp. się marnują? Skądże!

Jeśli nie zjecie tego penisa... to... strzelę sobie w skroń!!!

piątek, 4 maja 2012

O gustach się dyskutuje... czyli STOP zniewieścieniu we wzornictwie!!!

To znów temat komputerowy na blogu ogólnym, co więcej kierowany głównie do mężczyzn czytających tego bloga. Drogie czytelniczki, które tu zerkną też zapraszam do lektury, proszę jednak o zrozumienie mojego - męskiego punktu widzenia, który mi się podoba i koniec!



Post wziąłem z pewnej dyskusji na forum komputerowym, która jednak jest tam tylko offtopem, a zasługuje na większą uwagę. Otóż nie zgodziłem się i nie zgadzam z krytyką jakiej został poddany pewien kanciasty design nowego sprzętu (funkcjonalna replika Amigi).



Nie rozumiem tej krytyki kanciastości. W naszej epoce kiedy wszystko jest jakieś jakieś obłe, zaokrąglone, rozlazłe i gumowate taka kanciastość to właśnie jest atut.



Obłość i pozaokrąglanie na siłę wkręcili nam gejowscy kreatorzy mody - oni nie tolerują kanciastych, ostrych i co tu mówić męskich form.

No przecież ONI mówią nam, że mamy być rozlazłymi ciapami, metroseksualnymi gołębiami miejskimi, szarymi i "miętkimi" (jak to na wsi mawiają), nawet dekoracje okien np. przeglądarki www na monitorach mamy mieć pozaokrąglane

O niedoczekanie! Ja mam właśnie u siebie na monitorze te ostre kanty! Lubię męskie formy, wzornictwo retro...



W obrazkach załączonych do posta przedstawiam styl retro, który mi się podoba.



P.S.#1 Promowani w tym poście designerzy to Alex Varanese oraz Loriano Pagni.



P.S.#2 Oczywiście ja bardzo lubię zaokrąglone kształty - tam gdzie są one pożądane!!! Na przykład w okolicach siłowni.

środa, 2 maja 2012

Z czego żyje Pan Edek spod monopola i jego rodzina?

Ten post piszę pod wpływem wypowiedzi Futrzaka z bloga futrzak.wordpress.com poświęconej dostaniu dobrej pracy w Polsce. Na ten temat mam swoje zdanie, które już wyraziłem, natomiast pojawił się wątek Pana Edka spod monopola, który już dawno zamierzałem poruszyć.

Z czego, do cholery jasnej, żyje Pan Edek spod monopola i jego rodzina? Ludzie długotrwale bezrobotni, pokrzywdzeni przez los, wiecznie narzekający, itp.

Przysłowiowy Pan Edek nie robi nic, przynajmniej nie widać, Pan Edek popija piwo i pali papierosy - to jego ciężka codzienna dola.

Palenie papierosów kosztuje - jeśli jest to paczka najtańszych papierosów dziennie jest to minimum 300 zł, ale najczęściej taki Pan Edek pali czerwone Marlboro, co może dać koszt nawet 400 zł miesięcznie.

Pan Edek pije piwo, nie jedno, załóżmy skromnie, że to przynajmniej dwa piwa dziennie - mało - ale w końcu mamy kryzys. 150 zł miesięcznie na piwo. A gdzie wódeczka z kolegami w weekend? Zapitka? 200 zł będzie.

Długotrwale bezrobotny od lat i pozbawiony dochodów Pan Edek przejada miesięcznie 500-600 zł na używki, jego żona - złośliwy łeb wiecznie wychylony z okna i plotki, do pracy nie pójdzie, ale dupsko grube - głodu ona nie zaznała na pewno. Dzieciaki także dobrze wyglądają, ubrane dobrze, odżywione, czasem zaglądną do ojca pod monopol - czipsy trzeba kupić w końcu... Może ja też stanę się takim Panem Edkiem? No nie? Luźne życie, bez stresów, od rana na luzie, piwko, fajeczka... czym się przejmować... high live!!!