sobota, 30 czerwca 2012

Netbook zamiast laptopa - problem z polonizacją Windows 7 Starter

Zgodnie z dawną sugestią jednego z czytelników finalnie zamiast laptopa kupiłem netbooka, którego podłączyłem do monitora 23". Podłączę mu także zewnętrzną klawiaturę i mysz. Kupiłem używanego netbooka. Parametry: Gateway Intel Atom N450, matryca 10" LED, 1 GB RAM, 250 GB HDD. Sprzęt ma jeszcze 8 miesięcy gwarancji producenta. Wydałem 480 zł (na fakturę, kupiony w sklepie z używanym sprzętem).


Małego netbooka można zabrać do łózka :)

Komputerek jest powolny, ale radzi sobie doskonale z przeglądarką i odtwarzaniem mediów. Poprzednio pracowałem na jeszcze starszym i wolniejszym sprzęcie, więc nie jest to dla mnie przeszkodą. Prawdopodobnie doinstaluje mu jakiegoś Linuksa, aby przyśpieszyć trochę to maleństwo. Na razie zrobiłem instalację Windows7 Starter z menu recovery, jako że komputer ma na wyposażeniu ten system.

Problem z Windows 7 Starter - polski pakiet językowy
Okazało się, że przywracając komputerek do ustawień fabrycznych, najprawdopodobniej czegoś nie dopatrzyłem i komputer ustawił się ze wszystkimi domyślnymi parametrami na USA. Udało mi się uzyskać polską klawiaturę i ustawienia na Polskę, ale system sam w sobie nie posiada możliwości instalacji drugiego języka - w tym przypadku polski pakiet językowy jest niedostępny.

Wiadomość potwierdziłem w serwisie, niestety komputerek nie będzie rozmawiał po naszemu - to celowe ograniczenie tej wersji Windows. Łącznie kilka godzin reinstalacji systemu i aktualizacji jest dla mnie zbyt dużą cena jak na polonizacje systemu, która znów się może nie udać. W sumie wersja językowa jest mi obojętna, ale wkurza mnie fakt, że tego się zrobić nie da... w Linux polonizacja to zaledwie kilka kliknięć...

Zaraz kończę update i powoli zabieram się do instalacji drugiego systemu, prawdopodobnie to będzie Ubuntu (Xubuntu) i to jego będę uzywał jako głównego systemu, jeśli przejdzie testy i będzie szybszy niż Win7. Windows 7 sobie zostawiam, skoro jest przypisany do tego sprzętu, ale jak dla mnie to jest jakiś dziwny system, który ogranicza użytkownika. Za długo siedzę pod Linuksami, gdzie z systemem użytkownik robi co zechce, aby sie oduczyć tej swobody.

środa, 27 czerwca 2012

Tikkurila Optiva Matt - wygrana reklamacja.

Właśnie wróciłem z supermarketu OBI gdzie wypłacono mi 100% mojego roszczenia. Formalnie rzecz biorąc wygrałem moją reklamację dot. farb Tikkurila. Cieszę się z otrzymania pieniędzy, niesmak do pracowników i postępowania Tikkurila Polska pozostaje.



Zgodnie z polskim prawem, mimo iż reklamację de facto rozpatruje Tikkurila, podmiotem odpowiedzialnym za roszczenie jest OBI (sprzedawca farby). Moja sprawa została wygrana w ten sposób, że całą odpowiedzialność za moje roszczenie przejęło OBI i zapisało na konto swoich strat.

Firma Tikkurila Polska, jako producent, nie uznała mojego roszczenia. Ponadto w moim odczuciu przedstawiciele firmy Tikkurila Polska zachowali się w całej sprawie bardzo nieprofesjonalnie, z dużą dozą arogancji i ewidentnym braku poszanowania dla klienta.

Z tego co usłyszałem od Tikkurili "dostało się" także pracownikom OBI rozpatrującym moją reklamację. Pracownicy/kierownicy OBI od początku do końca sprawy stali po mojej stronie i finalnie dzięki decyzji dyrektora supermarketu OBI cieszę się z wygranej reklamacji.

Zastanowię się jeszcze, czy opisać szczegóły sprawy, na tą chwilę jestem jednocześnie zadowolony, ale też zmęczony. W całym procesie reklamacji moja wiedza prawna bardzo wzrosła i to jest definitywnym plusem. Wiadomość dla moich czytelników: Nie poddawajcie się - walczcie o swoje prawa jeśli znajdziecie się w kłopotach. Mi się udało - uda się i wam.

wtorek, 26 czerwca 2012

Zakupy i reklamacje. Samsung SyncMaster TA350 23". Laptop HP 630. Tikkurila Optiva MATT.

Ostatnio zauważyliście na pewno przestój na blogu, ponieważ dotychczas "słynąłem" z bardzo częstego publikowania i niektórzy na pewno są zaciekawieni napiszę pokrótce co u mnie słychać. Mam parę łakomych kąsków i konkretów dla stałych czytelników.



Nie... nie leżę na plaży. Po pierwsze jestem w trakcie dużych zmian/zakupów zarówno w pracy jak i w domu. Realizuję swoje plany zakupowe opisane wcześniej na blogu, a także walczę w sprawie reklamacji którą się nieco wzburzyłem jakiś czas temu.

Samsung SyncMaster TA350
Udało mi się kupić monitor 23" z tunerem TV firmy Samsung w supermarkecie Real (z ostatniej promocji z filmem Transformers 3 w pakiecie), zapłaciłem 919 zł brutto. Plusem jest lepsza jakość obrazu niż na przykład na monitorach LG 24" o których pisałem wcześniej. Plusem jest dobra jakość wykonania i ładna stylizacja - sprzęt prezentuje się dobrze
Minusem, dużym, jest brak możliwości regulacji nachylenia monitora i nietypowy sposób montażu stopki wymagającej brutalnej siły (na wcisk), co jest faktem powszechnie znanym, o którym ostrzegał mnie nawet sprzedawca (uczciwy!). W układzie punktu TV i jednocześnie home office który sobie tworzę nie jest to akurat problemem, ale jeśli ktoś chciałby podążyć za moimi zakupami - ostrzegam.


Laptop HP630
Tani biurowy sprzęt, który mógłby spełnić podstawowe potrzeby biurowe doskonale zastępując także netbooka, ale który trafił do reklamacji (no i patrzcie - kolejny zakup i kolejna reklamacja - coraz bardziej mnie denerwuje spadająca jakość sprzętu).
Zaletą jest cena - ok. 1200 zł za jakby nie patrzeć markowy sprzęt z dystrybucją Linux klasy Enterprise - SLED 11 - biznesową modyfikacją popularnego SUSE. Dobra jakość wykonania obudowy, ładna stylizacja, Relatywnie dobre parametry jak na tą klasę i cenę. Wyświetlacz jak na tą cenę duży, bo ponad 15". Absolutną masakrą i powodem reklamacji jest jednocześnie klawiatura - nie widziałem jeszcze gorzej zamontowanej klawiatury w markowym sprzęcie. Mój egzemplarz miał ją luźno zamontowaną i lekko wybrzuszoną w środku, co dawało odgłosy pracy jak w starej maszynie do pisania za głębokiej komuny. Przy reklamacji kierownik tylko pokiwał głową i nakazał zwrot gotówki, i to w sklepie gdzie oficjalnie "nie ma możliwości zwrotu sprzętu", co nie zmienia sytuacji, że także było to denerwujące. Pracownik potwierdził w rozmowie później, że to bardzo częsty problem w tym modelu, ale myśleli, że może mi te wybrzuszenia nie będą przeszkadzać (o kurcze, ale polityka!!!), i nie powiedzieli mi o tym, mimo że deklarowałem chęć nabycia sprzętu pod proste potrzeby biurowe i domowe (home office).


Tikkurila Optiva MATT
A to jest powód mojej poprzedniej reklamacji, poprzednio nie byłem chętny do ujawnienia nazwy firmy, jednocześnie będąc zmęczony sprawą i dając im szansę na polubowne rozpatrzenie sprawy. Moja negatywna opinia na temat tej bardzo drogiej farby, oraz całego łańcucha sprzedaży i reklamacji zaowocuje na pewno kolejnymi postami. Sprawa traktowania klienta jest skandaliczna, o czym napiszę szerzej. Na koniec powiem tylko jedno - w poprzednim remoncie użyłem najtańszej ekonowinki barwionej fabrycznie za mniej niż 50 zł za 10 litrów i efekt na pewnych płaszczyznach do dziś jest lepszy niż przy zastosowaniu rzekomo najlepszej farby na rynku. Farba oznaczona jako Matt w rzeczywistości jest półmatowa (z dużym stopniem odbicia światłą), co wyklucza jakiekolwiek zastosowanie na regipsach w standardowym montażu na powierzchniach prostopadłych do okien - a właśnie taki wynalazek mi sprzedano w supermarkecie OBI do pokrycia regipsu.

Na chwilę obecną więcej tej farby nie kupię i nie polecam nikomu. Farba rzekomo jest także zmywalna - niestety NIE jest! Po zmyciu powierzchnia robi efekt lustra. Lepiej, o niebo lepiej, zmywa się zabrudzoną powierzchnie pokrytą tanią matową farbą lateksową z supermarketu (np. znacznie tańszą farbą marki Nobiles).

Niestety to mamy przypadek, że drogie i markowe niekoniecznie znaczy "dobre", a slogany reklamowe o jakości, 150 latach tradycji są prawdą do chwili, kiedy jako klient nie masz problemów - w momencie wystąpienia problemów (bo te przy remontach są zawsze) o niebo lepszą obsługę zapewniał mi Pan Piotr z mojej osiedlowej mieszalni, ale ta niestety padła po otwarciu OBI z mieszalnikiem farb Tikkurila, i kiedy Piotr coś zrobił źle - pomoc i korekta problemu była na miejscu. Wielka korporacja ma po prostu gdzieś drobnego klienta. Cdn...

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Co zrobić z drobnymi?

Drobne gromadzą się u mnie w dużej ilości, wypychają portfel, często przerzucam je do specjalnej skrzynki tradycyjnie nazywanej u mnie w domu funduszem piwnym. Fundusz piwny to rodzaj skarbonki, relikt dawnych czasów studenckich, kiedy mi się nie przelewało a pieniądze na piwo trzeba było jakoś odłożyć, oczywiście moja skarbonka teraz jest jedynie reliktem i pelni rolę utylizatora dużej ilości drobniaków.



Co mozna zrobić z drobnymi wyciągnietymi ze skarbonki, pozbieranymi z szuflad i schowków albo mocno wypychającymi portfel? Oto moje pomysły.

1. Czasem zanoszę garść drobnych znajomemu sklepikarzowi, który zawsze ma niedobór drobniaków - przeliczenie jednak zajmuje mu sporo czasu, więc robię to tylko kiedy nie mam nic innego do roboty (nieczęsto) i nie blokuję mu kasy.

2. Odkryłem, że automatyczne kasy TESCO przyjmują spokojnie duze ilości drobnych, których garść można wsypać do podajnika monet - maszyna trybi i liczy to dosć szybko, więc jest to rozwiązanie wygodniejsze niż opcja ze sklepikarzem. Mój faworyt wśród pomysłów na utylizację drobniaków.

3. Czasem uczestniczę w akcjach dobroczynnych, wrzucam pieniądze do puszek na datki (choć staram się jakoś weryfikować, czy dana akcja to nie ściema) i wtedy wędrują tam często drobne wypychające portfel. Automaty w bankach czy wolontariusze sobie to już przeliczą, a ja mam spokojne sumienie, że np. dorzuciłem się do Wielkiej Orkiestry i nie odstaje od reszty prawych obywateli naszego pięknego kraju.

4. Hardkorowym pomysłem na utylizcję zawartości skarbonki jest sypnięcie garścią drobnych na tacę w kościele, albo do puszki na datki - budzi to jednakże niemałą konsternację, wielkie zdziwienie i szok. Jak nikt z rodziny nie widzi mogę sobie pozwolić, przy teściowej już absolutnie nie... normalnie hardkor.

A jakie wy macie pomysły?

Oszczędności w domu: Odnowienie mebli - wymiana uchwytów. Duży efekt drobnej zmiany.

Jestem po przemyśleniu waszych komentarzy oraz po rozmowach z fachowcami odnośnie odnawiania mebli z płyty MDF - decyzja jest taka, że nie będę malował mebli - ale na pewno będzie jakaś konserwacja, jakimś dobrym środkiem pielęgnacyjnym do mebli, a także wymiana uchwytów, w trakcie której własnie jestem....

Artykuł przeniosłem tutaj: http://oszczedzanie.biz/oszczedzanie/oszczednosci-w-domu-duzy-efekt-drobnej-zmiany/

sobota, 16 czerwca 2012

Oszczędności w domu: napraw rzeczy używane! Odnowienie mebli.

Kontynuuję dziś temat drobnych oszczędności w domu osiąganych często niewielkim kosztem i wysiłkiem. Zauważyłem, że większość z nas nauczyła się swoistej "jednorazowości", jesteśmy niesamowicie bodźcowani reklamami, wprost nie wypada mieć w domu rzeczy starej i używanej, to jest obciach. Przecież kupno nowego i markowego pokazuje status, możliwości finansowe...



Zaraz, zaraz, czy ja, do cholery, mam być niewolnikiem telewizji, reklam, producentów, kreatorów mody i innych metroseksualnych ofiar mody w moim otoczeniu? Nie! Chcę oczywiście dużego komfortu życia, wygody, sprawności technicznej posiadanych urządzeń i przedmiotów, ale to te przedmioty mają należeć do mnie, a nie ja do nich. Kupię nowe rzeczy kiedy to JA będę chciał.



Ok, znów trochę wojowniczo pojechałem, ale sami przyznacie, że wszechobecny konsumpcjonizm to jakaś paranoja. Dlaczego bowiem mam nie naprawić starych przedmiotów i urządzeń w relatywnie dobrym stanie technicznym, zamiast wydawać krocie na nowe?

Przed ostatnim wielkim remontem kilka lat używałem na przykład starych mebli kuchennych - była oczywiście rozmowa w domu w stylu "kupny nowe na raty" - ale pewnego wieczoru kupiłem farbę i odmalowałem stare meble. To samo zrobiłem z niemodną już w owych latach boazerią (pomalowałem nowym lakierem a inną ścianę farbę olejną), odmalowałem drewniane okna, co o kilka lat odwlekło mi remont całości domu. Remont wykonałem kiedy to mi pasowało, a nowe meble kupiłem kiedy miałem już zgromadzone środki - nie zadłużając się, nie płacąc odsetek bankom.

Zamiast wybrać się na zakupy do marketu budowlanego zaraz zabieram się na przykład do renowacji lekko zdezelowanych klamek - myślę, że niewielkim nakładem sił i środków przywrócę je do stanu jakiego oczekuję.

P.S. Na blogu biznesowym polecam post: Czy warto chodzić na siłownię?

czwartek, 14 czerwca 2012

Walczmy o swoje prawa: Jak otrzymałem zwrot pieniędzy od spółdzielni mieszkaniowej.

Chciałbym na razie zostawić sprawę opisywaną poprzednio bez naświetlania szczegółów, natomiast podkreślam, że wczorajszy post był przede wszystkim próbą namówienia was, aby walczyć o swoje i się nie poddawać. Można wygrać!



Przypomniałem sobie w tej chwili moja dawną-niedawną sprawę ze spółdzielnią mieszkaniową. Otóż udało mi się odzyskać dużą część pieniędzy za wymianę okien. Niby nic powiecie - ale posłuchajcie.

Kilka lat temu wymieniając stolarkę okienną dowiedziałem się pokątnie, że w pierwszych latach po roku 1989 spółdzielnia zwracała pieniądze za wymianę okien. Postanowiłem się wypytać o to i sam złożyć wniosek.

Powiem wam tak: byłem autentycznie wyśmiewany z moim wnioskiem przez tzw. "gospodarzy osiedla", w spółdzielni śmiali się ze mnie, że owszem, niby możliwość kiedyś była, ale ja chyba w bajki nie wierzę, że kiedykolwiek coś dostanę, że zadłużenie, że budżet, że absolutnie nie ma szans - tylko problem inspektorom spółdzielni robię i abym sobie dał spokój z wnioskami, że jestem naiwny, że chyba nie mam co robić, itp. Jednak oficjalnie wniosek złożyłem.

Powiem wam, pomijając szczegóły sprawy, że całkiem niedawno, bez jakiejkolwiek ingerencji czy innej 'spiny' z mojej strony do drzwi pukają ze spółdzielni z pismem: Uprzejmie zawiadamiamy, że zwrot za remont w roku 200X w kwocie XYZ został przyznany, w celu otrzymania pieniędzy prosimy o dostarczenie numeru konta do pokoju 21C....

Można? Można! A gdybym tylko potulnie zgodził się z rzeczową argumentacją krawaciarzy ze spółdzielni? Heh...

P.S. Suma odsłon bloga dziś przekroczyła 300 tysięcy, blog ma niecałe 1,5 roku... co tu będę mówił! Mała rzecz, ale jasne, że się z tego cieszę!

środa, 13 czerwca 2012

Polak to pies we własnym kraju? DOSYĆ!!!

Poprzedni wpis jest trochę śmieszny i ironiczny - bo taki miał być na rozładowanie złości - ale fakt jest taki, że ogólnie narasta we mnie uczucie bezsilności i wkurzenia na wielkie firmy/korporacje.

Mam wrażenie, że klient w Polsce - drobny klient, mała firma - jest traktowany wszem i wobec jak złodziej i śmieć, co jak w przypadku "ekologicznych" kiełbasek łososiowych "zje każde guano" i nie może narzekać.

Wczoraj czytaliście jak wygrałem konflikt z marketem rtv-agd o wadliwy towar, ale to nie jest wszystko niestety.

Walczę teraz o jakikolwiek zwrot/zadośćuczynienie od znanej firmy - producenta farb, która sprzedała mi, jak się okazało, wadliwe farby - przynajmniej część ostatniego remontu mam do powtórki - i nie jest lekko, znów atmosfera konfrontacji i z założenia wyjście z wnioskiem - że to klient (ja) zrobił źle, coś zakombinował, chce wyciućkać znaną międzynarodową firmę która jest taka och-ach i ma swoją uświęconą tradycję i zasady fair-play, itp.

Jestem coraz bardziej zdecydowany zawsze walczyć o swoje i skończyć z systemem, że Polak to pies we własnym kraju, a międzynarodowe korporacje oraz inne duże firmy, są przekonane, że wszystko im wolno i rządzą nami jak chłopami pańszczyźnianymi.



P.S. Powiem wam tak, około godziny temu wysłałem mail do polskiego działu reklamacji, z prośbą o nr wewnętrzny mojej reklamacji (bo mam tylko nr od zewnętrznego przedstawiciela - marketu budowlanego) oraz kontakt i dane pracownika odpowiedzialnego na reklamacje na poziomie międzynarodowym (w skandynawskiej centrali) z informacją, że w trybie pilnym zamierzam złożyć reklamacje bezpośrednio, z pominięciem Polskich oddziałów. Dziwnym trafem odpowiedź jeszcze nie doszła, ale właśnie miałem telefon od regionalnego przedstawiciela, który rozmawiał ZUPEŁNIE INNYM TONEM, niż w trakcie pierwszej konfrontacji. Zobaczymy co dalej.

Po angielsku rozmawiam swobodnie, język techniczny/budowlany mi nie obcy, więc to nie problem dla mnie walczyć bezpośrednio na szczeblu międzynarodowym. I nie odpuszczę!

wtorek, 12 czerwca 2012

Zwrot wadliwego towaru do sklepu. Monitor HDMI jako telewizor - podłączenie do dekodera.

Wszystko pięknie, ale mój zestaw opisywany w poprzednim poście już nie istnieje - mam nadzieje, że tymczasowo, bo do rozwiązania, jako takiego się mocno przekonałem, po raz drugi zwróciłem sprzęt do sklepu, nie bez problemów oczywiście, a było to tak:



Za pierwszym razem pracownicy sklepu poinformowali mnie, że oczywiście, że monitor HDMI będzie bez problemu współpracował z dekoderem TV, który ten port posiada - bzdura. O ile taki monitor będzie współpracował z jakimś komputerem/urządzeniem HDMI np. PlayStation3 albo innym Xbox to nie będzie współpracowało z dekoderem. Oczywiście jeśli TVN HD puścił film w jakości HD (jednak na pewno NIE FullHD) obraz jest ładny - w przerwach reklamowych i materiałach w SD masakra (i nie chodzi o jakość, ale o skakanie obrazu). Na szczęście tu z góry podejrzewałem, że mogą być problemy (bo gdyby było to takie oczywiste - każdy by to robił) i umówiłem się z obsługą na test sprzętu z opcją zwrotu. Co ciekawe nie byłoby problemu, gdybym mógł przynieść swój dekoder i wypróbować zestaw "na sklepie" - ale nie wolno.

Za drugim razem kupuję monitor z tunerem TV LED 24" LG, o którym pisałem w poprzednim poście - i wszystko, o ile nie pięknie (przeciętny sprzęt) to po prostu akceptowanie - dobra - zostawiam sprzęt w domu i usuwam folie ochronne i wtedy szok dół plastików popękany. Nie no ludzie! Mi naprawdę nie przeszkadza lekko popękany plastik, ale nie za 1000 zł, nie na NOWYM sprzęcie z fabryki LG! Ja mam dostęp do takiego używanego sprzętu i czasem wystarczy trochę poczekać, a coś się trafi tanio. Nie patrzy się wtedy na jedną czy drugą rysę o ile sprzęt działa. Ale na nówce w takim stanie tracę kilkaset zł na wejściu!

Oczywiście denerwująca przeprawa z obsługą sklepu, bo jak to tak, bo to nie możliwe, bo jakim cudem sprzęt nie został sprawdzony? A to takim cudem, że obsługa lampi się na transmisję z Euro i kilka razy usłyszałem tekst: Spokojnie - niech pan sprawdzi w domu - w razie czego wymienimy sprzęt od ręki!

To ja teraz powiem moim czytelnikom: NIE DAJCIE SIĘ NABRAĆ NA TAKI TEKST OBSŁUDZE SKLEPU! Niech was moja historia nauczy. Niech sprzęt przy was odpakują, sprawdzą, oglądnijcie, dotknijcie, czy co tam trzeba. Nie wierzcie pracownikom sklepów sieciowych mówiących, że w razie czego... bez problemu!

Mi się udało pieniądze odzyskać dzięki "negocjacji", nie ustąpieniu oraz faktowi, że dwa kolejne nowe monitory LG z tej partii, odpakowane z fabrycznej folii, sprawdzone przy pracownikach serwisu miały uszkodzone plastiki!

P.S. Na drugim blogu coś o wyłączaniu komórki po godzinach.

niedziela, 10 czerwca 2012

Monitor z tunerem TV

Dziś w końcu kupiłem monitor z tunerem TV o którym pisałem. Przypomnijmy stan poprzedni: stara jednostka desktop + monitor kwadratowy 17" do tego plazma 32". Nadal jestem dużym zwolennikiem plazmy a średnim entuzjastą LCD czy LED ale: mój TV miał już 3,5 roku, transformator bzyczał mi coraz głośniej, ponadto coraz mniej oglądam TV (ostatnio w ogóle nie oglądałem). W niedużym salonie dodatkowy punkt RTV zabierał mi mnóstwo miejsca a 32 calowy grat dominował nad średniej wielkości pomieszczeniem.

Nowe rozwiązanie to likwidacja punktu RTV i przemeblowanie pokoju tak, że punkt komputerowy/home office zupełnie zastępuje RTV (tak, jednak po długich namysłach i rozterkach oprócz biura zewnętrznego zostawiam sobie "awaryjny" home office).



Mam teraz wielki monitor LED 24" i zarazem mały telewizor w jednym - jednak negatywny efekt zmniejszenia przekątnej zrównoważyłem tak, że teraz ogląda się TV z mniejszej odległości. Oprócz efektu "odzyskania przestrzeni" zaletą jest jak dla mnie radykalnie niższy pobór prądu - kilkukrotnie mniej niż w plazmie - oraz sam fakt posiadania nowocześniejszego urządzenia z większą ilością funkcji, jedną z nich jest możliwość zupełnej likwidacji dekodera TVNK HD przez zakup dodatkowej karty rozszerzeń, co jeszcze bardziej zredukuje mi ilość gratów w pokoju (bawię się jak widzicie w pseudo-minimalizm).

Jako ciekawostkę dodam, że nie ma wielkiej różnicy kosztowej między rozdzielczością FullHD 22" i 24", nie ma także większej różnicy w pracy jako monitor komputerowy, mówię tu choćby o sposobie renderowania/wygładzania czcionek, ważnym dla osób siedzącym głównie przy tekstach, jest natomiast duża różnica (na plus) jeśli chodzi o oglądanie np. filmów - większy rozmiar jest fajny jeśli oglądam jakiegoś divx'a - także śmiało można kupić takiego giganta do zestawu desktopowego. Dramatyczna różnica w wygładzaniu czcionek jednak (jak na moje potrzeby) jest między przekątną 24" a 25". Zaledwie jeden cal różnicy wymusza zastosowanie takiej wielkości plamki/piksela, że komputer średnio sobie radzi z dobrym wygładzaniem. Czcionki się wyraźnie "krzaczą". Z tego powodu także nie mam zamiaru przesiadać się na większy sprzęt, albo stosować typowy TV w roli monitora.

Regularne oszczędzanie

Wszelkie działania oszczędnościowe opisane na blogu przynoszą korzyści małe, czasami zauważalne po długim czasie. Czytelnik może sobie czasem zadać pytanie - po co wobec tego oszczędzać? Czy ma to sens?



Kiedyś podjąłem temat czegoś, co prywatnie nazywam efektem skarbonki, lub efektem kumulacji:

Zakładamy skarbonkę. Rozsądne oszczędzanie – zamiast zadłużania się



Powyższe zdania przypomną nam o sile kumulacji drobnych oszczędności - przypomną nam też o sile kumulacji drobnych strat i długów. Warto bowiem unikać długów w konsumpcji domowej - takich gdzie kumuluje się nam dużo odsetek - kolejne raty, kolejne pożyczki, odsetki od odsetek... i potem zastanawiamy się gdzie się podziały nasze pieniądze.

Oczywistą oczywistością jest także fakt, że regularne oszczędzanie jest najskuteczniejsze. Co z tego bowiem, że w jednym miesiącu weźmiemy się w garść, oszczędzimy tu, oszczędzimy tam - a w następnym miesiącu przepuścimy wszystko na jakieś bzdury. Jeśli nasze oszczędzanie jest naprawdę regularne - wyrabiamy sobie dobre nawyki, jeśli ma charakter jednorazowego zrywu - nic z tego nie niestety będzie.

sobota, 9 czerwca 2012

Zaginiona cywilizacja czy kosmici w starożytności?

Często zastanawiam się i jednocześnie jestem zadziwiony faktem jak nikła wiedzę techniczną i ogólną posiada przeciętny zjadacz chleba i jednocześnie jak jesteśmy uzależnieni od wszelkich sieci technologicznych. Energetyka, ciepłownictwo, gaz, ropa, transport - to skomplikowana układanka. Co więcej układanka strasznie podatna na zniszczenie - np. katastrofy naturalne, itp. Nasza cywilizacja jest krucha jak skorupka jajka. Jak krucha jest możemy zobaczyć na przykładzie ostatniego tsunami w Japonii - dość dobrze udokumentowany kataklizm. A co by było gdyby nastąpił kataklizm globalny?

Zapewne ci, którzy by przetrwali nie potrafiliby odbudować cywilizacji w skali globalnej. Osoby z wyższą wiedzą ogólną i technologiczną także musiałyby jakoś przeżyć - przede wszystkim zapewnić papu sobie i swoim rodzinom - i niuanse i dawna pamięć o technologii w większości by zanikła. Zapewne stoczylibyśmy się w jakieś nowe średniowiecze.

Co by zostało po wiekach po naprawdę wielkiej katastrofie połączonej na przykład z jakimś zlodowaceniem, które skutecznie zmieliłoby na drobny żwirek i pył nasze wielkie miasta? Niewiele. Nieliczne dziwne artefakty będące kopiami, kopii prawdziwych gadżetów technologicznych. Mnóstwo dziwnych legend i mitów - opowieści o wojnach bogów w przestworzach, mity o aniołach latających na Księżyc, o herosach i innych pół-bogach zabijającymi błyskawicami, o miastach spalonych przez gniew bogów... czyli właściwie teksty, których jest pełno w dowolnej głównej księdze danej religii...

Czy zatem możemy nie być tą pierwszą cywilizacją techniczną na Ziemi? Jasne, to możliwe.

Poniżej coś na ząb dla znających angielski:



czwartek, 7 czerwca 2012

Czy czekolada jest zdrowa?

Lubię czekoladę, najbardziej lubię czekoladę gorzką, o największej zawartości kakao. Przeszukiwałem internet, od dawna czytałem różne publikacje i nigdzie nie natknąłem się na informacje, jakoby czekolada była niezdrowa. Czekolada jest zdrowa, pomaga w stresie - psychicznie i fizycznie oraz wzmacnia organizm i tyle... czekolady, najlepiej najlepszej jakości, nie wolno sobie czasem odmówić. Oczywiście należy zachować umiar. To jest tak samo jak z małą ilością dobrej jakości alkoholu - ludzie, którzy odrobinę piją, są statystycznie zdrowsi, szczęśliwsi i żyją dłużej... naturalnie z umiarem!



Jak dla mnie więcej szkód dla zdrowia i psychiki niesie ze sobą abstynencja, czy to od czekolady, czy symbolicznej lampki wina lub najwyższej jakości piwa. Zatem kiedy tu i ówdzie czytam jak niektórzy promują na swoich blogach ekstremalne wyrzeczenia, zupełne powstrzymanie się od przyjemności, w tym jedzenia czekolady - szlag mnie trochę trafia. Ci autorzy, propagatorzy czystości i świątobliwości, bowiem mogą wyrządzić więcej szkód niż pożytku. Jeszcze ktoś w to uwierzy i zacznie stosować posty, itp. A droga ze skrajności w skrajność jest bliska - w tym przypadku od czekoladowego postu zupełnego, do chorobliwego obżarstwa, które już może być niebezpieczne dla naszego zdrowia, jest dosłownie "milimetr".

Oczywiście ci którzy mają tendencję do tycia (tak jak ja) muszą uważać! nie wolno pościć - ale nie wolno posadzić tyłka na fotelu w samozadowoleniu. Chce się nam czekolady - proszę bardzo - ale trzeba to SPALIĆ! Nie ma wymówek - do roboty! do ćwiczeń!

A na innym blogu parę słów o pracy: Pełna Dyspozycyjność!

wtorek, 5 czerwca 2012

Szczur w toalecie!

Z pewnością zainteresuje was co zrobiłem kiedy szczur wyszedł mi z toalety i jak tego uniknąć... tak więc powiem wam, że szczury wychodzące z ubikacji to nie jest miejska legenda - to fakt, którego kiedyś doświadczyłem na własnej skórze (w sumie szczur doświadczył bardziej... ale o tym zaraz). Temat przyszedł mi do głowy, ponieważ przed chwilą była taka rozmowa na siłowni. Teraz siedzę, regeneruję się przy talerzu świeżych truskawek i piszę dla was ten post :)



Generalnie problem bierze się z tego, że do kibelka wyrzucamy resztki jedzenia, wylewamy niedojedzone zupy, itp. tworzy to ślad zapachowy, który jest drogowskazem dla szczura, że w naszym mieszkaniu jest pyszne jedzenie. A jak wylejesz do klozetu jakieś resztki po paście orzechowej, jakieś stare masło orzechowe... ulubiony zapach szczura... to niezapowiedziany gość w domu gwarantowany. Tak więc NIE wyrzucajcie jedzenia do toalety!

Nam szczur przedostał się do mieszkania dobrych parę lat temu, odpoczywam sobie i naglę słyszę krzyk Kobiety! Szczur! Szczuuuur! Zabij go.... Zrób coś z nim.... Zabij natychmiast!.

Życzenie wykonałem, ale gwarantuję wam - nie było to proste - chwyciłem kij treningowy (do sztuk walki) i polowałem na drania dobre pół godziny, szczur zaliczył kilka ciosów, polała się krew, bardzo odporna bestia, ale drań znalazł dziurę w zagruzowanym pionie (mieliśmy remont) i się schował. Dopiero po kolejnych godzinach szczur złapał się na naprędce przyniesioną z piwnicy pułapkę z serem posmarowanym nutellą.



Była to prawdziwie epicka i męska walka przypominająca wyczyny Conana Barbarzyńcy po którym mieszkanie wyglądało jak pobojowisko, ale za to moja Ukochana mogła spać spokojnie i to jest najważniejsze.



Swoją drogą tak to jest z Kobietami. Narzekają, że jesteśmy prostakami, że tylko sport, że filmy wojenne czy SF, że tylko siłownia i koledzy nam w głowie. A jak co do czego odzywa się atawistyczna reakcja: Zabij! Zabij to coś! i wtedy pragną tego agresywnego samca, który ze szczurem zrobi porządek!

P.S. Dziś specjalnie dla męskiej części czytelników, szczególnie "komputerowców" mam coś na deser: Jak zdobyć dziewczynę!

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Minimalizm

Czy wiecie, że od ponad 2 tygodni nie mam już telewizora... co prawda nie deklaruję tu przejścia na ekstremalny minimalizm i w końcu zamierzam go kupić, ale... jakoś mi się dziwnie do tego nie śpieszy.

Właściwie to mam zamiar kupić 24" monitor komputerowy z tunerem TV aby w razie konieczności podłączyć do niego TV na kartę HD... mam bowiem na przykład co jakiś czas gości, którzy bez TV nie wyobrażają sobie życia... ale ja... jak mówiłem wpadłem w jakiś tam racjonalny, bo racjonalny, ale "minimalizm" i jakoś dużo mi do szczęścia (i wypoczynku) nie potrzeba.



Oczywiście moja heca z TV zintegrowanym z zestawem PC to nie jest do końca minimalizm... to taki minimalizm człowieka zasobnego, może nie zamożnego, ale właśnie zasobnego, który nie ma problemów z wyżyciem od pierwszego do pierwszego i który nie musi się spinać, aby spłacić tony rat i pożyczek. Tak więc jak mówiłem, nie uważam zintegrowanego rozwiązania, czy np. multimedialnego e- czy i-gadżetu za jakiś prawdziwy minimalizm.

Minimalizm to ma mnich czy jakiś wieśniak na krańcu świata, który żyje w bielonej glinianej chatce, grzeje się kozą, oświetla świecą, a wszelkie multimedia to dla niego książka czytana w blasku dnia.

Minimalizm sterylnego wnętrza w apartamentowcu czy innej developerce to taki minimalizm, że aby go utrzymać potrzebujemy sprawnych wodociągów, sieci energetycznej, sieci gazowej, sieci kanalizacyjnej, całej miejskiej infrastruktury transportowej, dróg, komunikacji miejskiej... na taki minimalizm wielkomiejskiego "oświeconego" minimalisty pracuje wiele, ale to wiele ludzi i mnóstwo urządzeń... nawet jeśli w jego pokoju jest tylko karimata, japoński stolik, laptop oraz iPhone.

Tyle to po raz kolejny na temat minimalizmu. Post był krótki i zwięzły... ale przecież promuję w nim minimalizm... no nie?

P.S. A na blogu o mojej pracy w prześmiewczy sposób piszę dlaczego chcę mieć pod biurem schludny trawnik i ładnie podsypane iglaki.

P.S.#2 Na tymże blogu przypominam także o początkach swojej pracy - post pt.: Praca w domu

Kreacja własnego pieniądza "z niczego". Prawidłowa waluta barterowa.

Dziś opiszę prosty przykład prawidłowego wykorzystania waluty barterowej "stworzonej" samodzielnie. Nazwijmy ją zwyczajowo z angielska Time Dollar. Chcę pokazać, że tylko marazm, zapyzienie i zaszczucie społeczeństwa blokują nas przed efektywną kreacją jak najbardziej realnego i wymienialnego pieniądza.


Mamy dwie koleżanki - Justynę, germanistkę i Klaudię, sekretarkę w hurtowni. Justyna cierpi na brak czasu, przez prowadzone w tygodniu korepetycje - nie ma kiedy zrobić sobie zakupów, pójść do fryzjera, odpocząć. Sekretarka ma lżejszą sytuację czasową, natomiast pewien deficyt w budżecie domowym.

Mąż Klaudii mógłby awansować w firmie i zarobić więcej, ale wiąże się z tym powtórzenie niemieckiego - ale na lekcje nie ma pieniędzy (albo pracownikowi fizycznemu wydają się relatywnie drogie). Rozmawiali już nawet aby Justyna wzięła go w obroty, ale zawsze jest tekst "no to może od nowego roku". Prawdziwym powodem są papierowe pieniądze.

Prawidłowym wykorzystaniem 'waluty czasowej' byłoby w tym przypadku wspólne ustalenie postępowania. Klaudia w sobotę rano bierze pod opiekę dziecko Justyny na powiedzmy 3 godziny. Mąż Klaudii idzie do Justyny na niemiecki na 1 godzinę. Pozostałe 2 godziny Justyna ma wyłącznie dla siebie.

Powtarzając komentarz z posta: Jest ważna jedna rzecz - dokładne dogadanie się - relacje rynkowe muszą być w jakiś sposób zachowane!!!

Godzina opieki nad dzieckiem jest warta mniej niż korepetycje z niemieckiego dla męża koleżanki, z kolei te korki są warte mniej niż porady prawne u znajomego adwokata, lub wizyta lekarska.

Wszystkie strony wymiany muszą zaakceptować choć częściowy czynnik rynku. Waluta barterowa musi być tak samo realna w użyciu - jak monety w naszych portfelach - mimo, iż może mieć postać zapisu godzin w kalendarzu (bo czym to się różni od zapisie na koncie bankowym, o ile strony ufają sobie wzajemnie).

Godzina kopania ogródka, czy pomocy w remoncie nigdy nie będzie równa godzinie konsultacji specjalistycznych na wolnym rynku - i tak samo musi być w naszym systemie, aby system przetrwał.

P.S. Ten post jest kontynuacją artykułu o stworzeniu własnych, realnych pieniędzy - Time Dollars.

Jak oszczędzać

Dziś kolejna część odpowiedzi na pytanie "Jak oszczędzać" oraz próba zapisania tego w kilku prostych zasadach. Po ostatnich postach wiemy, że w oszczędzaniu nie warto się za bardzo spinać a wtedy działamy skuteczniej - mam to wypróbowane w praktyce.


Cel oszczędnościowy... nowy motocykl z dobrym silnikiem....?

- cel - oszczędzanie, jaka każde inne działanie musi mieć jasny i wyraźny cel, mając cel działamy skuteczniej - celem może być nowy samochód, nowy komputer celem może być też luźniejsze życie w dużym komforcie, przy mniejszych dochodach (downshifting)

- psychologia - nic nie oszczędzimy, jeśli przeciwko naszym działaniom jest rodzina - rodzina musi chcieć oszczędzać, musi znać, rozumieć cel i go popierać

- przystąpienie do działania - to nic że poczytamy sobie pakiet literatury motywacyjnej/inwestycyjnej, jest nawet taka kategoria ludzi zwana "ćpunami motywacyjnymi" - ludzi ci faszerują się pozycjami motywacyjnymi, które rzeczywiście fajnie nastrajają do działania i samo ich czytanie daje uczucie spełnienia - ale NAPRAWDĘ trzeba zacząć działać, aby to miało sens - przewertujcie zatem bloga - i zastosujcie jakiś patent który mówi "jak oszczędzać" tu i teraz, realnie, jeszcze dzisiaj :)

P.S. Apel, do którego jako Polak się przyłączam! Apel w sprawie polskich obozów koncentracyjnych.

niedziela, 3 czerwca 2012

Oszczędzanie w domu - złota zasada oszczędzania.

Zasada która ponownie opiszę dzisiaj ma zastosowane zarówno w finansach jak i zwykłym oszczędzaniu w domu. Post piszę jako odpowiedź na komentarz kolegi Arszu. A zatem myślałem o tym jak tu zobrazować zasadę oszczędzanie 8/10 o której mówiłem wcześniej i postanowiłem zająć się tematem, który i tobie i mi jest bliski - piwo. Przerobimy oszczędzanie w domu na przykładzie piwa.



Ja osobiście piję piwo sprzedawane w butelkach zmiennych (Namysłów 28 dni, Lwówek Książęcy) a czasem Żywiec lub Kasztelan, kiedyś natomiast w moim menu dominowało piwo puszkowe. Oczywiście staram się wykorzystywać te butelki wielokrotnie, kiedyś natomiast, kiedy piłem puszkowe, stare puszki zbierałem w skrzynce koło kosza i co jakiś czas wynosiłem do piwnicy - raz na jakiś czas pakowało się dwa worki sprasowanych puszek i wiozło do skupu, ewentualnie puszki wiozłem przy okazji "w prezencie" na wieś do znajomego, który je zbierał w garażu (w zamian za jedną, czy dwie przyjacielskie przysługi przy okazji, albo reklamówkę warzyw i zieleniny z ogrodu).

Butelki zmienne jako przykład

Ideałem byłoby ciągłe i stałe wykorzystanie butelek zmiennych, tak aby nigdy nie musieć płacić kaucji - jednak jest to trudne i frustrujące. Sklepy generalnie bardzo utrudniają używanie butelek zmiennych wymagając paragonów przy zwrotach, a kiedy próbujesz zwrócić butelkę bez paragonu (a połap się tu w dziesiątkach paragonów i kwitków!) często zaczyna się kretyńska dyskusja i sprzedawca patrzy na ciebie jak na zbieracza butelek, który im jakiś bilans magazynu zakłóci, albo gościa, który chce coś zakombinować - jakby to był wielki majątek - wkurza mnie to. Najłatwiej jest wybierać się na zakupy piwne z kompletem butelek zmiennych pod ręką, ale nie zawsze jest to po drodze i nie zawsze jest to wygodne.

Naprawdę bardzo wkurzające i frustrujące jest staranie się, aby w 100% wykorzystać butelki zmienne, czy to z powodów eko jako surowiec wtórny, czy to z powodów oszczędności jako oszczędzanie na kaucji. Najczęściej przy koszu zbiera się mała galeria butelek, która śmierdzi i nieziemsko wkurza moją Kobietę, mającą manię czystości (o niebo lepsze to niż syfiarstwo, ale czasem mnie nieźle wpienia). Zatem unikam tego.

W gospodarce butelkami zmiennymi przyjmuję zasadę 8/10, co w praktyce, i najprostszej proporcji, oznacza że daną butelkę średnio używam 5 razy, z czego 4 razy staram się ją zwrócić a za 5-tym razem wyrzucam (wystawiam pod śmietnik zbieraczom). Naturalnie to jakaś średnia tendencja, a nie obsesyjne liczenie poszczególnych sytuacji użycia - po prostu kiedy co jakiś czas robi się generalne sprzątanie, albo robię sobie jakiś post piwny z powodów treningowych - butelek pozbywam się bez żalu.

Tą zasadę można zastosować np. do płatnych reklamówek, puszek aluminiowych jeśli się je zbiera, aby obsesyjnie nie dążyć do zagospodarowania każdej puszki, (np. zawsze zabierając z powrotem do domu swoje puszki, po piwnej wizycie w ogródku sąsiada, itp., czy wyciągając swoje puszki omyłkowo wrzucone do kubła na śmieci).

Nie starając się dobić do 100% w oszczędzaniu dajemy sobie pewien luz. Przyjmujemy sobie złotą zasadę 8/10 czy też 80% skuteczności i nie frustrujemy się, jeśli nie wszystko pójdzie idealnie. Nasze oszczędzanie staje się wtedy zyskowne i skuteczne, przy minimum wysiłku.

P.S. A tutaj, na blogu pomocniczym, kilka kolejnych przemyśleń o piciu piwa na ławce i akcjach policji.

Kuchenka mikrofalowa - oszczędność... szkodliwość... feminizm.

Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad tym, czy kuchenka mikrofalowa jest oszczędna. Wiele słyszę o tym, że mikrofalówka to same zło, raz na jakiś czas ktoś straszy rzekomą szkodliwością mikrofalówki. Jest to dla mnie ciekawa kwestia do rozpatrzenia.



Oszczędność mikrofalówki jest dla mnie ewidentna przy jednym warunku - nie używam jej do robienia potraw, bo wszystko zrobione w mikrofali smakuje jak guma, albo stary kapeć (nie... nie jasłem starego kapcia... ale wyobrażam sobie jak może smakować)! Używam jej jedynie do podgrzewania i rozmrażania wcześniej zrobionych już dań.

Na przykład dopiero co piłem kubek prawdziwego, pysznego barszczu, który ugotowała Kobieta (tak moje drogie futrzaczki i inne kobiety wyzwolone - gotowanie pysznego barszczu to u mnie obowiązek Kobiety - a mój to zachwycenie się nad jego doskonałością). No więc barszcz ten wlałem do kubka i podgrzałem w mikrofalówce. Klik.. klik... i gotowe.

Normalnie musiałbym zlewać tę odrobinę zupy do osobnego garnka, podgrzewać na gazie, zapewne nie wycyrklowałbym z ilością i przelał za dużo wylewając/marnując część zupy... albo w pospiechu zalałbym jakiś "gorący kubek" pełen chemii. Po co mam brudzić dodatkowy garnek przysparzając Kobiecie więcej zmywania? (I nie mówcie, że jestem seksistowskim samcem, goniącym Kobietę do zmywania! Dziś alternatywą w podziale obowiązków jest czyszczenie i mycie nieźle zarypanej po szpachlowaniu klatki schodowej połączone z przestawianiem gratów w zaszczurzonej piwnicy! No co? Mamy równouprawnienie i partnerstwo w związku, no nie? No więc w ramach równości płci dziwnym trafem ja biorę do uprzątnięcia ten gorszy - typowo męski - syf.)

Ta układanka staje się bardziej złożona, jeśli chcę sobie na przykład podgrzać niedojedzony obiad + ciepłą zupę w kubku. To jest po prostu szybkie i bez brudzenia tony naczyń (choć czasem po kawalersku wrzucam wszystko na 1 patelnie).

Co do szkodliwości - na pewno jest to szkodliwe jeśli się przebywa bardzo blisko mikrofalówki - albo jest ona źle zamontowana w kuchni - np. siedzimy z tyłu półki gdzie jest mikrofalówka. Generalnie mikrofale powodują poruszanie się cząstek podgrzewanego jedzenia i wzrost temperatury - jeśli wyłączymy mikrofale - zjawisko ustaje. Mikrofale są szkodliwe w czasie dziania, jednak u mnie w domu wszyscy mają wdrukowane, że przy pracującej mikrofalówce się nie stoi, kuchenka jest także schowana za załomkiem komody w której trzyma się naczynia. Biorąc pod uwagę zabezpieczenia kuchenki nic nie ma prawa zaszkodzić.

P.S. A tutaj, na blogu pomocniczym, kilka kolejnych przemyśleń o piciu piwa na ławce i akcjach policji.

sobota, 2 czerwca 2012

Oszczędzanie i perfekcjonizm.

Dosyć często spotykam się z oszczędzaniem radykalnym, takim oszczędzaniem, że persona oszczędzająca nie popuści nigdzie i wszędzie. Musi być ideał, musi być perfekcja, 100% normy wyrobione. Tymczasem życie jest nieco inne, nie jest idealne, ani w pracy (przynajmniej w polskiej pracy) ani w domu. Co więcej im bardziej się staramy, aby wszystko było na perfect - tym wydawać by się mogło, że więcej rzeczy idzie nieoptymalnie.

Ja staram się aby moje oszczędzanie - i w domu, i w pracy i w finansach CELOWO nie było optymalne. Dążenie do perfekcji jest bowiem w polskich warunkach nierealne, stresujące i budzi frustracje. Dlatego NIE MUSZĘ mieć wykorzystane 100% zasobów domowych (czyli NIE tak by się nic nie marnowało), NIE muszę mieć wykorzystane optymalnie 100% czasu pracy (czego dowodem jest istnienie tego i TEGO TUTAJ bloga), NIE muszę mieć 100% moich finansów idealnie alokowane na zespole kont i przynoszące optymalny dochód.

Koleżanka futrzak napisała mi wczoraj, że ja nie jestem profesjonalistą. To pewnie miał być z jej strony taki figielek dyskusyjny aby się nieco podroczyć, ale lepiej by nie utrafiła. Przypadkiem wyszło coś mądrego. Ona ma tu rację ja NIE JESTEM profesjonalistą, co więcej NIE CHCĘ być profesjonalistą, nie chce być profesjonalistą-stachanowcem odwalającym 100% normy, ani w oszczędzaniu, ani w pracy. Nie w Polsce. :-)



Do czego zatem dążę? Myślę, że w działaniu optymalnym jest poziom 8/10, czy jak ktoś woli 80%. Czyli 80% moich zasobów, pieniędzy, godzin zawodowych niech sobie będzie wykorzystane, reszta 20% nieistotna. Jak się da coś z tymi zasobami zrobić - super. Jak się nie da - też dobrze. Ale w gruncie rzeczy staram się podchodzić do rezultatów pow. 80% obojętnie.

Zasada jest taka, że zazwyczaj aby celowo, perfekcjonistycznie i uparcie wykorzystać te pozostałe 20% zasobów i dobić do 100% normy tracimy 80% naszego czasu, energii i nerwów. Nie warto na siłę. Trzeba żyć, a nie robić za perfekcjonistę, profesjonalistę, stachanowca!

piątek, 1 czerwca 2012

Oszczędzanie

Właśnie z okna widzę grupę młodych ludzi, którzy zapragnęli pobawić się w "oszczędzanie". Teoretycznie powinno mi być miło, że ludzie wybierają "oszczędzanie", przecież to "misja bojowa", którą przekazuje ten blog :)

Eeeeh... szkoda tylko, że chłopaki poszli w "chorobliwe oszczędzanie" a nie "racjonalne oszczędzanie". Przeliczyli sobie, że za piwo w Żabce zapłacą 2x mniej niż w pubie, który także w tej chwili widzę ze swojego okna. A zamiast siadać na ławce trzeba było usiąść w ogródku w pubie, dosłownie rzut beretem obok.

Koszt najtańszego piwa z beczki to 6 zł. Koszt piwa na ławce to 3 zł + 100 zł haraczu dla policji, która właśnie w tej chwili wypisuje im mandaty. 100 zł na łebka... oj nietęgie chłopaki mają miny, nietęgie.



Chłodne i orzeźwiające piwo to wszakże coś co się człowiekowi w piątek wieczorem należy z urzędu! No nie? Aby jednak nie propagować tu nadmiernie picia alkoholu wklejam zamiast plakatu z zimnym piwem demotywator, który was równie dobrze ochłodzi i orzeźwi (na ile się da przez Internet). Życzę miłego wieczoru, bez takich niespodzianek, jak bohaterzy postu.