wtorek, 31 lipca 2012

Racjonalne oszczędzanie czyli co? Wpis gościnny.



Oszczędzanie – słowo swego czasu nacechowane mocno pejoratywnie. W tle przelatuje obraz biedy. Smutnych ludzi o szarych obliczach, którzy licząc każdy grosz, zastanawiają się, czy wystarczy do kolejnej wypłaty. Często niestety nie uda się związać końca z końcem. Jak wygląda to ich oszczędzanie? Zastanawiałeś się kiedyś na tym, a może poczyniłeś już własne obserwacje?

Ile razy widziałeś biedaka z puszką coli w jednej ręce, a w drugiej trzymającego fajkę Marlboro? Ile razy zastanawiałeś się nad tym, dlaczego właśnie w ten sposób wydaje swoje pieniądze? Pewnie jesteś przekonany, że będąc na jego miejscu, na pewno postępowałbyś zupełnie inaczej. Bo jesteś przekonany, prawda?

Tutaj właśnie dochodzi do głosu drugi człon – racjonalne – czyli po prostu z głową na karku. Myślisz, analizujesz, porównujesz, planujesz. Brzmi trywialnie, że niby nic trudnego? Kiedy jednak rozglądniesz się dookoła, zobaczysz, że większość ludzi nie jest w stanie racjonalnie zarządzać swoim budżetem. Otacza ich masa niepotrzebnych rzeczy, wyrzucają przeterminowane jedzenie do kosza, jeżdżą samochodem do sklepu na rogu. W ich domu zapewne często pali się zbyt dużo żarówek, mimo że domownicy zgromadzili się w jednym tylko pokoju. To tylko kilka prostych przykładów. Na pewno ci, którzy siedzą w tematyce oszczędzania, są w stanie wymienić ich setkę, a może nawet więcej.

Skąd to się bierze? Gdzie tkwi problem? Bo przecież ci ludzie wcale nie są głupi, czasem wręcz przeciwnie - powalają swoim intelektem na kolana. To nie kwestia mądrości i głupoty. Ani tego, czy mieszkasz w wielkim mieście czy na wsi. To nie jest nawet kwestia ilość zer na koncie. Zdziwiony?



Wszystko rozbija się o podejście do przedmiotów i swoich pieniędzy. Niektórzy wierzą w to, że nic tak nie poprawia humoru jak zakupy. Są też tacy, którzy pędzą po nowy sprzęt dzień po jego premierze, bo muszą być na bieżąco. Istnieje też grupka osoby święcie przekonana o tym, że to właśnie materialne przedmioty świadczą o sukcesie w życiu, nie przejmując się faktem, że większość z tego dobytku wzięta została na kredyt. A wystarczy tylko delikatnie zmienić swój kurs, sposób myślenia. Naprawdę ten niewielki krok może przyczynić się małej rewolucji.

Jeśli zaczniesz ceny przedmiotów, którymi chcesz sobie poprawić nastrój, a w głębi duszy zdajesz sobie sprawę, że nigdy tej sukienki nie założysz, przelicza
na Twoją pracę. Taki prosty przelicznik – ile musisz pracować na tą zwiewną suknię? Godzinę? Dwie? A może już 3 dni? Czy ona jest tego warta?

Jeśli przestaniesz uciekać od problemów. Przestaniesz budować mur z przedmiotów wokół siebie i skupisz na tym, co nie do końca materialne. Na swoich bliskich chociażby. Bardzo szybko zauważysz, że to nie przedmioty i pieniądze są w życiu najważniejsze, choć często są źródłem konfliktów. Spróbuj, sparafrazować zdanie – jem po to, aby żyć. Ale nie żyję wyłącznie po to, aby jeść.

Nie namawiam Cię do minimalizmu, wyrzucania swoich przedmiotów i życia z dwiema parami spodni na krzyż. To nie o to chodzi. Takie podejście jest jakby drugą stroną materializmu, bo też rzeczy są w centrum uwagi, prawda?



Chodzi mi o znalezienie równowagi. O wyznaczenie swoich priorytetów w zgodzie z własnymi wartościami. Po prostu, tyle. Nie bądź skąpcem, ani też przesadnie rozrzutnym. Znajdź equilibrium.

Zarządzaj racjonalnie swoim budżetem domowym, inwestuj, oszczędzaj. Warto się tego nauczyć, jednak spróbuj to jakoś zautomatyzować. Niech jakiś procent Twojej wypłaty zostanie przelany na konto oszczędnościowe. Bądź panem swoich finansów, jednak nie poświęcaj im całej swojej uwagi. Wystarczy, że raz poświęcisz trochę czasu na zmianę swoich nawyków np. zakupowych. Nie daj się wpędzić w dziwne koło, nie szukaj co rusz lepszej lokaty. Kontroluj raz na kwartał.

Przez pozostały czas skup się na tym, co naprawdę ważne.

Grafika: Adnan Yahya, Ben.Millett, Pimlico Badger

__________________________________________________

Z czym kojarzą Ci się żonkile? Te żółte kwiaty? Tym, którzy mieszkają w Krakowie zapewne tak samo jak i mnie, na myśl przychodzi jedno wyjątkowe miejsce. Miejsce, które jest dla wielu ostatnim przystankiem w ziemskiej wędrówce - Hospicjum św. Łazarza. Żonkile jako symbol nadziei od wielu już lat są nieodłącznym elementem wiosennego wystroju Grodku Kraka. W tym czasie corocznie organizowana jest akcja Pola Nadziei, kiedy to wolontariusze kwestują z puszkami w ręku i wręczają darczyńcom żonkile. Zebrane pieniądze przeznaczane są na utrzymanie i działalność hospicjum.

Kiedy Admin zasugerował, że powyższy wpis pasuje do jego konkursu, chciałam odmówić. Potem jednak przyszła prosta refleksja. Może ktoś kliknie w ten baner i pomoże komuś bardziej potrzebującemu? Pola Nadzei niedawno się skończyły. Jednak Hospicjum św. Łazarza w Krakowie wciąż z wdzięcznością przyjmie finansowe i nie tylko wsparcie. Dlatego też pod tym wpisem znajdziesz link do strony hospicjum, na niej znajdują się dane kontaktowe i numery kont. Proszę, zajrzyj tam.

Śmierć to nieodłączny element naszego życia. Jedni się rodzą, inni umierają. Ten drugi fakt trudno zaakceptować. Człowiek się buntuje, chce uciekać, krzyczeć i płakać. Nigdy się z tym do końca nie pogodzi. Nigdy. Jednak z czasem przychodzi refleksja. Chcemy, aby to pożegnanie z tym światem dla naszej bliskiej osoby było jak najbardziej spokojne i godne. Dla wielu osób to właśnie hospicjum jest tym ostatnim przystankiem. Nie odwracaj wzroku od śmierci innych, proszę.



Autorką wpisu jest Olga z blogu http://minimalistkaa.blogspot.com/, która swoją wygraną w konkursie chciałaby przeznaczyć na stronę: http://www.hospicjum.krakow.pl

uaktualnienie co do zasad konkursu:

P.S. Zdecydowałem, że oprócz głównych wygranych konkursowych przyznam dodatkowe wyróżnienia, a dodatkowa nagroda zostanie przekazana na blogu http://zalozenie-firmy.blogspot.com, który od bardzo niedawna prowadzę i który zyskuje coraz większą popularność. Szczegóły ujawnię jednak dopiero po oficjalnym zamknięciu przyjęć do konkursu.

poniedziałek, 30 lipca 2012

Życie bez samochodu. Wypowiedź konkursowa.

Nie mam samochodu i mieć nie chcę, bo to są dodatkowe koszty i wydatki, ubezpieczenia. U prezesa jestem kierowcą przez większość roboty i chce mieć spokój po robocie. Całe życie jestem kierowcą, ale wszędzie chodzę pieszo po robocie i przynajmniej się ruszam fizycznie. Miasto jest małe i wszędzie jest blisko. Jak potrzebuje samochodu to każdy w rodzinie ma samochód i mnie podwiezie, ale to i tak częściej ja ich wożę ich samochodami jak wypiją. Jak bym potrzebował, to bym kupił samochód, ale mam dość samochodów. Na tym mogę oszczędzać.

Autorem wypowiedzi jest K., który ewentualną wygraną chce oddać na stronę historyczną: http://www.lubin82.pl/.



Odnoście poglądu K. o samochodach osobiście się nie zgadzam i wydaje mi się, że po specu samochodowym nawet wszyscy oczekują posiadania jakiejś wypasionej fury, a tu niespodzianka.

Swoją drogą w konkursie jak na razie dominują dość krótkie wypowiedzi :) na szczęście rzeczowe i na temat.

P.S. Na blogu firmowym parę słów o moich początkach i trochę prawdziwej demotywacji.

niedziela, 29 lipca 2012

Kredyt mieszkaniowy, dwoje dzieci i jedna pensja. Wypowiedź konkursowa.

Oszczędzanie powiadasz... Odkąd mamy kredyt mieszkaniowy, dwoje dzieci i jedną pensję mocno praktykujemy oszczędzanie. Ale to nic wesołego. To raczej smutne, że trzeba się tak bardzo ograniczać. No ale po to właśnie jest hobby żeby między innymi do takiego oszczędzania wprowadzić odrobinę radochy. Poza tym my potrafimy ostro przycisnąć z jednym żeby spełnić jakieś swoje marzenie. Ja mogę nie kupić przez 6 lat spodni ale MorphOS musi być. Po prostu MorphOS sprawia mi radochę wielokrotnie większą niż spodnie.



Do tej krótkiej, ale mocnej wypowiedzi podpuściłem Mariusza Włodarczyka, programistę firmy www.encore-games.com, wspomniany MorphOS jest natomiast komercyjnym klonem systemu AmigaOS.

Posiadacze mobilnych iGadżetów firmy Apple - odwiedźcie stronę Mariusza i za 0,99$ kupcie jego rewelacyjną grę!

Odnośnie konkursu - post ze szczegółami siłą rzeczy spadł ze strony głównej bloga, ale jest dostępny pod boksem AdTaily.

P.S. Przesyłam podziękowania użytkownikowi AdTaily, który już regularnie wykupuje na blogu reklamę "Kontrakt Rentierski" (box po prawej). Pozdrawiam.

Zmiana taryfy energetycznej. Wypowiedź konkursowa.



Energia elektryczna

Warto dla własnych potrzeb zmienić taryfę energetyczną. Dziś nie
powinno stanowić to problemu, niemal wszyscy dostawcy energii elektrycznej
mają coś do zaoferowania. Sam zauważyłem że znacznie poprawiła się
obsługa klienta w końcu mamy wybór kto nas ma pieścić prądem ;)

Poza standardowym i chyba najpopularniejszym korzystaniem z energii gdzie
cena przez całą dobę 24/24 waha się w okolicach 0,60zł/1kWh dla mnie
interesujące okazały się inne rozwiązania.

Pierwszym z nich to taryfa 12/24 podzielona na dwie strefy czasowe :
dzienna obowiązująca w godzinach (7-13 , 15-21), i nocna (13-15, 21-7)
i o ile w dzień prąd jest droższy od tej zwykłej najpopularniejszej
taryfy bo wynosi ok. 0,70zł/1kWh zamiast 0,60zł, to w nocy do której
zalicza się również dwie godziny popołudniowe 13-15:), cena spada aż o 50%
i wynosi ok. 0,30zł/1kWh.

Dziś większość urządzeń można bez problemu programować, pralki,
zmywarki, zamrażarki, kuchenki, jakieś bojlery na wodę, ładowanie
telefonów, laptopów i zmusić je do pracy w atrakcyjnych godzinach, a
nawet pokusić się na dogrzewanie/ogrzewanie mieszkania.

Opcja druga to trochę inne godziny gdzie w dzień jest jeszcze drożej
blisko 0,80zł/1kWh ale za to w nocy i całą sobotę z niedzielą
włącznie niecałe 0,30zł/1kWh. Ktoś kto dużo pracuje i bywa w domu
nocą a odpoczywa weekendy albo ma weekendowy domek to ciekawie się to
prezentuje.


Autorem wypowiedzi jest arszu z bloga http://tombula.wordpress.com/

sobota, 28 lipca 2012

Patent na oszczędzanie wody. Wypowiedź konkursowa.

Pomyślałem,że warto napisać o moim domowym sposobie na oszczędzanie wody. W umywalce w łazience wstawiłem małą miseczkę która służy do zebrania wody podczas mycia rąk, aby potem zalać sedes po załatwieniu się - na "siku" taka ilość w zupełności wystarcza. Może oszczędność niewielka ale zawsze.



Ponadto staramy się zbierać wodę po praniu z pralki automatycznej (wstawiamy dużą podłużną miskę i wiadro do wanny i doprowadzamy tam wąż odpływowy) i używamy ją potem do powyższych celów czy też do mycia podłogi na klatce schodowej. Mam nadzieję że Pana nie obrzydziłem, niemniej te patenty sprawdzają się u mnie w domu od lat i pomyślałem, że warto je Panu przekazać. Z pozdrowieniami Paweł - czytelnik Racjonalnego Oszczędzania i innych Pana blogów.


Nie jest to dla minie obrzydliwe - to nie są odpady chemiczne, tylko nasza własna "szara woda". Dziękuję za komentarz i zapraszam pozostałych czytelników do zabawy.

Jeśli ktoś nie posiada, lub nie potrzebuje promocji własnego "miejsca w sieci" można przekazać ewentualną wygraną osobie znajomej, która ma swoją www lub podarować na jaki projekt dobroczynny, lokalny, kampanię społeczną, proekologiczną, itp.



P.S. Paweł chciałby wesprzeć stronę http://www.hospicjum-samarytanin.pl/ - HOSPICJUM DOBREGO SAMARYTANINA W LUBLINIE.

piątek, 27 lipca 2012

Konkurs na blogu!!! Do wygrania łącznie 35.000...

Na blogosferze jest moda na konkursy, więc i ja ogłaszam konkurs! Wziąć udział może każdy, natomiast co do nagrody będzie nią dość konkretna rzecz, która każdemu autorowi bloga, ew. każdej innej osobie, która posiada w internecie swój blog, www, sklep internetowy, itp. może się przydać, a mianowicie ekspozycja reklamy* w boksie AdTaily, któy widzicie po prawej stronie.



Miejsce pierwsze: 20 tysięcy odsłon.
Miejsce drugie: 10 tysięcy odsłon.
Miejsce trzecie: 5 tysięcy odsłon.

Przedmiotem konkursu jest dowolna (nawet krótka) wypowiedź na temat szeroko pojętego oszczędzania, oszczędnych zakupów, patentów na oszczędzanie, którą będę mógł opublikować w formie cytatu lub postu gościnnego.

W konkursie mogą brać udział wypowiedzi, lub posty nowe, nie będące kopiami wypowiedzi z waszych blogów, lub opublikowanych już komentarzy. Konkurs jest czysto subiektywny, natomiast będę mocno brał pod uwagę opinię i głosy czytelników.

Wystarczy wysłać wypowiedź mailem lub umieścić ją w komentarzu, ze wskazaniem, że dotyczy konkursu. Mail: rwks(malpa)tlen.pl

*wygrana stanowią realne odsłony reklam, nieblokowane filtrami antyreklamowymi.

P.S. Konkurs zostanie zamknięty w sobotę 4 sierpnia o godz. 20.00.

Porządek na biurku

Od niedawna staram się utrzymywać porządek na biurku, choć w tej kwestii byłoby jeszcze dużo do zrobienia. Oczywiście zawsze starałem jako tako ogarnąć się ze wszystkim i co jakiś czas były 'sesje sprzątania', ale nie miało to charakteru systemowego. Ot, nawarstwiło się wszystkiego co można na tyle, że uniemożliwiało to dalsze funkcjonowanie.


Teraz dbam o porządek na biurku w sposób systemowy, stale - staram się stawiać w sytuacji klienta, który wchodzi do mojego biura i widzi co się dzieje. Postawienie się w takiej sytuacji - taka psychologiczna zabawa - wiele wyjaśnia co do aktualnej sytuacji.

Niestety, możesz być profesjonalistą/profesjonalistką o wysokim poziomie kompetencji - klient lub kooperant będzie na ciebie jednak patrzył przede wszystkim przez pryzmat tego co widać na pierwszy rzut oka: biuro, jego wyposażenie, porządek, samochód firmowy, strój, poziom higieny osobistej, zapach...

Zaryzykuję twierdzenie, że często dla klienta liczy się przede wszystkim otoczka i atrakcje wizualne, a mniej rdzeń usługi i jej jakość.

czwartek, 26 lipca 2012

Jak zgolić głowę na łyso?

Właśnie ogoliłem głowę na łyso. Kompletne jajo, zero mm, glanc i błysk. Napiszę zatem jak tego cudu dokonałem.

Po pierwsze skróciłem odrobinę włosów, które miałem maszynką fryzjerską, tak się zwykle strzygę i zostawiam na krótko. Do tego zostawiam sobie brodę jak na obrazku poniżej.



Tym razem jednak postanowiłem pójść krok dalej i zużyć żel do golenia, który kupiłem w promocji z kompletem maszynek z elastycznymi ostrzami. Znalazłem już użyte raz maszynki w kosmetyczce, pewnie za słabe już do zarostu na twarzy, dobre jeszcze do zgolenia czaszki.

Zatem na mocno przystrzyżoną już głowę (to konieczne, gdyż dłuższe włosy blokują maszynki, co grozi zacięciem!) nałożyłem żel i pojechałem maszynkami jednorazowymi.



Finalnego procesu dopełniła Kobieta, z nutą dezaprobaty oglądając moja łysinę, czy nie została jakaś niedogolona kępka i korygując co nieco.

Jak się teraz czuję taki łysy z małą brodą? Zarąbiście! I wam polecam. (To znaczy Panom polecam, a nie moim uroczym czytelniczkom!) No i oczywiście jest oszczędnie, bo zanim kłaki odrosną - trochę spokoju będzie.

Tak czy inaczej fryzjer na mnie nie zarobił :>

Offtopowo: Nawiązując do dawnej dyskusji linuksowej polecam małe co nieco: Dlaczego warto używać systemu Linux? Programy, licencja i prawo.

środa, 25 lipca 2012

Rezygnacja z opłacania abonamentu RTV. Dylematy moralne.

Co jakiś czas spotykam się z potępieniem osób nie opłacających abonamentu RTV. Sypia się gromy od przekonanych do idei zagorzałych abonentów. Pojawiają się argumenty o nieuczciwości i złodziejstwie tych, który nie płacą. Czy to ma sens? Weźmy pod uwagę trzy prawdziwe przypadki z mojego otoczenia. Pozwólcie, że imiona delikwentów zmienię. Dyskrecja obowiązuje.

1. Paweł jest singlem, mieszka samemu, więcej jest w pracy niż w domu. Paweł posiada wielki telewizor, coś koło 50". Telewizor jest podpięty do DVD i Bluraya i zestawu audio. To jest kino domowe. Wypożyczalnia filmów jest tuż obok, a i własna kolekcja jest pokaźna (oryginały).

Paweł ma TV Sat niemiecką. Tylko. Nie ma ani jednego polskiego kanału, a na pewno żadnego kanału TVP. Telewizje niemiecka ogląda też sporadycznie, tylko w celu osłuchiwania się z językiem. Paweł nie korzysta z usług Telewizji Polskiej.

2. Damian posiada TV i podstawowy pakiet kanałów, ale jest kontrkulturowcem niechętnym państwowym mediom. Nie ogląda kanałów TVP, nie słucha państwowego radia. Z resztą prawie nie ma na to czasu. W przeciwieństwie do mnie ogląda głównie TVN24 i CNBC, czyli właściwie w 99% wiadomości. Kolejna osoba nie korzystająca z TVP.

3. Maciek jest ascetą co TV sprzedał i telewizji nie ogląda. Z resztą tak jak w przypadku kolegów powyżej wszyscy pracują - tak jak całe moje pokolenie gonią trochę za kasą. No więc Maciek TV się pozbył i się chwali w towarzystwie, że on jest antytelewizyjny. Tak jak powyżej wspomnieni koledzy jest przekonany, że nie musi już opłacać abonamentu na TVP i nie opłaca.

Ale czy słusznie? Maciek posiada monitor komputerowy, ledówka, kupiony niedawno. Tak się składa, że większość nowoczesnych monitorów z lepszej półki, czyli na pewno monitor dla grafika, ma wbudowany tuner DVB-T, co w świetle prawa i aktualnej cyfryzacji sprawia, że posiadany monitor JEST telewizorem. Abonament jest jednakże przymusowy dla wszystkich osób telewizor posiadających.

Pomijając te przypadki, chciałbym jeszcze wspomnieć przykład grajka na wrocławskim rynku z poprzedniego postu - proszę zerknąć i przemyśleć to.



Natomiast JEDEN argument jest MIAŻDŻĄCY dla orędowników konieczności opłacania abonamentu! bardzo prosty argument. Otóż dlaczego Telewizja Polska, przy okazji cyfryzacji nie wprowadzi powszechnej telewizji na kartę? Jeśli ktoś chciałby oglądać kanały TVP realizujące rzekomo jakaś misję (Seksmisję? Mission Impossible? heh) to poszedłby sobie do kiosku, kupił zdrapkę albo kod - tak jak to robimy z naszymi telefonami komórkowymi i by oglądał.

Oczywiście można by zostawić jeden kanał darmowy - misyjny - z wiadomościami, komunikatami rządowymi i transmisjami z pracy sejmu/rządu. Reszta płatnie dla chętnych aby oglądać misyjne programu typu. Kłamanie na Śniadanie, serial Zakrystię czy inny Taniec Wywijaniec z ulubionymi celebrytami z Pudelka.

Dlaczego tego nie zrobią? To takie proste i uczciwe. Nie zmuszałoby do opłacania abonamentu RTV ludzi którzy tego nie chcą i nie korzystają.

Sprzeciwianie się nieuczciwemu i niemoralnemu, przymusowemu haraczowi jest etycznie właściwe. Według mnie osoby starające się nie płacić abonamentu nie mogą być potępiane, obrażane ani krytykowane. Tak samo jak nie wolno krytykować chłopaczka, który nie chce oddać swojej komóry, albo przysłowiowego piątaka dresiarzom z osiedla w zamian za spokój i "ochronę".

wtorek, 24 lipca 2012

Czy ściąganie filmów i muzyki z sieci jest legalne?

Jestem teraz po pracy i właściwie przed pracą. Za chwile czeka mnie kończenie remontu, ale póki w szklance jest jeszcze zawartość bączka z etykietą Noteckie Jasne napiszę parę słów. Oczywiście temat będę zgłębiał nadal i proszę nie traktować tego co napiszę jako oficjalna wykładnię prawną oraz wytyczne co należy robić. Każdy z was jest odpowiedzialny za własne czyny.

Otóż z dzisiejszego przeszukiwania sieci i artykułów w tej kwestii wynika, że ściągnięcie filmu z sieci na własny niekomercyjny użytek i posiadanie tego w domu jest legalne pod warunkiem, że dzieło zostało publicznie udostępnione (czyli po premierze filmu lub płyty).

Kilka cytatów z tech.wp.pl:

Zgodnie z prawem takie działanie można bowiem uznać za dozwolony użytek osobisty. Art. 23 ustawy o prawie autorskim mówi, że wolno nieodpłatnie korzystać z już rozpowszechnionego utworu.

Pobieranie plików z internetu na własny użytek nie łamie prawa, bo mieści się w granicach dozwolonego użytku. Policja nie kontroluje osób, które mają na komputerze filmy i muzykę, którą ściągnęły z sieci.

...podstawowa reguła korzystania z dozwolonego użytku jest taka, że dokonywana na jego podstawie eksploatacja utworów nie może mieć na celu osiągnięcia korzyści majątkowej


Przeszukam temat raz jeszcze - natomiast słuchanie muzyki z sieci czy oglądanie materiałów wideo na użytek własny, bez osiągania z tego korzyści majątkowych, nie wydaje się kradzieżą wedle polskiego prawa, co imputuje mi kol. sceptyczny w przedostatnim poście o pseudo-koneserze Raczku obrażającym internautów.

Nielegalne, lub na granicy prawa natomiast wydaje się rozpowszechnianie utworów, np. udostępnianie posiadanych materiałów innym internautom. Tu można mieć kłopoty, dlatego nie radze nikomu rozsyłać po sieci posiadanych na dysku filmów i muzyki.

Jak piszę - nie jestem prawnikiem - temat będę zgłębiał dalej i podzielę się z wami moimi wnioskami. Jak pisałem w przedostatnim poście jednak, w komentarzach, prawo autorskie jest zawiłe, niejasne i nieprecyzyjne. Prawo autorskie jest także stosunkowo nowym prawem - zupełnie nie osadzonym jeszcze w naszej kulturze.

Osobiście jestem daleki od wyzywania kogoś od złodziei czy frajerów, bo ściągnął z sieci film czy mp3.



Z prawem autorskim wiąże się wiele nierozwiązanych dylematów.

Dajmy na to idę sobie po wrocławskim rynku. Na chodniku siedzi grajek i gra. Przed grajkiem micha na datki pieniężne.

Kiedy jestem zobowiązany uiścić grajkowi opłatę za wykonywaną muzykę?

W momencie kiedy przechodzę i słyszę muzykę, czy po wysłuchaniu 50% melodii? A może jeśli wysłuchałem piosenkę od jej początku do końca - czyli 100% utworu? A co jeśli muzykant płynnie przechodzi z utworu do utworu i ja laik nie jestem w stanie tego zauważyć?

A może zależy to od poziomu decybeli i odległości w jakiej ustawię się do grajka?

A co jeśli grajek gra cudzy utwór, innego artysty? Mam zapłacić grajkowi, czy mam także szukać autora piosenki i wysłać mi przelew mBankiem za korzystanie z dzieła?

A może mam płacić za sam fakt, że posiadam sprawne uszy, zanim nawet grajek zacznie grać? (analogia z abonamentem RTV)

Temat jest tak niejasny, jest tak nieuregulowany moralnie/kulturowo/cywilizacyjnie - że naprawdę proszę sobie darować wyjeżdżanie ludziom od złodziei, albo nazywanie ich frajerami.

Raczek?

Post o Raczku nie jest próbą wywołania kontrowersji w necie, ale po prostu moim przemyśleniem (ci którzy mnie znają dłużej, wiedzą że lubię mówić prosto z mostu). Człowiek, który wedle tradycyjnej, ponad tysiącletniej europejskiej normy kulturowej jest kontrowersyjny i publicznie deklaruje nieakceptowalny dla wielu konserwatywnych, katolickich Polaków, kontrowersyjny styl życia (do tego robiąc na tym pieniądze ze swoim chłopakiem) sam umoralnia innych i wyzywa od frajerów.

Znalazł się autorytet moralny? Ideał? Sorry, niestety pachnie to zwykłą hipokryzją. Ja takich kolesi od razu skreślam z mojej "listy przyjaciół". To że bawi się w pszczółki i kwiatki, a właściwie w pszczółki i pszczółki z innymi facetami, robiąc z tego szoł publiczny i materiał dla Pudelka nie ma nic do rzeczy, choć tutaj popieram tradycjonalistów, że człowiek jest sam za siebie odpowiedzialny, ale sprawy sypialniane powinny zostać w sypialni i nie być upubliczniane.

To elementarz kultury osobistej.

Zaznaczam, że sprawy czyjejkolwiek orientacji są mi, jako autorowi i administratorowi tego bloga obojętne. Nie podoba mi się jednak zbytnie upublicznianie spraw sypialnianych i spraw osobistej orientacji. Robienie na tym rozgłosu i nabijanie popularności.

Mogliście się o tym przekonać, kiedy niedawno nie pozwoliłem to jednemu z naszych kolegów na podejmowanie tematu, który zbyt szczegółowo opisywał jedną z form współżycia heteroseksualnego.

Rezygnacja z telewizora i filmów? Higiena psychiczna?

W poprzednim poście skrytykowałem wielkiego "znaffce fymowego" Raczka co wyjeżdża internautom od frajerów. Ja jednak się z tym nie zgadzam, kto tu jest frajerem ten jest - i to doskonale wiemy. Natomiast dziś poznęcam się nad przemysłem i środowiskiem filmowym i artystycznym w szczególności.

Powiem tak: Zupełnie się nie dziwię niektórym z was, którzy podjęli decyzję o rezygnacji z posiadania telewizora w domach, czy raczej telewizji i dobierają sobie materiał do oglądania/czytania wedle własnej preferencji. Popieram was!

Pewnego niedawnego sobotniego wieczoru byłem dość zmęczony i znużony, nie na tyle jednak by pójść spać i zacząłem znów strzelać pilotem po głównych kanałach. Wszędzie leciał jakiś film co chwilę przerywany reklamami, wkurza mnie to, zwłaszcza że przemysł filmowo-telewizyjny się ostatnio wycwanił i zsynchronizował przerwy reklamowe. Jak pisałem jednak i w kinie nie jesteśmy od tego wolni, bo mimo zapłacenia dużo za bilet musimy oglądnąć przydługi blok reklam i zapowiedzi.

Pomijając przerwy reklamowe, przez które nie mogłem absolutnie wczuć się w żaden film w TV (przerywałem oglądanie, szedłem po coś do kuchni, albo przełączałem inny kanał - po czym w zmęczeniu właściwie zapominałem co oglądałem) zaobserwowałem jedną rzecz. Ilość trupów, scen morderstw, scen przemocy, itp.... taki wypełniacz, który zastępuje treść.



Ponieważ filmów naoglądałem się w życiu stosunkowo dużo jestem w stanie zaobserwować nieustannie powtarzające się te same wątki, dość podobne i powtarzalne scenariusze, identyczny "układ" filmu, dużą przewidywalność. Nuda Panie... nuda...

Tzw. kino ambitne nie jest lepsze - kilku niestabilnych emocjonalnie reżyserów na krzyż uzewnętrznia swoje dylematy, wtóruje im medialny "chór wujów" i krytycy, aż w końcu, gdy sezon festiwali alternatywnych się kończy nikt już nie pamięta o ich "wybitnych inaczej" dziełach.

Oczywiście w kupie obornika czasem zdarzy się rodzynek - jednak czy to aż tak smacznie jeść rodzynek z kupy obornika? Bueee...



P.S. Jeśli ktoś szuka koniecznie czegoś na odmóżdżenie polecam film powyżej. Jest hardkorowo, trochę przewidywalnie jak to a amerykańskiej komedii, ale przynajmniej nie ma żadnych trupów, scen gwałtu, flaków i posoki... można wrzucić na ruszt.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Nagroda Darwina.

O ile dobrze pamiętam Nagrodę Darwina przyznaje się pośmiertnie idiotom, którzy giną przez swoją bezczelna głupotę rzekomo oczyszczając ludzką pulę genową z genu bezdennego idiotyzmu.

Nieeee... nie jestem takim radykalnym darwinistą i życzę każdemu napotkanemu człowiekowi zdrowia, szczęścia i udanego życia, czasem jednak zachowanie niektórych ludzi zastanawia.

Spotkałem w weekend w górach prawdziwego, autentycznego samobójcę.



Samobójca był ubrany w szary grafitowy kask, grafitowe spodenki i szarą koszulkę. Samobójca poruszał się na rowerze koloru grafitowego wąską górską drogą - asfaltem. Ponieważ w weekend było w górach raczej szaro i buro samobójca po prostu idealnie zlewał się z szarym asfaltem i brązowo-szarym pietrem lasu naokoło. Zauważyłem go naprawdę późno, mimo iż na górskich drogach, w środowisku mi, jako nizinnemu kierowcy, obcym zachowuję potrojoną ostrożność.

Było już właściwie ciemnawo a samobójca na dwóch kółkach nie miał żadnej lampki rowerowej, nic. Autentycznie wrażenie - gościowi życie zbrzydło.

Naprawdę nic mi do tego. Jako wolnościowiec wierzę w zasadę, że "Chcącemu nie dzieje się krzywda". Ale też wierzę w inną zasadę "Wolność twojej pieści kończy się na czubku mojego nosa".

To jest libertariański elementarz. Dlatego jestem radykalnym przeciwnikiem pijaków na drogach (surowo karać, obligatoryjne więzienie, łącznie z karą śmierci za spowodowanie adekwatnego wypadku!!!). Dlatego jestem też przeciwnikiem "batmanów" takich jak nasz samobójca.

Chce się koleś zabić - proszę bardzo - jego wola. Ale niech spieprza z publicznych dróg - bo zderzenie z takim delikwentem przy prędkości szosowej to na bank poważnie uszkodzony samochód i poważne zagrożenie dla życia i zdrowia kierowcy i pasażerów.

Chce się koleś zabić - niech nie "zabiera ze sobą" ludzi, którzy sobie tego nie życzą.

No oczywiście, mogę się mylić, może takie zachowanie na drodze wynika jedynie z wrodzonego głębokiego idiotyzmu i wtedy rozpatrywanie tego w kategorii Nagrody Darwina ma głębszy sens.

P.S. Na blogu biznesowym analogiczny post, ale w klimacie biznesowym: Reklama za darmo.. Już o tym wspominałem, ale gdyby ktoś nie czytał wczorajszego posta, zapraszam.

P.S.#2 Sami zerknijcie - mówię o co mi chodzi na przykładzie fotek:



Rozumiem, że Pani powyżej dobrała swoje ciuszki do pory roku, kolorystyki otoczenia i szarości asfaltu. Bardzo mądra designerka - mniej mądra cyklistka.



Rozumiem, że czarne leginsy sprawiają, że pupa wygląda zgrabniej i nogi się lepiej prezentują...



...w mojej okolicy do rowerowego wdzianka, czyli do obowiązkowych czarnych leginsów modna jest szara - ciemna koszulka. Ładnie to wygląda, na zdjęciu - dziewczyna wygląda szczupło i zgrabne, no nie? Ciemny plecak nie pogrubia sylwetki. Ale z punktu widzenia kierowcy, po zmierzchu, bez świateł, albo w wieczorem na leśnej drodze nie jest to dobry zestaw.

Z ciemnym plecakiem i z czarnymi leginsami to będzie Kobieta Kot, ciekawe czy szybko jak ten kot czmychnie spod kół na leśnej szosie z jeziora do miasteczka.



A ta kobieta kompleksów co do swojej pupy nie ma i też ładnie wygląda - dla mnie - kierowcy po zmierzchu - w szczególności.

Przykład zilustrowałem pięknymi paniami, ale panów też to dotyczy. Piłeś chłopie piwsko litrami, żarłeś kiełbasy z grilla i hot-dogi. To cię teraz ciemny ciuch na rowerze i grafitowa koszulka nie uratuje - twój piwny brzuchol i tak tam jest!!!

Oszczędnościowa autobiografia, czyli ile kasy daje oszczędzanie? Michał Szafrański.


Od zawsze umiem zachować umiar w wydawaniu pieniędzy i od zawsze wydawałem mniej niż zarabiałem. Może dlatego, że bardzo wcześnie zacząłem zarabiać i nauczyłem się szanować pieniądz. Wiem ile kiedyś kosztowało mnie zdobycie 5000 zł (tych starych 5000 zł czyli dzisiejszych 50 groszy) i wiem ile teraz kosztuje mnie zarobienie 30 zł.

Z drugiej strony dopada mnie los klasy średniej – wraz ze wzrostem przychodów rosną wydatki. Stały koszt utrzymania naszej 4-osobowej rodziny (ja mam koło 40-tki a dzieciaki w okolicach 10 lat), razem z kosztami kredytu, wynosi 11 546 zł miesięcznie (w tym kredyt 5215 zł). Na pierwszy rzut oka widać, że to dużo. Bardzo dużo w porównaniu z tymi, którzy zarabiają istotnie mniej.

Dlaczego o tym piszę? Chcę pokazać, że bez względu na to czy zarabiacie dużo czy mało, to tak to się jakoś składa, że jesteśmy tylko ludźmi. Jeśli zarabiamy mało, to wydajemy mało (przynajmniej tak powinno być). A gdy dostajemy podwyżki, premie i nasze przychody rosną, to w naturalny sposób zaczynamy pozwalać sobie na więcej i więcej wydajemy. Smutna prawda jest często taka, że te osoby, które zarabiają relatywnie dużo, rzadko kiedy skłonne są oszczędzać. Wśród moich znajomych rzadko spotykam takie osoby, które inwestują część zarabianych pieniędzy lub po prostu wpłacają je na lokaty. Bez względu na to czy zarabiacie 3000 zł, 8000 zł czy 20 tys. miesięcznie – problem ten może Was dotknąć. Weźcie swój ostatni roczny PIT do ręki, spójrzcie w lustro i powiedzcie z ręką na sercu: „zaoszczędziłem 15% mojego sumarycznego rocznego wynagrodzenia na moją lepszą przyszłość”. Zaoszczędziliście?

Oszczędzanie bez konkretów

Sądzę, że podstawowym krokiem do oszczędzania a także pomnażania majątku, jest świadomość ile tak naprawdę zarabiamy, ile wydajemy i jakie są nasze dochody netto po odliczeniu wszystkich kosztów. Dla mnie sposobem na zdobycie tej wiedzy było spisywanie wydatków i ich akumulowanie w skali miesiąca i roku. Robię to od kilkunastu lat. I wiecie co mi to dało? Na początku tylko głęboką frustrację na temat tego, ile pieniędzy wydawanych jest zupełnie bez sensu. Doskonale rozumiem te osoby, które mówią „ja nie chcę wiedzieć ile wydaję”. Ale prawda jest taka, że przyjmując taki punkt widzenia, skazujemy się tylko na zjazd po równi pochyłej i to nie w kierunku bogactwa.

Znając moje wydatki mogłem rozpocząć ich „restrukturyzację” – czyli naprawę chorych przyzwyczajeń zakupowych. To, jak to robić, to temat na oddzielną serię publikacji. Ale dzisiaj chcę napisać o czym innym: jest wiele takich wydatków, które bardzo trudno sobie uświadomić, np. wydatki na media (prąd, wodę). Po pierwsze rachunki za nie przychodzą do nas nieregularnie, a po drugie – nikt o zdrowych zmysłach (ja chyba nie zaliczam się do tej grupy) nie patrzy co chwilę na licznik energii i nie weryfikuje ile kosztuje go 5 minut działania czajnika bezprzewodowego, jedno pranie itp.

Przyznaję, że długo szukałem w Internecie źródeł informacji o prawdziwych kosztach życia, ale mało kto potrafi proste rady przełożyć na konkretne kwoty oszczędności. Bardzo dużo jest informacji „gaś światło w pokojach, w których Cię nie ma”, „wyłączaj ładowarki”, „rzuć palenie papierosów”, „odkładaj 10% co miesiąc”, ale nikt nie pisze ile to daje złotych w ręku. Uznałem, że trudno oszczędzać i nauczyć oszczędzania moje dzieci, jeśli nie ma się dokładnego wyobrażenia o tym, ile co nas kosztuje.

4 piwa czy duża Pepsi?

W trakcie mojego życia przeliczyłem wiele codziennie wykonywanych operacji na pieniądze. Gdy byłem na studiach wszystko potrafiłem w locie przeliczyć na butelki piwa. Prawie wcale go nie piłem, ale porównanie było bardzo „medialne” i każde „Tomek - zastanów się czy chcesz to kupić - to aż 86 piw” wywoływało uśmiech na twarzach kumpl.

Dzisiaj przeliczam na pieniądze i podejmuję świadome decyzje. Zdecydowałem się też dzielić tymi wyliczeniami z innymi. Zacząłem od znajomych i moich dzieci, a w końcu zachęcony zostałem do stworzenia bloga na ten temat. Dziś chcę Was zachęcić do bycia precyzyjnymi w Waszym oszczędzaniu więc za chwilę przejdę do przykładów. Pochwalę się tylko, jaki to daje efekt: mam ogromną satysfakcję, że moje dzieci (a przynajmniej starszy syn) wie, że:

- Klocki LEGO nie są za darmo
- Rodzice mogą mu kupić klocki, ale to oznacza, że pieniędzy nie będzie na coś innego (np. inwestycje lub inne zakupy)
- Potrafi planować zakupy, np. umówiliśmy się, że jeśli całkowity koszt wakacji zamknie się kwotą poniżej 10 000 zł, to kupimy konkretny zestaw LEGO – dzięki temu dziecko już kilkanaście razy pytało mnie w te wakacje jak daleko nam do limitu i przed każdym zakupem „pamiątki” w odwiedzanych miejscach, zadaje mi pytanie na ile to zmniejsza szanse na zmieszczenie się w limicie.
- Potrafi samodzielnie wyliczyć oszczędności w wykorzystaniu wody w dom.

Koszty z życia wzięte

Długo zastanawiałem się czy ujawniać nasze prawdziwe koszty na blogu. Miałem wiele obaw. Co pomyślą o mnie te osoby, które nie mają za co przeżyć do pierwszego i zarabiają niedużo. I co pomyślą te osoby, które uważają, że wcale nie powinienem oszczędzać, albo że moje sposoby oszczędzania są głupie – bo według nich nie warto walczyć o każdą złotówkę.

Miałem trochę takich dylematów, ale najważniejsze było to, że nie musiałem sam siebie przekonywać o własnej wartości i o tym, że metoda „ziarnko do ziarnka” naprawdę działa. Mam na to dowody

Ja już dawno przekonałem się, że 1 zł oszczędności dziennie daje aż 365 zł oszczędności rocznie. Że głupie zrobienie sobie kanapek do pracy (zawsze mi je przygotowuje moja Żona za co jestem jej bardzo wdzięczny) pomaga mi zaoszczędzić kilkanaście złotych na lunchu dziennie (policzmy: 20 dni pracy w miesiącu * 11 miesięcy bo odliczam urlop * powiedzmy 14 zł = 3080 zł rocznie). Nie mówiąc o oszczędności czasu bo przecież lunch trzeba zamówić albo na niego wyjść.

Mamy dzisiaj solidny stan posiadania i staram się go powiększać: dwa mieszkania (jedno jeszcze w kredycie), dwa samochody (niepotrzebnie dwa), jedna działka (którą próbujemy sprzedać), lokaty. Nasza wartość netto (czyli wartość rynkowa tego co mamy minus nasze zobowiązania i kredyty) = 1 768 531 zł. Szczegółowe zestawienie finansowe wkrótce opublikuję na moim blogu w rozbiciu na detale.

Dlaczego podaję te liczby tak wprost? Bo chcę wszystkich przekonać, że każdy może zaoszczędzić mniejsze lub większe kwoty, które w miarę upływu lat daje się pomnażać (to też temat na inny cykl artykułów). Nie robię niczego nadzwyczajnego w swoim życiu poza rozsądnym oszczędzaniem, które tak promuje R-O Admin.

Jednocześnie ja nie wierzę w to, że nie podając konkretnych kwot, da się kogokolwiek nieprzekonanego przekonać do oszczędzania (ale zakręciłem to zdanie). Ja bym się nie dał przekonać. Ale prawdziwe kwoty do mnie przemawiają. Przejdźmy więc do konkretów. Oto moje stałe koszty miesięczne:

Podatek za wynajem mieszkania (wynajmuję komuś jedno z mieszkań i płacę za to regularnie podatki) = 107 zł
Spłata kredytu hipotecznego = 5 215 zł
Czynsz mieszkanie 1 = 635 zł
Czynsz mieszkanie 2 = 999 zł
Abonament za telefon Żony (ja mam firmowy) = 75 zł
UPC - kablówka, internet, telefon = 140 zł
Zajęcia koszykarskie Syna = 120 zł
Prąd – mieszkanie 2 = 150 zł
Prąd – Działka = 11 zł
Gaz – Działka = 10 zł
Woda – mieszkanie 2 (nadmiarowe zużycie) = 100 zł
Ubezpieczenie indywidualne Pramerica = 185 zł
Ubezpieczenie indywidualne mBank = 25 zł
Opłaty za kartę Citibank = 19 zł
Opłaty za kartę mBank = 0 zł
Jedzenie = 2 133 zł
Higiena = 191 zł
Książki = 100 zł
Samochód Żony - paliwo = 270 zł
Samochód Żony - parking = 12 zł
Samochód mój - paliwo = 347 zł
Samochód mój - parking = 15 zł
Kupony Lotto (szczęściu trzeba dawać szansę) = 15 zł
Opieka zdrowotna = 117 zł
Bilety MZK = 28 zł
Relaks - basen, kręgle, teatr, kino = 100 zł
Darowizny i datki = 45 zł
Zabawki dla dzieci itp. = 40 zł
Świetlica dla dzieci = 20 zł
Zajęcia muzyczne dla Córki = 100 zł
Inne wydatki (art. papiernicze i inne) = 222 zł

Powyższe koszty miesięczne, to prawdziwe, uśrednione koszty za okres styczeń-czerwiec 2012. Czy poza jedzeniem i spłatą kredytu któryś z tych kosztów wydaje się Wam wygórowany? Nie wyglądają groźnie, prawda? Ale sumują się łącznie do 11 546 zł wydawanych miesięcznie. I nie ma tu uwzględnionych kosztów nieregularnych takich jak wydatki na przeglądy aut, prezenty dla innych, ubranie, ubezpieczenia aut i mieszkań, zajęcia dodatkowe dla dzieci opłacane nieregularnie, podręczniki, wakacje, podatki i inne nieplanowane wydatki!

Co by się stało gdybym stracił pracę? Jak długo, utrzymując tak wysoką stopę życiową, przeżylibyśmy na oszczędnościach? Ja to wiem, bo policzyłem i mam trochę oszczędności (ale niedużo bo kupiłem w zeszłym roku mieszkanie pozbywając się dużej ilości gotówki). A ile Ty byś przeżył bez pracy? Albo co by się stało jeśli Twoja płaca spadłaby o 20%?

Na takie pytania trzeba umieć sobie odpowiedzieć. I trzeba być przygotowanym na sytuacje awaryjne. Dlatego walczę o oszczędności na każdym kroku. Opracowałem plan zmniejszenia kosztów miesięcznych o 646 zł / m-c i planuję, jak bez szkody dla samopoczucia, dalej obniżać koszty. Warto i trzeba to robić.

Ale żeby Was nie zamęczać przejdę do paru bardzo prostych przykładów ile nas kosztują oczywiste codzienne czynności.

Wanna czy prysznic? Zmywanie ręczne czy zmywarka?


Woda kosztuje, prąd kosztuje. Oszczędzajcie je. Ale co jest droższe w 4-osobowej rodzinie? Woda czy prąd? Woda. Woda jest bardzo droga. Ja bardzo lubię dużo wody podczas kąpieli, ale bardzo nie lubię, gdy przez otwór odpływowy w wannie wypływają pieniądze. Dlatego wdrożyłem program oszczędnościowy dzięki któremu zredukowałem rachunki za wodę z 351 zł / m-c do 209,67 zł / m-c.

Przede wszystkim ograniczyłem liczbę kąpieli w wannie, ale biorę też tańsze prysznice. Poniżej koszty:

Jedna kąpiel w wannie (mam dużą wannę o pojemności 320 litrów) daje u mnie koszt 6,28 zł. Kąpałem się 2x tygodniowo co dawało koszt roczny zużytej wody = 653,58 zł. Same kąpiele. Podaję koszt naprawdę zmierzonego przepływu ciepłej i zimnej wody. 202 litry ciepłej i 92 litry zimnej wody na kąpiel.
Jeden, ciepły 10-minutowy prysznic to zużycie 127 litrów wody i koszt 2,58 zł. Dużo taniej od wanny, ale szału nie ma bo przy codziennych prysznicach (a tak właśnie robię) daje to koszt 940,82 zł rocznie.
Przeszedłem na oszczędniejsze prysznice. Chłodniejsza woda i tylko 5 minut na szybkie umycie. Zużycie spadło do 41,5 litra wody a koszt wynosi 0,75 zł. Rocznie 272,20 zł. Jest oszczędność.

Czyli jedna kąpiel w wannie = 8 szybkich pryszniców. Jakieś pytania?

Oczywiście nie odmawiam sobie od czasu do czasu wanny, ale wydaję pieniądze świadomie. Odkręcając kurek wiem, że wydaję 6,5 zł.

Podam jeszcze kilka kosztów:

Ubikacja – w mojej mogę spuścić wodę mniejszym lub większym przyciskiem. Naciśnięcie mniejszego, to pożegnanie z 3 groszami. Naciśnięcie większego, to 7 groszy. Ile razy spuszczasz wodę rocznie? Ile możesz zaoszczędzić? Liczymy to aktualnie w skali miesięcznej w 4-osobowej rodzinie. Efektami liczenia podzielę się na blogu.
Mycie zębów = koszt wody 3 grosze.
Zmywarka puszczone z programem zmywania w 60 stopniach = zużycie wody za raptem 18 groszy, ale oczywiście należy do tego kosztu doliczyć jeszcze koszt prądu i tabletki.
Halogeny w przedpokoju = miałem do niedawna w przedpokoju w moim mieszkaniu 11 halogenów o mocy 50W każdy. Wymieniłem je na LED’y o mocy 5W. Każde 10 minut świecenia halogenów w przedpokoju kosztowało mnie 6 groszy. Niby nic. Ale jeśli założymy, że światło w przedpokoju pali się łącznie tylko godzinę dziennie (a u mnie pali się dłużej), to oznaczało, że halogeny o łącznej mocy 550W zużywają przez cały rok 200,75 kWh co kosztuje 120,45 zł brutto. Obecnie płacę 10x mniej.

Podsumowanie

Na złotówki da się przeliczyć wszystko. Nie warto na wszystkim oszczędzać, ale jako człowiek zadowolony ze swojej kondycji finansowej podkreślę jeszcze raz – każdy powinien oszczędzać. Oczywiście najprostszą drogą do zostania bogatym jest wygrana, spadek lub zwiększenie przychodów z naszej pracy, ale nawyk oszczędzania może nam bardzo pomóc w „przytrzymaniu” pieniędzy przy sobie. Istnieje wiele dróg do bogactwa, ale warto mieć świadomość, że każda codzienna decyzja, np. o wyborze przycisku na sedesie, przybliża nas lub oddala od finansowej wolności.

Serdecznie zapraszam na mojego bloga i mam nadzieję, że R-O Admin się zgodzi się opublikować jego adres: http://jakoszczedzacpieniadze.pl (jak widać Admin się zgodził)

Dziękuję wszystkim, którzy doczytali ten tekst do końca. Jeśli chociaż troszkę zachęciłem Cię do oszczędzania, to powiedz mi o tym w komentarzu. Chętnie odpowiem na wszelkie pytania tutaj lub na https://www.facebook.com/JakOszczedzacPieniadze

Michał Szafrański



niedziela, 22 lipca 2012

Zakręt Śmierci i Piwo Noteckie

Dobry blog musi także zawierać watki osobiste i prywatne autora, zatem dziś trochę szczegółów z mojej codzienności.



Dokładnie na Zakręcie Śmierci w Szklarskiej Porębie złapałem dziś gumę. Pierwszy raz w życiu przebiłem oponę samochodową i pierwszy raz w życiu musiałem zmieniać koło. Dzięki panu parkingowemu i przypadkowemu turyście (sympatyczny łysy koleś, gdybym tylko mógł zostać dłużej w Szklarskiej zaprosiłbym go na piwo, ehhhh szkoda) udało mi się jakoś zmienić koło (właściwie to chyba więcej oni zmieniali, niż ja).

Dla was to pewnie banał, ale ja nigdy w życiu tego nie robiłem, akurat. Nie jestem typem mechanika, raczej geeka komputerowca, który postawi jakiś system uniksowy na tosterze cioci Geni.

Na dobiegówce dotoczyłem się do Złotoryi o tam pogościliśmy trochę dłużej - sympatyczne miasteczko z ładnym i zrewitalizowanym centrum, zrobionym ewidentnie pod turystę. Co mnie uderzyło w Złotoryi? Multum kompletnie narąbanych facetów przechodzących przez to centrum, ewentualnie koczujących na skwerze za ratuszem. Miasto alkoholików. Tak czy inaczej było sympatycznie.

Skoro zagościłem w Złotoryi i napatrzyłem się na facetów w stanie odmiennej świadomości (na pupiastą blondie w przykusych szortach także, prawdę mówiąc, dyskretnie ma się rozumieć...), to pomyślałem, że warto kupić lokalne piwo za wieczór - Lwówek Śląski ze słynnym browarem jest tuż obok. Zaskoczenie! W otwartych sklepikach same siczki HGB, a zero Lwówka. Ale porażka! Mimo wszystko wrażenia ze Złotoryi pozytywne.

Na szczęście wieczór zakończył się sympatycznie. Odkryłem, że moja pobliska Żabka wprowadziła podczas mojej nieobecności do asortymentu piwo Noteckie Jasne oraz Noteckie Ciemnie. Klasyczne, prawdziwe piwo, bardzo wysoko cenione u koneserów. Własnie raczę się jasnym. Wasze zdrowie (oraz moich kolegów z ppa.pl)!

Offtop techniczny:
Doceniam klientów/czytelników komercyjnych, którzy pragnąc zareklamować swoje usługi dogadują się ze mną przez e-mail, oferując coś w zamian, lub wykupują sobie reklamę AdTaily. Cena to 79 groszy dziennie / ok. 530 odsłon (realne odsłony nieblokowane przez Adblocki i inne wynalazki). Dziękuję wam za to drobne, ale sympatyczne wsparcie.

Ten blog jest niekomercyjny, przynosi zyski z reklam na poziomie mocno symbolicznym, tym niemniej nie rozumiem i nie będę tolerował użytkowników typowo firmowych/komercyjnych wpychających się wszędzie (na moje blogi pomocnicze, też) ze swoimi linkami i reklamami, próbując zrobić sobie reklamę za friko myśląc, że tego nie zauważę. Ludzie, którzy to robicie, spoważniejcie wreszcie! Jak nie umiecie wydać 79 groszy dziennie, to jak chcecie biznesy robić?

sobota, 21 lipca 2012

Czy warto używać systemu Linux? Trochę statystyk.

Jak wiecie jestem sympatykiem i aktywnym użytkownikiem systemu Linux. Używam go w 99% uruchomień komputera, mimo że na drugiej partycji mam też legalny Windows7. Aktualnie używam systemu LinuxMint Maya (aktualna wersja to LinuxMint 13) i planuje go używać do połowy roku 2017, kiedy to kończy się na niego oficjalne wsparcie techniczne i aktualizacje. (najpopularniejszy na świecie biurkowy Linux według Distrowatch.com)

Dlaczego? Jest wyraźnie szybszy niż Win7 (info dla linuksowców: używam trybu Gnome Classic No Effects), mniej zawalony setką pluginów, antywirusów, ikonek i odrębnych update'ów, jest wygodniej instalować oprogramowanie, którego jest mnóstwo za darmo i jest dobrej jakosci (Firma stojąca za LinuxMint czerpie zyski z kontraktów z wyszukiwarkami i Google).

Poza tym to de facto funkcjonalny klon Windows 7 - tyle że lepszy niż oryginał. Używam na nim identycznego zestawu aplikacji jak pod Windows. O ile człowiek nie jest zapalonym graczem, który musi mieć najnowsze gry na PC, albo grafikiem oddającym pliki do agencji/drukarni, itp. nie widzę powodu do używania Windows na domowym komputerze, zwłaszcza jeśli to jest Windows nielegalny lub stary i nieaktualizowany (Linux w mojej konfiguracji sprawnie pracuje na słabszym, kilkuletnim sprzęcie).



Trochę statystyk:

W ostatnim miesiącu pilnowałem, aby żaden z moich komputerów na jakiejkolwiek przeglądarce nie miał możliwości zliczania moich własnych odwiedzin (cookie). Statystyki są następujące.

- Linux 827 (3%)
- Macintosh 612 (2%)*
- Android 396 (1%)


*System dla Macintoshów nie jest Linuksem, ale jest systemem pokrewnym (uniksowym), więc zostawiam go w statystykach. Systemem z rodziny Linux o analogicznej filozofii użytkowania jak makówka jest Ubuntu. Od czasu zupełnego porzucenia przez Apple procesorów PPC nie ma właściwie zbyt głębokiej różnicy między PC z Ubuntu a makówką. Szkoda że prawdziwe makówki PPC odeszły w niebyt, a zostały jedynie drogie PC-ty z ładnym logo.

Aktualizowanym i wspieranym systemem oficjalnie dostępnym na prawdziwe, klasyczne komputery Macintosh jest właśnie Linux: popularne rozwiązania to LinuxMint PPC oraz Ubuntu PPC. Aha, jest też płatny system na te stare makówki: MorphOS, który zamienia je w funkcjonalne klony Amigi NG.


Android jest niczym innym jak zwykłym Linuksem, natomiast dość różniącym się od rozwiązań biurkowych. Czymś co definiuje Linux jest jądro systemu, a nie moje preferencje, więc zostaje, mimo że osobiście bym go nie uwzględniał.

Tak więc Linux stanowi 4% maszyn odwiedzających ten blog. To i mało, i dużo zarazem, biorąc pod uwagę, że Windows jest obligatoryjnie dołączony do 99% komputerów PC dostępnych w polskich sklepach, choć (jako Android) zaczyna wyraźnie dominować na tabletach i smartfonach.

Ciekawi mnie też te 2% z MacOS X, mimo że w Polsce to skrajnie niepopularny system.

piątek, 20 lipca 2012

Auto na gaz?

Dzisiejszy wpis będzie miał formę pytań, ponieważ nigdy gazu w samochodzie nie miałem, chociaż w poprzednim samochodzie na poważnie rozpatrywałem instalację autogazu. Napiszę wam teraz o moich dawnych i obecnych kalkulacjach.

Poprzednie auto to Skoda Fabia 1.4 benzyna. Używałem go do weekendowych wojaży, głównie po Dolnym Śląsku oraz co jakiś czas do pojechania nad morze do rodziny (kilka razy w roku). Do pracy mam blisko, więc nigdy nie dojeżdżałem samochodem - w tygodniu jedynie zakupy, jazda do urzędów, itp. Trudno mi teraz przypomnieć sobie te skodowe przebiegi, natomiast moje kalkulacje wykazywały, że instalacja gazowa może mi się zwrócić w okresie ok 1,5 roku. Ówczesny koszt to 2500 zł.

Przed gazem w samochodzie przestrzegały mnie osoby z rodziny - wskazujące na konieczność częstszych przeglądów, większego zużywania się silnika, modyfikację samochodu, która nie jest neutralna oraz wożenie butli w bagażniku. To były argumenty na zasadzie - masz auto jakie masz, używaj go i nie kombinuj - bo będziesz miał więcej kłopotów, częstsze wizyty w warsztatach.

Do gazu namawiały mnie inne osoby z rodziny, wskazując na oszczędności i świadomość, że z każdym kilometrem oszczędzam, a koszt instalacji można częściowo odzyskać przy sprzedaży auta (co do tego jestem sceptykiem).

Co jak co - samochód sprzedałem, kupiłem diesla i problem mnie przestał interesować.



Ostatnio przymierzałem się do zakupu czegoś terenowego, zdecydowanie silnik benzynowy i tu pojawia się oczywisty dylemat. Te auta palą jak smoki (np. Jeep który jeździł w rodzinie) i właściwie jedynie instalacja gazowa nadaje tu sens przy częstszym użytkowaniu. Jakiś czas temu nawet oglądałem sobie używanego Jeepa w miarę dobrym stanie, ale bez gazu - wizyta w serwisie i pytanie ile będzie kosztowało zgazowanie tego konkretnego modeli zbiła mnie z pionu - było to 6 do 7 tys. zł. Za tą cenę można już nabyć jakieś drugie auto - mocno używane, ale na chodzie.

Co zatem wybrać? Na chwilę obecną nie wiem. W wolnych chwilach będę się zastanawiał i kalkulował. Jeśli macie jakieś pomysły - oczywiście ich wysłucham.

Offtop: Krótkie przemyślenie na blogu firmowym: Jak napisać CV?

czwartek, 19 lipca 2012

Remont pokoju - oraz - Czy warto studiować?

Jestem praktycznie poza siecią - zabrałem się za remont jednego z pokojów w domu (kolejny) - ze względów czysto psychologicznych robię go sam po godzinach. Kobieta nie chce obcego fachowca krzątającego się po domu, spóźniającego się, korzystającego z jej wychuchanej łazienki. OK, ma rację trochę to ostatnio było meczące - więc moja decyzja jest taka, że tym razem zadowolę płeć piękną. 1-2 piwa po godzinach i remontuję (ostatnio poszło Piwo Żywe oraz Złote Lwy, Browar Amber).




Drugi temat jest taki, że dziś w pracy wdałem się z dość ciekawym i inteligentnym człowiekiem w dyskusję o tym, czy warto studiować dziennie. Kolejny raz wnioski mieszane. Poza wąskimi dziedzinami specjalistycznymi, które wymagają poświęcenia się nauce w pełnym wymiarze godzin - nie warto.

Warto natomiast pracować i po godzinach, wieczorowo, zaocznie robić jakieś studia zgodne z linią kariery zawodowej - czyli po prostu praktycznie. Tak postępuje mój klient, dokształcając się ciągle w wieku prawie 40 lat w swojej dziedzinie. No i niestety jego pierwsze studia wybrane ambicjonalnie, nie realistycznie były średnio udana inwestycją. Podobnie zresztą u mnie. (Perypetie studenckie i łańcuch tych wyborów zawodowych niech pozostaną do mojej wiadomości).

Swoją drogą porozmawialiśmy sobie o takim temacie jak oszczędzanie na studiach, czyli imprezowanie jak najtaniej (nalewki, wino, piwo i różne dziwne miejsca) oraz jedzenie chińskich zupek zalanych w wielkim talerzu z pływającą z parówka w akademiku albo na stancji. No jeśli ktoś bardzo pragnie takich klimatów to zdecydowanie warto studiować dziennie.

sobota, 14 lipca 2012

Diesel czy benzyna?.... oraz trochę wniosków motoryzacyjnych.

Ostatnio zastanawiam się nad zmianą samochodu i ponownie nad kwestią silnika. Diesel czy benzyna? to jest jeden z podstawowych problemów, przed którymi stajemy wybierając nowe auto. Nie chcę też za bardzo powtarzać się, natomiast chcę przypomnieć poprzednie posty na ten temat: Diesel kontra benzyna - to się robi chore, artykuł, który krytykuję coraz większa komplikację i wrażliwość silników diesla, oraz to co zainteresuje was najbardziej: Czy silnik Diesla jest oszczędny?

Powiem, że ostatnio mój wybór jest na korzyść benzyny. Skoro wiecie, że w pewnym sensie jestem minimalistą - domyślacie się, że moją sympatie przyciąga rozwiązanie prostsze i mniej skomplikowane.

Paliwo i silnik to nie jest zresztą najważniejszy koszt użytkowania samochodu, istotnym kosztem ostatnio stają się mandaty i wszelkie łapanki policyjne, o czym już pisałem i proszę mi nie mówić, że można ich uniknąć jeżdżąc przepisowo... nie można.

Szczególnie jadąc na wakacje gąszcz ograniczeń, wzajemnie sprzecznych znaków, zakazów parkingu, parkingów płatnych wyraźnie pokazuje, że kierowcy jako grupa społeczna są wdzięcznym obiektem dojenia dla sitwy i władzy na każdym szczeblu. Do gmin po rząd w Warszawce.



Jak można temu zapobiegać? Częściowo można instalując CB-rado, zaopatrując się w inny "ostrzegacz" GSM lub GPS przed fotoradarami i częstymi miejscami kontroli i łapanek policyjnych. Najlepszym jednak środkiem zapobiegawczym jest myślenie i nieufność wobec znaków, przepisów i "czucie pisma nosem" jeśli chodzi o możliwe pułapki policyjne, przygotowane skrupulatnie z myślą o niedzielnych kierowcach i turystach.

piątek, 13 lipca 2012

Czy opłaca się brać AC (ubezpieczenie autocasco)?

Podam wam dziś prosty sposób na podjęcie decyzji czy brać AC czy też nie. Oczywiście nie posiadam definitywnych i perfekcyjnych rozwiązań, ale mam nadzieję, że mój post pozwoli podjąć decyzje czy brać AC czy też sobie darować, a może istnieją jakieś alternatywy? Czy może warto brać coś w stylu MiniAC/Minicasco?



Pierwsza sprawa to prosta kalkulacja wartości samochodu w stosunku do naszych zasobów finansowych, naszej zamożności. Ponieważ to czysto subiektywny wskaźnik, każdy sam musi to sobie skalkulować i porównać. Inaczej: czy utrata równowartości samochodu w gotówce w radykalny sposób wstrząsnęłaby moimi finansami? Jeśli nie - to jest to argument przeciw AC. Jeśli jeździsz samochodem zbyt drogim jak na swoją zamożność (efekt zajechania dobra furą pod kościół) - ubezpieczaj definitywnie.

Utrata równowartości całego samochodu jest mało prawdopodobna - większość szkód to drobne i średnie szkody - stłuczki, itp. Trzeba sobie zadać pytanie jak często jeździmy, w jakich warunkach, czy mamy tendencje do częstych stłuczek, itp. Czyli: jakaś kalkulacja ryzyka.

Druga sprawa to obliczenie potencjalnej składki AC do zapłacenia w ciągu najbliższych lat posiadania samochodu. Jaka to suma? Jaki % wartości auta? Przy poprzednim samochodzie ten wskaźnik wyszedł mi dość niekorzystnie - więc z AC zrezygnowałem zdecydowałem o corocznym przeznaczeniu wyliczonej sumy AC na fundusz rezerwowy - wydzielone subkonto oszczędnościowe w banku. Uzbieranej sumy nie ruszałem do czasu zakupu nowego samochodu.

Ten sposób wymaga jednak samodyscypliny finansowej.

Warianty minicasco/mini AC w moim przypadku okazały się niewiele tańsze od pełnego AC, poza tym można zastosować je jednorazowo, tzn. tylko na rok - po drugim roku bez pełnego AC anulują się nam uzyskane zniżki.

Kalkulacje dla nowego auta sprawiły, że jednak kupiłem ubezpieczenie AC. Jednak moje kalkulacje powtórzę za około roku i zdecyduje czy brać pełne AC, minicasco czy zrezygnować zupełnie z AC.

czwartek, 12 lipca 2012

Minimalizm - trudna droga minimalisty

Dziś coś na popularny ostatnio temat, którym jest minimalizm, ale jak zwykle u mnie na blogu bez słodzenia i zupełnie szczerze.

Nie da się ukryć, że minimalizm stał się ostatnio popularny, napowstawało dużo blogów na ten temat*, minimalizm zobaczyliśmy w telewizji śniadaniowej oraz w mediach, co niektórzy zakasali rękawy i zaczęli nerwowo liczyć do 100, jeśli chodzi o stan posiadania i zastanawiać się, w długich, filozoficznych przemyśleniach, czy szczotka do zębów, pasta i kubek to jeden przedmiot, czy może rzeczywiście trzy...

Śmieję się trochę z tego, moda w mediach przeminie i znajdzie się inna moda. Jeden z drugim, dumnie kroczący drogą minimalisty przestanie pisać i zajmie się....nie wiem czym.... może drogą samuraja...



...co w sumie nie byłoby takie złe. :)

Ponieważ ja jestem minimalistą mocno umiarkowanym, ale za to nie sezonowym, tylko takim rasowym prostym skurczybykiem - powiem wam, że droga minimalisty bywa rzeczywiście trudna.

Generalnie cała właściwie trudność podejścia minimalistycznego to układanie sobie relacji z otoczeniem. W praktyce zasada - "ja szanuje twoje poglądy i sposób życia, a ty szanuj moje" zupełnie nie działa, ludzie pozostaną ludźmi.

Trzeba także ułożyć sobie relacje z bliższą i dalszą rodziną, co trwa latami i jest i tak nieskuteczne. Np. zawsze ta sama irytująca rozmowa u teściów na temat mojego niejedzenia tortów i ciast. W pocie czoła własnoręcznie kupionych w cukierni.

Trzeba ułożyć sobie relacje z otoczeniem prywatnym i biznesowym... ale i tak ludzie zerkają na moja komórkę jak na UFO... bo jak można nie mieć teraz smarftona, albo jakiegoś iGadżetu na moim stanowisku - aaa pewnie komórka się Panu zepsuła i jest w serwisie? Nie, kurde, nienawidzę smartfonów i iGażdzetów, bo nie lubię być przyklejony do ładowarki i gniazdka elektrycznego jak pies łańcuchowy do budy. Moją komórkę ładuję raz w tygodniu i to i tak dla mnie za dużo!

Jak można nie lubić markowych produktów, jak można ich nie ubóstwiać i nie trząść się nad ich zdobyciem, toż to po prostu nienormalne. To tak jakby nie lubić małych piesków i kotków.

Jak można nie oglądać Euro 2012 przy talerzu pieczonych kiełbas i zakąsek oraz 0,7 czegoś mocniejszego? Ano można, bo zupełnie nie jara mnie oglądanie grupki facetów biegających za piłką po zielonej trawie - ja sam wolę biegać, ćwiczyć ruszać się - i głównie to mnie emocjonuje...

...i tak dalej....

To jest generalnie sztuka robienia swojego i uczenie się, aby ignorować to co myśli otoczenie (tak aby sobie zbytnio nie zaszkodzić).


*niektóre blogi "obrażone" na mnie, z powodu pisania wprost i bez popierdólki, niektóre zaprzyjaźnione, chyba dokładnie z tego samego powodu

środa, 11 lipca 2012

Piwo niepasteryzowane

Dziś na cel biorę kolejny mit konsumencki, a tym mitem jest termin "piwo niepasteryzowane". Aby zrozumieć o co chodzi i dlaczego na rynku jak grzyby po deszczu pojawiły się piwa niepasteryzowane trzeba zadać sobie pytanie, co to jest pasteryzacja - otóż to jest podgrzanie na produkcji piwa do określonej temperatury aby zabić bakterie, nadać piwu trwałość. Niestety zmieniają się z tym właściwości smakowe.

Dalszy ciąg tutaj:

Piwo niepasteryzowane. Fakty i mity.




Minimalizm w biurze - oraz oszczędzanie na dokumentach - pismo odręczne.

Ostatnio napisałem o uwodzeniu kobiet, dziś coś zahaczającego o minimalizm i oszczędzanie. Co do pierwszego to szczerze mówiąc nie wiem czy jakaś kobietę uwiódł bym moim pismem odręcznym. A to jakieś takie kanciaste i toporne, ale mimo to ostatnio coraz częściej się nim posługuje.



Generalne ostatnio jestem tu i tam i przychodzi mi składać różne pisma. Naturalną reakcją na konieczność złożenia pisma jest powrót do biura, wyklepanie w OpenOffice ładnego podania, wydruk, podpis i odesłanie lub osobiste dostarczenie do biura/urzędu.

Nie dla mnie! Powiedziałem dość, proszę w wielu sytuacjach o kartkę z drukarki formatu A4 i coś do pisania. Pisze pismo, podanie, itp. odręcznie na miejscu, podpis - proszę o ksero z pieczątka i potwierdzeniem przyjęcia do rozpatrzenia - finał. Szybko, konkretnie, na temat - bez zabawy w redagowanie pisma, kaligrafię i jeżdżenie, przesyłanie, faksowanie, itp.

Podczas moich rozlicznych spraw reklamacyjnych ani razu nie napisałem nawet jednego pisma na komputerze - a wszystkie sprawy wygrałem.

Nie raz w firmie trzeba było coś na szybko napisać i wysłać faksem, ostatnio jakiś załącznik do faktury na n-tym etapie księgowości w wielkiej korporacji. Nawet komputera nie uruchamiałem - kartka A4, moje dane, dwa trzy słowa odręcznie i wysyłam.

Jestem wygodny - nie chce mi się jeździć z papierami, bawić w eleganckie wydruki na super papierze, nie chce mi się tracić czasu. Oczywiście są sytuacje reprezentacyjne, gdzie wypada i trzeba przygotować eleganckie pismo na super papierze, ale to mniejszość sytuacji.

Bo minimalizm to nie jest chorobliwe liczenie do 100, ale przede wszystkim upraszczanie sobie życia i czynienie go wygodniejszym.

wtorek, 10 lipca 2012

Jak zdobywać kobiety.

To pytanie gnębi ludzkość od czasów dawnych, no przynajmniej około połowę ludzkości, więc sobie znów pofilozofuję i zobaczymy jakie wnioski mi wyjdą. Do napisania postu skłoniła mnie koleżanka komentatorka stwierdzając że facet ma być miły w dotyku - może wiec to jest klucz do kobiecych serc?



Ten post piszę nieco zmachany po siłowni, skoro ma być miło w dotyku to przecież ma być za co złapać, no i ponoć kobiety bardzo lubią tyłek facetów - no to niech lepiej ten tyłek będzie jędrny i wyćwiczony niż plapsowaty. (Swoją droga jakie paskudztwo, łeee, tyłek faceta jest jak od małpy, jak można tego nie widzieć - damska pupa to jest dopiero coś... i krągłości... Koledzy popatrzcie na zdjęcie powyżej i potem na jakiś tyłek faceta... no i widzicie? Jak zwykle mam racje!)

Skoro to blog oszczędnościowy to napiszę, że ostatnio ćwiczę oszczędnie - żadnych białek, dopału, napalmów przedtreningowych i innych wynalazków - po prostu ćwiczenie i micha dobrego jedzenia. Nie jestem jakimś wrogiem wyżej wymienionego, mam na to pieniądze, ale mi się nie chce obecnie w siebie ładować tych wynalazków. Nie ma żadnych logicznych powodów ku temu i nie wykluczam, że sobie podjem jakąś paszę białkową wkrótce.

Skoro ma być gładko to ma być jakieś golenie. Do golenia używam obecnie Wilkinsonów z kilkoma ostrzami i jakimś nawilżaczem - maszynka jest jakaś taka glutowata - ale rzeczywiście jest gładko, do tego krem do golenia koniecznie niefirmowy w sensie metroseksualnym - Lider oraz after shave z Biedronki zielony - też niefirmowy. Niefirmowy nie znaczy słaby - to naprawdę dobre jakościowo produkty. Chodzi o to, że nie jestem jakimś frajerem aby się dawać oskubywać korporacjom jak kurczak i płacić kilka razy więcej za płyn po goleniu i krem. W końcu to blog 'racjonalne oszczędzanie", no nie?

No i ma być miło w dotyku - zatem jeszcze płyn do kąpieli. Miły także dla mnie. Ostatnio zamieniłem firmowy Palmolive Ice za około 9 zł za markę własną supermarketu Polo - płyn mentolowy za 3,50 zł. Jest trochę łagodniejszy niż Ice, ale doznania zapachowe po prysznicu identyczne.

No i kurcze jestem cały miły w dotyku i mogę wreszcie pomyśleć jak zdobywać kobiety?

No kurka, ale to już w moim przypadku nieaktualne, hmm. Ale skoro instynkt i podświadoma rywalizacja z kolegami każe mi być miły w dotyku dla moich Pań to czemu nie.... no nie?

poniedziałek, 9 lipca 2012

Jak zdobyć chłopaka.

Skoro ostatnio trochę psychologicznie i tematycznie jest na moim blogu porozmawiamy sobie dziś na temat, który wielu zainteresuje, szczególnie płeć piękną, ale skoro dużo Pań mnie czyta to dlaczego nie? W przeciwieństwie do tych, którzy tylko piszą jak się dobrać do spódniczki, ja pomyślę także o Paniach i zobaczymy co dalej z tej pisaniny będzie.



Porażki młodego żółtodzioba
Otóż powiem wam, że za szczeniaka, czyli w czasach dawnych, kilka razy przydarzyła mi się mniej więcej ta sama sytuacja. Startuję do dziewczyny, rozmawiamy, zapraszam gdzieś, czasem nie raz i nie dwa, wychodzimy razem, pokazuję swoje zamiary, w końcu nawet mówię otwarcie, że mi zależy i.... kubeł zimnej wody na łeb. Albo dama niezdecydowana, albo nieprzewidziane okoliczności, bo w sumie to ona w separacji i nie wie czy wróci do byłego czy nie wróci, albo inne gruszki, albo pietruszki, na ogół jednak mniej lub bardziej dosłownie NIE.

Nie gryzłem się
Jakiś więc drobny czas zgryzu, złego samopoczucia, nawet znajomi to widzą i wyciągają mnie gdzieś siłą, albo sam idę bo po co się gryźć (Nawet za szczeniaka, kiedy w tym temacie byłem dość zielony nie byłem jakimś frajerem, aby się gryźć w nieskończoność). No więc idzie jakaś impreza, klub, domówka. Jakoś dziwnie się składa, że poznaje fajną dziewczynę, nie raz nie dwa, różnie bywało.

Nowa znajomość.
Czasem więc sytuacja, że dosłownie chwila moment albo chodzimy za rączkę, albo z jakąś przemiłą koleżanką zaczynamy się po prostu razem pojawiać w towarzystwie, albo wychodzę na przygodną randkę - na luzie i bez spiny, choćby po to by się nie gryźć i nie siedzieć sam w fajny wieczór.

"A może jednak popełniłam błąd?"
No i tak się składa, że niedawny obiekt moich westchnień to widzi. I wtedy szał, momentalnie. Ogień w oczach i normalnie syndrom zabranego ciastka. Telefony, prośba o spotkanie, tekst od dziewczyny - a może jednak to był błąd, może nie powinnam, spróbujmy raz jeszcze, wróć (no a jak mam wrócić, skoro nawet z tobą dziewczyno nie byłem? - syntax error!). Sorka moja droga, nie jesteś mi obojętna, ale już się z kimś spotykam (okazuje się, że dziewczyny się znają).

Kiedy indziej dziwne spojrzenia, cześć cześć i lecę do swoich spraw, a potem słyszę od znajomych, że mój dawny obiekt westchnień się skarży, że ją ignoruję, że jest jej z tym źle, że nigdzie z nią nie wyjdę nie mówiąc o porozmawianiu dłużej.

Kiedy indziej jeszcze inne sytuacje, ale już nie napiszę, bo to nie jest blog 18+... ehhh

Jak zdobyć chłopaka?
Oczywiście wtedy nic nie wiedziałem i nie kumałem o co chodzi w tej grze, ale wtedy były to sytuacje, że ja chciałem zdobyć dziewczynę a po jakiś czasie się odwróciło. Okazało się, że dziewczyna chciała, ale...

...i tu przechodzę do odpowiedz na tytułowe pytanie jak zdobyć chłopaka. Moje drogie dziewczyny - jeśli chcecie zdobyć owego chłopaka, czy nawet trochę pozwodzić swojego biednego adoratora, aby nie było mu za łatwo - pomyślcie o jednym.

Nasz męski mózg to prosta maszyna zero-jedynkowa o finezji i złożoności drewnianego cepa ze skansenu rolniczego. Choćbyśmy się starali was, płeć piękną, zrozumieć to nigdy nam do końca nie wyjdzie. Rozumiemy prosto i prymitywnie. Nie znaczy nie, tak znaczy tak. A w związku już - słowa "kosz jest pełen" przekazuję nam tylko i wyłącznie informację, że kosz jest pełen i nic z tego nie wynika, logika matematyczna. Na wyniesienie śmieci jest inna prosta komenda i brzmi ona "kochanie, wstań od komputera i wynieś kosz".

Rozumiecie? Chcecie zdobyć chłopaka - nie komplikujecie sobie życia. Nie liczcie, że on zrozumie jakiś niuans i półsłówka. O ile nie jest on doświadczony w tej "grze" to nie zrozumie i tyle. A potem bardziej cwana koleżanka zwinie wam wasze wymarzone ciacho sprzed nosa...

Jak stracić przyjaciół i zrazić sobie ludzi. Coś o mechanizmach polityki w naszym życiu.

Jest wiele technik pozwalających na narobienie sobie problemów i zrażenie przyjaciół, znajomych, a w przypadku własnego interesu - klientów i kontrahentów. Jedną z najskuteczniejszych jest rozmawianie o polityce. Przekonałem się o tym nie raz.



Inteligenci
Zauważyłem, że znakomita większość ludzi, nawet tych których można uważać za inteligentów, w kwestiach politycznych zupełnie nie myśli, lub myśleć nie chce. Wybór wspieranej opcji politycznej jest wypadkową wielu podświadomych i świadomych czynników, z których analiza polityczno-gospodarcza jest na ostatnim miejscu.

Puchate stadko.
Większość ludzi nie jest w stanie wybić się ponad swoją orientację polityczną, daje się łatwo spolaryzować, zagonić do tej czy innej zagrody jak zastraszone stado baranów. Zauważyłem także, że większość osób w tym czy innym w miarę zgranym "towarzystwie", czy jak w Poznaniu mawialiśmy "ekipie" najczęściej reprezentuje mniej więcej jeden pogląd polityczny (zazwyczaj zupełnie nie wdając się w szczegóły programu, wizji, przeszłości członków danej partii).

Gorliwa Palikotówka.
W czasie ostatnich wyborów, pewna dość dynamiczna koleżanka, która mocno popiera Palikota, twierdzi, że zrobił on wiele dobrego dla przedsiębiorców i małych firm. Ja zapytałem co konkretnie. Koleżanka zupełnie nie potrafiła podać ani jednego konkretu, stanowiska choćby w jednym, kluczowym dla przedsiębiorców, głosowaniu w sejmie. Natomiast wyraźnie się rozogniła moim szczegółowym wypytywaniem (i faktem że wyszła jej totalna niewiedza) także, że widząc reakcję, załagodziłem jakoś temat.

Zakochany w Tusku.
Dawno temu,podczas formowania się PO mój dobry przyjaciel bardzo się rozekscytował całą ideą, nowym wizerunkiem i w ogóle był wielkim fanem Tuska. W porządku, powiedziałem, ale czy potrafisz podać mi detale z przeszłości Tuska? Podasz mi do jakich partii należał od roku 1989? Podasz mi jak te partie głosowały w szczegółowych sprawach ekonomiczno-gospodarczych? Czy podasz mi jak głosował sam Tusk w głosowaniach na temat podatków? Kumpel oczywiście nie wiedział - ja wiedziałem i mnie to zupełnie nie zachwyciło. Wywiązała się dość emocjonalna rozmowa, którą dość szybko uciąłem. Oczywiście nadal jesteśmy przyjaciółmi, ale politycznie zawsze zgrzyta - nasza pula wspólnych doświadczeń i przeszłości jest akurat większa niż kwestie polityczne, ale politycznie w oczach znajomego to jaj jestem oszołomem, wyrodnym inteligentem, który nie popiera rzekomego rozsądku, wyważenia, rzeczowości platformersów.

Jak zostać pisowcem.
Znakomita większość ludzi, nawet inteligentnych, nie jest w stanie rozdzielić krytyki realnych poczynań polityka od krytyki danych poglądów politycznych. W obecnej sytuacji przejawia się najczęściej tym, że jeśli skrytykowałeś premiera czy prezydenta, a masz odchyły patriotyczne, to automatycznie stajesz się PIS-owcem, a jeśli jesteś łysy, to już na pewno nie tylko PIS-owiec, ale też faszysta.

A właśnie, mamy tu przykład Kolegi z Boskiej Woli, który już nie raz moje krytyczne wyrażenie się o rządzie w komentarzach, okrzyczał jako szerzenie propagandy pisowskiej na jego (co jak co, bardzo ciekawym) blogu. a jak wspomniałem kiedyś, że PIS obniżył podatki to się nasz kolega mocno zdenerwował. Bo jakże tak można przebrzydłych pisiorów chwalić, co mu kiedyś tu i tam dokopali...

Biznes (mały biznes) i polityka.
W ciągu ostatnich lat ze trzy razy dałem się nieco spoufalić z klientem i naciągnąć na rozmowę o polityce. Za każdym razem z marnym skutkiem. Dwukrotnie moje pochwalenie decyzji jednej i drugiej partii w kwestii gospodarczej + fakt, że ścinam się na dość krótko spowodował przyklejenie mi etykiety faszysty i pisowca oraz utratę kontaktu biznesowego (i rezygnacje klienta z umowy). Było to na tyle odległe w czasie (kilka lat), że o pierwszej sprawie prawie zapomniałem i dałem się drugi raz. Trzeci raz nieopatrznie przyznałem się, że zaglądam na blog Korwina, za co zostałem wyśmiany i do dziś pewni klienci mają mnie za korwinistę/upr-owca, co w moim gronie jest synonimem niepoważnego oszołoma.

Za co straciłem kontrakt i pieniądze? W pierwszej dyskusji poparłem pomysły na obniżenie podatków przez LPR i wprowadzenie becikowego, w drugiej rozmowie po latach starłem się dokładnie o to samo, za co Jacek z Boskiej Woli przykleił mi gębę PIS-owca. Mianowicie o fakt że PIS obniżył podatki.

Otóż w towarzystwie zdominowanym przez zwolenników PO nie wolno, absolutnie nie wolno pochwalić dobrej decyzji przeciwników politycznych z PIS, bo można przez to "stracić".

Kilka wyjaśnień.
Nigdy nie należałem do jakiejkolwiek partii politycznej. Moi dziadkowie, rodzice i rodzeństwo także nigdy nie należeli do jakiejkolwiek partii politycznej (także tej jedynie słusznej za komuny i teraz). Nie popieram obecnie (publicznie i prywatnie) żadnej z partii politycznej i nie popieram żadnego polityka. Aczkolwiek mam swoje wyraziste poglądy nie widzę nikogo, kto by je dobrze reprezentował.

Jeśli już miałbym teraz koniecznie publicznie poprzeć kogoś, kogo znam z TV i mediów byłaby to na pewno Świnka Peppa, Krówka Connie oraz Bob Budowniczy i Olinek Okrąglinek. Reszta towarzystwa z TV niech mi sp****la w podskokach.

Offtopic: Gdyby ktoś chciałby sobie oglądnąć mój nowy pulpit na netbooku - zapraszam tutaj.


P.S.#1 Do politycznych sympatii i osoby Jacka z Boskiej Woli nic osobiście nie mam. Ot napatoczył mi się jako fajny przykład zachowań politycznych. Znana wam osoba, ciekawy blogowicz, podpasował do tematu... Mało mnie obchodzą jego aktualne poglądy polityczne, bardziej rajcuje mnie jego ekologiczny tytoń z ogródka.

P.S.#2 Naprawdę straciłem kontrakty przez takie pierdoły polityczne, jak wspomniałem, może było to celowe sondowanie polityczne mojej osoby? To akurat była w pierwszym przypadku instytucja publiczna, w drugim duża firma na stylu z polityką, już współpracujące ze mną Obecnie naprawdę ostro wystrzegam się rozmowy o polityce i kwestiach okołopolitycznych w pobliżu biznesu.

niedziela, 8 lipca 2012

Jak zrobić hamburgera.

Nieco zmieniłem swój poprzedni post, bo w sumie co jest śmiesznego w tym, że w McDonald's oczekujemy pysznego pulchnego i soczystego hamburgera, a dostajemy jakieś małe nie wiadomo co o wyglądzie taniej bułki z supermarketu, na którą przez pomyłkę usiadła spocona kierowniczka baru?

Jak zatem zrobić prawdziwego hamburgera?

Po pierwsze pieczywo. Przyjęło się, że pieczywo do hamburgera jest raczej pulchne, puchate i więcej w nim powietrza niż mąki. Ja wolę przy odrobinie wysiłku poszukać pieczywa odrobinę bardziej zwartego, najlepiej z jakimś dodatkiem otrębów. Ale tu właściwie wedle woli, każdy lubi coś innego. Ja się po prostu konkretnym pieczywem bardziej najadam.



Niektórzy lubią podgrzać lub podpiec bułkę, ja kiedyś to robiłem w opiekaczu elektrycznym, lub w mikrofalówce na trybie 100% opiekacza elektrycznego. Włączenie mikrofal powodowało, że zamiast bułki miałem gumiastego kapcia, więc ostrzegam przed tym.

Mięso. Klasycznym dodatkiem do hamburgera jest mięso wołowe. W Polsce trudno o dobrą wołowinę, więc spokojnie można zastąpić to np. mięsem indyczym - jest delikatniejsze i nie śmierdzi. Jeśli zdecydujemy się na wołowinę - warto nie kupować mielonego mięsa wołowego na tackach, ale kazać zmielić na zamówienie wybrany kawałek dobrze wyglądającej wołowiny w sklepie mięsnym. Jest jeden mały wyjątek - czasami decydowałem się na przesmażenie tatara lub metki tatarskiej, po uprzednim dokładnym przestudiowaniu składu produktu.

Warzywa, dodatki, sałatki. Tutaj proszę eksperymentować wedle woli i gustów. Ja osobiście do hamburgera lubię większość sałatek poza buraczaną, która psuje mi kolorystykę. Do tego odrobinę oliwy extra virgin - nie wiem czy to według was pasuje do klasycznego hamburgera, ale ja tak lubię. Majonez, keczupy, musztardy wedle woli. Eksperymentujcie.

Cokolwiek wam wyjdzie będzie to na pewno będzie tańsze i smaczniejsze niż ten zmolestowany kapeć z McDonald's perwersyjnie zwany hamburgerem. Powodzenia.

Czasem trzeba powiedzieć swoje. Kanapki McDonald's oraz piwo marki Lew.

Nie, ten blog nie ma ambicji być centrum dyskusji o polityce, pisanie o polityce zarzuciłem dawno temu, choćby z powodów praktycznych. Powodowało to zbyt duży odpływ czytelników i spadek oglądalności (a przecież niemal każdy autor bloga trochę lubi popularność - i mi tu nie kłamcie przypadkiem, hehe, że jest inaczej). Nie znaczy to oczywiście, że czasem nie powiem swojego, bo trzeba - trzeba czasem powiedzieć co nas wkurza otwarcie i tyle.

Bo na przykład dlaczego w reklamach kanapki i inne zawijańce z McDonald's są takie bogate, ładne, pulchne i puszyste a kiedy kupujemy je w tym popularnym barze wyglądają ja ściśnięte kapcie wyciągnięte z niesprzątanej od lat szafy wujka Romka? Te reklamy to ściema i tyle, płacę za iluzję a zjadam rozdeptanego kapcia.



Jak widzicie czasem trzeba odreagować nadmiar ściemy w otoczeniu, także w polityce.

Co do piwa Lew (browar Zodiak) obiecanego w tytule to wczoraj miałem zaszczyt wypić dwie małe butelki. Kupione przejazdem w Rawiczu w supermarkecie Dino. Cena 1,30 za butelkę + kaucja. Powiem tak. Piwo jest 2x tańsze niż mały Żywiec i jednocześnie 2x lepsze.

Nie wiem czy to magia małych szklanych butelek - baryłek i kultowej etykiety, czy rzeczywiście pełnego goryczkowego smaku i wyczuwalnej jakości trunku, czy po prostu trafiłem na świeżą partię piwa.

A co do wspomnianego Żywca, hmmm, powiem tak, w sprzyjających warunkach i dobrze schłodzone mały Żywiec ma nawet szansę smakować prawie tak jak piwo Lew, które kupiłem wczoraj. Ale "prawie" robi wielką różnicę.

sobota, 7 lipca 2012

Kryzys w Polsce? Nie ma go... ale jest fatalny rząd.

Powtarzam to od dawna. w Polsce kryzysu nie ma, jest pewne spowolnienie gospodarcze, ale kryzysu jeszcze nie ma, natomiast obserwujemy szereg niekorzystnych zmian, które mogą dawać widoczne efekty podobne do kryzysu. Szczególnie osoby czerpiące swoją wiedzę o świecie i gospodarce z TV mogą mieć nieźle namieszane w głowach.

Kryzysu nie ma
Oczywiście ktoś, kto spekuluje w finansach może się ze mną nie zgodzić, ale prawda jest taka, że większość zwykłych ludzi nie zajmuje się finansami - zajmują się pracą, zajmują się drobnymi interesami, dorabianiem w szarej strefie, itp. Tu kryzysu nie ma.

Fatalny rząd
Ta rzesza zwykłych ludzi jednakże obserwuje jednakże coraz większy zamordyzm niemiłościwie nam panujących polityków. Obecny rząd i premier to szczyt niekompetencji i fatalnego zarządzania krajem. Wzrasta fiskalizm, wzrastają kontrole wszystkiego, na czym można ludziom przyfasolić mandat. Pazerność rządu daje się we znaki na tyle, że u mnie na blokowisku publiczne wychwalenie rządu, premiera, czy partii dominującej zapewne o nieodpowiedniej porze mogłoby się źle skończyć dla wychwalającego. A wstawienie nowych zębów przecież kosztuje.



Pułapki policyjne i łapanki ludności (jak za okupacji)
Przykład - u mnie w mieście otwarto nową obwodnicę, gdzie obowiązuje ograniczenie prędkości jak w terenie zabudowanym. Oczywiście nie ma żadnych znaków, ale droga przez puste pola, wydawałoby się z dala od miasta jest w granicach administracyjnych miasta. Swoi już to wiedzą, przejezdni są ofiarami dotkliwego golenia z posiadanych pieniędzy. Golą non stop - oznakowane radiowozy - tajniacy z videorejestratorem, często hurtem - podczas kontroli stoi 2-3 zatrzymanych biedaków, ile tylko dadzą radę spisać!

Inwigilacja
Służby wszelkiego typu niemiłosiernie kontrolują drobną przedsiębiorczość oraz szarą strefę. Każdy polityk, każdy minister finansów wie, że Polska funkcjonuje jeszcze dzięki drobnemu biznesowi i szarej strefie. Konsekwentne zarzynanie szarej strefy to de facto zarzynanie ekonomiczne polskiego społeczeństwa.

Kto naprawdę płaci podatki w Polsce

Być może niektórzy prawomyślni czytelnicy zganią mnie za pochwałę szarej strefy, ale to de facto szara strefa płaci lwią część podatków w Polsce! Podatki pośrednie, opłaty, podatki od konsumpcji, akcyza, no i VAT którego szaracy nie mogą odzyskać! To legalnie działające markety i wielkie firmy nie płacą podatków do budżetu. Odzyskują VAT, a dochody transferują za granicę unikając płacenia podatku CIT w Polsce.

To jest parę myśli politycznych na dzisiaj. Nie wymagam aby się ze mną zgadzać, ale jeśli ktoś chce podyskutować o polityce, proszę o jakiś poziom kultury - aby nie powtórzyła się sytuacja z dyskusji o metroseksualizmie 2-3 posty temu.

P.S. Ponieważ wczoraj informację dodałem dość późno, dalej polecam artykuł: Własna firma - przegrywasz i wygrywasz. Perfekcjonizm.

piątek, 6 lipca 2012

Układy, układziki, sitwa, korupcja... czyli Polska po prostu.

Riannon, ten post piszę w odpowiedzi na twój mail. Niestety masz rację, nasz kraj działa na dziwnych (nieformalnych) podstawach, a kwestie urzędniczo polityczne to osobny rozdział jakiegoś thrillera. Niestety te postępowanie przenosi się też na inne obszary, także do sfery prywatnej i prywatno-biznesowej, o czym pisałem w tamtym miesiącu.



Nieruchomość pana J.

Generalnie mam przykład osoby z dalszej rodziny (J.) walczącej o możliwość budowy domu (i kilku obiektów), pod miastem. Kilka lat walki urzędniczej, pisma, odwołania od decyzji, odwołania od odwołań. Teoretycznie J. miał rację, prawo było po jego stronie, ale... Przez te różne "ale" sprawa obiła się o kilka różnych szczebli, dochodząc nawet chwilowo do sfer okołorządowych... Jednak przez czynnik taki jak zwyczajne zmęczenie materiału J. powoli zaczął odpuszczać.

Dziwnym obrotem losu po jednych z wyborów samorządowych J. zajął stanowisko w jednostce samorządowej i w jednej z komisji samorządowych. Jak pisałem sprawa nieruchomości była już prawie odpuszczona, w gorączce spraw J. chyba nawet o tym zapomniał, ale po jakimś czasie J. zapytał kogo trzeba o co chodzi. Trybiki ruszyły i wkrótce znalazł się urzędnik - winowajca całego zastoju ze skruszono... zdziwiona miną... "To Pan? No wie Pan, nie wiedziałem, że...." Po dalszej rozmowie urzędnik wyznał coś w tym stylu "A tak właściwie gdyby Pan z nami rozmawiał inaczej, polubownie, no wie Pan, to dużo dałoby się pchnąć, niech mi Pan za złe nie ma, to po prostu tak działa, Po co Pan tak walczył, nie wiedzieliśmy o co chodzi...".

Tak jak sprawa wcześnie bez wyraźnych powodów prawnych była blokowana, tak nagle bez niczego została załatwiona na korzyść J. Blokowanie sprawy, wynajdywanie kruczków, odwlekanie, nieuzasadnione decyzje odmowne były po prostu sygnałem, że układ chce położyć rękę na inwestycji i odkroić sobie słuszny kawałek tortu. Skoro J. znalazł się przypadkiem w orbicie układu... a to inna sprawa, nie wiadomo przecież na jakie stanowisko wskoczy J. po następnych wyborach.

Upór

Mimo przykładu pana J., gdzie upór zamiast prostego wyłożenia kasy pod stołem poskutkował uporem ze strony urzędu, widzę że generalnie upór w dążeniu do swojego popłaca. Czy to urzędnicy, czy sfera korporacyjno-prywatne (np. moje sprawy reklamacyjne) ma tendencje odrzucać wszelkie sprawy w pierwszym podejściu. Z zasady.

Dopiero w drugim, trzecim podejściu sprawy udaje się załatwić i przepchnąć swoją rację. Oczywiście do tego etapu nie dojdzie 90% petentów - oni poddadzą się po pierwszej odmowie (sam nie raz w przeszłości tak postępowałem).

Obecnie jednak walczę, i nie poddaje się, praktycznie zawsze wygrywam, ale... prawie nigdy w pierwszym podejściu.

Tak więc upór i siła popłaca.

P.S. Na blogu o pracy nowy artykuł: Własna firma - przegrywasz i wygrywasz. Perfekcjonizm.

czwartek, 5 lipca 2012

Jak wyrejestrować odbiornik RTV.

Wielu z nas zadaje sobie pytanie jak wyrejestrować odbiornik RTV. Jest to i trudne i łatwe zarazem. Dziś napiszę jak to zrobić, ponieważ pomagałem znajomemu w tych formalnościach.

Wszystkiego dowiesz się w uaktualnionym wpisie - kliknij na link poniżej:

Jak wyrejestrować odbiornik RTV i nie płacić abonamentu

Oczywiście nie zachęcam moich czytelników do wyrejestrowania odbiornika, jeśli go rzeczywiście posiadają, bo to niezgodne z prawem, a mi nie wolno namawiać do czynności z prawem niezgodnych, wiec nawet mi do głowy takie rzeczy nie przychodzą. Przecież mój kolega wyjechał za granicę i rzeczywiście pozbył się odbiornika RTV. :-)



Pamiętajmy, jeśli nie opłacimy abonamentu to ekipa z Warszawy, to całe towarzystwo wzajemnej adoracji i wzajemnego wsparcia nie będzie miało z czego żyć, realizować misji i jeszcze będą musieli zabrać się np. do uczciwej pracy fizycznej. A przecież nie chcemy, aby nasi ulubieni celebryci z wspaniałych seriali TVP, np. musieli grządki pielić, plony zbierać, albo koński nawóz widłami przerzucać, czy tytoń w celach ozdobnych mozolnie hodować w ogródku. Co to by było!!! Ojojoj! :-)

Przecież nie możemy zawsze popadać ten sam płaski, nudny i do niczego nie prowadzący materializm, unikając, dla własnej egoistycznej korzyści, jakże ważnej opłaty przyczyniającej się do realizacji publicznej misji TVP, która przecież jest naszym wspólnym dobrem. :-)

P.S. Moją opinię i parę kwestii dotyczących abonamentu także znajdziecie w poście: Abonament RTV. Rezygnacja z abonamentu RTV / wyrejestrowanie odbiornika.


środa, 4 lipca 2012

Mężczyzna heteroseksualny kontra mężczyzna metroseksualny.

Zrobiło się trochę filozoficznie na blogu, ale ja lubię moich czytelników, więc jeśli ktoś poprosił o ruszenie tematu, a ja mogę i mam ochotę to zrobić - to dlaczego nie. Zwłaszcza, że opisywany temat męskich zachowań ma ścisły związek z oszczędzaniem i modelem wydatków.



Zatem napiszę dziś jeszcze jeden mały suplement do wczorajszej wypowiedzi:

Mężczyzna heteroseksualny kontra mężczyzna metroseksualny.

Myślę, że normalny mężczyzna heteroseksualny także może ubrać sobie markowy ciuch, użyć drogich markowych perfum, dodatków, itp. Dlaczego nie? Wszystko jest dla ludzi. No może niekoniecznie będzie entuzjastą niektórych zabiegów kosmetycznych, jak depilacja "jajek", itp.

Jeśli jednak heteroseksualnego faceta tego wszystkiego nagle pozbawić, ten cały "stuff" zabrać, to taki wzruszy ramionami i zabierze się za swoje sprawy, po prostu. On będzie pewien swojej wartości. Nie będzie to go szczególnie grzało, ani ziębiło. Heteroseksualny będzie potrafił być atrakcyjny dla swojej kobiety zarówno ubrany odświętnie i wypachniony, jak i w jeansach i zwykłej koszulce, do tego rękach ubabranych smarem, pomagając jej naprawić rower.

Mężczyzna metroseksualny jest bez tej całej otoczki - bez ekskluzywnej marki, bez topowych kosmetyków, bez designerskich ciuchów, drogich zegarków i całego wielkomiejskiego metro-lansu jak balonik pozbawiony powietrza. Ten cały konsumpcjonizm, żel i wypindrowanie, nie jest dla mteroseksualnego dodatkiem, on go zasadniczo tworzy. Skąd to wiem? Ponieważ miałem okazję poznać nie jednego takiego biedaka.

Kolega Daimyo sugeruje, że mężczyzna metroseksualny śmiało realizuje swoje potrzeby tu i teraz, aby więcej doświadczać, itp. Ja sugeruję netomiast, że mężczyzna metroseksualny nie potrafi zaspokoić swoich realnych potrzeb (ani tym samym potrzeb kobiet). Metrogoguś jest de facto tworem sztucznym, słabym mężczyzną który przyjął medialny model wykreowany przez designerów, producentów kosmetyków i gadżetów, i w rzeczywistości realizuje nie swoje potrzeby, ale ich potrzeby. Trzeba bowiem przyznać, że metroseksualny jest doskonałym klientem i źródłem zarobku dla korporacyjno-medialnej sitwy.