środa, 29 lutego 2012

Peak Oil oraz możliwy SHTF.

Skorzystam sobie dzisiaj z luksusu posiadania własnego bloga i skopiuję swoje komentarze z jednej z peakoilowych dyskusji (aby na wszelki wypadek mieć je wygodnie w komplecie w jednym miejscu).

W towarzystwie okołoagepowym jakoś średnio ostatnio się znajduję, niektórym czasem moje komentarze średnio pasują, co w sumie mnie nie dziwi, bo ani nie jestem jakimś nobliwym profesjonalistą, który by tam jakoś pasował, ani dobrym kolegą który rzuca och... ach... przy byle pierdółce gorliwie przytakując, a w ogóle to ja jestem z prowincji i gdzie mi tam kulturą i obyciem do kolegów (i koleżanek)... młodych (pięknych) wykształconych z wielkich miast :)

No... ale starczy tych nudnych analiz i przejdźmy do rzeczy:


Otóż niektórzy wierzą, a przynajmniej biorą jako ewentualność, że jeśli nie zaradzi się czegoś konkretnego na Peak Oil to będzie SHTF (czyli po naszemu wielkie społeczno-ekonomiczne bam-bam z dozą Mad Maxa i Teksańskiej Masakry...). Jeden z wielce szanownych Autorów dawnego agepo.pl osiedlił się nawet w Argentynie w Buenos Aires.

Moje pytanie jest następujące: gdzie wybuch społeczny będzie bardziej bolesny... w wielomilionowej (20 mln luda?) aglomeracji Buenos Aires (gdzie już "cuda na kiju" się dzieją, jeśli, popularnemu bloggerowi, FerFalowi wierzyć) czy w jakimś lekko wiochowatym regionie Polski, wciąż z dużą i potencjalnie zdecenteralizowaną bazą produkcyjną (żywność)...

Czy potencjalne bam-bam będzie łatwiej przetrwać w mega-metropolii jak B.A., czy na prowincji, gdzie baza produkcyjna żywności jest tuż tuż? Ja niby jestem w obszarze centralnym mojej mieściny, ale już 500m ode mnie już są pola uprawne, pierwsze wsie, ogródki działkowe i całe badylarstwo, które za komuny skromnie, bo skromnie, ale skutecznie żywiło całą okolicę.

Jakoś nie wierzę w ekstra doomerski scenariusz na polskiej prowincji. Jak na razie cena paliwa rośnie stopniowo, a nie lawinowo - wzrosty są przewidywalne. Na tyle przewidywalne, że dostosowanie się jest łatwe.

Co do możliwego braku paliwa dla rolnictwa: Za siermiężnej komuny ludzie sobie radzili nie tyle ciągnikiem, nie tyle koniem, co sami własnymi rękami obrabiali dziesiątki hektarów badylarskich plantacji i ogródków działkowych w okolicy i na rowerkach zwozili plony do miasta.

Zatem jestem spokojny o żywność. Gdzieniegdzie nawet jedna czy droga babcia kury i kaczki chowa - ludność jako taka pamięta gorsze czasy i jak się przystosować.

Co jak co za komuny może jadło się mniej, ale jedzenie zdecydowanie lepszej jakości

Co do Argentyny jestem nieco bardziej sceptyczny - owszem kraj duży i zasobny, z małą ilością ludności - ale co z tego jak zasadnicza jej część jest w beznadziejny sposób skoncentrowana w jednym rejonie? W razie SHTF będzie się działo, czym się ludzie z B.A. będą ewakuować i gdzie właściwie? Struktura urbanistyczna Polski jest jednak bardziej rozproszona. Bardziej odporna.

Przetrwaliśmy, my Polacy z prowincji, niejedną wojnę, niejeden kryzys, przetrwaliśmy Ruska, dajemy sobie rady za Tuska.

Mówię wam, że damy radę - nawet w nieco mniej optymistycznej przyszłości.

P.S. A tak w ogóle chciałbym zaprosić was do odwiedzin bloga http://mariusz01.blogspot.com/, który od paru dni prowadzi znany już nam wszystkim kolega balast.

wtorek, 28 lutego 2012

Organizacja to kapitał. Inwestycja w organizery.

Dziś mam luźniejszy wieczór, relaksuje się, popijam piwko i gdzieniegdzie męczę ludzi swoimi sceptycznymi komentarzami (naprawdę, kurcze pieczone, nie wierzę w te doomerskie scenariusze peak-oilowe!!!). Ale nie ma że boli, organizacja i jakaś praca musi iść naprzód nawet dziś. Nawarstwienie się bajzlu w pracy i w domu uważam za krytyczną zaległość, która obniża moją efektywność i przynosi straty!


Inwestycja w plastikowe organizery na narzędzia, drobnostki, drobne części elektroniczne, itp. nie jest radykalnie wysoką inwestycją. A ile jesteśmy skłonni czasem włożyć w interesujące nas mało wydajne finansowo lokaty, albo "struktury"?


Większość tych plastików kupiłem w cenie mniejszej lub równej 10 zł. Np. plastikowe kontenerki strongbox (na pierwszej fotce), kupiłem dziś ze zniżką -66% od pierwotnej ceny marketowej (likwidacja ekspozycji w Kauflandzie).


Jak wiecie mam problemy z zatrudnieniem sprzątaczek, prawdopodobnie na sezon ciepły w ogóle zrezygnuje ze sprzątania zlecanego na zewnątrz i będę sobie radził w pracy "własnymi siłami", dlaczego zatem nie ograniczyć kurzenia się i nie powkładać książek i papierów do kurzoodpornego plastiku?

Hmmm... ile czasu (czas=pieniądz) kosztuje mnie czasem odnalezienie ważnej i potrzebnej drobnostki? A przeźroczysty plastik umożliwia znalezienie potrzebnego elementu niemalże od razu (jestem wzrokowcem)!

Nie! Dosyć tego tracenia kasy... od lepszej samoorganizacji nie ma odwrotu!!!

Rozmowa kwalifikacyjna, czyli spotkanie z cycatą barmanką.

Opowiem wam krótko o jednej z moich rozmów kwalifikacyjnych wiele lat temu... telefon... dzień dobry... firma taka a taka... przejrzeliśmy Pańskie CV w bazie kandydatów izby biznesu w XYZ... (w owych czasach takie bazy to była wciąż duża nowość)... jesteśmy pod wrażeniem Pańskiego profesjonalizmu... wchodzimy na polski rynek...budujemy pionierski zespół...proponujemy spotkanie...

Po umówieniu detali i terminu przybyłem na miejsce. Ładny biurowiec, ludzie w garniturach, grupa młodych kandydatów... przychodzą przyszli szefowie... drodzy Państwo wiem w jakim celu się tu zebraliście, otóż mam dla was niespodziankę, zaszczyciła nas Pani Genowefa Boskowolska... twórczyni siostrzanej placówki firmy w rejonie warszawskim...która już prężnie działa i...

Spotkanie ciekawe, Pani Manager opowiadała rzeczowo, pewnie i z entuzjazmem. W niedoszłym młodym zespole rosła ekscytacja, oczka kandydatów zaszkliły się wizją przeskakujących dolarów... i wtedy mnie olśniło... OOOO... KURCZE PIECZONE!!! Odczekałem do przerwy z wrednym uśmieszkiem śledząc dalszy ciąg tej ściemy, po czym na przerwie pożegnałem się z moim managerem...

Spotkanie rekrutacyjne okazało się werbunkiem do nowo tworzonej sieci akwizytorów, sama firma nową spółką córką jednej ze znanych tzw. sekt biznesowych, dopiero co skompromitowanej medialnie...

Ta rozmowa kwalifikacyjna okazała się typowym spotkaniem... z cycatą barmanką...
...cycatą inaczej.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Psycholog - zawód przyszłości?

Ten krótki wpis jest bezpośrednio związany z dwoma poprzednimi dotyczącymi pracy. Tak się składa, że choćby przez to, że mam w rodzinie osoby młodsze dość dobrze wiem jakie preferencje zawodowe mają młodzi absolwenci liceów. Bardzo często jest to psycholog, pedagog, socjolog albo dowolny inny *gog czy *log. Czy to jest zawód na przyszłość?


Kto tu winien?
W komentarzach do wpisu o dziewczynie szukającej pracy pojawiła się kwestia - pracodawca szuka "łosia" o nie wiadomo jakich kwalifikacjach za minimalną stawkę na start. Młody człowiek myśli: Jak to JA, absolwent Uniwersytetu X i Y mam wykonywać pracę poniżej moich kwalifikacji? Inni to rozumiem, ale JA! Kwalifikacje, 2 języki, prestiż...? Coś tu jest nie tak, miało być inaczej, na pewno winny jest PIS i Kaczory, mohery... i prywaciarze, cwaniaki i wyzyskiwacze... Ale ja poczekam, jeszcze 20 lat i Donald zrobi tu drugą Irlandię... I czekają dalej. Czekają...

Pracodawca - cwaniak i wyzyskiwacz. Prywaciarz - szuja
Postawmy się na chwilę w roli pracodawcy. Myśli taki: Mamy rynek pracy zawalony absolwentami wszelkiej maści *logii, do koloru - do wyboru. Skoro mogę zatrudnić na stanowisko sprzedawczyni w salonie absolwentkę szkoły wyższej, albo bezmózgą panienkę na świeżo po liceum/zawodówce, której na razie jedynie dyskoteka i chłopaki w głowie - dlaczego nie brać absolwentki, a najlepiej ładnej absolwentki. I bardziej obyta w wielkim świecie, i bardziej kumata, skoro dala radę w czasie studiów, i nie spanikuje jak do sklepu przyjdzie obcokrajowiec bo zna języki.

Młodzi gniewni
I teraz robimy wizję lokalną w dowolnej klasie humanistycznej albo ogólnej w LO. Liceów jest kilka. Połowa jak nie więcej chce iść na psychologię. I większość z nich rzeczywiście trafi na jakąś *logię. Po kilku latach mamy dajmy na to w moim powiecie minimum stu kilkudziesięciu nowych psychologów, pedagogów i innych *gogów rocznie. Stanowisk dla *gogów w całym powiecie, gminach, placówkach rządowych jest max. kilkadziesiąt - stanowisk JUŻ ZAJĘTYCH. Naturalna rotacja typu ciąże, emerytury to może w porywach z 10 wakatów dla *gogów rocznie. Z reguły około 5 wakatów.

Myślenie jednak boli
To są informacje ogólnodostępne, o których po krótkim wywiadzie, choćby 1 telefonie do Urzędu Pracy, wiedzą wszyscy! Max. jeden na kilkunastu *gogów ma jakąkolwiek szansę na pracę w swoim zawodzie! Czy to TAKIE TRUDNE do przewidzenia dla młodych studentów/licealistów jak będzie wyglądała ich sytuacja zawodowa i finansowa przy takim wyborze?

Update:


A ta Pani może pracę (i to dobrą!!!) ma, ale... kurde... niezła kompromitacja.

Trzy reguły supermarketowe - czyli oszczędne zakupy po mojemu.

1. Nie idę na zakupy głodny. Zauważyłem, że idąc do marketu na głodniaka zamieniam się w łasego zwierzaka i podejmuję nieracjonalne decyzje, zazwyczaj kupując góry jedzenia. Niepotrzebnie.

2. Nie robię mega-zakupów skoro mieszkam w mieście i dość blisko mam sklepy i supermarkety, myślę że nabierając zwyczaju wielkiego kosza obładowanego na full także przestaję podejmować racjonalne decyzje zakupowe podświadomie starając się obładować ten kosz - a nie kupić racjonalnie i oszczędnie. Nie robię jednak zakupów malutkich, ale na pewno nie jadę (częściej: nie idę) tylko po bochenek chleba, mleko i torebkę warzyw. Mój czas też kosztuje. Staram się w miarę możliwości kupić coś na zapas, aby później nie musieć co chwilę latać do sklepów.

3. Staram się patrzeć na okazje (fakt, faktem niektóre produkty wystawiane w promocjach, szczególnie w mniejszych supermarketach są w bardzo korzystnej cenie!) ale patrzę także na drugi czynnik - jak szybko i z jakim skutkiem mogę zwrócić zakup nietrafiony, który przy wypróbowaniu wypadł jednak negatywnie. Niektóre sieci robią z tym problemy i dlatego tam nie kupię droższego sprzętu technicznego, itp.

A na podsumowanie artykułu, z pozdrowieniami dla niektórych czytelników....Jeep i kozaczki!



P.S. Offtopy i tzw. jałowe dyskusje: Chwile myślałem jak rozwiązać problem offtopów na blogu i jak racjonalnie odnieść się do narzekania kol. Boska Wola, autora bloga, gdzie często goszczę, odnośnie jałowości dyskusji jego czytelników.

Otóż tak: Problem z offtopami dla mnie już nie istnieje - nowa struktura bloga jest tak elastyczna, że jeśli się zrobi przydługi offtop, który się komuś nie spodoba, można podgląd wyłączyć podgląd wątku i po strachu. Proszę jedynie was, aby odpowiedzi na komentarz innego czytelnika zamieszczać przez klawisz odpowiedz przy tym komentarzu, a nie globalnie. To ułatwi dyskusję wszystkim.

Jałowość dyskusji, hmmm, nie sądzę, aby to był jakiś problem dla mnie, zwłaszcza w świetle powyższych zdań. Jeśli jeden z drugim ma ochotę podzielić się na przykład informacją, że tanio i oszczędnie kupił produkt X w markecie Y, to niezależnie od akurat omawianego tematu - niezależnie jak by był górnolotny i poważny - to jest właściwe miejsce na taką wypowiedź (tzn. mój blog). Proszę jedynie o zachowanie porządku odpowiedzi, jak powyżej. Nie mi to oceniać czy czyjaś wypowiedź jest jałowa, czy nie - nie jestem jakimś profesorem.

Odnośnie offtopów, jeszcze, to oglądam własnie to (niestety fragmentami i tylko w wolnych chwilach):

niedziela, 26 lutego 2012

Trzy oszczędne zakupy dnia dzisiejszego.

Jako człowiek dość zajęty w tygodniu najczęściej mam wolne w niedziele i wtedy mogę pozwolić sobie na drobne zakupy, ma się rozumieć oszczędne. Oto moje dzisiejsze zakupy:

1. Kawa Inka w uzupełniającym opakowaniu. W Polo zauważyłem dwie Inki 200g w dużej puszce za ca. 6.70 - oraz torebkę uzupełniającą 150g w cenie ca. 3.60. Nie trzeba kalkulatora i geniuszu matematycznego, aby obliczyć to na szybko. Opakowanie zastępcze opłaca się!

2. Dezodorant-antyperspirant w kulce za ca. 3.60 z Lidla. Marka własna, ze srebrną pokrywką. Dość przyjemny, świeży zapach - te dezodoranty to głównie minerał+mentol+zapach więc nie ma znaczenia marka. Taki dezodorant jest znacznie oszczędniejszy i starczy na dłużej niż klasyczny. To radykalna różnica w cenie.

3. Żarówka halogenowa 28W... której NIE kupiłem! Na jednym z punktów oświetleniowych miałem bowiem takową o mocy odpowiadającej 40W żarówki klasycznej. Spaliła się. Skoro mam czas wypadałoby podjechać do marketu budowlanego i dokupić... ale w szafce technicznej znalazłem klasyczną 40-tkę! Bez zastanowienia instaluję żarówkę starej generacji... do odwołania - po pierwsze to zaledwie kilkanaście W oszczędności, a więc różnica symboliczna (opłacałoby się kupić nową przy okazji większych zakupów w Obi lub Castoramie), po drugie paliwo do samochodu też kosztuje, po trzecie w mieszkaniu w bloku kompleksowo patrzę na kwestię wykorzystania miejsca - patrząc nawet na drobnostki takie jak żarówki w szafce. Po co mam robić magazyn - niech się ta stara żarówka też zużyje!

A teraz? Rodzina wywożona i wybawiona, kaczki w rzeczce nakarmione... a teraz czas dla mnie!


Idę pić piwo!!! }:-)>

Zwolnienie z pracy... i wnioski po fakcie.

Jeśli się dobrze zastanowię w życiu wyleciałem z pracy trzy razy (nie licząc mniej więcej podobnej liczby przypadków, kiedy zwolniłem się sam).

Pierwszy raz to właściwie nie pełnoprawna robota, a coś w rodzaju praktyki studenckiej. Wszystko szło pięknie i może by z tego wyszło coś ciekawszego, gdyby nie dwójka kolegów, z którymi dobrze żyłem i piwo po godzinach piłem zaczęło mi robić koło pióra. Dlaczego? Formalnie byłem na nieco wyższej pozycji, chyba się wyróżniałem. Zazdrość i źle pojęta konkurencja? Chyba tak. W każdym razie źle to zniosłem.

Drugi raz: przyzwoicie płatna praca w małej firmie. Nie dałem rady. Taka prawda. Przeliczyłem się ze swoimi możliwościami i umiejętnościami. Wyleciałem, ale dostałem na odchodne kopertę, z resztą nawet bez tej koperty nie miałbym pretensji do pracodawcy. W sumie kiedy ostatni raz wyszedłem z tej pracy poczułem ulgę.

Trzeci raz: przyzwoicie płatna praca w rewelacyjnej firmie, rewelacyjne stosunki z szefostwem, fajne możliwości, dobra pozycja... miód i cud dla młodego człowieka. I znów... za pięknie, aby było prawdziwe. Posądzono mnie o współudział w poważnej kradzieży. Ktoś rzucił niesłuszne podejrzenie, dorobił mordę, wystarczyło...

Wniosek po fakcie? Pracuje od tej chwili na własny rachunek... i nie ma siły aby ktoś mnie niesłusznie zwolnił, mordę dorobił...


P.S. Jeśli chodzi o dorabianie mordy, to co jakiś czas ktoś na blogosferze próbuje mi dorobić mordę seksisty, wroga emigrantów oraz różne inne "fakty" co mnie czasem denerwuje. Nieco frustrujące jest pisanie posta, kiedy cześć dyskutantów dyskutuje jedynie na podstawie obrazka i tytułu tegoż posta, no może słowa wstępu. Przeczytać dwa, trzy akapity to nie łaska? (Kolegę z bloga Boska Wola... chyba rozumiem... ten to dopiero tworzy długie i mistrzowskie posty!)

Niektórych na przykład (zazwyczaj czytelniczki) denerwują ilustracje przedstawiające skandalicznie i nieprzyzwoicie roznegliżowane panie, jak ta poniżej:




Hmm, o co chodzi? Może wiele z krytykantek zapewne wolałoby oglądać inne kobiety w nieco innym wdzianku:




Hmm... może w tym szaleństwie jest metoda?

sobota, 25 lutego 2012

Jeep Grand Cherokee...auto na kryzys? Kobiety za kierownicą!

W swojej okolicy od około roku obserwuję ciekawe zjawisko. Wszyscy płaczą i narzekają na wysokie ceny paliw oraz kryzys, tymczasem na ulicach zaczyna królować Jeep Grand Cherokee, zdecydowanie najpopularniejsza terenówka, a także przeróżne samochody Jeepopodobne.

Mam dobry punkt obserwacyjny, przed pracą mam dwa spore parkingi - jeden obsługujący rejon biznesowo-handlowy i... przedszkole... drugi supermarket, który w okolicy uchodzi za "market dla biedoty". Mówię wam, jeszcze nigdy nie było w mojej okolicy tylu terenówek! (Pod przedszkolem także!)

Niech mi jakiś znawca kryzysu wytłumaczy to zjawisko? Czyżby to był książkowy efekt Veblena przeniesiony na nasze polskie podwórko?

A może po prostu cały kryzys to medialna ściema?


Ciekawym jest profil użytkowników Jeepów... to bardzo często kobiety! (Hmm... to często typ drobnej blondynki, albo typ małej czarnej A.I. - czyli drobniutkiej farbowanej brunetki... oba typy najczęściej występują w obcisłych dżinsach, lub innej obcisłej "tkaninie", i jakiś kozaczkach na obcasach i krótkiej kurteczce, co by tyłka nie zakrywała!)

...hmm... akurat ja jestem ZWOLENNIKIEM KOBIET ZA KIEROWNICĄ! A właśnie, że tak! Są bardziej uprzejme, grzeczne i skore do współpracy na drodze, a to ważne, choć czasem są drobne problemy natury orientacyjnej... hmm... to podsumowując plusy przeważają nad minusami!

piątek, 24 lutego 2012

Kryzys w krajach południa... czyli dlaczego go tam nie ma!

Wczoraj rozmawiałem z klientem, który bywa w krajach południa jeszcze częściej niż ja, oraz nie ogranicza się do turystyki i zwiedzania, ale próbuje nawiązywać żywe kontakty z lokalnymi mieszkańcami, wbić się nieco w życie poza miastami, zawędrować na wieś np. w celu kupienia oliwy lub czegoś mocniejszego bezpośrednio od mieszkańców wiosek, którzy produkują to od pokoleń, klapnięcia w jakiejś lokalnej knajpce, tawernie, itp. gdzie niekoniecznie mają wstęp głośno szwargocące niemieckie wycieczki, lub wiecznie zachlani Anglicy, pogadania z ludźmi... oto pogląd na kryzys mojego południo-znawcy.


Przede wszystkim ci ludzie w pięknych krajach Południa uważają, że kryzys to nie jest ich kryzys. Kryzys to ma państwo. Kryzys to maja ONI nie MY tutaj na wsi lub w miasteczku. (Ludzie prowincji w krajach południowej Europy średnio identyfikują się z instytucją państwa, gdzieniegdzie nawet uważają tą instytucję za wrogą.)

Ludzie południa mimo wolnego trybu życia i bijącego nam w oczy lenistwa często nie są biedni, choć za takich lubią uchodzić, mają majątek kumulowany od pokoleń, nieruchomości, dosyć wysoki poziom oszczędności własnych i co najlepsze jakoś UMIEJĄ ten majątek gromadzić i kumulować. Co więcej w niektórych krajach tak doskonale ssali unijnego cyca, tak doskonale umieją korzystać z przywilejów socjalnych własnych państw, że z tego co wyssali przez lata można żyć jeszcze długo i dostatnio.

Kryzys to mają bankierzy, budżety i rządy, nie Grecja, nie Włochy, rządząca biurokracja, nie ludzie! Owszem, kryzys może się odbić na mieszkańcach tamtejszych wielkich miast i tamtejszych młodych-wykształconych filozofach, socjologach, kulturoznawcach, psychologach i innych ***logach, którym na uniwerkach rozbuchano ambicję a nie dano żadnej realnej wiedzy umożliwiającej funkcjonowanie w gospodarce... (Tak jak i w Polsce taki przeciętny magister kozy już nie wydoi i pracować w sadzie nie pójdzie!!! Lewe rączki do pracy i lewe myślenie w pustej główce.)

Nieeee, na południu tak naprawdę kryzysu nie ma. Praca? Jaka praca? Będzie, czy nie będzie - to jakoś to będzie! Tak czy inaczej trzeba będzie usiąść z przyjaciółmi/sąsiadami/rodziną minimum na parę godzin dziennie, jeść, popijać wino, albo lokalny destylat, pogadać o wszystkim i o niczym. Jedzenie jest, ciepło jest, sympatycznie jest... zawsze przyjadą na urlop zestresowani i bladzi mieszkańcy Północy i kasa zawsze będzie... po co się spinać jakimś kryzysem bankierów i polityków!

czwartek, 23 lutego 2012

Tanie podróżowanie - Grodziec - zamek z bajki

Akropol w Rodos
Po wczorajszym wpisie (post odświeżony - publikacja: styczeń 2011) krytykującym Egipt i Tunezję przypomniała mi się moja wycieczka na rodyjski Akropol. Częściowo na ten akropol wspiąłem się, częściowo podjechałem rozklekotanym lokalnym greckim autobusem bez klimatyzacji.

O ile samo miasto Rodos jest perłą średniowiecznej architektury, to po mojej krótkiej, aczkolwiek wyczerpującej podróży w upale czterdziestostopniowym ukazały mi się....

jakieś odrapane trzy i pół kolumny na krzyż...
...zarys fundamentu, oraz trochę porozrzucanych kamieni. I ja sobie mam wyobrażać jak to niby było w czasach świetności. Żenada, śmiech, porażka. Najciekawszym znaleziskiem historycznym na Akropolu było zakamuflowane w krzakach betonowe stanowisko obrony przeciwlotniczej z czasów II Wojny Światowej, ale czy to w Polsce nie ma ciekawych bunkrów?

Cudze chwalicie - swego nie znacie
Śmigając autostradą A4 w kierunku niemieckiej granicy, zdecydowanie warto zarezerwować parę godzin ekstra, albo nawet dzień i zobaczyć autentyczny, rasowy i niepowtarzalny zamek z bajki bijący na głowę dziesiątki miejsc na egzotycznych wczasach.

Zjeżdżamy z autostrady w okolicach Chojnowa, kręcimy się koło 20 minut po wioskach i oto naszym oczom ukazuje się to cudeńko:


Co ja będę pisał - więcej tutaj www.grodziec.com/galerie-zdj.html

Grodziec to godziny nieskrępowanych wędrówek po wszelkich zakamarkach zamku i fortyfikacjach (skontrastujcie to z minutowym przepędzeniem zapoconej wycieczki przez jakieś wnętrze piramidy!). To ogromna radość dla dzieciaków. To rozkosz dla podniebienia - dobra zamkowa kuchnia, staropolskie smakołyki na kiermaszach. Sympatyk militariów ma czasem okazje poćwiczyć strzelanie czarnoprochowe - ja ostatnio zapoznałem się z łukiem mongolskim. Panie docenią to, że dzieciaki zajęte, a mąż wreszcie szczęśliwy i przysiądą sobie na murku podziwiając widoki, albo spacerując po lesie koło zamku... la dolce vita!!!

Zarobki w Polsce... i nie tylko.

Biedny kolega.

Jakiś czas temu rozmawiam z dawnym kolegą ze studiów.
- Jak leci kolego? - Pytam.
- No wiesz, nieciekawie, ogólnie słabo...
- Interesy???
- No nic mi nie mów, masakra, jeszcze trzy miesiące jak od początku roku i plajtuję, koniec. - Kolega odpowiada ze strapioną miną.
- Hmm... no to współczuję, u mnie średnio, ale tak aż źle nie jest... - Rozmowa jakoś się ciągnie dalej.

Po jakimś czasie, kilka miesięcy, nie wiem dokładnie, mam do kolegi interes. Zapowiadam się z przyjazdem do Poznania. Kolega odpowiada.
- Ale wiesz... już nie mieszkam na JJJJJ.
- Gdzie teraz?
- No, bliżej centrum, na nowym osiedlu na WWWWW.
Zajeżdżam, a tu wypasione nowe mieszkanie na osiedlu deweloperskim, co ja mówię - właściwie dwa mieszkania połączone w jedno!
- No wiesz, bo developer dała taką zniżkę że nie szlo odmówić, z resztą przyda się, bo jak teściowa przyjedzie, albo goście....

Polska... nasza ojczyzna... kraj pięknych kobiet i zielona wyspa Europy.

Syndrom polski

I tak to generalnie z tego co widzę jest w Polsce, ludzie wiecznie narzekają, kwiczą, płaczą, kryzys i na chleb nie ma. Ale żyją generalnie ponad stan. Drogie futrzaczki moje, co "maczetami wymachujecie" i kryzysem na blogach straszycie, spójrzcie prawdzie w oczy. Ten doomerski kryzys w Polsce polega na tym, że nie jeździmy nowym Mercedesem, a co najwyżej Skodą czy Dacią, która nie pocinamy nie wiadomo ile, bo paliwo podrożało a policja częściej łapie (ale pupa dalej wygodnie wożona, więc nie ma dramatu!).

Młodzi wykształceni.

Bo młodzi wykształceni pracy nie mają i zarobki głodowe. Hah! Jak pisałem w komentarzach, w Polsce problem jest taki, że jak delikwent dostanie magistra to jak kalectwo, bo taki już nie pójdzie do pracy fizycznej/ogrodniczej/"na fuchy", gdzie nie raz brak rąk do pracy. Taki się nie schyli do roboty, kamyczka już nie podniesie.

Ale będzie narzekał na bezrobocie, pisał na forach eseje o kryzysie i wszem i wobec ogłaszał, że nie ma pracy (tj. brak opierdalackiej i symulowanej pracy za biurkiem z non stop otwartym Skype i GG na biurowym kompie)!!!

Dawno i nieprawda.

Owszem, ja pamiętam sytuację na rynku pracy około roku 2000 kiedy ja na niego coraz śmielej wchodziłem (de facto dorabiałem sobie już od 1 klasy liceum), wtedy bywało ciężko, jednak teraz wydaje mi się, że raczej z racji nieopierzenia - totalnego braku doświadczenia i rozeznania w większym mieście, gdzie się przeprowadziłem z sielankowej prowincji. Ale ile można pisać o sytuacji obecnej przez pryzmat dawnych czasów?

Ale w tej ciemnej dolinie bezrobocia, w której być może niektórzy się znajdują (albo im się tak wydaje) gdzieniegdzie można usłyszeć głos... Nie szukaj pracy! Szukaj zleceń!... posłuchać tego głosu... i sięgnąć wreszcie po kasę, która leży na ziemi (schylić się, aż tak nie boli, przerobiłem to).

P.S. Sprzątaczek w firmie dalej nie mam, znajome znajomych się jednak nie skusiły (to znaczy chcą, ale niby wiecznie coś wypada...), mimo stawki za 1h wstępnie kilkukrotnie wyższej niż tam gdzie pracują (sprzątają!) obecnie, zapewnienia przeze mnie środków czystości, odkurzacza, itp. To samo jest ze znalezieniem chętnego do koszenia ogrodu (wiosna idzie!), pomalowania sufitu, itp. Kryzys, kurna, ojejku kryzys mamy w Polsce!!!

środa, 22 lutego 2012

Nie myśl o pieniądzach i rzeczach materialnych!

Do napisania posta skłonił mnie jeden z anonimów zarzucający mi patrzenie na "wszystko" przez paradygmat korzyści i kasy. Przyznaję, anonim trafił w dobry punkt - nie jest to oczywiście moją żelazną regułą, ale do jakiegoś stopnia istotnie tak jest. Co jak co, ale przed czytelnikami wolę pokazać prawdę o swoich poglądach...

Aktualizacja: tego typu filozoficzne posty zasadniczo przeniosłem na blog o filozofii pt. Realny Minimalizm - zapraszam tam serdecznie!

wtorek, 21 lutego 2012

Dziewczyna ładna - pracy szuka

Znajoma szwagra nie miała pracy, szukała jej już ponad pół roku albo i dłużej, bez efektu. Dziewczyna młoda, ładna, kumata, bez widocznych przeciwwskazań do zatrudnienia np. w roli sprzedawczyni, itp. Rodzina jednak już powoli miała dość jej bezrobocia i związanego z tym deficytu finansowego. Brat dziewczyny załatwił jej w końcu wejście na rozmowę kwalifikacyjną w jednym z salonów komórkowych - miasto małe, posad aż tyle nie ma, więc i ta praca byłaby atrakcyjna - na pewno o niebo atrakcyjniejsza niż siedzenie na garnuszku u mamusi.


Rozmowa kwalifikacyjna odbyła się, wszystko w porządku, stanowisko prawie pewne (znajomi znajomych, itp.) i pada ostatnie pytanie: "Za jakie wynagrodzenie chciałaby Pani tu do nas przyjść?" Dziewczyna odpowiada, że absolutne minimum 1200 zł na rękę, i to w okresie początkowym.

Pracy nie dostała, z tego co wiem dalej siedzi u mamusi na garnuszku. Bardzo narzeka.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Handel w internecie - sposób na podreperowanie domowego budżetu. Jak to robić? Od czego zacząć?

Autorem dzisiejszej wypowiedzi jest Anonim z bloga Boska Wola, który zajmuje się kupnem i sprzedażą starych rzeczy. Kilkukrotnie na blogu podejmowałem już kwestię odsprzedaży starych lub nieużywanych rzeczy, w celu podreperowania budżetu domowego i oczyszczenia przestrzeni mieszkalnej - nasz kolega natomiast uczynił z tego mały biznes, który szczerze mówiąc bardzo mi się podoba.


Pierwsza część wypowiedzi dotyczy pracy w akwizycji - jednak skoro umiemy sprzedawać, czy nie lepiej sprzedawać własny towar w bardziej klasycznym układzie - bez nagabywania klienta?

...Trzeba liczyć na siebie, ludzie powinni się zastanowić coraz poważniej nad tym żeby samemu tworzyć sobie miejsca pracy.

A w wypadku osób które potrafią sami działać na własną rękę. To radzę szczerze trzymać się jak najdalej od wszelkich sekt biznesowych to jest firm które bazują na tzw. sprzedaży bezpośredniej z wykorzystaniem akwizytorów (...) ja jako dorosły człowiek bym w tego rodzaju pracy nie wytrzymał nawet sześciu godzin. Wiem jak funkcjonują takie firmy ponieważ w czasach studenckich zdarzało mi się parę razy pracować w nich dorywczo.

Rozumiem też, że w potrzebie szukania zarobku ktoś może się skusić na próbę bycia akwizytorem. Jednak po pierwszym dniu trzeba sobie zawsze odpuścić bo takie prace nigdy nie przynoszą korzyści pracownikowi (akwizytorowi) - to droga donikąd. Już bym wolał się zatrudnić jako pracownik fizyczny gdzieś u rzemieślnika bądź w gospodarstwie rolnym. Taka praca ma w sobie więcej godności i przynosi wymierne korzyści finansowe, może nie na miarę oczekiwań ale zawsze są to pewne pieniądze.

Pewną alternatywą którą warto poważnie rozważyć jest praca w agencjach ochrony. Wiem, że ochroniarze zarabiają bardzo mało ale ta praca ma też pozytywne strony. Po pierwsze ma się skromną wypłatę która wpływa regularnie i ma się opłacone ubezpieczenie. Po drugie ponieważ pracuje się w systemie zmianowym (12 na 24 godz lub 24 na 48 godzin) daje to duże możliwości dodatkowych zajęć. Jest to ważne na przykład gdy samemu prowadzi się małe gospodarstwo rolne. Czas wolny pozwala się zająć pracą na roli.

Albo inaczej będąc ochroniarzem można w czasie wolnym zająć się handlem. Jeden z moich znajomych na ten przykład jest zatrudniony w agencji ochrony jako stróż, a w weekendy handluje antykami na giełdach. Gdy ma wolne dni w środku tygodnia to jeździ w terenie zdobywać towar do handlu. Dzięki pracy ochroniarza nie martwi się o ZUS i ma regularne skromne, bazowe przychody. Przy tym wystarczająco dużo wolnego czasu aby zdobywać towary handlowe i sprzedawać je przez internet lub na giełdach. Szczerze polecam ponieważ wiem, że to działa.



Wracając do rzeczy które chciałem dodać to jak już ktoś napisał warto rozejrzeć się we własnych możliwościach.(...) Chcę zwrócić uwagę, że posiadając internet można się zająć handlem przez Allegro. Jest wiele tematów w których można się realizować w tej dziedzinie. Znam osobę która handluje przez Allegro używanym sprzętem sportowy. (...) . Można też handlować innymi rzeczami używanymi, na przykład antykami o których wspomniałem w kontekście mojego znajomego który pracuje jako ochroniarz.

Wiem co mówię w temacie handlu przez Allegro bo sam czerpię z tego dochody, nie jest to główne źródło utrzymania tylko dodatkowe. Ja prowadzę firmę usługową i handel w rodzinie traktujemy jako dodatkowy dochód. W każdym razie handlem zajmuje się głównie moja żona. Nasz handel polega na tym, że na okolicznych targowiskach kupujemy używane przedmioty o wyglądzie staroci, lub oryginalne obiekty. Niektóre z nich wymagają oczyszczenia bądź drobnych napraw. Później wystarczy zrobić dobre zdjęcia, opis i czekać aż ktoś kupi od nas. Nie jesteśmy profesjonalistami jak mój znajomy ochroniarz. Lubimy jedynie stare rzeczy, ja lubię też przy nich majsterkować. Podobnie w swoim temacie działa nasz kolega który dorabia sobie handlując sprzętem sportowym.

W wypadku takim jak nasz nie trzeba zgłaszać działalności ponieważ sprzedajemy rzeczy używane na niewielką skalę i zawsze możemy powiedzieć, że sprzedajemy swoje przedmioty z domu. Z takiego handlu można mieć w miesiącu kilkaset, a nawet więcej złoty czystego zysku. To wystarcza na opłaty domowe, a pieniądze z głównego źródła dochodu można inwestować.
Nauczyłem się takiego handlu będąc niejednokrotnie w Niemczech gdzie poznałem wiele rodzin które czerpią podobne dodatkowe dochody.

(...) Sam mieszkam w małym ośrodku w którym trudno jest o pracę i wiem, że każdy dochód się liczy.



...Drobny handel często nie wymaga nakładów, można go wykonywać bez ryzyka inwestycyjnego i zobowiązań. Często jest tak, że ktoś ma jakieś zbędne przedmioty w domu które mają pełną wartość użytkowa i nadają się do odsprzedaży. Od tego można zacząć, oczywiście warto pamiętać aby się nie zrażać. Bo prawdopodobieństwo sprzedaży zależy od wartości użytkowej obiektu i jego ceny. Trzeba sobie dać czas aby wyczuć rynek.
Warto też handlować rzeczami związanymi z tematyką na której ktoś się zna: sprzęt sportowy, elektronika, używane książki, używana markowa odzież, starocie, agd, części samochodowe lub do motocykli, tematów jest wiele. Towary można zdobywać od sąsiadów i znajomych, można też je pozyskiwać na targowiska i w składach rzeczy używanych. Ważne jest aby kupować tanio bo w razie niepowodzenia w sprzedaży nie będzie wielkiej straty.
Przez wiele lat mieszkałem w Niemczech i wiem, że wielu z moich znajomych i sąsiadów bawiło się w handel na pchlich targach, dzisiaj wykorzystują ebay. Nauczyłem się tam, że nie warto wyrzucać dobrych przedmiotów, zwłaszcza takich które można sprzedać.
Taka sprzedaż to dodatkowy dochód i recycling który przywraca do życia zapominane sprzęty.
Ważne aby robić to małym kosztem, bo inaczej można stracić i w miarę rozpoznawania rynku wchodzić w poważniejsze transakcje.
Taki handel jest dobry bo nie zajmuje dużo czasu i można go łączyć bez problemu z pracą zawodową.

Jeszcze na koniec chciałem podkreślić aby zwracać uwagę na to żeby sprzedawane przedmioty były odpowiednio przygotowane. Prawdopodobieństwo sprzedaży zwiększa dobry stan zachowania. Rzeczy trzeba oczyścić, gdy są zepsute to naprawić i ładnie zaprezentować. Ważny jest też rzeczowy opis sprzedawanego obiektu

(...) e warto wyszukiwać do sprzedaży przedmioty wyróżniające się lub poszukiwane w swoim asortymencie. Rzeczy popularne sprzedają się gorzej, chyba, że cena będzie bardzo zachęcająca.

To już chyba wszystko :-)

Pozdrawiam

niedziela, 19 lutego 2012

Legalizacja zielska... palenie głupa, czyli Paligłup.... oraz 7 prawd Admina R-O!

Sprowokowany nieco wpisami u Arszu i Tombuli oraz tradycyjnie już na Boskiej Woli podejmuję w sumie temat polityczny, oczywiście zakładam, że jak zwykle spowoduje to odpływ czytelników i subskrybentów obrażonych na poglądy... ale cóż... jak się ma niewyparzoną buzię... jak ja... to się traci... :>

Otóż zaserwuję wam w tym poście "7 prawd Admina R-O" odnośnie zielska i obecnej polityki:

1. Jestem zwolennikiem legalizacji 'zielonego'.
2. Jestem jednocześnie zagorzałym przeciwnikiem palenia tego gó**a.
3. Legalizacja głoszona przez przeróżnych Paligłupów to pozorna legalizacja.
4. Ta pozorna legalizacja RZECZYWIŚCIE dojdzie do skutku...i wtedy co niektóre środowiska będą wyć z entuzjazmu!
5. Bunt na modłę Paligłupów... (choć podejrzewam już także, że bunt na modłę Korwinistów) to jedna wielka ściema i jak to mawiał mój dawny kolega, walenie małpy w bambus.
6. Sekret walki lewicowców z tytoniem, przy jednoczesnym popieraniu legalizacji zielska jest prosty.
7. Dlatego absolutnie nie warto robić za pożytecznego idiotę i się buntować w obecnej sytuacji ekonomiczno-politycznej.


Ad.1. To chyba sprawa oczywista, jestem za legalizacją, jako wolnościowiec nie życzę sobie interwencji państwa w to co palę, zjadam i piję, do chwili kiedy nie wchodzi to "w domenę" innych ludzi. Na tej samej zasadzie jestem zwolennikiem legalizacji bimbru! (Aczkolwiek jeżdżenie samochodem po drogach publicznych po wypiciu tegoż bimbru karałbym wieszaniem za jaja na drzewach! Dosłownie!)

Ad.2. Mam w rodzinie osoby z budżetówki, z edukacji, osoby mające kontakt z młodzieżą - realny kontakt na co dzień - z tych osobistych relacji, a nie z przeróżnych raportów oficjalnych, dobrze wiem - jakie spustoszenia w mózgach młodych ludzi powoduje regularne palenie zielonego gó**a. Totalne zlasowanie, obojętność, odjechanie do innego świata... idealni młodzi zombie. Zielsko na dłuższą metę robi z ciebie zlasowanego debila, durną bierną owcę i to jest prawda!

Usłyszę głosy oburzenia: Jak to bzdury jakieś!!! Wiecie moi drodzy, ja też za studenta (człek młody i głupi) wypaliłem z kolegami nie jednego blanta... po poznańsku... oszczędnościowo... blant z tytoniem papierosowym ze szczyptą zielonego zaledwie (kupiony za konkretną kasę gram ma starczyć na dłużej dla całej ekipy)... i jarałem się bardziej atmosferą nielegalności i podziemia... niż jakimkolwiek działaniem jakieś marnej poznańskiej siejki! (Bardziej na mnie "działa" kufelek piwa, niż te pozerskie blanty palone na spółkę z kumplami!)

Nie... ja mówię tu o realnym, regularnym jaraniu prawdziwego mocnego zielska... to wypala mózg! (Uwierzcie, ale dzieciaki teraz mają dojście do wszystkiego - nie tak jak w moich czasach szczenięcych.)

Ad. 3. Przeróżne Paligłupy i lewicowcy oczywiście chcą legalizacji... ale tak naprawdę... docelowo ma być to legalizacja na wzór tytoniu i wódki, czyli państwowy monopol wyprodukuje papierosy z zielskiem, oznaczy je banderolą, opodatkuje akcyzą i vat. Tak jak w przypadku legalnej w obrocie wódki, produkcja własna będzie dalej nielegalna.

Ad. 4. Jak mówię docelowa legalizacja, czy choćby początkowa depenalizacja na wzór czeski lub holenderski, będzie niedługo faktem... i wtedy co niektóre środowiska będą wyć z entuzjazmu! Udało się... wywalczyliśmy swoją wolność! (co z tego, że reglamentowaną przez państwo!).

Ad. 5. Ponieważ zielsko ogłupia, rzekomy "zielony" bunt głoszony przez Paligłupów (a także niektórych korwinistów) jest tak naprawdę działaniem ku poparciu "systemu".... ONI chcą tak naprawdę, abyśmy byli durnymi owcami... takimi łatwiej zarządzać i co najważniejsze golić do gołej skóry!

Ad. 6. Jak myślicie? Jaki jest sekret tej powszechnej walki z paleniem tytoniu? Tytoń, a właściwie nikotyna działa na te specyficzne receptory z mózgu, które sprawiają, że ludzie chcą palić, pić, ćpać, skakać na bungee lub ze spadochronem, itp. Tytoń jednakże, poza lekkim zakręceniem, nie zaburza świadomości palacza i TO JEST PROBLEM! Jednakże te same lewicowe środowiska, które potępiają palenie papierosów często są za innymi fanaberiami... na czele z nich jest legalizacja zielska! Bo chodzi o to, że ludzie mają palić i się ogłupiać, a nie palić i się relaksować lub koncentrować na pracy, ludzie mają palić i NIE MYŚLEĆ!

Ad. 7. Ten bunt to kolejna ściema... tak jak kolejne "bunty" podsuwane nam zastępczo przez władców tego świata. Ja po raz kolejny mówię wam, że TERAZ nie warto się buntować! Bo te "bunty" to ściema na resorach... lepiej zająć się własnym drobnym interesem, poprawą własnej sytuacji materialnej, własnym zdrowiem... a energię do buntu? Hmm.. lepiej ją oszczędzić na przyszłość... na właściwe cele... jakie? Kto wie? Myślę, że będziecie to wiedzieć, kiedy przyjdzie czas ;-)

piątek, 17 lutego 2012

Praca na własny rachunek, wolny strzelec, własna firma - i analitycy finansowi naokoło nas.

Nasza rodzina i bliscy w końcu niechętnie zaakceptowali, albo i nawet przyzwyczaili się do naszego nowego trybu pracy. Czasem nastąpiło to dopiero po naszej częściowej kapitulacji - czyli opuszczeniu home office, gdzie jednak nie mogliśmy się skupić na pracy on-line i wynajęciu przez nas biura w obiekcie biurowym. W moim przypadku dopiero ucieczka do zewnętrznego biura rozwiązała problem - rodzina i znajomi już nie zawracają głowy - "bo przecież on teraz nie siedzi w domu - tylko w końcu poszedł do pracy". Teraz przynajmniej ten jeden puzel w ich wizji świata jest na swoim miejscu układanki.


W międzyczasie jednak szybko w otoczeniu pojawili się samozwańczy analitycy finansowi, lepiej niż ja wiedzący jaki jest stan moich finansów firmowych i domowych. Bardzo szybko jeden z drugim skalkulowali - Aaaa, oni robią tyle i tyle projektów, aaa klientów to przychodzi tylu i tyle, jak każdy zostawia minimum X no to dziennie mają Y a miesięcznie to Z. No to już wiadomo dlaczego on chciał pracować na swoim. Szczwane lisy, sprytny prywaciarz, ale z niego Żydek.

Oczywiście otoczenie a w szczególności rodzina wie lepiej niż ja z kim ja pracuje, jak pracuje, kiedy pracuje. Oczywiście otoczenie kalkuluje, że kto jak kto - ale ja to na pewno powinienem pożyczyć w potrzebie, że ja powinienem bardziej wspomagać siostrę studentkę finansowo, że ja rodzinie powinienem fundnąć to i tamto.

Pojawia się pospolita zazdrość - najśmieszniejsze, że oparta na kalkulacjach wziętych z nieba i plotkach.

Samozwańczy analitycy (bez wyjątku pracownicy na etatach) doskonale potrafią zliczyć moje przychody, dla pewności pomnożyć je dwukrotnie, pomnożyć przez 365 dni...

Samozwańczy analitycy-etatowcy jakoś nie mają zupełnie w głowie ponoszonych gigantycznych kosztów, ZUSów, podatków. I że czasem niewiele zostaje. Nie rozumieją, że istnieje pewna fluktuacja przychodu, że są dni, tygodnie, albo i całe miesiące, gdzie ogólny bilans jest mocno na minusie (czyli czasem pracujesz i jeszcze do tego dopłacasz). Nie kumają, że jeśli pojawi się "górka" to się ją akumuluje, aby pokryć nieuchronnie nadchodzący "dołek".

Takie to życie przedsiębiorcy.

czwartek, 16 lutego 2012

Praca w domu. Życzliwa rodzina - zmora freelancera..

W poprzednim poście o pracy jako wolny strzelec z bazą w domowych pieleszach napisałem o zgryźliwych tekstach najbliższych pod adresem naszej nowej pracy i naszego trybu życia. Cóż, może te teksty to taki trening wytrzymałości psychicznej - ona się naprawdę przyda w pracy na własny rozrachunek. Problemem są raczej naprawdę długotrwałe pełzające konflikty, niechęć i zrażanie sobie kolejnych bliskich (etatowców) wywoływane poprzez ich zetknięcie się z naszym nowym trybem życia.


Nasi bliscy i przyjaciele w poważnych rozmowach w końcu przyznają nam racje, akceptują fakt, że pracujemy i żyjemy inaczej, że nie wolno nam przeszkadzać w pracy, przychodzić z zaskoczenia, itp. Tyle że oczywiście ta akceptacja i zrozumienie albo trwa max. kilka dni, albo nie dotyczy ich samych, albo jedno i drugie.

Oto kolejne reakcje rozumiejącej matki, ojca, wujka, cioci, kuzynki, siostry, przyjaciół:

- Ja wiem, że pracujesz ale to przecież ja - nikt obcy.

- Daj spokój, przecież jesteś w domu, zajmę ci tylko 5 minut.

- Ale ja jestem już teraz prawie pod twoimi drzwiami, no chyba poczęstujesz mnie kawą.

- No bez przesady! Co ty chłopie masz w dowodzie osobistym!? Koń! No bo tylko klapki na oczy i do roboty! Choć na piwo w końcu, kiedy normalni ludzie po pracy odpoczywają.


Długotrwałe BAM! BAM! BAM! do drzwi! a potem siarczysta " - K**A MAĆ" i ten stłumiony, ale słyszalny komentarz na korytarzu " - Co ten ch*j sobie wyobraża - przeciez wiem, że siedzi w domu!" A kiedy odłączyłeś się w końcu od matrix'a i wyszedłeś: "No cześć, jak miło cię widzieć, to tylko ja, wpadłem dosłownie na minutkę, bo wiesz, byłem w sąsiedztwie."

Bo przecież ty jesteś W DOMU!
Dla wszystkich bliskich ty jesteś w domu! Nie w pracy! Nie w biurze! W DOMU! Co więcej jesteś tam i pracujesz w porach, kiedy cała reszta jest po pracy i zajmuje się załatwianiem drobnych codziennych spraw, zakupami, życiem społeczno, rodzinno, towarzyskim. A więc obowiązuje cie rodzinna lojalność, tradycyjna polska gościnność, obowiązek pomocy rodzinie. Łamiesz ten schemat - robisz sobie wrogów wśród bliskich. Pokazujesz, że jesteś on nich ważniejszy, że nie masz zamiaru ich gościć, gdy oni chcą, nie masz czasu na ich drobne - ale arcyważne sprawy... Robienie sobie wrogów wśród rodziny nie wychodzi na dobre. I to jest fakt.

Jak się ten cały temat ma do wyprowadzki na wieś / do mniejszego miasta / na prowincje?
Od tego w końcu wyszedł temat. Otóż rzucamy metropolię i zanurzamy się w prowincjonalnej sielance - tyle że na prowincji trzeba zarobić, choćby pracą w domu! A jakże często przeprowadzamy się na prowincję/wieś gdzie w pobliżu jest dalsza lub bliższa rodzina. I raźniej, i łatwiej, i bezpieczniej. Hmm, może nie zawsze łatwiej...

wtorek, 14 lutego 2012

Drewno, słoma, glina... 330 lat i dalej stoi!

Niedawno miałem okazję oglądać kościół, w którym znajoma osoba chce wziąć ślub - kościół jakich wiele na Dolnym Śląsku... jednak nie jego historia wzbudziła we mnie zainteresowanie, co jego konstrukcja: Drewno, trociny, słoma, glina, zaprawa murarska... 330 lat minęło i stoi dalej...


Chyba muszę się zainteresować bardziej konstrukcjami z gliny, są jak widać trwalsze niż by się mogło wydawać.

W bliżej nieokreślonej przyszłości mam ambicję postawić sobie domek letni... czasami przeglądam dostępne technologie i alternatywy. Kto wie na co człowiek wpadnie podczas "poszukiwań"?

poniedziałek, 13 lutego 2012

Praca przez Internet, praca w domu, home office - problemy - początek zabawy

Coś mi się wydaję, że wziąłem się za mega temat, na którego zamknięcie nie wystarczy jeden post. Zacząłem od przeprowadzki na wieś i pracy zdalnej (po ucieczce "do raju" mało który mieszczuch komfortowo wyżyje z rolnictwa czy agroturystyki).

Jednakże podobne zjawisko występuje przy osobach przeprowadzających się do mniejszego miasta lub po prostu rezygnujących z tradycyjnej wielkomiejsko-korporacyjnej pracy na rzecz niezależnej pracy w domu i co za tym często idzie przejściu na własny rozrachunek - samozatrudnienie - małą firmę, home office...

Nasze wymarzone home office, nasz raj na ziemi i czasem piekło rodzinne.


Uwaga: Całość posta przeniosłem na nowy blog poświęcony wyłącznie tematyce prowadzenia małej firmy - zapraszam: Praca w Domu

Piracenie z internetu, ACTA, oszczędzanie - krótkie podsumowanie

Widzę, że co niektórzy mój poprzedni post źle zrozumieli, albo jak zwykle przeczytali po łebkach i dorobili sobie własną wewnętrzną treść, z którą następnie się głęboko nie zgodzili. Piszę tu przede wszystkim do osób które obraziły się na poprzedni post i zaprzestały subskrypcji, co jest już niemal tradycją przy każdym problemowym poście na naszym blogu. (Jak niemal każdy autor bloga jestem trochę próżny i lubię mieć dużo czytelników i subskrybentów.) Ale przecież z tego powodu nie przestanę pisać postów na problemowe tematy, które mnie interesują, no nie? :)

Moje poprzednie posty NIE wyrażają poparcia dla ACTA i prób ograniczenia wolności w internecie!
POTĘPIAM ewentualne zakazy w necie w sensie ograniczenia komuś czasu spędzanego przy komputerze!
Wskazuję tylko, że urzędowe ograniczenie piractwa i darmochy w necie może wyjść co niektórym na dobre.

O zmniejszeniu ilości czasu spędzanego przed monitorem pisałem już TUTAJ <<< w poście o GG.

Mechanizm NIE JEST dobry - mechanizm nie jest zgodny z moim światopoglądem - jednak akurat tutaj efekty mogą być korzystne, czy to jasne? Bliżej na temat mechanizmu wprowadzenia ACTA pisałem już wcześniej TUTAJ <<<.


Piracenie?

Uwierzcie, lub nie, ale w moim życiu był (jest?) całkiem niedawno długi okres bez pirackiego oprogramowania, pirackiej muzyki, filmów, gier, itp....

Powód był bardzo prosty - nie posiadałem własnego komputera! Nie... tak radykalnie nie było... nie miałem postu informatycznego... po prostu dysponowałem wyłącznie komputerem firmowym, gdzie na treść nielegalną był szlaban i tyle.

Efekt od strony software? Zacząłem używać oprogramowania darmowego i/lub OpenSource - co po dziś dzień jest moim hobby, a także pozwala mi zmniejszyć koszty oprogramowania na maszynach, którymi się zajmuję.

Gry? Jest wiele darmowych gier oraz rewelacyjnych gier na OpenSource, więc ewentualne potrzeby rozrywkowe mam w pełni zaspokojone.

Muzyka? Jestem raczej radio-fanem niż kolekcjonerem muzycznym, więc preferuję słuchać radia, ew. radia internetowego o interesującym mnie profilu. Odpada problem ściągania plików.

Filmy? W czasie o którym piszę filmy wyłącznie kupowałem. Przeceny w empikach i supermarketach, filmy dołączane do czasopism, itp. Czasem się trafiło na niezłe okazje w rewelacyjnych cenach - do tego oryginalna płyta DVD i opakowanie... hmm... uzbierała się całkiem ładna kolekcja. Filmów oczywiście aż tak dużo nie oglądałem...pisałem o selekcji treści w poprzednim poście... o wiele częściej "niedosyt treści" skłaniał mnie do chodzenia do teatrów i kina...

...jednak podsumowując - da się przyjemnie funkcjonować "na legalu"... wcale dużo za ten luksus nie płacąc.

I to właśnie polecam wam do rozważenia. :)

niedziela, 12 lutego 2012

Dlaczego darmowe "treści" z internetu NIE są dla nas dobre!

Z poprzedniego wpisu niektórzy z was mogli wywnioskować, że nie wzywam do protestów przeciwko ACTA ponieważ jestem pewien większego sprytu i lokalnych zwycięstw przeróżnych piratów. Poniekąd jest to prawda, ale generalnie nie jestem przekonany co do tego że przeróżna medialna darmocha z sieci jest dla nas dobra.

Wprost przeciwnie, jestem przekonany, że częściowy zamordyzm w necie i ograniczenie przez polityków/korporacje medialne piractwa może nam wszystkim wyjść na dobre. (Choć tych ograniczeń NIE popieram!)

Lubię analogie, a najbardziej analogie ze swojej własnej praktyki więc coś wam opowiem: Jeden z moich znajomych z dawnych czasów - nazwijmy go Jacek (prawdziwego imienia i danych "identyfikujących" nie podam z zasady) był wzorem racjonalności i oszczędności, czasem ta mądrość, gospodarność i oszczędność aż bolała, ale w gruncie rzeczy "fajny chłopak był..."

Kiedyś pojechaliśmy razem na coś w rodzaju delegacji służbowej, mniejsza o szczegóły, powiem tylko, że jedzenie wszelkiego rodzaju było autentycznie 100% za darmo! Jacek mnie zaskoczył kompletnie - nigdy nie przypuszczałbym, że tak niepozorny koleś może jeść aż tyle i tak często! Jak to się, kurka wodna, w nim wszystko mieściło? Granica fizycznej niemożliwości...

To samo zjawisko w odniesieniu do wszelkiej medialnej darmochy z netu obserwuję naokoło, czy są to soczyste filmiki, gry czy inne rzępolenie grajków ludzie (niektórzy znajomi) konsumują to niemalże do zachłyśnięcia...

Znajoma singielka (fuj, jakie paskudne słowo) spędza niemalże cały weekend oglądając po kilkanaście epizodów wybranego serialu dziennie, na koniec okraszając jakimś pełnometrażowym filmem co by nudno nie było (nie żartuję!). Dzieciaki znajomych (szczególnie gdy zostaną samopas) nałogowo klepią w gry komputerowe, śniadanie, 0,5l podróbki Red Bull'a z Biedronki na resztę dnia do wieczora strzelanie na ekranie. Jeden z kolegów ogląda dosłownie "wszystko co się rusza", każdą premierę - w miesiącach kiedy sezon premier i nowych epizodów seriali się kończy ma poważne frustracje...

Chłopie nie więdnij w 4 ścianach! Rusz dupsko! Wyjdź zza tego komputera, idź na miasto, na imprezę, poznaj jakąś fajną dziewczynę... (czasami tak opierniczam jednego znajomego za "przyrastanie korzeniami" do fotela!)

Przypadki powyżej to autentyczne uzależnienie, zapewne ci ludzie przy braku darmochy z netu uzależnili by się od czegoś innego (nie wiem? może od codziennego joggingu?). Ale mniejsze lub większe "obżarstwo" medialne obserwuje naokoło (i nie dam już głowy, że czasem sam jemu trochę nie ulegnę).

Piszę ten post, bo po prostu dobrze pamiętam czas w moim życiu bez darmochy z netu oraz piraconych gier - i był to czas dobrze wykorzystany! Treści które konsumował mózg było zdecydowanie mniej, co więcej często była to treść dobrana w sposób przemyślany, nie na zasadzie:" oglądam bo się tyle ściągało... to już oglądnę...". Jeśli musiałem zapłacić za film/muzykę, najczęściej był to zakup dobrze przemyślany. Szczerze mówiąc po kilku krótkich epizodach zachłyśnięcia się internetem staram się wracać do tego modelu (przynajmniej jeśli chodzi o staranniejszy wybór treści).

Wiecie dlaczego w kilku postach o sytuacji politycznej i gospodarczej piszę: "Nie buntujcie się przeciwko systemowi!" Bo to nie ma sensu! OK, kilkoro z was się zbuntuje i co najwyżej dostanie po główce od "systemu"... i się skończy bunt. Społeczeństwo, które w normalnym kraju mogłoby podnieść bunt swoją energię zużywa właśnie na klikaniu w internecie, strzelaniu do zombiaków w wirtualnych labiryntach albo na ściąganiu i oglądaniu durnych filmów i seriali...

Klik... klik...

sobota, 11 lutego 2012

SOPA i ACTA - czyli ściema dla naiwniaków...

Czy oglądaliście film "The Rum Diary"? W Polsce bodajże tytył brzmi "Dziennik zakrapiany rumem". Tam jest jedna scena, gdzie lokalna portorykańska elita mówi o wprowadzeniu nowego podatku w wysokości 5%. Jak się to w polityce robi?

Ogłaszasz wprowadzenie podatku 10%. W efekcie wybuchają protesty, wzrasta niezadowolenie, notowania rządu idą w dół, można się nawet spodziewać zamieszek... Ale jako mądry polityk, skłonny do dialogu, mediacji społecznych, konsultacji zapraszasz reprezentantów niezadowolonych środowisk na debaty i konsultacje społeczne... w efekcie spokojnego kompromisu, poszanowania każdej ze stron, rozsądku i realizmu politycznego wspólnie ustalacie wysokość podatku na 5%... opozycja jest spokojna, przeciwnicy zadowoleni ze zwycięstwa... ty masz swoje 5% (np. jakiś extra nowy podatek od paliwa).

Podobnie jest z ACTA, SOPA i innymi analogicznymi cudami. Co bardziej debilne punkty tych porozumień się uchyli i zreformuje, sprawa wróci w kompromisowej formie zadowalającej wszystkie strony...

To jest zbyt wielka kasa, zbyt duża porcja tortu do ukrojenia, prędzej czy później kolejne restrykcje i ograniczenia internetu są nieuniknione, korporacje położą na tym łapę - z jednej strony atakując od strony legislacyjno-prawnej z drugiej strony dowalając od strony technologicznej (DRM, kontrolowany Cloud Computing, nowe systemy komercyjne)...


Wojna piratów i korporacji jest wieczna i nieunikniona - jakie rozwiązania przyniesie przyszłość - hmm... jak zwykle słabsza, ale i bardziej przebiegła strona tego asymetrycznego konfliktu znajdzie inne rozwiązania - popularyzacja systemu Linux, *BSD, Haiku na biurkach bardziej świadomych użytkowników, współdzielenie danych raczej przez sieci alternatywne do internetu, raczej lokalne: LAN, Mesh, Intranet, popularyzacja TOR, sieci Freenet albo i powrót starego, dobrego Sneakernetu...

Będzie się działo...

A jaki jest mój wybór? Po prostu się przystosuję do nowej rzeczywistości zamiast walczyć z nieuniknionym i pienić się przeciwko ACTA :) Alternatywy technologiczne nie są żadnym szczególnym wyzwaniem dla starego wyjadacza!

(...czego upust daję czasem na moim nieco luzackim blogu technologicznym http://lekki-linux.blogspot.com/...)

Przeprowadzka na wieś - następne przemyślenia.

Z ostatniego posta (tutaj), jak i waszych komentarzy na dawniejszych wpisach na blogu wyłania się coraz ciekawszy obraz przeprowadzki na wieś. Także zapraszam do dalszego komentowania, a tymczasem kilka kolejnych przemyśleń.


Transport i komunikacja
To jest problem. Na wsi na której często pomieszkiwałem był przystanek PKS i co najmniej kilka autobusów dziennie w obie strony. W miarę łatwy dojazd do miasteczka. Dało się nawet wcześnie rano wyjechać do dużego miasta 100km dalej i wrócić wieczorem. Jednak jak na warunki wiejskie to był luksus. Bywałem na wakacjach w miejscach, gdzie co prawda słyszano taki skrót jak PKS, ale lokowano to mentalnie gdzieś w okolicach USA, FBI oraz UFO. Kiedy dorobiłem się samochodu - problem komunikacji zniknął (ale co jeśli nagle popsuje się samochód!?). Te sprawy należy przed wyprowadzką na wieś dobrze przemyśleć.

Psychologia i mentalność
Koleżanka w komentarzach pisze: "...nie wywyższam się, nie okazuję pogardy dla miejscowych, jestem miła, uprzejma i pomocna, ale się nie spoufalam..." Nie dla wszystkich mieszczuchów taka reguła - z która się zgadzam - jest oczywista. Widziałem nie jednego mieszczucha popełniającego błędy w kontaktach z miejscowymi, za czym szły konflikty i niemiłe konsekwencje. W dużym mieście możemy być szpanerami, megalomanami, zarozumialcami i jakoś da się żyć - z takim podejściem na wsi trudniej.

Kolejna sprawa jest taka, że są naprawdę różne wsie. Różne regiony kraju. Różne mentalności regionalne. Na obcość miastowy-miejscowy mogą nałożyć się także relacje typu Ślązak-Warszawiak, Wielkopolanin-Kresowiak, itp. i wtedy bywa wesoło.

W tym samym rejonie mogą być obok siebie dwie wsie, zupełnie różne "mentalnościowo", a nawet wojujące ze sobą. Jedna wieś dajmy na to będzie "poPGRowska", a druga "gospodarska", jedna zasiedlona 4 pokolenia temu przez repatriantów spod Lwowa, a druga, sąsiednia przez osiedleńców z Wielkopolski.

Mozaika relacji bywa ciekawa (ale nie zawsze wesoła).

Naciągane wyobrażania miastowych.
Choćby to: "...jest wspaniale uwielbiam tam jechać, wyłączyć się i nie myśleć o mieście, biegać na boso..." Jasne, biegać na boso na wsi - pewnie do chwili, aż sobie miastowa naiwniaczka nie przebije stopy pordzewiałym gwoździem, szkłem, starym drutem kolczastym, którego resztki rzucił ktoś w trawę!


Zwierzęta robią kupy, o czym zapomina miastowy. Na wsi, wśród zabudowań, gdzie jeszcze są w użytku chlewy i obory, w piękne letnie dni po prostu śmierdzi, kiszonka i gnojowica capi tak, że powietrze można kroić.

Jedni ludzie kupili sobie działkę budowlaną na wsi. Kupili ją w zimie, urlopy, ferie. Chlewiki i obórki były raczej zamknięte, wiatr raczej północny.

Wielkie zdziwienie i szok przyszły na wiosnę, kiedy chlewy były otwarte na oścież, a wiatr tym razem wiał raczej z zachodu. Od zabudowań... :P

Na wsi jednak nie żyje się "identycznie jak w mieście tylko z większym ogródkiem":),

piątek, 10 lutego 2012

Jak oszczędzać nerwy # 2. Post dla moich Drogich Czytelniczek.

Poprzedni post o oszczędzaniu nerwów w relacjach damsko-męskich wzbudził wasze zainteresowanie. Dlatego postanowiłem dodać do dyskusji kilka słów więcej. Pogadamy o zakupach.


Misja specjalna
Kobieta wysłała faceta po zakupy - prosiła aby kupił trzy produkty: chleb, mleko, masło śmietankowe. Facet poszedł i kupił dokładnie: chleb, mleko, masło śmietankowe. I w tym momencie zaczyna się konflikt. Leci często jakoś tak:

Kobieta: - O, dobrze, że już jesteś, kupiłeś mi moje chipsy?
Mężczyzna: - Jakie chipsy? To miałem kupić jakieś chipsy?
K: - Ooo jejku, jak z jakimś chłopkiem-roztropkiem, przecież wiesz, że lubię ze słodką papryką!
M: - No to jaki problem powiedzieć?
K: - To jest chyba oczywiste - mógłbyś w końcu przestać myśleć tylko o sobie a raz pomyśleć o mnie, wiesz dobrze że lubię chipsy, jakieś słodycze tez kiedyś mógłbyś mi kupić.
M: - Przestań ciągle chrzanić, że myślę tylko o sobie! Kto ci o tym nagadał? Ta idiotka Beata!
K: - Co ty masz ciągle do Beaty! Jak zwykle jesteś zazdrosny...

Generalnie zaczyna się coś w tym stylu i czasem przeradza w niezłą kłótnię. Jeśli jednak kłótnia jeszcze się nie zaczęła - to dość prawdopodobne, że choćby mały zgrzyt wystąpi teraz:

K: - Noooo nieee, coś ty za masło kupił?
M: - Śmietankowe! cholera jasna, co ci znowu nie pasuje!?
K: - Ja tego nie jem, przecież, miało być dietetyczne śmietankowe!
M: - Nie mówiłaś!
K: - Na pewno mówiłam!
M: - Do cholery nie rób ze mnie znów wariata!
K: - Przecież zawsze, odkąd się odchudzam, jem dietetyczne śmietankowe!!!!
M: - To ty się w ogóle odchudzasz?!
K: - Jesteś ze mną X lat i nic o mnie nie wiesz?! Czy ty o mnie w ogóle pomyślisz?! Czy ja cię w ogóle obchodzę?! Koledzy i piwo cię obchodzą i tyle!...


Jak to działa?
Jak wspomniałem męski umysł to narzędzie precyzyjne. Jeśli poprosisz swojego faceta o "chleb, mleko, masło śmietankowe" to dostaniesz najpewniej dokładnie "chleb, mleko, masło śmietankowe". W tym przypadku najczęściej nie dostaniesz słodyczy które uwielbiasz ani swojej ulubionej drożdżówki.

Nie znaczy to, że On ciebie nie kocha i o tobie nie myśli, nie znaczy to w ogóle nic, więc nie przypisuj temu żadnej dodatkowej filozofii ani teorii psychologicznych.

To o czym on w ogóle jeszcze myśli na tych zakupach?
On myśli na przykład o kompilacji biblioteki freetype 2.4.4 z pliku źródłowego, lub zgazowaniu silnika V8. Jego uwagę ewentualnie przykuje nowa wystawka sportowa, albo wstawione laptopy.

I powiedzmy sobie prawdę, na 100% pomyśli także o kruczoczarnej blondynce w kusej mini, którą właśnie minął - oczywiście nie wytrzyma i odwróci się aby ocenić jej tyłek - ale to także niczego nie dowodzi i nie powinnaś dopisywać do tego żadnej filozofii, to działa automatycznie, więc musisz mu to z góry darować.

środa, 8 lutego 2012

Mentalność pracownika na etacie kontra myślenie przedsiębiorcy.

W poprzednim artykule i w komentarzach czytelników zostały już zauważone pewne różnice w mentalności tych dwóch grup zawodowych. Dzisiaj chciałbym dodać kolejne spostrzeżenia. Oczywiście nie twierdzę, że każdy etatowiec wykazuje się poniższymi cechami, a każdy prywaciarz to rozważny analityk biznesu. To tylko ogólne uśrednione cechy.

Jeśli jesteście etatowcami - nie obrażajcie się na ten artykuł (ja także byłem etatowcem, są nimi członkowie mojej rodziny) - tylko wyciągnijcie wnioski dla własnej korzyści finansowej.

Mój zakład pracy będzie funkcjonował, a moja praca jest pewna - to nic, że hala to tylko żelazna kratownica, blacha i maszyny - które w razie czego korporacja może łatwo rozmontować i wywieźć na Ukrainę. Nie ma powodu do zmartwień.

- Nieumiejętność wnikliwej kalkulacji,
Etatowcy częściej dają się nabierać na niekorzystne umowy typu: pakiet za złotówkę, 6 miesięcy za darmo, itp. Niezbyt często wybiegają myślami do przodu dalej niż na miesiąc lub dwa - jeśli chodzi o globalny wpływ takich umów na finanse. (Nie mówię, że wszystkie umowy za 1 zł są niekorzystne - trzeba je tylko dobrze przeanalizować.)

- Większa skłonność etatowców do zapożyczania się i brania kredytów
Etatowcy w moim otoczeniu są niesamowicie nakręceni na branie kredytów, czasem kilku kredytów na raz. Nie patrzą na sytuację mikro i makroekonomiczną. Nie patrzą na fluktuacje cen. Czują się bezpiecznie z kredytem hipotecznym na wiele lat. Fakt, że w kilku sytuacjach ja nie wziąłem kredytu i wybrałem np. wynajem biura a nie kupno, bądź budowę - stanowił długo przedmiot krytyki wszystkich w rodzinie. Analiza rzeczywistych kosztów, przepływów finansowych i strategii rozwoju to dla nich zupełna abstrakcja. W moim przypadku wynajem (dokładnie 100% tego co chciałem) był po prostu hiper korzystną opcją.
Co się okazało po czasie? Ja nadal mam korzystną sytuację - kilka osób w rodzinie trzęsie portkami z powodu zadłużenia i przeliczenia się z możliwościami.

- Większa konsumpcja
To także charakterystyczne, mam wrażenie, że etatowcy czasem szastają kasą. Łatwiej przychodzi im kupno czegoś zupełnie niepotrzebnego i niepraktycznego, tylko z powodu impulsu.

- Większa beztroska finansowa,
Różne nieprzemyślane decyzje są łatwe ponieważ etatowiec jest pewien, że za miesiąc znów na konto wpłynie wypłata. To pewne jak w banku, jak to że słońce wstaje i zachodzi (moje pytanie: CZYŻBY?)

- Głowa do góry, lekka pogarda dla oszczędzania, zapobiegliwości:
Chociażby jeden przykład - Raczej nie spotkają mnie złe słowa od przedsiębiorców, prywaciarzy, rolników, itp. z tytułu prowadzenia tego bloga - za to często nie jedna złośliwa lub chamska uwaga poszła od etatowca, często etatowca wielkomiejskiego. Młodego, wykształconego i podążającego za modą.
Ale to tylko takie odpychanie psychiczne i reakcja na podświadomy lęk - kogo jak kogo - ale mnie bieda nie spotka - mam pewny etat - niech oszczędzają biedacy.

- Większe ryzyko dramatu rodzinnego po utracie pracy:
1. Częsta nieumiejętność psychicznego pogodzenia się ze stratą pracy: co zrobiłem nie tak, jestem gorszy, zawalił się mój świat.

2. Nieumiejętność finansowego poradzenia sobie ze stratą pracy. Brak odpowiedniego przygotowania, brak rezerw, brak nawyków oszczędzania. Bankructwo, bez pomocy rodzinie z zewnątrz.

To oczywiście nie wszystko... C.D.N.

wtorek, 7 lutego 2012

"Nie bierz d**y z tej samej grupy." - oszczędzanie nerwów w relacjach z kobietami.

Na wstępie czytelnikom oburzonym tytułem wyjaśniam - osobiście unikam wyrażania się o kobiecie per "d**a" - nawet prywatnie, w męskim gronie, przy kuflu czegoś złocistego i aromatycznego, gdzie takie słowa padają - co prawda polityczną poprawność mam w "głębokim poważaniu", ale akurat są ciekawsze określenia na dziewczynę, która się człowiekowi podoba, więc czemu z nich nie skorzystać?


Tak czy inaczej znane studenckie przysłowie, które za moich czasów na uczelni starsze roczniki klepały jak mantrę brzmi właśnie: "Nie bierz d**y z tej samej grupy." i na tym się skupimy.

Najprostszym tłumaczeniem tego przysłowia, z którym się spotkałem, jest to, że związki rówieśnicze są przerąbane i przynoszą kupę kłopotów, frustracji i nerwów, a wzięcie sobie dziewczyny z tej samej uczelni, z tego samego/analogicznego kierunku, a w szczególności z tej samej grupy to pomysł w gruncie rzeczy szczególnie głupi.

Z perspektywy czasu i obserwacji wielu związków widzę, że co prawda swój ciągnie do swojego (czy raczej swojej w tym przypadku), jednak w gruncie rzeczy zgodzę się z przysłowiem. Przestrzeganie go oszczędzi kupę nerwów w przyszłym związku, a może i zapobiegnie rozpadowi potencjalnego przyszłego związku w przyszłości.

Głównym powodem kłopotów jest to, że statystyczna dziewczyna/kobieta po wstępnym zauroczeniu nie widzi w rówieśniku niczego w gruncie rzeczy atrakcyjnego. Rówieśnik rzadko ma pozycję społeczną, materialną i zawodową wyższą niż partnerka - jest często w tym samym wieku, więc raczej nie góruje nad nią mądrością i doświadczeniem życiowym. Mężczyźni ponadto dojrzewają psychicznie zawsze później niż kobiety, więc w stosunku do rówieśniczek są do tyłu.


Dziewczynie na studiach tyka także "zegar biologiczny" i ona chce często już stabilizacji i ustawienia się, natomiast rówieśnik - młody mężczyzna, jest jednak często jeszcze zbyt młody, aby mieć szansę na ugruntowanie swojej pozycji zawodowej i finansowej oraz odpowiednią akumulację kapitału.

Chłopak w tym samym wieku na często inne cele, niekoniecznie zbyt kompatybilne z celami wybranki "z tej samej grupy". To wszystko może być w jakiś sposób maskowane wspólnotą zainteresowań, pasji zawodowych, nieustannym poczuciem bliskości i wsparcia osoby która jest z nami "w grupie" ale... czy nie od tego są przyjaciele/przyjaciółki? A my tu mówimy o związku kobiety i mężczyzny.

Fakt faktem, że przeciętna kobieta chcę mężczyzny, który jest wobec niej wyżej w hierarchii - finansowo, wiekowo, społecznie. I co by nie powiedzieć - zawsze wyjdzie podobny wniosek: przysłowie, jakkolwiek głupio sformułowane, jest jednak trafne.

P.S. Osobom zainteresowanym tematem polecam także artykuł o ZDRADZIE W ZWIĄZKU K-M.

poniedziałek, 6 lutego 2012

Lepsza organizacja pracy

Jak pisałem wczoraj ostatnio zajmuje się poprawą organizacji pracy i samoorganizacji jako takiej. Sprawa jest prosta - lepsza organizacja to oszczędność czasu = oszczędność pieniędzy. To jednak nie wszystko - lepsza organizacja to także mniej nerwów, możliwość skupienia się na zadaniu w efekcie więcej pieniędzy.

Teoretycznie wielu rzeczy o organizacji uczyłem się na kursach, z książek, itp. i zawsze próbuję i próbowałem wdrażać usprawnienia w życie (z różnym skutkiem).


Dziś zacząłem w biurze porządkować szuflady zawalone gadżetami, drobną elektroniką, częściami, artykułami biurowymi. Teoretycznie wszystko jest oczywiste i wiadomo gdzie co jest, jednak kiedy trzeba coś znaleźć różnie to bywa.

Do organizacji szuflad zamierzam użyć plastikowych segregatorów na drobne narzędzia - kupiłem kilka segregatorów-organizerów zaledwie za kilka zł za szt.

Zaletą tego sposobu organizacji jest to, że wszystko doskonale od razu widzę przez przeźroczyste plastikowe wieko pojemnika. Jestem wzrokowcem - jeśli czegoś nie widzę - jest mi mniej wygodnie to zorganizować. Już po pierwszym dniu i zaledwie częściowym wypełnieniu 3 pojemników widzę, że jak dla mnie to rewelacyjny sposób organizacji.

P.S. Zainteresowanym własną firmą/działalnością polecam wrócić to ***TEGO ARTYKUŁU***

niedziela, 5 lutego 2012

Oszczędzanie paliwa i lepsza samoorganizacja

Ostatnio coraz bardziej patrzę na moją organizację pracy i czasu wolnego, co prawda duża aktywność na blogu może powodować wrażeniem, że czas ten marnuję, ale i w tym jest logika - to jest dla mnie czynność relaksująca - oderwanie się od rutyny i regeneruje mnie bardziej niż bezmyślne wlepianie się w TV gdzie dominują drastyczne i problemowe wiadomości - rzeczy, z którymi człowiek nie jest nic w stanie zrobić, poza frustracją. Ok - zaczynamy:


Jestem posiadaczem samochodu z silnikiem diesla, co jak już pisałem, wymaga zwiększonej aktywności i dbania o auto zimą. Krytycy idei posiadania samochodu oczywiście dorzucą tu swoje 3 grosze, że tracę czas, ale ja tego tak nie postrzegam - zajmowanie się autem to dla mnie raczej przyjemny obowiązek, facet musi mieć jakieś hobby i zajęcie w czasie wolnym - inaczej zdziczeje i skapcieje... ale to nie ten temat: chetnych do dyskusji o sensowności posiadania auta zapraszam tutaj: 10 argumentów za posiadaniem samochodu.

Tak czy inaczej diesla dobrze grzać, czyli najlepiej przy tych temperaturach używać 2-3 razy dziennie. Jeśli jednak wyjazd nie jest konieczny zamiast robić to na parkingu staram się gdzieś przejechać i wykorzystać czas - naturalnym rozwiązaniem są wszelkiego rodzaju zakupy: są rzeczy, których i tak potrzebujemy, lub będziemy potrzebować, więc po co odkładać ich zakup na później? Przytachanie do domu ze dwóch worków ziemniaków/warzyw po 5 kg, to może nie ciężkie zadanie - ale jeśli ma się więcej zakupów do zrobienia - niewygodne. W ciągu tygodnia, dwóch - zejdzie co najmniej kilka butelek mleka - dlaczego nie oszczędzić sobie latania co chwilę do sklepu? To można kupić hurtem. W ostateczności można podjechać na stacje i zatankować auto nawet za kilkadziesiąt zł - diesel tankowany pod kurek dłużej odwdzięczy się nam bezawaryjnością (w niepełnym zbiorniku skrapla się para wodna).

To co napisałem nie jest w sumie niczym nowym, nie ważne czy jedziemy gdzieś samochodem, czy idziemy piechotą - warto pomyśleć, czy po drodze nie załatwić tego czy owego - można upiec dwie pieczenie na 1 ogniu.

I przy jednym i drugim oszczędzamy paliwo, albo wykorzystując paliwo, które i tak by się zużyło bezproduktywnie (grzanie silnika), albo optymalizując swój przejazd (i finalnie paliwa zużyć mniej niż wyjeżdżając do różnych spraw osobno).

To takie proste i oczywiste zasady, o których jednak czasem człowiek zapomina.

piątek, 3 lutego 2012

Diesel zimą. Kilka sposobów na ruszenie auta. Depresator, benzyna, grzanie silnika... i co poradzić na wytrącenie parafiny.

Znów do postu natchnieniem są perypetie kolegi z Boskiej Woli, któremu wypasiona fura odmówiła posłuszeństwa - cudze nieszczęście co prawda nie pociesza, ale ja też dokładnie rok temu zaliczyłem podobną sytuację. Mnie załatwiła woda w filtrze paliwa - i ogólnie zawalony filtr paliwa, którego nie wymieniłem przed sezonem zimowym (zapomniałem!).


Na ogół jednak problemem jest wytrącenie się parafiny - parafina jest frakcją w oleju napędowym, która krzepnie w miarę szybko. Podstawowym sposobem aby zapobiec wytrąceniu się parafiny w paliwie jest dolanie do paliwa depresatora - obniża on temperaturę krzepnięcia parafiny. Starzy dieslowcy na bak ON dolewają litr benzyny w tym samym celu, jednak w nowszych maszynach ja bym tego nie zrobił - one są zbyt delikatne na taką kombinatorykę.

Co poradzić na wytrącenie się parafiny? Wstawić auto do ogrzewanego garażu i pozwolić parafinie na powrót się stopić - jednak niektórzy polewają filtr paliwa wrzącą/gorącą wodą z czajnika i jakoś im się udaje ruszyć auto (np. mój sąsiad z bloku dalej dzisiaj się tak poratował, kiedy mu diesel nie odpalił).

Grzanie silnika jest jednak najlepszym sposobem na uniknięcie problemów - auto, szczególnie diesel, który stoi nieruszony to proszenie się o kłopoty - ja moją brykę grzeje 2-3 razy dziennie przy tych temperaturach niezależnie od tego, że mam zimowe paliwo i innych możliwych sposobów awaryjnych (i pomocy zaprzyjaźnionego mechanika w razie kłopotów).

Aha, to co napisałem na Boskiej Woli: Znajomy w takie mrozy w ogóle nie gasi silnika na noc! Jak stary diesel ostygnie - będą problemy - a ile paliwa samochód spali przy włączonym silniku na parkingu? Za kilkanaście zł? Może nawet dwadzieścia kilka? Ale za to jaki komfort rano mieć od razu ciepły samochód, przyjemne wnętrze, odparowane szyby - i nie stracić pieniędzy przez unieruchomione auto!

Edycja: Mimo iż to już pełnia zimy - niektórym czytelnikom być może przyda się dyskusja która wywiązała się pod podobnym zimowym spisem - kliknij TUTAJ.

Edycja#2: Wielu początkujących dieslowców zimą popełnia podstawowy błąd - próbują odpalić auto tak, jak robili to w benzyniaku. Tymczasem tu należy przekręcić kluczyk w stacyjce do pierwszego kliku - zapalenia się wszystkich kontrolek, następnie kontrolki muszą się wyłączyć, wciąż jednak zapewne będzie włączona kontrolka świec żarowych, trzeba KONIECZNIE poczekać aż ona zgaśnie i dopiero wtedy można odpalać diesla.

Oszczędna dieta - oszczędne żywienie - 200 zł na osobę na miesiąc. Jak przeżyć tanio?

Dziś napisałem maila do Riannon, aby wykorzystać jej niedawne komentarze o oszczędnym żywieniu - porozmawialiśmy sobie i oto rezultat - moim zdaniem podane sposoby zasługują na wyeksponowanie w osobnym poście - jedziemy zatem:



W marcu (2011) udało mi się wydać na jedzenie 400 zł, czyli 200 zł na głowę przez cały miesiąc. Nie głodowaliśmy, jak z resztą widać było na moim blogu :-) Żyje ktoś w tym kraju za 200 zł???

Podstawą jest kupowanie prostych produktów (mąka, cukier, mleko, jaja, ser żółty, twaróg, mięso (nie wędliny), etc...) i robienia z nich w domu smakołyków. Najwięcej pieniędzy ucieka, gdy kupujemy produkty przetworzone, konserwy, czipsy, napoje gotowe i inne tego typu sprawy. Sama uwielbiam czipsy, ale zastąpiłam je czipsami z marchwi i buraka, które robię sama.
Owszem, trzeba zakasać rękawy i dużo robić samemu. Wszystko zależy od priorytetów, czy zależy komuś na kasie, czy na czasie. Nie jest to kwestia samego czasu, bo ja też go za wiele nie mam (pracuję fizycznie po 8 godzin przy gospodarstwie i psach, o siedzeniu przy komputerze nie wspomnę), a kwestia logistyki, chęci i umiejętności gotowania, albo chęci do nauczenia się tej sztuki.
A poza tym to zdrowe jest. Zminimalizowałam ilość produktów, gdzie sypie się chemię do jedzenia.


Czy aby taki rachunek jest możliwy?

Taki był mój rachunek w marcu i to jest rzecz obiektywna, zatem jest to realne :-) Nie ściemniam, bo po co? Chodzi tylko o żywność, nie o inne rachunki.
Tak, jak rzekłam, kupuję tylko produkty podstawowe. W gospodarstwie prawie nic nie produkuję do jedzenia, typu mięso z własnych zwierząt, czy warzywa w ogródku, bo zwyczajnie nie mam już na to czasu i chęci brak. Własne mamy alkohole (wina) i to już odciąża budżet. Poza tym kupuję mięsa nieprzetworzone i robię z nich sama wędliny (póki nie mam wędzarni, jest to piekarnik), chleb piekę sama. Wszystko piekę sama :-)
Mam do wykarmienia sporego chłopa, który musi zjeść kalorycznie i często na słodko, piekę więc sporo ciast, racuchów (to są bardzo tanie, sycące potrawy). Nie kupuję żadnych słodyczy w związku z tym, ale zdarza mi się zgrzeszyć i ze 2 razy w tym eksperymentalnym miesiącu marcu kupiłam pączki.
Moja lista zakupów: mąka, drożdże, mleko, jaja, cukier, ser żółty, twaróg, smalec, margaryna, makaron, kasza, ryż, mięso (w tym głównie drób i podroby) oraz jakaś karkówka czy schab do zrobienia wędlin. Opcjonalnie przyprawy, bakalie, warzywa, owoce (ostatnio tylko pomarańcze, skórkę pomarańczową kandyzuję i dodaję do ciasta, nic się nie marnuje).
Nie wiem, czy jeszcze uda mi się zejść z rachunku (chyba nie, bo ceny idą w górę, jak oszalałe), ale w tym roku przypilnuję się i porobię weki z czego tylko się da. Czyli w sezonie na konkretne warzywa i owoce, jak będą w miarę tanie, porobię zapasy do słoiczków na czas posezonowy.


I jeszcze dodam, że wcale nie jestem najlepsza w tego typu "zabawie". Pomysłem na ów eksperyment natchnęła mnie pewna blogerka, która powiedziała, że przez kilka miesięcy musiała żyć z kwotą 300 zł na jedzenie dla dwóch osób i dała radę. Tyle, że ona właśnie korzystała wówczas ze swoich zapasów słoiczkowych. Poza tym to jest magiczka kuchenna. Z jakichś śmieci, typu resztki wyskrobanej kawy ze słoika, zleżałych (ale nie zepsutych) herbatników, żelatyny potrafi wyczarować taki deser, że mózg staje. Ludzie są niesamowicie kreatywni jak chcą, lub jak sytuacja ich do tego zmusi.

Warzywa, wędliny, przetwory... czyli organizacja.

Warzywa owszem, drogie, więc nie kupuję wszystkiego, jak leci, tylko sezonowo. Trzeba mniej więcej orientować się, kiedy mamy sezon na co i co w danym sezonie może być tańsze. Zimą kupuję mrożone warzywa do zup i sosów (taniej byłoby zrobić sobie samemu latem i pomrozić-jak widać, da się jeszcze zaoszczędzić i z mojego rachunku ekonomicznego). Oczywiście, masz rację, smalec również można zrobić samemu, będzie smaczniejszy i zdrowszy. Ja pół kostki kupnego smalcu używam do robienia pieczeni, jako wędlinę na chleb i przy okazji taki przemieszany z tymi sokami z mięsa, używam do smarowania pieczywa. Wszystko zależy, jak się zorganizujesz. Taki eksperyment lepiej wypadłby w przeciągu całego roku, bo możesz istotnie wziąć pod uwagę wszystko, co sam robisz i potem w danym miesiącu wykorzystujesz. Może się potem okazać, że na tych swoich, zrobionych latem przetworach, jesz zimą za pół darmo.
Mnie jeszcze daleko do tego typu zorganizowania się, ale w tym roku postaram się przypilnować z robieniem zapasów. Natomiast nie można na mnie liczyć, abym to wszystko zapisywała. Mogę co najwyżej podrzucać przepisy na smaczne, tanie potrawy, np owsiany żur w chlebie...


Autorką jest właścicielka bloga http://tuskulum-riannon.blogspot.com/.

czwartek, 2 lutego 2012

Co jest nie tak z McDonald's? Hamburger i kość w gardle.

Kol. Boska Wola ostatnio pozytywnie wypowiedział się w McDonald's ja jak zwykle dodam od siebie parę słów krytyki (link do jego bloga jest na stałe w mojej linkowni, przy okazji zapraszam także do przeglądnięcia innych zaprzyjaźnionych blogów).



Co jest dla mnie nie tak z McDonald's? Zacznijmy od tego, że raczej unikam tej sieci jadłodajni kierując się w miejsca gdzie mogę zjeść bardziej po polsku i tradycyjnie, bardzo starannie wybierając miejsca i menu. Więcej o tym na jednym z najpopularniejszych postów na tym blogu: racjonalne-oszczedzanie.blogspot.com/2011/08/jedzenie-w-restauracjach-czego-nie.html

Co jest jednak nie tak? Hmm... przede wszystkim dlaczego do jasnej żytniej nie mogę zjeść tamże żadnego logicznego pieczywa? Mam wrażenie, że na jakiekolwiek pieczywo z McDonald's mogę usiąść lub przygnieść kolanem i tak uzyskany cienki arkusz wsunąć do portfela obok buziek dawnych królów. Kupując bułkę w maku de facto kupuję powietrze.


Do hamburgerów i ich produktów podchodzę z dużą dozą niepewności. Już trzykrotnie w hamburgerze znalazłem małą ostrą kość - za każdym razem zgłosiłem to - dostałem deszcz przeprosin od managera i nową bułkę, tym razem na pewno z dobrym kotletem bez kości - ok. tutaj są przynajmniej fair, ale dziecku bym mięsa z maka nie dał. Jaka jest jakość innych produktów?

Cena: jak na ceny prowincjonalne - ceny dań są wysokie. Owszem, wizyta w maku może poratować człowieka na trasie w pośpiechu - pseudo-bułka zjedzona nieco na siłę lub frytki - biała kawa - tutaj jest nieco lepiej, lub po prostu herbata, mogą pomóc odzyskać trochę sił na długiej trasie - a ceny przy trasach głównych nie rozpieszczają - jednak jedzenie w McDonald's jest dla mnie zaprzeczeniem oszczędności i racjonalnej diety.

Na pewno padnie tu komentarz: Nie podoba się - nie jadaj tam. Owszem, tak właśnie staram się postępować, jednak jako konsument i sporadyczny, ale jednak, klient McDonald's mam prawo do własnego zdania i krytyki wyrażonej na moim własnym blogu.

Jeśli ten post przeczyta przypadkiem ktoś decyzyjny z korporacji McDonald's to moja prośba: Choć połowę kasy, którą pakujecie w marketing i reklamę włóżcie w jakość produktów a będzie dobrze - i ludzie drodzy - dajcie wreszcie do kanapek prawdziwe pieczywo zamiast tego papieru!!!

środa, 1 lutego 2012

Jak zrobić grzaniec z wina, grzaniec z rumem lub gorzką żołądkową. Przepisy ekspresowe.

Z uwagi na temperatury na zewnątrz, wypada abym pomyślał o moich czytelnikach: Chciałbym podzielić się z wami moimi przepisami na błyskawiczny grzaniec, choć właściwie jest to herbata z prądem, to finalnie w smaku przypomina grzaniec.


1. Grzaniec winny na bazie herbaty:
Zaparzam około 2/3 do 3/4 kubka czarnej herbaty - słabej lub średnio mocnej. Daje jej max. 3 minuty na zaparzenie się. Jeśli dojdzie wlewam wino o temperaturze pokojowej, do pełnej szklanki. Czasem dosypuję łyżeczkę cukru lub dwie, w zależności od stopnia słodkości lub kwasowości wina. Odrobina przyprawy lub mieszanki korzennej oraz goździków doda smaku grzańcowi winno-herbacianemu, ale uwaga - nie przesadzamy z przyprawami - grzaniec ten ma w sobie już odpowiednią winną goryczkę. Nie warto przedobrzyć.


2. Grzaniec rumowy/żołądkowy na bazie herbaty (przepis oszczędny):
Zaparzam tu powyżej 3/4 kubka herbaty - czekam jak poprzednio. Ilość dodanego alkoholu jest niewielka, a nawet symboliczna - wystarczy mała setka na dobre kilka razy - ten napitek ma za zadanie nas rozgrzać i dodać energii, a nie zmulić nadmiarem alkoholu - to ważne - lepiej dodać mniej alkoholu niż przedobrzyć. Z uwagi na gotowy smak dobrze jest wykorzystać rum, wódkę gorzką żołądkową, herbową, balsam pomorski, balsam kresowy, itp. Tak jak poprzednio nie przesadzać z dodatkami, przyprawami, korzeniami. Przy rumie jestem skłonny dodać do bukietu smakowego trochę miodu i cytryny, przy balsamach odrobinę tartego imbiru. Całość można zagryzać np. imbirem kandyzowanym do ciast. Dodatki mieszam przed dolaniem alkoholu.

Podane przepisy są łatwiejsze niż klasyczne grzańce winne lub piwne, z uwagi na łatwość przegrzania i zepsucia grzańca. Przyprawiona baza herbaciana gwarantuje odpowiednią temperaturę i sukces w przyrządzeniu tego pysznego napoju.