sobota, 31 marca 2012

Emerytur NIE będzie. Najlepsze inwestycje na emeryturę.

Osobom śledzącym ostatnie wydarzenia na pewno przeszło przez myśl, że emerytur nie będzie. Ja osobiście sledze temat od bardzo dawna i owszem, jestem zdania, że emerytur na pewno nie będzie. Nie będzie w takim aspekcie jak dotychczas. Nie będzie dla radykalnej większości z nas.

System oczywiście się nie zawali w klasyczny, spektakularny sposób jak to przepowiadają co niektórzy doomersi, będzie jednak powoli się degenerował, aż do symbolicznych cząstkowych emerytur dla powiedzmy 1/4 emerytów, przeciętnych, ale akceptowalnych emerytur dla wybranej grupy piesków i pupilków rządu, powiedzmy do 1/6 emerytów - reszta z nas zostanie z gołym tyłkiem, ewentualnie jakimś minimalnym socjalem, który wystarczy na chleb i mleko.


Co zatem robić? Oszczędzać, inwestować? Hmm... pamiętajmy że cyferki na kontach i wartość naszych akcji, obligacji, itp. może w przyszłości spaść do zera, lub co najwyżej do pięknych kolekcjonerskich ozdób, które wiszą u mnie w firmie na ścianach.

Nie ufałbym zatem papierowym inwestycjom na przyszłość - emerytalną przyszłość - powiedzmy sobie szczerze. Nie ufałbym w lokowanie swojego kapitału w lokaty.

Co zatem? Inwestycje w dobra, typu nieruchomości (ale bardzo starannie wybrane), inwestycje alternatywne: kolekcje, dzieła sztuki, itp. (tu trzeba się dobrze znać) inwestycje w biżuterie, złoto, srebra (ryzyko i koszty zabezpieczenia) a najlepiej w dobrze prosperujący interes, a najlepiej nawet nie jeden.

Niestety jednak większość obecnych inwestycji w dalszej przyszłości może się zawalić jak domek z kart, mimo iż obecnie realnego kryzysu jeszcze u nas nie ma.


Od naszych obecnych decyzji zależy nasz komfort na emeryturze, no nie? Warto też w szczególności inwestować w swoje zdrowie (już teraz) aby na starość zachować jak najwięcej energii i jurności.

piątek, 30 marca 2012

Kupujemy kobietom kwiaty... oszczędnie!!!

Dzisiejszy post będzie trochę psychologiczno-manipulacyjny, przeznaczony właściwie dla facetów....

...ciąg dalszy tutaj: http://korzystne-zakupy.blogspot.com/2013/04/kupujemy-kobietom-kwiaty-oszczednie.html

Własny biznes. Firma rodzinna. Czy to aby dobry pomysł?

...Tak, na pewno, o ile masz dość dużą odporność psychiczną, wytrzymałość i grubą skórę, a konflikty spływają po tobie jak woda po kaczce.

Niestety, duża część negatywnych zjawisk towarzyszących spółkom, opisanych wczoraj, może przenieść się na grunt firmy rodzinnej.


Prowadzenie firmy np. z żoną - to prosty sposób aby popsuć sobie rodzinne niedzielne obiady, wspólne wyjścia do restauracji, albo wspólny wieczór.

Kiedy się coś psuje w firmie - w nieuchronny sposób przenosi się to na grunt domowy - w efekcie masz pracę 24h/7dni w tygodniu. Czy aby na pewno tego chcesz?

Oczywiście nie mówię, że KAŻDA firma rodzinna, lub spółka skończy się źle - proszę mnie dobrze zrozumieć. Istnieje jednak spore niebezpieczeństwo problemów i konfliktów.

Według mnie po prostu znacznie lepiej odseparować przyjaźń, rodzinę i czas wolny od prowadzonego biznesu lub pracy.

czwartek, 29 marca 2012

Kot Wielkiego Mistrza oraz Admin R-O

W pewnej dalekowschodniej sekcie wielkiego i poważanego Mistrza pojawił się pewnego dnia psotny kociak, którego stary Mistrz sobie upodobał. Kot był na tyle żywiołowy i tak dokazywał, że na czas Rytuału, nie tłumacząc się nikomu, Mistrz zaczął przywiązywać go do drzewa. Rytuał trwał dzień w dzień, kot był dzień w dzień przywiązywany do drzewa.

Pewnego dnia Mistrz umarł, i nastał nowy Guru. Kot Mistrza w końcu zestarzał się, spasł niemiłosiernie i rozleniwił, ale nowy Guru chcąc zachować ciągłość zwyczaju dalej przywiązywał kota do drzewa na czas Rytuału. Mijały lata, w końcu kot zdechł. W sekcie dumano co począć, w końcu... kupiono nowego kota...

Mijały lata... dziesięciolecia... a uroczyście wybieranego, świętego świątynnego kota zawsze wiązano do drzewa na czas Rytuału...


Cóż, ja zawsze miałem taką ciekawską naturę i zasadę, że w końcu trzeba zadać to niewygodne pytanie: Dlaczego, do cholery, przywiązujemy tego biednego kota do drzewa???! Co nie raz pociągało za sobą różne ciekawe wydarzenia.

środa, 28 marca 2012

Temat kontrowersyjny - spożycie królika i mięs nietypowych.

Nie planowałem podejmowania tutaj tematów kontrowersyjnych, ale nie chcę dawać trollom satysfakcji i wolę zdecydowanie stawić czoła tematowi.

Wiem, że niektórzy z was są wegetarianami, miłośnikami puchatych zwierzątek i ja to uszanuję, ale ja wegetarianinem nie jestem, co więcej za sprawą wychowania i prowincjonalnego pochodzenia mam dość szerokie horyzonty kulinarne.

Jeśli jesteście bardzo wrażliwi, albo was brzydzi spożywanie mięsa - proszę darujcie sobie czytanie dalej i dalszą dyskusję - nie psujcie sobie dnia kontrowersyjnym postem i ewentualną kłótnią. Jeśli was to ani ziębi, ani grzeje - zapraszam dalej do kulturalnej rozmowy.


Wychowałem się po części na blokowisku, po części na przedmieściu o nieco wiejskim charakterze, w rodzinie pochodzącej po części ze wsi. Każdą wolna chwilę, weekendy, ferie, święta i wakacje spędzałem u dziadków na przedmieściu, gdzie wychodząc z domu częściej wdepnąłem w kurze gówno niż nie wdepnąłem. Wiem jak pachnie świnia, krowa i koń - nie na talerzu, ale w stanie "ożywionym"...

Obce mi są zupełnie wielkomiejskie fanaberie i wydelikacenie. Dziwaczny wydaje mi się wegetarianizm, zupełnie nie rozumiem, używając obcego zwrotu, love-hate relationship jeśli chodzi o zwierzęta takie jak króliki, konie i inne. Z jednej strony uwielbienie tych zwierząt i robienie z nich maskotek znudzonych mieszczuchów, z drugiej strony obrzydzenie np. do spożycia mięsa z nich pozyskanego (mięsa wysokiej jakości).

Jadłem w życiu króliki, nutrie, raki, przeróżne i przedziwne ośmiornice, kalmary, małże, dziwne podroby - traktując to jako swoistą kulinarną podróż - myślę, że mógłbym pojechać jako podróżnik do Amazonii i razem z Indianami zjeść zupę z małpy. Dlaczego nie?

Jeśli chodzi o stosunek do zabijania zwierząt byłem uczony jednego - zwierzaka traktować należy dobrze, bardzo dobrze, nie wolno go męczyć, nie wolno znęcać się - zabić należy szybko, sprawiając jak najmniej bólu, nie jest to rzecz którą kiedykolwiek ktoś normalny by się ekscytował w żaden sposób. Oczywiście zabijanie to męska rzecz i rozumiem niechęć Pań do tej czynności.

Po dzień dzisiejszy zabijanie to mój domowy obowiązek (np. jeśli kupujemy żywe ryby do spożycia), tak samo jak patroszenie, oczyszczanie, oprawianie i porcjowanie (np. królika). Podchodzę do tego w zupełnie naturalny i spokojny sposób z satysfakcją, że zapewniam rodzinie dobrej jakości i świeżę mięso.

To moje zadanie jako mężczyzny.

wtorek, 27 marca 2012

Czas na rower elektryczny lub skuter elektryczny.

Poprzedni post o EV nie był optymistyczny, samochód elektryczny to wciąż zabawka dla bogatych, albo wyzwanie dla średnio-zamożnych majsterkowiczów. Tymczasem w kwestii rowerów i skuterów elektrycznych sytuacja wygląda już zdecydowanie lepiej.


Rower elektryczny a skuter elektryczny?
Różnica funkcjonalna między elektrycznym rowerem a motorowerem-skuterem jest płynna, choć w skrajnym przypadku oczywista - ten pierwszy będzie posiadał pedały, ten drugi nie. Są pojazdy które na pierwszy rzut oka trudno jednoznacznie zakwalifikować do rowerów lub skuterów. Mniejsza o to. Ustawodawca postarał się, abyśmy nie mieli takich dylematów.


Ciąg dalszy wpisu znajdziecie na nowym blogu: http://oszczedzanie.info.pl/blog/oszczedny-transport-rower-elektryczny-lub-skuter-elektryczny/

poniedziałek, 26 marca 2012

Oszczędzanie pieniędzy na studiach - organizacje studenckie - złodzieje czasu i pieniędzy.

Jakiś czas temu napisałem na prośbę czytelników post pt. Oszczędzanie Pieniędzy na Studiach i zgodnie z obietnicą powracam do tematu.

Jednym z kluczowych wniosków w poście była myśl:

...fakt jest taki, że znacznie łatwiej pieniądze zarobić niż oszczędzić - z i tak już ubogiego budżetu studenta. Należy więc postarać się znaleźć pracę. Aby mieć pracę - trzeba mieć czas. Aby mieć czas - trzeba go wygospodarować...


Dziś na celownik biorę organizacje studenckie - kuszący, aczkolwiek najczęściej ogromny złodziej czasu i pieniędzy, gdzie nasza energia do działania najczęściej "idzie w kanał" przy bzdurnych projektach, mimo iż będąc zaangażowanym członkiem takich organizacji jesteś ostatnią osobą na Ziemi, która przyjęłaby taki fakt do wiadomości. Dobrze to wiem, jako że przewinąłem się przez przynajmniej dwie organizacje studenckie.


Dziś z perspektywy lat widzę, że to był w dużej mierze czas zmarnowany, moim dużym plusem jednak jest to, że na początku drugiego roku studiów dziennych zacząłem powoli coraz trzeźwiej patrzeć na rzeczywistość i z tego nonsensu się wycofałem, patrząc coraz poważniej na kwestie zawodowe, rozwój kariery oraz studenckie finanse.

Kontakty

Dlaczego uważam, że jest to czas zmarnowany? Zasadniczym mitem powtarzanym przez aktywistów organizacji jest to, że nawiązujemy cenne znajomości, oczywiście cenne dla naszej kariery. Cóż, z mojej perspektywy jest to lekka bzdura.

Oczywiście znajdą się tu i tacy, co zakwestionują mój pogląd - ale pojedyncze sytuacje złapania "dobrych kontaktów" to najczęściej wyjątek potwierdzający regułę. Równie dobrze można stwierdzić, że wstąpienie do znanej sekty handlowej typu MLM, to początek świetlanej kariery w biznesie (mimo iż 9 na 10 handlowców-akwizytorów MLM odchodzi z networku kwitkiem i pustymi kieszeniami).

Tak więc co? Tak - uważam, że niektóre organizacje studenckie mają charakter lekkiej sekty, bądź mają tendencje do "zasekcania" się. I tu i tam prawda jest ujawniana stopniowo, na członkostwo trzeba zasłużyć a potem jest wyraźna bariera MY członkowie i ONI świat zewnętrzny.

Znajomości, które człowiek nabędzie niestety w większości zerwą się przez konflikty wewnątrz organizacji oraz ambicje, szczególnie silne w organizacjach quasi-korporacyjnych. Człowiek zdąży się także skompromitować i skonfliktować, na mocno zakrapianych imprezach studenckich albo w sprawach damsko-męskich.

Znajomości (później w biznesie, w polityce...) według mnie mają często głębsze, drugie albo i trzecie dno - często kumplami (w poważnym biznesie) są studenci, których tatusiowie przepracowali na stanowiskach kierowniczych pół życia w jednym zakładzie, albo razem prowadzili od czasów głębokiej komuny prywaciarsko-badylarskie interesy...

Zdobywanie doświadczenia


Generalnie niektórzy z was w dalszym ciągu mogą twierdzić, że w działaniu w organizacjach studenckich można zawrzeć znajomości i nauczyć się wiele - biorąc udział w ciekawych projektach, przedsięwzięciach i innych uczelnianych działaniach...

...jednak prawda jest taka - właściwie to samo można wykonywać już w realnym i dorosłym świecie korporacji, pracy zarobkowej i biznesu, co najważniejsze - zarabiając za swoje poświęcenie i zaangażowanie prawdziwe pieniądze!

Tych z was, którzy jako studenci dzienni są ambitni i rządni działania w społeczności uczelnianej oczywiście namawiam, by rzeczywiście ruszyć cztery litery i coś zadziałać - ale działać realnie! W świecie biznesu - w realiach dorosłych ludzi, praktyk zawodowych (płatnych!), spróbować stworzyć jakiś studencki biznes, cokolwiek.

Ale nie róbcie za jelenia i szanujcie pieniądze waszych rodziców, którzy za te studia płacą.

Dlaczego piszę ten artykuł

Z pewnością się zastanawiacie - czy ja piszę ten artykuł z uwagi na jakieś nieciekawe doświadczenia w organizacjach? Ależ oczywiście, jednak jest to tylko jeden z powodów - nie wszystko przez ok 1,5 roku mojego robienia za aktywistę studenckiego poszło gładko i bez problemów (natomiast także w początkach pracy zawodowej nie wszystko idzie gładko, więc cóż dziwnego?) natomiast pod kątem czysto organizacyjnym, w sensie dokonań studenckich był to dla mnie czas bardzo udany, mógłbym rzec - generalny sukces. Problem leży gdzie indziej - właśnie w sferze finansów, studenckich oszczędności i rozwoju prawdziwej kariery.

Na takie działania czas jest bowiem w gimnazjum, może w liceum - dorosły facet jednak powinien poważniej popatrzeć na rzeczywistość i karierę. Samorozwój osobisty i zawodowy. Nie na dyrdymały. Dlaczego student nie ma mieć dobrej pracy i pieniędzy? Gwarantuję wam - lepiej jest "za studenta" mieć jakieś własne pieniądze niż "bidować" na garnuszku u mamusi.

Spacer w lesie... i mój pogląd na zmianę czasu.

Wczoraj pojechałem na pobliskie lotnisko sportowe - miejsce pikników, gdzie można także poobserwować startujące i lądujące samoloty oraz zaliczyłem z rodziną długi spacer przez las nieopodal.

Nic więcej nie trzeba - rewelacyjna pogoda, ciepło, ale nie gorąco. Spędzanie niedzieli przed TV i z piwem w ręce mi się nie uśmiechało - z resztą nic przeciwko piwku wieczorem po takiej eskapadzie nie mam, z tym że zafundowałem sobie pierwszy w tym roku piwny post.

Ostatnio przez pleniące się w okolicy choróbska, które i mnie dopadły, musiałem zluzować z treningami, a wilczy apetyt pozostał, do tego grzane piwo i inne atrakcje (rzeczywiście, wspaniała ulga w chorobie). Jednak efekt uboczny jest - brzuch jak się patrzy, który trzeba będzie zrzucić, a mój ulubiony napój temu nie sprzyja.


Jedna rzecz mi humor tylko popsuła - zmiana czasu - to jest kretyństwo do kwadratu, które nie służy niczemu, poza "tresurą" społeczeństwa. Ot, aby rządzący pokazali że mogą, a "bydło" ma się podporządkować. Bydło? Tak - właśnie bydło, bo dla naszych polityków my jesteśmy jedynie bezwolnym bydłem, które ma na nich pracować i odpowiednio wcześnie zemrzeć - aby przypadkiem emerytury nam płacić nie musieli.

sobota, 24 marca 2012

Organy Wielisławskie... i tanie podróżowanie

Oto kolejny mały wpis z cyklu pt "tanie podróżowanie" - generalnie od bardzo dawna moja myśl jest taka - nawet jeśli zdarzy się sytuacja, że człowiek nie ma za dużo grosza do dyspozycji (a może szczególnie właśnie wtedy) zawsze znajdą się pieniądze na pójście do pubu, butelkę czegoś mocniejszego, albo podobne atrakcje (czasem niestety bezdennie bzdurne).

Czy nie lepiej zamiast siedzieć przed TV lub komputerem i narzekać - wydać te zaskórniaki na jakąś podróż "bliższą", nawet jednodniową, która jednak da nam energię do działania i doskonałą odskocznię od problemów dnia codziennego?


Na zdjęciu malownicze okolice Złotoryi.


Wspomniane tu Organy Wielisławskie to bardzo ciekawa formacja skalna przy drodze na Jelenią Górę, z dogodnym miejscem na piknik oraz ciekawe wędrówki po wzgórzach i dolinach w okolicy.


Offtop: Na blogu komputerowym jest nowy wpis o Puppy Linux, przeznaczony jednakże tylko dla osób zaznajomionych z Linuksem choćby w stopniu średniozaawansowanym. Generalnie ten systemik ma moc zamiany komputera ze śmietnika w nowoczesną mini-stację roboczą idealną do zastosowań cloud'owych i rozrywki.

piątek, 23 marca 2012

czwartek, 22 marca 2012

Wyprowadzka na wieś - Sławojka - czyli szok dla mieszczucha

Mimo dużej dawki prowincjonalności jestem zdecydowanie mieszczuchem i często myślę jak mieszczuch i powiem wam jedno - jednym z najbardziej ekstremalnych przeżyć dla mieszczucha, z wykształconym miejskim zmysłem powonienia, jest korzystanie ze sławojki.

My w mieście jesteśmy przyzwyczajeni do toalet czystych, schludnych, ciepłych i nawet konieczność załatwienia się w przybytku publicznym, np. na dworcu PKP jest dla nas przeżyciem wysoce ekstremalnym.

Ja oczywiście wiem, że na wsi, w domach ludzie mają coraz częściej czysto, schludnie i ciepło, ale generalnie nie jest to żelazną regułą poza cywilizacją i jakoś często w różnych okolicznościach zdarzyło mi korzystać ze sławojki.

Nawet dla mnie, człowieka dość obeznanego z dziczą jest to przeżycie full extreme.

Dlaczego sławojki na głębokiej prowincji muszą być zawsze tak hardkorowe?

Ponieważ po głowie chodzi mi kupno terenu poza miastem, ew. letniska, raczej prawdopodobne jest, że ów przybytek będę musiał postawić i z niego korzystać (nawet jeśli w domu/domku będzie jakiś wariant cywilizowanej toalety, choćby awaryjnie).

Umyśliłem sobie zatem postawić w przyszłości sławojkę cywilizowaną, hi-tech, byłaby ona wyposażona w oświetlenie (a co powiecie na WiFi w WC? he!) i system wentylacyjny który sprawiałby, że w kabinie miałbym przepływ powietrza ukierunkowany z kabiny, do zbiornika poniżej (kierunek przepływu smrodku także), systemu dopełniałby mały komin słoneczny / komin powietrzny, dostawiony z tyłu sławojki, kształtujący taki przepływ powietrza jaki by mnie interesował.

Gdzieś na eko-portalach widziałem projekt/koncepcję toalety kompostującej spuszczanej, a właściwie zasypywanej fusami od kawy, co rzekomo dość dobrze niwelowało zapachy, skąd wziąć fusy od kawy w takiej ilości, hmm, można odebrać ten odpad z jakiejś zaprzyjaźnionej kawiarni lub stacji benzynowej z lepszym aparatem do kawy. Materiały w stylu trocin także ponoć zdają egzamin.

Edycja: przypomniałem sobie, że kiedyś już był post na temat oszczędzania i toalety:
http://racjonalne-oszczedzanie.blogspot.com/2011/02/jak-oszczedzac-wode-czesc-2-toaleta.html

środa, 21 marca 2012

Nowa Szwabia - Baza 211 - Naziści na Antarktydzie

Od ciężkiego gatunkowo blogowania jak widzicie mam urlop, obecnie skupiam się na odrabianiu zaległości tu i tam oraz na powrocie na trening. Tymczasem trochę rozrywki i siedzenia przed komputerem się człowiekowi należy. Za natchnieniem od Riannon (i jej Chłopa kamuflującego się w doskonały sposób) zainteresowałem się ciekawostkami "historycznymi".

Dokument: Nowa Szwabia.Niemcy przed II wojną znaleźli pod lodami Antarktydy oazy gdzie można było mieszkać założyli więc bazy wojskowe. Po II wojnie przenieśli tam ukrywane technologie wyprzedzające ludzkość o wiele lat. Amerykanie zorganizowali wyprawę na Antarktydę w 1947 roku (High Jump). W wyprawie stracili samoloty i kilkudziesięciu żołnierzy zostali pokonani.Organizowali jeszcze wyprawy w latach 50 i 60 wszystko owiane jest tajemnicą i to tylko część informacji na ten temat.

Film jest w języku rosyjskim, jednak polskie napisy są dostępne po włączeniu przycisku CC.



Materiał na ten temat znajdziemy także pod poniższym linkiem:
http://www.greendevils.pl/rozne/hyperborea/nowa_szwabia/1_nowa_szwabia.html

poniedziałek, 19 marca 2012

Nic się nie dzieje, czyli spokój na blogu. Samochód, bambus i minimalizm.

Na razie mam urlop od jakichkolwiek tematów kontrowersyjnych, doskonale wiem, że z jednej strony czytelnicy się na nie obrażają, a z drugiej strony ich najwyraźniej pragną (co widzę po statystykach), ale tak właśnie w chwili obecnej mam ochotę prowadzić bloga i to będę robił.

Generalnie umoralnianie kogokolwiek jest mi w gruncie rzeczy obce, ot. czasem lubię powiedzieć swoje jak mnie coś wkurzy, ale dziś, zamiast umoralniania i kontrowersji, zaserwuję wam fajny klip na końcu posta. (Oraz kilka fotek w osobnym poście poniżej.)

Tymczasem przygotowuję auto do sezonu wiosenno-letniego, jestem po wymianie klocków hamulcowych, opon, umyciu auta po zimie - planuję jeszcze zrobić odgrzybianie klimatyzacji oraz porozglądać się za drugim autem (mam ochotę na coś terenowego, w rodzinie jest Jeep Grand Cherokee i ja też powoli łapię tę chorobę...).

Z innych rzeczy - do salonu kupiłem dywan bambusowy, o którym pisałem wcześniej (poprzedni był w kuchni) i właśnie sobie patrzę na przyjemny kolor i naturalny materiał - co mi z tekstylnego, syntetycznego dywanu, który co prawda kupuje się jeden na wiele lat, ale który przestaje mnie "bawić", powoli się szmaci i jest dość trudny w czyszczeniu.

Może to zmiana świadomości, wraz ze staraniem się jeść bardziej zdrowo i naturalnie do mojego domu mają wstęp rzeczy z materiałów naturalnych i zaczynam preferować jednocześnie pewien minimalizm w wyposażeniu mieszkania.

Offtop: Motywowany patriotyzmem lokalnym (...i mailowaniem z herkusem-monte) nadal polecam muzykę moich ziomali:

Lot na Ibizę i poranny szum w głowie.

W jednej z internetowych rozmów pojawił się wątek Ibizy - odgrzebałem kilka fotek zrobionych komórką parę lat temu. I oto efekty. Nie sądziłem, że mam te fotki w archiwum, a tu niespodzianka (można powiększyć klikając)

Najpierw Alpy, gdzie sobie przypomniałem, że mam włączoną komórkę:


Potem chmury:


Marsylia:


Ibiza:


Powoli lądujemy:


Tuż przed lądowaniem:


I już na płycie lotniska:


Wrażenia z lotu trzeba było dopełnić hiszpańskim piwem, a gdy wstałem rano coś mi szumiało - nieee... jednak nie w mojej głowie:


Trzy kroki i już się jakoś orzeźwiłem:

niedziela, 18 marca 2012

Twarda woda i jeden z możliwych problemów.

Region, w którym mieszkam słynie z tzw. bardzo twardej wody, możliwych problemów, które ona powoduje jest wiele - ja dzisiaj krótko wspomnę o jednym. O osadzaniu się kamienia w zbiorniku toalety. Dziwne, banalne - powiecie - jednak ja sam i aż dwie osoby z mojego otoczenia dostały po tyłku przez kamień w toalecie. Mnie to kosztowało ok. 40 zł extra, znajomych odpowiednio 200 i 450 zł (o w mordę!).

Przez spłuczkę przepływa woda, i jeśli kamień osadzi się na pływaku - po prostu go blokuje. Efekt - woda w toalecie płynie non stop - a jeśli wyjedziesz na dłużej i zapomnisz zakręcić zaworów?

Ja ten problem od czasu wpadki załatwiam wlaniem na noc od czasu do czasu butelki octu do spłuczki. Kamień się rozpuszcza - "spłuczka" chodzi swobodnie. Inwestycja za ok 2 zł - potencjalne oszczędności - jak wyżej.

A czy wy macie jakieś własne drobne sposoby i domowe patenty ułatwiające życie?

Offtop regionalny: Ze specjalną dedykacją dla kol. herkusa-monte, swojskie klimaty mojej młodości, moich rodzinnych stron i ten głos wokalistki która się koledze spodobała. Koniecznie wysłuchać do końca bo będę bił!

Higiena osobista faceta.

Od początku istnienia bloga doradzam pewien sceptycyzm i umiarkowanie w kwestii tzw. drogich markowych kosmetyków, ponieważ uważam, że w wielu przypadkach to po prostu dojenie naiwnego klienta przez korporacje i płacenie za reklamę (większość budżetu firm kosmetycznych).

Ale to w żadnym wypadku nie znaczy, że popieram zaniedbania w higienie osobistej! Napiszę oczywiście o mężczyznach, bo jestem chłop i w sprawy higieny czytelniczek zapuszczać się nie śmiem.

Do zilustrowania postu obrazkiem faceta pod prysznicem jakoś nie mogłem się przekonać.

Brutalna prawda jest taka, że w naszym ukochanym kraju z reguły "chłopy śmierdzą"! Mimo, że kobiecego zmysłu pewnie powonienia nie mam - nawet ja to czuję! Czuję to w PKP, PKS, komunikacji miejskiej (m. innymi dlatego nienawidzę komunikacji zbiorowej!), czuję to w sklepach, a nawet i na ulicy. "Chłop typowy" śmierdzi albo przetrawionym alkoholem, albo spocenizną, albo papierochami - albo wszystkim na raz - i to jest paskudne!

Naprawdę nie potrzeba drogich kosmetyków renomowanych firm, aby był jakiś porządek i higiena u faceta! W ekstremalnym przypadku wystarczy maszynka do golenia, spirytus salicylowy (albo tani łyskacz do odkażenia po goleniu - to patent jednego czytelnika), zwykłe mydło oraz antyperspirant (choćby talk). Przeciętny cenowo dezodorant o odświeżającym (ale nie chamskim) zapachu, szczotka do zębów i najzwyklejsza miętowa pasta to już byłby ideał.

I jeszcze jedno - nawet jak jeden z drugim korporacyjny macho wylewa na siebie tony tych drogich kosmetyków - jeśli się pali papierosy, je byle co (najczęściej fast food z tonami sosu czosnkowego i cebuli), pije alkohol, itp. to i tak ciało śmierdzi, i z ust jedzie jak ze sławojki...

P.S. Na blogu technologicznym możecie zobaczyć jaki mam ładny i czysty PULPIT na laptoku.

piątek, 16 marca 2012

Rzeczy, których brakuje mi za granicą.

Chwilę myślałem o rzeczach, których brak zaczyna mi doskwierać za granicą i jest to głównie jedzenie, oczywiście nie dotyczy to powiedzmy pierwszego tygodnia poza krajem, ale jeśli człowiek już się nasyci lokalnymi smakami zaczyna tęsknic za swojskim jadłem.


- Kiszony ogórek - rzecz genialna w swojej prostocie, smaku, dobrze ukiszony ogórek to oznaka finezji i wyższej cywilizacji.

- Śledzik bałtycki solony w oleju po wiejsku - podany z ziemniakami w mundurkach.

- Ryby - lokalne ryby z okolicznych dolnośląskich hodowli, głównie pstrągi i karpie przyrządzone po mojemu - ryby za granicą, jak i reszta jedzenia jest albo za mocno nasycona octem, albo przesolona.

- Piwo, o tym mógłbym pisać długo, piwo za granicą bywa dobre, ale na Południu jest takie sobie, przyzwyczaiłem się już do kilku lepszych polskich marek: Noteckie, Lwówek, Namysłów, itp.

- Polski chleb - nawet ten zwykły, dopiero co wypieczony tani chleb z lokalnej piekarni. Nie mówiąc już o lepszych wariantach...

...ups... muszę zmykać już, pomyślę jeszcze czego mi brakuje i dopiszę później... a czego wam brakuje poza Krajem?

Offtop: Wczoraj w nocy postawiłem na swoim lapku nowy polski system linuksowy - ciekawskich zapraszam do recenzji która jest TUTAJ http://tiny.pl/hp7rh. Według mnie to najlepszy i najłatwiejszy polski system operacyjny dostępny obecnie na rynku. Nie ma co kombinować - trzeba ściągać i instalować!

czwartek, 15 marca 2012

Organizacja zakupów. Supermarkety i małe sklepiki.

Psychologia, powiadam wam, psychologia! Sam tę psychologię przerabiam w interesach! Każdy to wie, każdy się z tego śmieje, a jednak dla wielu ludzi cena 19,76 jest RADYKALNIE różna od ceny 20 zł. Czy jednak dla przedsiębiorcy to jest problem? Na ogół nie - tam gdzie się da - można obniżyć jednostkę przeliczeniową, wolumen, dodać dodatkowe warunki usług. Niestety sami klienci wymuszają takie praktyki. Klienci po prostu chcą hipnotycznej ceny 19,76 i się na nią jednoczesnie nabierają! Autohipnoza?


Do dyskusji cenowej pt. "Supermarkety i małe sklepiki" mało kto dodaje czas dojazdu i koszty paliwa oraz czas spędzony np. na staniu w kolejce w supermarkecie. Czas to pieniądz. Czy po przeliczeniu tego faktu paczka zielonej herbaty, której akurat potrzebujesz, będzie tańsza w sklepiku czy w markecie?

Znajomy mechanik oszacował dajmy na to, że samo odpalenie samochodu z silnikiem Diesla, biorąc pod uwagę amortyzację auta - zużycie silnika, oleju, paliwa, itp. to z uwagi na wysokie ciśnienia w nowoczesnych Dieslach ok. 5 zł, nie mówię o przejechaniu nawet kilku km. W benzyniakach będzie taniej, ale także nie jest to koszt neutralny.

Kolejna sprawa jest taka, że w modelu polskim (=supermarkety w centrach miast) pakujemy się do marketu w pobliżu, bo nasza zielona herbata jest czasem 0,50 gr taniej na paczce niż w sklepiku tuż obok. Czyżby? A czas stracony na kolejkach i nawet pieszym dotarciu tam? A rzeczy i gadżety, które podczas tej przechadzki kupimy zupełnie NIEPOTRZEBNIE, bo ulegliśmy hipnozie merchandisingu? Sam, mimo dużej świadomości procederu i odporności na manipulacje nie raz nie pomyślałem i uległem, idąc po paczkę herbaty, wychodząc z siatą pełną niewiadomo czego, ale z promocji! Człowiek jest tylko człowiekiem!

środa, 14 marca 2012

Lepszy jeden Tesco czy 30 małych sklepików?

Obiecałem wam, że zaprzestanę górnolotnych tematów i przestanę na jakiś czas spierać się ideologicznie z blogowymi kolegami, tym bardziej, że pewne rzeczy światopoglądowe zostały już wyjaśnione - pozostała mi jedna teza kolegi do obalenia - a mianowicie kwestia małych sklepików.

Nie, nie! Oczywiście słowa zamierzam dotrzymać i na razie dość ideologii i polityki. Nic nie będzie o kwestiach prawnych, nic nie będzie o wydrenowaniu lokalnej gospodarki, nic nie będzie o bilansie zatrudnienia po inwazji supermarketów, nie i tyle.

Popatrzę od strony konsumenta, klienta sklepów, który się polityką i ekonomią nie interesuje, ale musi po prostu kupić połeć mięsa czy butelkę piwa.

Otóż Tesco NIE JEST tani! Tesco (w centrum mojego miasta) był tani na początku, przez pierwsze dwa lata, może odrobinę dłużej - tyle trzeba było, aby w moim mieście wyrżnąć dziesiątki małych rodzinnych sklepików. Potem sytuacja wróciła do normy, bo przecież duża korporacja może jakiś czas jechać na zerowej marzy, znacznie dłużej niż drobny handel, ale w końcu musi wyrobić zysk i wyrównać dawne straty.

Nawet teraz, w nielicznych pozostałych sklepikach, mogę kupić produkty w cenach analogicznych, albo nawet tańszych niż w supermarkecie. Nie jest to regułą, ale trzeba patrzyć na ceny. Podam wam trzy przykłady.

1. Prawdziwy ocet jabłkowy 0,5l - w lokalnym warzywniaku kosztuje ok. 70 gr taniej niż markecie z gazetki i po promocji. Pytałem wlascicielki warzywniaka o ten ocet - czy to promocja? Nie, to cena regularna.

2. Prawdziwe piwo (nie mylić z podróbkami piwa reklamowanymi w TV): Namysłów "28 dni" za ok. 2,70 zł + kaucja nie jest dostępny w ogóle, ale jego rzekomy odpowiednik kosztuje ok. 5,20 zł, czyli 2,50 zł drożej na butelce. Lwówek Śląski kosztuje 4 zł w Tesco w but. bezzw., w sklepie między blokami 3,20+kaucja.

3. W ogóle w supermarketach, nawet tych lux i eko, nie mogę dostać świeżego królika (najlepsze jakosciowo mięso na polskim rynku), mogę kupić mrożonego, ale trochę drożej, ponadto nie ma prawdziwych kiełbas i wedlin - a lepsze podróby są często o wiele droższe niż prawdziwe produkty wędliniarskie z lokalnego zakładu.

Ok, starczy tego pisania... idę coś zalatwić do biura... Macie jakieś swoje przykłady cenowo/produktowe w tym temacie?

wtorek, 13 marca 2012

Oszczędny zakup - regał z drewna orzechowego, olejowany.

Właśnie jestem po zakupie dwóch regałów z orzecha, olejowanych. Regał jak na zdjęciu kupiłem za 60 zł, drugi o jedno piętro wyższy za 75 zł w Kauflandzie. Niestety z sklepie na J., którego nazwę nie wiadomo jak właściwie wymówić, takie rzeczy są 2-3 razy droższe...

...a własciwie nie opłaca się tam kupować nic, poza promocjami, i to nie wszystkimi. Drożyzna (Riannon, zanim tam pojedziecie i narobicie kilometrów lepiej zadzonić czy np. dywan bambusowy jest aktualnie w promocji - bo was regularna cena mentalnie zabije).


Regał jak na zdjęciu - za 60 zł zastąpił popularny regał rattanowy z szufladami z J., który się Kobiecie znudził, poza tym przestał pasować do wystroju pokoju - sprzedałem go w necie za 75 zł (kupiony kilka lat wcześniej za 125 zł). Zastanawiam się, czy wystawić jeszcze na sprzedaż fotel rattanowy, nie pasuje mi do wystroju - choć jest wygodny.

Tak więc widzicie, co się u mnie dzieje w sensie zakupowo-oszczednościowym. Jeśli macie jakieś wlaśnie dokonane oszczędne zakupy i propozycje piszcie.

Po kilku rundkach tematów problemowych, polityczno-ekonomicznych i trykania się jak te byki na rykowisku z moimi blogowymi kolegami, wracamy na jakiś czas do tematyki wiodącej, czyli nic dodać - nic ująć, do oszczędzania.

poniedziałek, 12 marca 2012

Praca i honor

Wczoraj umyłem i odkurzyłem swój samochód. Sam. Już po, na parkingu przy ostatnich porządkach zaczepił mnie znajomy. Gadka szmatka, nie ma co się rozczulać, ale generalnie lekka pogarda i uśmieszek - generalnie klimat w stylu: kto, ale kto - ty sam porządkujesz auto? sam?! przecież za kilkadziesiąt zł w salonie BongoBongo masz już odkurzanie ręczne przez "chłopków" i to z mikro-nadmuchem. Niech się robole męczą.


No cóż, jest pewna grupa osób, która z założenia nosi "białe rękawiczki", fizyczną pracą się nie skalają. Dotyczy to zarówno pewnej grupy osób dorosłych, z długoletnim stażem pracy, jak i w szczególności "świeżaków" na rynku pracy po różnorakich "Wyższych Szkołach Pierdolingu i Narzekania".

Ci pierwsi będą markować swój wysoki status do utraty tchu - mimo braku środków i kolapsu finansów - niektórzy z nich nie wytrzymają psychicznie i w kryzysie skończą źle, albo i bardzo źle. W pewnym sensie bawi mnie jak taki wielki Pan przynosi do lombardu do kolegi np. dwie komórki, bo nie ma na koniec miesiąca na jedzenie i papierosy.

Ci młodzi absolwenci, będą siedzieć na garnuszku rodziców, wyciągać od babć i dziadków kasę na papierosy i imprezy jednocześnie rozczulając się nad swoim losem, mówiąc o tym jak w Polsce źle, itp. Kiedy pracy w okół mnóstwo (tyle że nie w garniturku i z służbowym laptopem).

W sumie już o tym kiedyś pisałem - a to tylko taki komentarz do mojej sytuacji z autem. Akurat wiem, że osobie "z wyższych sfer" która miała "w poważaniu" moje zajęcie - te kilkadziesiąt zł w kieszeni sprawiłoby pewną różnicę. (Akurat to wiem. Świat jest mały!)

No cóż, ja sam nie będę zadzierał głowy do góry udawał przed nikim, że kilkadziesiąt zł w kieszeni extra nie jest dla mnie miłe, szczególnie mając w perspektywie, przy słabej pogodzie, siedzenie przed TV lub zabijanie nudy przed kompem, zabrałem się do roboty - nie patrząc czy się to komuś podoba czy nie - tak jak to kiedyś ojciec mnie uczył.

Korupcja w Polsce. Dlaczego u nas jest ona zła?

Już dwa razy byłem na urlopie w okolicach Wenecji: Portogruaro, Bibione, itp., mimo iż jest to region północny, to jak cala Italia słynie on z korupcji i kolesiostwa. Taki to już włoski charakter - korupcyjny. Nic nie poradzimy. Jednak właśnie tam zaobserwowałem ciekawą rzecz.

W centrach miast i miasteczek, nawet takiego bezpłciowego, postmodernistycznego tworu jak Bibione nie ma supermarketów, co najwyżej na obrzeżach znajdziemy jeden czy drugi minimarket w stylu małej, starej biedronki z polskiego sennego miasteczka, tyle że ok. 50-70% mniejszy. Jako Polak w Italii musiałem znaleźć takie miejsca dla lokalnej ludności jako że ceny robione pod niemieckich turystów były nie dla mnie.

Supermarkety były, coś w stylu polskiego "małego Tesco", ale trzeba było wbić się na autostradę (płatną!) zrobić min. 20-30 km, poświęcić na wszystko sporo cennego czasu...

...jednak nawet skorumpowany włoski urzędnik nie jest na tyle idiotą, aby dzialać "przeciw swoim" i wydać zezwolenie na handel wielkopowierzchniowy w centrum miasta.

Korupcja i brak jasnych zasad w Polsce jednak NIE sprawdza się tak jak we Włoszech i NIE jest dobra dla gospodarki. Kolega z Boskiej Woli uparcie twierdzi inaczej, jednak gdyby choć tyle z tej upartości poświęcił na analizę i samodzielne myślenie, zamiast powtarzania tez Korwina przeczytanych w Najwyższym Czasie to zobaczyłby efekt złego działania korupcji choćby na swoim rodzinnym Kociewiu (Pomorze Gdańskie). Niestety nawet rzekomo tak racjonalni i opanowani Kociewiacy, solidarni i o klasycznej pruskiej mentalności, mając poluzowaną smycz i swobodę takich, czy nie innych możliwości administracyjnych zachowują się jak ta małpa, której dano do zabawy karabin maszynowy... i strzelają we własne stopy.

To co się dzieje w takim Starogardzie po dopuszczeniu supermarketów do centrum miasta i okolic bliskich centrum nie jest dobre dla lokalnego biznesu i gospodarki. Przedsiębiorczość w mieście powoli umiera. Jakby tego było mało lokalne urzędasy chcą zarżnąć piękny Starogardzki Rynek, pełniący żywą i aktywną rolę handlową w miasteczku. Ciekaw jestem kto za te decyzje płaci?

O spustoszeniu jakie skorumpowana urzędnicza hołota robi w moim rodzinnym mieście nie napiszę - dnia nie starczy!

Niestety w Polsce model włoski, czyli pewien luz, korupcja, ale przy zachowaniu pewnych niepisanych zasad i lojalności wobec "swoich", NIE DZIAŁA.

Kolega z Boskiej Woli może ile chce powtarzać tezy Janusza Mikke vel. Korwina, ale w ten sposób nie zaklnie rzeczywistości.

W Polsce tylko jasne i proste zasady dla wszystkich, stępienie korupcji do postaci śladowej i wzięcie urzędasów za przysłowiową mordę mogą coś zmienić.

Ja to wiem, stykam się z tym wszystkim w rzeczywistości, a nie z wygodnego fotela na ranczu w Boskiej Woli.


niedziela, 11 marca 2012

Piwoszu! W tym poście poznasz trzy pojęcia, które zmienią twoje życie!

Post ten kieruję do miłosników złotego trunku, o historii starszej i szlachetniejszej niż niesłusznie wychwalane wino... kieruję go do was "na serio". Po prostu jeśli drogi kolego/droga koleżanko lubisz piwo czas aby poznać trzy sekretne pojęcia, które odmienią twoje życie piwosza.

Polskie prawo może nie jest idealne, ale w kwestii żywności panują w nim dość rygorystyczne zasady. Otóż możesz, jako producent sprzedać kiełbasę składającą się z białka sojowego, barwnika, aromatu, konserwantu i 30% mięsa odkrawanego mechanicznie, możesz ją sprzedać legalnie, ale MUSISZ na etykietce podać komponenty! W przeciwnym razie bedą wysokie grzywny a nawet więzienie.

Ja ETYKIETY CZYTAM... i to samo proponuję wam!


Otóż teraz pijąc piwo marki Ciechan (wczoraj Namysłów 28 dni) mogę sobie z tego rygorystycznego prawa skorzystać. Obracam butelkę i czytam te trzy, obiecane w tytule, magiczne pojęcia:

1. WODA
2. CHMIEL
3. SŁÓD JĘCZMIENNY

Dzięki temu, że jasne i klarowne zasady są w tej sferze gospodarki utrzymane WIEM, że piję prawdziwe piwo.

Jeśli czytam informację typu: Nieutrwalone, Niefiltrowane, itp. wiem, że tak właśnie musi być zgodnie z polskim prawem!

Kiedy (zazwyczaj w przypadku desperackim, albo oportunistycznym) kupuję wielkoprzemysłowe szczochy reklamowane w TV i udające piwo - na etykiecie, zgodnie z prawem czytam informację "Zawiera słód jęczmienny" oraz resztę opisu. WIEM co piję i nie mam do nikogo żalu, że następnego dnia czaszka mnie nawala i jest mi niedobrze.

Czyli co? Drodzy piwosze - zapamiętujemy raz na zawsze trzy magiczne słowa i trzymamy się jasnych zasad, a nasze życie piwnych koneserów stanie się przyjemniejsze, i bez tego obrzydliwego łupania w czaszce 'dzień po'. Raz jeszcze:

1. WODA
2. CHMIEL
3. SŁÓD JĘCZMIENNY

I pytanie na koniec. Czy tak jasne zasady jak w browarnictwie - nie byłyby przypadkiem dobre w przypadku całej polskiej gospodarki i polityki? Ja, jako przedsiębiorca jestem za tym. Lepszy urzędnik/polityk durny, bo durny, ale uczciwy - niż korupcyjny złodziej i warchoł, który obiecuje, że da, a w efekcie zabiera... a jeśli wina wyjdzie na jaw stwierdzi: "To nie ja, to nie ja... to tylko moja ręka... a właściwie to wszystko wina kibiców."

Lepszy szef-kobieta czy szef-mężczyzna?

Wczoraj rozmawiałem z pracownikami i kadrą jednego ze zaznajomionych zakładów. Dwójka pracowników zaczęła opowiadać o dyrektorach działów - tak się składa, że jednym z nich jest miła Pani po 40-stce, nazwijmy ją roboczo Danusia a drugim nieco starszy, mniej miły koleś typu "Panie Kerownikuuu", czyli Zbigniew.

Zasadniczo Pani Danusia jest nielubiana i uchodzi za osobę konfliktową, natomiast Pan Zbigniew to tzw. dobry szef. Wydaje się to dziwne bo Danusia stara się być uprzejma i na poziomie, kiedy Zbigniew to po prostu pospolity cham.


Jednak wszystko staje się jasne, kiedy dopytałem się o styl zarządzania i wydawania decyzji:

U pospolitego chama Zbigniewa idzie to tak, dosłownie coś w tym stylu: "Słuchaj ku**a ty jełopie je***ny! Jak mi ku**a natychmiast otworu nie nawiercisz, to ci ku**a pojadę po premii, że ci lenistwo i fochy d**ą wyjdą! Już mi tu k**a z maszyną jedziesz! JUŻ KU**A! JUUUUŻ!!!"

Styl Pani Danusi to coś w tym stylu: "Panie Mietku? Proszę podejść. No i co Pan Panie Mietku myśli? Wydaje mi się, że te pakiety powinny być obwiązane podwójnie. No nie wiem... i chyba ładowarka jest już na miejscu?....Co....jak to? Przecież już mówiłam! W ogóle mnie Pan Panie Mietku chyba nie słucha."

Czyli jest tak jak w ostatnich postach, co nie? Bycie dobrym i uprzejmym nie popłaca?

sobota, 10 marca 2012

Polityka lokalna i o tym jak się z niej wycofałem.

Rozwinę dzisiaj pewną myśl z Boskiej Woli, jako że tam nikt tematu nie podjął. Otóż my tu na blogosferze dyskutujemy, kłócimy się czasem, obrażamy, co jest regułą na blogu przy każdym trudnym temacie... dlaczego? Bo MY mamy poglądy!

Zauważam, że ten blog przyciąga pewien profil czytelników, inteligentnych, mających "swoją wizję" i własne poglądy polityczne.

Otóż nie wiem, czy jest to wam wiadome, ale w "terenie", w samorządzie... podziały na PIS czy PO, czy SLD, itp. zupełnie NIE są odzwierciedleniem idei i przekonań politycznych! Nie są odzwierciedleniem niczego w sferze moralności i poglądów! Czym są zatem?

Są wyrazem podziału na sitwy rodzinno-towarzyskie i strefy wpływów - tak więc dzieci i rodzina znanego PSLowca są automatycznie, dożywotnio 'chłopami', mimo że na oczy w życiu konia czy traktora nie widziały - przeciwna, nielubiana rodzina lokalnych biznesmenów jest PIS - sitwa administracyjna to SLD, sitwa rodzinna, która obsadziła lokalną gastronomię, puby i dom kultury to PO, itp. Wpływowa rodzina Iksińskich mająca plecy w środowisku biznesowym oraz w Policji nie znalazła już dla siebie etykiety ogólnopolskiej, ale jest na tyle silna, że ogłosiła się Bezpartyjną Fundacją na Rzecz... i bierze z sukcesem udział w wyborach lokalnych, przyciągając także dezerterów z PSL, PIS, PO, SLD i dawnych rozbitków z Demokraci.pl...

Ja rozumiem, że wielkomiejski człowiek, dajmy na to, z Warszawy może nie być świadomy realnej polityki w terenie, na prowincji...

Tu jak nigdzie indziej mamy po prostu walkę klanów i plemion. Tak że niczym niezwykłym jest to, że SLD-owiec może z całego towarzystwa okazać się najbardziej wolnorynkowo-korwinowski, natomiast Platfus mający plecy i poparcie kuzyna Proboszcza jest tak naprawdę ateistą, zamordystą i krypto-komuchem nielubiącym Kościoła.


Dlaczego wycofałem się z lokalnej polityki (kiedyś byłem działaczem loklanych organizacji, bądź to pro-ekologicznych/pro-rowerowych, bądź to wspierających rozwój lokalny)? Dlatego, że na poważnie nie da się funkcjonować w 'politycznej' próźni - trzeba się określić z jaką człowiek trzyma ekipą, bo "jeśli nie jesteś z nami to... z terrorystami" przypominając deklarację Jerzego W. Krzaka (George W. Bush'a).

Chcąc pozostać neutralny i zaangażować się w działanie lokalne i tak byłem wciągany w orbitę jednego z ugrupowań, przez wyraziste poglądy polityczne przynajmniej dwa razy straciłem całkiem przyzwoitych klientów i dojścia... Szkoda czasu, nerwów i kasy.

Dlatego w terenie, przy pytaniach ciekawskich, od paru lat deklaruję, że jedyną moją opcją polityczną jest Świnka Peppa, Pingu i Oswald the Octopus. Zajmuję się wyłącznie interesem, własnym interesem.

piątek, 9 marca 2012

Być jak Jean-Claude Van Damme

Ten mały post to suplement do posta o negatywnych bodźcach - szczególnie jeśli chodzi o faszerowanie tego dzieciom. Młode szczyle NAPRAWDĘ łykają rzeczy, które zobaczą w TV. Umysł dziecka funcjonuje inaczej niż umysł dorosłego

Poniżej oryginalna scena - popatrzcie na sekundę 5:33 filmu.



Poniżej szczyl, który zapragnął być jak Van Damme:



Nie jestem w stanie odpowiedzieć na wszystkie komentarze dot. bodźców i dostarczyć od ręki "dowodów" o które prosicie - więc proszę, aby nie było, że was ignoruje - oto odp. w formie posta :>

Oszczędny zakup - dywan bambusowy

Dziś zaserwuję wam coś konstruktywnego i oszczędnościowego - dywan z bambusa. Już dawno temu, podczas remontu mieszkania, zamieniłem tradycyjne dywany + starą wykładzinę na dobrej jakości wykładzinę przemysłową (o przedłużonej trwałości), nawet jednak ta przemysłowa się stopniowo rysuje i przestaje wyglądać 'jak nowa'.

Zamiast do upiększenia podłogi kupować tradycyjne dywany - kupuję dywany bambusowe. Jak dla mnie same zalety: przyjemny organiczny materiał, miły w dotyku, bardzo łatwy w utrzymaniu czystości, stosunkowo niedrogi.


Ostatnio dywan 1,60x2,00 kupiłem za 75 zł, dwa lata temu niewiele mniejszy dywan (1,80x1,40) kupowałem za ok. 50 zł. To są oczywiście ceny na promocjach, nawet z nieco większym dywanem dobrze kupując można się zmieścić poniżej 100 zł.

Naturalny materiał starzeje się ładnie. Pod stołem kuchennym, gdzie użytkowanie jest szczególnie ciężkie (szuranie krzesłami, okruchy, bardzo częste czyszczenie, itp.) zdecydowałem się na wymianę dywanu na nowy dopiero po ok. 2 latach.

wtorek, 6 marca 2012

Wieści z frontu walki o oszczędności... oraz najlepszy prezent na 8 marca.

Ostatnio się zrobiło politycznie, pamiętam jednak, że jest to blog o oszczędzaniu - co zatem słychać w tej kwestii u mnie?

Ostatnio musiałem wymienić kratkę wentylacyjną - pech chciał, że parę lat temu remontując dom wybrałem akcesoria systemowe - markowe - zamiast kupić tani plastik z supermarketu. Markowy sklepik splajtował a ja zostałem z problemem. Systemowe akcesoria (celowo) miały niestandardowe średnice montażu. Kupowanie w necie, strata czasu, koszty dostaw... bez sensu.

Podumałem chwilę i kupiłem kawałek pianki samoprzylepnej do uszczelniania ścian działowych oraz najtańszą kratkę wentylacyjną za 4 zł. Po oklejeniu pianką kratka pasuje jak ulał do systemowego otworu. Wklejka jest wewnątrz a zestaw wyglądem niczym się nie różni od oryginalnego plastiku. Koszt 5 zł.

Wniosek: jeśli chcemy oszczędzić warto pokombinować i pomajsterkować.

Z innej beczki...chcę także zrzucić trochę tłuszczu z brzucha - zastanawiam się, czy jest sens kupować sobie pas termiczny do treningów - czy to jest w ogóle sensowny wydatek, czy czysta psychologia. Słyszałem różne, skrajne opinie. Jakie jest wasze zdanie?

A w ogóle to niedługo 8 marca... trzeba wymyślić coś, aby zadowolić kobiety... mówi się, że kobiety lubią mężczyzn nieprzewidywalnych i z fantazją... popatrzmy:

poniedziałek, 5 marca 2012

Nie oglądać telewizji... nie czytać blogów...

Sieczka

Kontynuuję wczorajszy wątek telewizyjny:Kłamanie na Śniadanie i różne telewizje poranne, zwłaszcza z udziałem celebrytów czy polityków, to mieszanina product placement (lokowania produktów) i różnego lansu.

Ukryty przekaz: "Kup, kup, kup - idź tu i tam - zrób to i tamto - jak nie jesteś gorsza/y i bezwartościowa/y".

I to wszystko właściwie można powiedzieć o reszcie telewizyjnej sieczki.

Wojciech Cejrowski

Tak - można się czasem czegoś ciekawego dowiedzieć z niedzielnej ramówki TV, np. z programu Cejrowskiego, choć jego protekcjonalna osobowość i podejście do ludzi już z lekka wkurza. Zabawienie się z Wielkiego Białego Ojca z głową do góry z czasów kolonializmu jest czasem zabawne, ale w nadmiarze robi się nudne. Mimo tych drobnych wad programu - czasem oglądam.

Świadomość i psychologia

Ale o ile człowiek ogląda to wszystko świadomie, jest świadomy niesamowitego prania mózgu i psychomanipulacji sączonej non stop, może coś skorzystać, dowiedzieć się czegoś ciekawego.

Jednak jak świadome przekazu jest społeczeństwo? My wszyscy? No powiedzmy, że ci, którzy czytają takie blogi jak ten są nieco bardziej przytomni. Jednak czasem mam wątpliwości: na przykład jakiś czas temu, przy okazji posta, w którym nie zgadzam się z narzekaniem na kraj ojczysty praktykowanym przez niektórych emigrantów odzywa mi się sympatyczny młody człowiek, który twierdzi, że postem jest urażony.. z jakiego powodu? Bo on nie czuje się Polakiem, nie jest związany z Polską... i co mają zrobić tacy ludzie jak on? Myślę sobie: gdzie sens, gdzie logika, tego co on pisze, ale z szacunku dla was - czytelników grzecznie odpowiadam, że fakt mojego braku akceptacji do zachowania niektórych emigrantów, NIE oznacza wrogości do wszystkich emigrantów. Gdzie tam! Czytelnik się obraża na amen.

Niedawno jedna przesympatyczna i inteligentna blogowa koleżanka obraża się faktem, że na parkingu pod moim biurem często parkują drobne pupiaste blondynki i farbowane brunetki w kozaczkach...Jeepami... cały problem w tym, że nasza przyjaciółka też ma Jeepa i czuje się urażona moim postem... bam... bam... i po sympatycznej konwersacji.

Niestety obrażenie się i zerwanie tej znajomości nie sprawi, że te brunetki nagle zamienią kozaczki na glany i przefarbują się na rudo, a pupiaste blondynki z parkingu ubiorą długie wełniane swetry.


Ot, uroki blogowania... Natomiast tak czy inaczej jestem przekonany, że po roku pisania bloga coraz lepiej rozumiem blogowo-internetową psychologię i coraz lepiej odnajduję się w internetowym towarzystwie, obejmuje to świadomość miejsc, w których lepiej się szczególnie nie udzielać bo człowiek jest tam z założenia persona non grata. No cóż, ale jeśli człowiekowi wyszło w życiu coś więcej niż włosy - tak musi być. Sukces budzi niechęć i zazdrość.

niedziela, 4 marca 2012

Kłamanie na śniadanie oraz męskie wyalienowanie.

Niedziela, heh, ja dobrze wiem jak niektórzy spędzają niedzielę... jestem dobrym obserwatorem... rozpoczyna ją program w stylu Kłamanie na Śniadanie, gdzie możemy się na przykład dowiedzieć jakiego dezodorantu do stóp używa znana Pani Psycholog - córka znanego polityka, następnie ogląda się program w stylu Kulinarna Gala Nergala, gdzie uczymy się jak przyrządzić gulasz z kota na 660 i 6 sposobów. Po obiadku kilka polskich remake'ów oper mydlanych produkcji niemieckiej (jak mówią niektórzy historycy - Niemcy ponoć lubią robić mydło). Wieczorem program w stylu Taniec Wywijaniec gdzie jedni celebryci (na parkiecie) udają, że umieją tańczyć a inni podstarzali celebryci (w jury) udają, że nie są alkoholikami. Na koniec wieczoru Kuba Wojewódzki, ku żalowi telewidzów, po raz kolejny nie zrobi coming out'u, ale za to opowie o zaletach wazeliny o smaku truskawkowym...

Ehhh... po co ja to piszę? Zapytacie!

Post miał być wcześniej, w ramach odpowiedzi dla balasta, debiutanta na blogosferze, ale nie mam pełnowymiarowego dostępu do netu, więc jest dopiero teraz - otóż kolega w jednej swoich wypowiedzi mówi, że w młodości ALIENOWAŁ SIĘ filmami w stylu Braveheart, Wielki Błekit czy K2... Kolego! Może wyrywam z kontekstu ale co to za alienacja?

Jak dla mnie - z normalnego życia i funkcjonowania alienują się ludzie, którzy w TV oglądają niedzielną, toksyczną szmirę jak rozpisałem powyżej. Intelektualną maź która zalewa mózg i wpędza ludzi w marazm!

Filmy, o których wspominasz, to prawdziwe męskie kino, opowieści o facetach, którzy mają jasno wyznaczony cel i chcą go osiągnąć. Tak właśnie ma być!



Według mnie pełen energii mężczyzna, jeśli już zasiądzie wieczorem przed ekranem TV, puści sobie właśnie taki klasyk jak K2, a nie będzie się ALIENOWAŁ z życia, zaklejając mózg bezwartościową medialną papką.

Mężczyzna ma myśleć o tym jakie szczyty zdobywać
, dosłownie, a nie zastanawiać się jakiego kremu użyć do depilacji klaty i pach, albo czy sweterek Hugo Boss'a jest wystarczająco markowy na piątkowe wyjście na miasto.

sobota, 3 marca 2012

Trenuj chłopie...trenuj śmiało! Odpowiadam czytelnikom.

Dalej oficjalnie mnie "nie ma", korzystając z tego, że na dłuższą chwilę się dostałem do neta odpowiadam na ważniejsze pytania:

Spam:

Co było w skrzynce spam - odzyskałem - nie wiem czy to te komentarze o które chodziło - na przyszłość długie i dopracowane komentarze lepiej zapisać sobie w notatniku albo jakimś LibreOffice - niestety jak widać wcina - jest to ewidentna wina systemu Google, ale nic się z tym nie da zrobić. (Richmond, sorry za te ciągłe problemy.)

Ja tu NIE CENZURUJĘ odmiennego zdania - cenzuruję jedynie bluzgi, nieautoryzowane reklamy i linkowania oraz niektóre osobiste przytyki. NIE MA (prawie) możliwości, aby czyjś komentarz wyleciał za poglądy (chyba, że w ramach usuwania całego dorobku szczególnie upierdliwego trolla).

JA NIE OBRAŻAM SIĘ NA BLOGOSFERZE ZA POGLĄDY! Niech to będzie jasne raz na zawsze. Szkoda, że inni nie postępują w ten sposób - blogowanie stałoby się jeszcze przyjemniejsze.


Co do treningów...

...balast! Trenuj, chłopie...trenuj śmiało! Dasz radę!

Ja też się niedawno zapuściłem. Kilka miesięcy temu wytrzymałem na siłowni ok 5 minut na orbitreku na najlżejszym obciążeniu (symulacja nartobiegu), myślałem, że zdechnę, że serce wyjdzie mi z miejsca o którym gentelmani nie wspominają. Reszta treningu to była jakaś żenada.

Przedwczoraj na orbitreku zrobiłem 20 minut na średnim obciążeniu, do tego 50 minut treningu bokserskiego (takiego, że koszulkę wykręcałem). Wczoraj to samo powtórzyłem i dziś się jeszcze zastanawiam nad jakimś lekkim treningiem siłowym i może trochę defensywy.

(herkus-monte wiem, że to czytasz, i jako doświadczony weteran mnie ochrzanisz na nie dbanie o regenerację, ale co mam robić jak mnie nosi? Klepać na necie i kolegę z Boskiej Woli denerwować prowincjonalną elokwencją?)

Słowiańskie klimaty:

Hubert, prosiłeś o słowiańską piękność na blogu? Hmmm.. aby zadowolić twoje gusta i jednocześnie zachęcić balasta do treningu i zrzucania zbędnych kilogramów wklejam zdjęcie jednej z rosyjskich fitnessek z forum bywalców siłowni u naszych wschodnich sąsiadów.


Miłego weekendu!

piątek, 2 marca 2012

Halogenowe żarówki energooszczędne

Jak pisałem poprzednio, świetlówka kompaktowa nie zawsze jest optymalnym energoszczędnym rozwiązaniem dla domu. Ostatnio na rynku pojawiły się markowe żarówki energooszczędne w technologii Halogen Energy Saver oraz jak zwykle masa tańszych chińskich odpowiedników - tym razem z powodu analogicznej i dość prostej technologii niewiele gorszych niż produkt markowy. Żarówka halogenowa wygląda niemal identycznie jak tradycyjna, gwinty są identyczne, jedyna różnica to halogenowy rdzeń, wyglądający niemal tak samo jak standardowy mały halogenik na 230V.

Energooszczędność
Tym razem producenci podają stopnień oszczędności raczej zbliżony do realnego. Jest to w zależności od modelu 20-30%. Potwierdzają to liczne komentarze i testy w internecie. Oczywiście należy pamiętać, że światło halogenowe jest delikatnie inne niż światło klasycznej żarówki, ale wciąż zdecydowanie przyjemniejsze niż świetlówkowe. Ciepłe, przyjemne światło dające dobre samopoczucie.

Zdrowie
Tym razem mamy światło niemal idealnie odpowiadające naturalnemu światłu słonecznemu w różnych porach dnia, zależnie od modelu i przypisanej mu barwy światła. Nie ma tu zasadniczej wady świetlówki kompaktowej, czyli zagrożenia dla zdrowia. Jedyne o czym musimy pamiętać kupująć chińszczyznę, to upewnienie się, że żarówka posiada filtr UV. Tani halogen bez filtra UV może być szkodliwy dla naszego wzroku.

Kalkulacja oszczędności
Mamy produkt o realnej oszczędności 20-30%, jest to zdecydowanie mniej niż urealnione przez nas 50-60% świetlówki energooszczędnej, jednakże odpada tu wiele wad i ograniczeń używania kompaktów wymienionych w poprzednim poście, co sprawia, że możemy je zainstalować w miejscach, gdzie świetlowki kompaktowe nie miały ekonomicznego sensu. Odpada ewentualna kosztowna wymiana opraw, ponadto te żarówki są ponadto około 2-3 razy tańsze niż kompakty.

Podsumowanie
Jedynym ekspoatacyjnym minusem omawianej żarówki jest zdecydowanie mniejsza odporność na wstrząsy oraz ogólnie większa "delikatność" niż w przypadku klasycznej żarowki - ale to drugie dotyczy w końcu także kompaktów.
Biorąc pod uwagę efekt zdrowotny i elastyczność zastosowań Halogen Energy Saver zdecydowanie "oszczędnościowo" wygrywa w zastosowaniach domowych (wewnętrznych) ze świetlówką kompaktową. Oszczędniej już nie można, a LED jak na razie nie stanowi jakiejkolwiek sensownej alternatywy w zastosowaniach ogólnych, o czym także wkrótce napiszę.

czwartek, 1 marca 2012

Patriotyzm.... i ludzie którzy plują na Ojczyznę

Nieco zmęczony, wracając po dniu pracy i treningu, słuchałem w radiu audycji na temat dzisiejszego święta. Kto przypadkiem nie wie o co chodzi - koniecznie proszę się zapoznać: Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”

Po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego, dlaczego jestem patriotą i jak wiele to, że mogę tak myśleć, pisać to (i w ogóle żyć) kosztowało naszych Bohaterów.


Hmmm... czasem się człowiek mocno zastanawia, jak właściwie dyskutować z lewicowcami, przeciwnikami polskości i wszelkim antypolskim elementem... i dochodzi do wniosku, że w sumie nie warto rozmawiać i tracić cennego czasu. Szkoda czasu spędzanego w necie.

To są ludzie-zwierzaczki, bez myślenia, bez mózgu - zjeść papu, zrobić siku i kupkę, napić się, pokopulować. Oni nie myślą skąd się wzięli, kim są, nie mają żadnych moralnych wartości, zazwyczaj, poza jedną: Kali ukraść krowę - dobrze.... Kalemu ukraść krowę... źle.

Niektórym z tych ludzi-zwierzaczków władzuchna dała się wykształcić, napisać maturę, nawet pójść na jakąś ***logię. Niektórzy nawet pisać się nauczyli, komputer i net podłączyli, klepią coś w necie... Ale wiecie jak to jest: weźmiesz małpę z zoo, ogolisz, zrobisz makijaż, ufryzujesz henną... i co myślisz? ...będzie z tego fajna brunetka jak ta poniżej?


Bo wiecie krytykanci patriotyzmu...jakby to napisać językiem, który jesteście w stanie zrozumieć:

Ja jestem Sprite, wy jesteście pragnienie.
Ja jestem jogurt Danone, wy jesteście Mały Głód.

Świetlówki kompaktowe / żarówki energooszczędne

Dziś "na tapecie" często poruszana w sieci kwestia żarówek energoszczędnych a w szczególności świetlówek kompaktowych. Są one reklamowane i wpychane nam wszędzie jako rewelacyjne i oszczędne oświetlenie, promowane przez ekologów a wreszcie de facto wymuszane przez regulacje UE zakazujące sprzedaży żarówek o wyższej mocy.

Wertując strony w necie a także samemu testując już długi czas różne źródła światła mogę śmiało przedstawić sprawę kompaktów pod kątem oszczędności. Niestety nie mam dobrych wieści w tym temacie.

Lekka ściema na starcie
Deklarowana oszczędność energii 80% jest przesadzona. Wiem to z własnych obserwacji, postaram się też w miarę wolnego czasu odnaleźć źródła i odpowiednie pomiary, najprościej jednak w miarę możliwości sprawdzić to samemu - wizualnie. Niestety, świetlówka kompaktowa o deklarowanej, porównywalnej mocy do tradycyjnej żarówki najczęściej nie świeci jak to obiecuje producent. Psychologia, marketing, obietnice czasem poparte znaną marką - niestety nie jest to prawda.

Zużycie, spadek sprawności i realna oszczędność.
Świetlówka kompaktowa po jakimś czasie zużywa się i traci sprawność, w dobrym przypadku do 80-75% oryginalnej sprawności. Czas wymagany do nagrzania się i uzyskania maksymalnej jasności wydłuża się także w miarę wieku świetlówki. Myślę, że możemy przyjąć max. realną średnią oszczędność energii w stusunku do zwykłej żarówki na poziomie do 50%, przy najlepszych świetlówkach do 60%. Podanie większych wartości zakrawałoby na Science Fiction.

Właściwe użytkowanie
Każda świetlówka, jeśli ma przynosić oszczędności musi, świecić w trybie ciągłym, tzn. nie może być często włączana i wyłączana bez znacznej szkody dla żywotności i sprawności. Poza tym do osiągnięcia właściwej sprawności musi się nagrzać nawet przez kilka minut, dyskusyjne jest także zużycie energii podczas fazy nagrzewania się. Instalowanie tego typu oświetlenia tam gdzie światło włącza się i wyłącza często, np w łazience lub przedpokoju jest czystym marnotrawstwem energii i skracaniem żywotności drogiego przecież kompaktu. Korytarz, gdzie światło musi palić się stale, jest właściwym miejscem, a czy jest nim twój pokój dzienny?

Zdrowie
Większość specjalistów i okulistów zgadza się, że wszelkie świetlówki dają niezdrowe dla oka światło. W mniejszym lub większym stopniu dotyczy to również dobrych, markowych i drogich "żarówek energooszczędnych". Energożerna tradycyjna żarówka, o ile ma odpowiednio dobraną moc, daje zdrowe światło, optymalne dla oka i naszego samopoczucia. Co wolałbyś zainstalować w pokoju u swojego dziecka? Przy jakim oświetleniu chcialbyś czytać i uczyć się? Wizyty u okulistów kosztują, nie wspominając o samych okularach. Zdecydowany oszczędnościowy minus dla kompaktów w domu.

Koszt zakupu i podsumowanie
Dobra świetlówka kompaktowa (czy jak niektórzy wolą żarówka energooszczędna w tej technologii) to w promocji minimum kilkanaście zł, a z reguły zdecydowanie ponad 20 zł. Oczywiście zdarzy się kupić dobrze sprawującą się chińszczyznę poniżej 10 zł, która dobrze sprawdzi się na klatce schodowej czy oświetleniu zewnętrznym, gdzie jakość emitowanego światła nie ma niemal żadnego znaczenia. Tradycyjna żarówka to już nawet 1 zł 50 gr.

W tym przypadku na podstawie ceny energii, mocy, charakterystyki użycia, efektu dla zdrowia i samopoczucia, itp. każdy z nas musi oszacować czy opłaci się w danym przypadku kupić kompakt czy pozostać przy tradycyjnym oświetleniu. Według mnie w większości domowych zastosować wygrywa to drugie. Biorąc dodatkowo pod uwagę zmianę lamp i opraw paradoksalnie możemy wyjść na plus po prostu nie zmieniając nic w kwestii oświetlenia w naszym domu.

Ciekawą, oszczędną i zdrową alternatywą dla domu jest oświetlenie w technologii Halogen Energy Saver, które omówię niedługo.