wtorek, 29 listopada 2011

Czy kupno psa bez rodowodu jest wyrazem oszczędności?

Dziś się zgodnie z zapowiedzią nie wypowiadam - oddaję natomiast głos profesjonalistce.

(..) Rodowód, to nie jest zaspokojenie snobistycznego podejścia do życia, ale wyraz rozsądku. Tylko szczenię z metryką daje gwarancję, że jest to rzeczywiście golden retriever. Wielu ludzi, chcąc zaoszczędzić paręset złotych, decyduje się na kupno pieska u handlarza, rozmnażacza prowadzącego „bezpapierową hodowlę”. Tymczasem warto zadać sobie trud starannego wyboru przyszłego członka rodziny, który pozostanie z Wami przez kilkanaście najbliższych lat. Ryzykując kupno przypadkowego, za "okazyjną" cenę szczeniaczka, może się zdarzyć, że w rzeczywistości nie będzie on wcale taki tani. Pieski nabyte na targu, jako golden retrievery, rzadko kiedy nimi są i to widać na pierwszy rzut oka, ale jeśli widzieliście szczenię goldena tylko na obrazku, bardzo łatwo będzie Was oszukać. W zależności od tupetu handlarza, wydacie na pieska 500-1000 zł, a przecież w schroniskach czeka na adopcję mnóstwo kundelków, których cena to symboliczne kilkadziesiąt złotych lub nie kosztują nic.


Ludzie bardzo się oburzają, gdy nazywamy ich „rasowe”, bezpapierowe psy kundelkami (bez pejoratywnego zabarwienia tego słowa). Nie mając w rękach dowodu pochodzenia psa, nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy on jedynie przypomina osobnika danej rasy, czy istotnie od wielu pokoleń reprezentuje ową rasę. Daleko szukać nie muszę. We wsi obok mieszka pewien „golden retriever”- jak uparcie twierdzą właściciele. Ma on wzrost spaniela i waży kilkanaście kilo. Może kilka pokoleń wstecz był on spokrewniony z tą rasą. Właściciele za głowę się łapią, przechodząc koło naszej posesji, gdzie biegają goldeny, na szczęście kochają psiaka takim, jaki jest. Lecz po co w takim razie wydawali setki złotych na mało goldenopodobne stworzonko, skoro schroniska pękają od nadmiaru bardziej podobnych, oddawanych za darmo?


Ciąg dalszy artykułu tutaj: http://hodowla-psow.blogspot.com/2011/04/hodowla-czy-targ-gdzie-szukac-psa.html

poniedziałek, 28 listopada 2011

Zmiany na blogu, post techniczny.

Na blogu zmiany, które jakiś czas już się szykowały.

1. Blokuję nieodwołalnie komentarze użytkowników anonimowych - stałych czytelników korzystających dotychczas z opcji Anonim proszę o założenie sobie nicka na Google, lub nawet konta na Gmail. Nie jest to uciążliwe (nie zawala konta pocztowego spamem). Niestety moderacja Anonimów zaczyna przerastać moje możliwości czasowe - z drugiej strony właściwie tylko z nimi są różne problemy.

2. Robię powoli porządki na blogu. Obejmuje to kasację niektórych komentarzy i postów. Wylatują komentarze ewidentnie trollujące, wulgarne oraz niektóre bezwartościowe komentarze-reklamy z linkami do stron autorów. Wylatują niektóre posty, które spowodowały więcej kontrowersji i kłótni niż pożytku. Z reguły nie taka była moja intencja - te błędy należy naprawić.

UWAGA! Jeśli ktoś chce się reklamować lub pozycjonować zapraszam do kontaktu mailowego (prawy-dolny róg) - jestem człowiekiem, z którym się da dogadać.

3. Kończę definitywnie "kopanie się z koniem", czyli długie dyskusje z ludźmi, którzy się najwyraźniej nudzą i szukają okazji do trollowania. Tutaj mam na myśli między innymi ostatnie rozmowy o fotkach ładnych dziewczyn. Muszę dokonać rozsądnego wyboru między poszanowaniem wolności poglądów, a moim własnym, prywatnym czasem i szacunkiem do czytelników. Od dziś każdy komentarz naruszający zwyczajowe "prawo gospodarza" wylatuje z automatu.

4. W miarę moich skromnych możliwości czyszczę od dziś blog z błędów językowych, wulgaryzmów, anglicyzmów (w moich wypowiedziach) i języka "spod sklepu monopolowego" - to osobiste dążenie do poszanowania języka polskiego. Jak już robić blog - to porządnie. Dziś licznik odnotował 140 tys. odwiedzin - taki wynik do czegoś zobowiązuje.

5. Na razie lekko zmieniam szablon bloga, standardowy błękitny styl jest zbyt mało ciekawy. Jeśli ktoś ma sugestie co do szablonu na pewno rozpatrzę propozycję, ale ostatecznie samodzielnie dokonam wyboru.

6. A na koniec kilka zmian i ulepszeń administracyjnych dla wygody mojej i waszej - oraz przyśpieszenie działania bloga.

Pozdrawiam wszystkich i dziękuję wam za dotychczasowy kontakt, czytanie i polecanie tego bloga.

P.S. Ten post być może będzie wykasowany za jakiś czas - komentujących czytelników proszę o wzięcie tego faktu pod uwagę.

Żegnamy styl błękitny - pa... pa...

Sprzedaż. Jak to robić dobrze. Własny biznes.

Są dwie drogi dobrej sprzedaży swoich produktów i usług, jeśli je zignorujemy nie uda nam się osiągnąć jakiegokolwiek powodzenia w interesie.

Pierwsza droga to Mistrz Ściemy. Opanowujemy to wszelkie techniki psychomanipulacji, marketingu, kłamstwa, kitu i co tam jeszcze mamy. Regularnie uczęszczamy na szkolenia technik sprzedaży, PR, itp. Dochodzimy do mistrzostwa, wciskania kitu bez zająknięcia, sprawiania wrażenia 100% wiarygodnych, przekonanych, entuzjastycznych - zupełnie nie ważne jest tutaj co sprzedajemy. Słaby (na ogół) produkt w razie kłopotów zamienimy na Y po jednym szkoleniu produktowym. Mistrzami Ściemy są według mnie guru niektórych MLMów, ubezpieczyciele, finansiści, politycy i ludzie z ich sztabów. To jednak droga nie dla każdego.


Druga droga to Wiarygodny Profesjonalista. Droga psychologicznie o wiele łatwiejsza i możliwa do osiągnięcia przez większość z nas, jednak wymagająca pracy i realnego zaangażowania. Można to naturalnie wspomagać technikami z punktu pierwszego - ale to będzie jedynie wspomaganie, a nie istota sprawy.

1. Kiedy idę na siłownię i obserwuję trenera, chcę świadomie, lub podświadomie wiedzieć, że ten człowiek wie, co przekazuje ludziom. Patrzę na jego mięśnie i widzę, co jest warta jego wiedza.

2. Kiedy idę na...

Ciąg dalszy przeniesiony na: http://zalozenie-firmy.blogspot.com/2012/09/sprzedaz-jak-to-robic-dobrze-wasny.html

Oszczędne zakupy - więcej i taniej

Temat tak oczywisty, że go w sumie wcześniej nie podejmowałem. Oczywiste jest to, że kupując więcej - większe zbiorcze, lub hurtowe opakowania - często płacimy mniej.

Robiłbym jednak takie zakupy z kalkulatorem, bo niektórzy producenci wcale nie oferują dobrych cen opakowań hurtowych, a wszelkie gratisy są tak naprawdę wliczone w cenę.

Niektórzy symulują "hurtowość" - kupiłem np. hurtową puszkę suplementu do treningu (a konkretnie aminokwasy BCAA) i po otwarciu okazało się, że wypełniona jest tylko połowa puszki. W pierwszej chwili szok - oszukali mnie. Sprawdzenie wagi pokazuje jednak, że wszystko się zgadza. Za suplement zapłaciłem także o wiele mniej w porównaniu do detalu, więc na swoje wyszedłem - jednak jakiś niesmak pozostał - nie lubię być zmanipulowany - produkt zapakowali w 2x za duże opakowanie, aby spotęgować poczucie hurtowego zakupu.


Czasami kupując więcej - tak naprawdę znacznie szybciej zużyjemy produkt - więc hurt się nie opłaca. Czasami możemy przebić termin ważności (co mi się niestety zdarzało kiedyś - i zamiast powiedzmy zarobić 30 zł - straciłem 70 zł). Pułapek jest wiele.

Jednak z całą pewnością wolę kupić (po kalkulacji i porównaniu cen) mega-paczkę maszynek do golenia lub niektórych kosmetyków (nie zużyje ich szybciej niż w ramach "naturalnego" tempa zużycia).

Jeśli używam produktu jakiejś wybranej firmy - czasem opłaci się kupić hurtem opakowania uzupełniające/zastępcze - zamiast regularnych opakowań. Robiłem tak np. z mydłami w płynie, itp.

Sugeruję tutaj, abyśmy wymienili się propozycjami - jakie produkty warto kupić hurtowo. Zapraszam do komentowania :)

niedziela, 27 listopada 2011

Oszczędzanie pieniędzy na studiach

Jakiś czas temu pewna czytelniczka poprosiła mnie o poradę jak oszczędzać na studiach. Postaram się podzielić zatem moimi spostrzeżeniami, skoro już rozpocząłem temat studiów.

Parę postów temu studiujący czytelnicy zdawałoby się wyczerpali temat - przypomnę - dobrym sposobem na oszczędzanie jest kontrola i ścisłe rozliczanie wydatków. Ale dorzucę jeszcze coś od siebie....


Uwaga! Zasadniczą część artykułu poprawiłem i przeniosłem na nowy blog:

 
 

Kiełbasa i wędzonki. Jak spożyć je zdrowo...

Inspirując się blogiem Droga Minimalisty, choć nie tylko, staram się spożywać mniej przetworzonej żywności niż kiedyś. Dotyczy to kiełbas i wędzonek. Mały wyjątek - między innymi z powodów survivalowych (widać tu, że jestem też fanem bloga Domowy Survival) robię dla konserw, w szczególności konserw rybnych.

Tak się składa jednak, że w domu czasem pojawi się wędlina, wędlina jest na stole (w lodówce) u rodziny i nie ma co wybrzydzać. Jak jednak przyrządzić je najlepiej?


Na przykład teraz miałem pół paczki nuggetsów z kurczaka (przecież ich nie wyrzucę do kosza dla idei, a zawsze to jakieś mięsko i białko dla ostro trenującego chłopa).

Znajoma lekarka, interesująca się zdrowa żywnością, ma na to jeden sposób: wrzucić wszelkie wędzonki do wody, dużej ilości wody - wędzonki dobrze odgotować - a wodę wylać do toalety (bo tylko do tego się nadaje po kontakcie z 90% sklepowych wędzonek). Zredukujemy przez to masę chemii, barwników, konserwantów i ogromne ilości soli kuchennej oraz peklosoli. Po tym zabiegu w miarę spokojnie można spożyć wędzonki.

Whiskey i piwo

Dziś bezczelnie przywłaszczę sobie temat od kolegi z blogu Boska Wola, któremu nie podoba się nowa reklama w Biedronce. Honoru Biedronki będę bronił :) jakby nie patrzeć to jeden z lepszych kontrahentów naszej firmy, a nowy market Biedronki na moim blokowisku należy do najprzyjemniejszych. Obawiam się też, że temat spadnie w dół, jak to się zwykle dzieje ze starymi postami.


Otóż piersiówka z imitacji krokodylej skóry - czy co to za plastikowe badziewie - oczywiście mi się nie podoba - piersiówka srebrna albo czarna, czyli klasyk - niczego sobie - jak to piersiówka. Co tu narzekać.

Golden Loch, czyli tzw. "Złota Locha", to klasyk prowincji, akademików i blokowisk, wyeksponowana prawidłowo i wzbudzi sympatię prawdziwego rasowego studenta, tatuśka, albo innego 'couch potato'.

Jestem teraz chory i aż mnie kusi aby zapodać whiskey albo inny akwawit, co jak co, samopoczucie lepsze, można funkcjonować bez chemii z apteki - ale obecnie raczę się w umiarze jedynie grzanym piwkiem i/lub Lwówkiem Śląskim - to jakieś realne kalorie na czas choroby i witaminy, mikroelementy - szkoda mi efektów, które wyrobiłem na siłowni przez te parę miechów.

Staram się kupić piwo naturalne, warzone z chmielu, prawdziwego słodu i naturalnej wody. (Obecnie piję Namysłów - Kozackie.) Niestety korporacyjne piwa, z półek supermarketów i billboardów to najczęściej wielkoprzemysłowy syf robiony z chińskiego koncentratu w proszku i wody wodociągowej. Im więcej się dowiaduje o sekretach produkcji piwa - tym bardziej cofa mnie na korporacyjny syf zalegający na półkach sklepowych.

Po prostu teraz, jako miłośnik piwa, ale jednocześnie bywalec siłowni, staram się wypić jedynie mało, rzadko i z umiarem - ale za to wypić prawdziwe, dobre piwo (jak np. Namysłów - 28 dni). Swoją drogą często w cenie niewiele wyższej niż wielkoprzemysłowy płyn do szyb sprzedawany pod nazwą "piwo".

Na koniec: W sieci marketów Polo jest promocja na Ballantine's - 40 zł równo za 0,7 litra. To dobra cena dla sympatyków złotego trunku - iść i brać.

sobota, 26 listopada 2011

Kryzys, praca i dojenie - mamy dobrobyt!

Młodzi-wykształceni...

Jakiś czas temu pisałem o zatrudnieniu ucznia/studenta/absolwenta na stanowisko asystenckie w małej firmie z opcją "przynieś-podaj-pozamiataj". Ciężka sprawa. Nie wiedzieć czemu w Polsce takie stanowisko nie cieszy się popularnością, mimo oferowanej możliwości zarobku - najpewniejszą przyczyną są kwestie rozbuchanej ambicji młodych ludzi i lenistwa pokoleń wychowanych po okresie komuny i wczesnych lat 90-tych.

Wydaje mi się, że tu liczy się przede wszystkim prestiż. Nie zarobki. Bo jak wytłumaczyć, że są w tym samym czasie chętni na niskokopłatne praktyki w korporacjach, czy nawet robienie za jelenia (=praca za friko) w różnych dziwnych pseudo-korporacyjnych organizacjach studenckich. No cóż - mała firma to nie jest prestiżowy wpis w CV człowieka, który - na poważnie - chce być co najmniej szefem regionalnym w wielkiej korporacji, jak wszyscy jego koledzy i koleżanki.

Co tam pieniądze - kasę dla księcia czy księżniczki da mamusia i tatuś. Pieniądze się biorą przecież z karty bankomatowej - nie z pracy.


Pracownicy fizyczni.

Oczywiście do remontów ja nie szukam młodych-wykształconych. Takiego błędu już nie popełniam (szkoda czasu - oni i tak nie będą chcieli pracować). Moje pole poszukiwać to oczywiście fachowcy robiący fuchy po godzinach, albo nawet na fuchach żyjący. Pracownicy fizyczni.

Jednak to także nie jest takie proste.


Kryzysu nie ma.

Po prostu nie ma. To jakaś ściema medialna. Praca jest, pieniądze są. Papu jest. Piwko jest. Dobrobyt jest.

Papierosy np. trochę podrożały, ale jakoś nie widzę powszechnego korzystania z alternatywy, czyli skrętów. Ponad 30 papierosów można skręcić za 8,50 zł, jak przekonywał kilka dni temu znajomy kioskarz zamiast kupować 20 analogicznych papierosów za ponad 10 zł. Nikt też specjalnie nie narzeka na wysoką cenę papierosów - co najwyżej mniej ochoczo ludzie się częstują. Alkohol nie ważne ile kosztuje - pół litra w piątek lub inne atrakcje to nieodłączny zakup mężczyzny w mojej okolicy. A w sobotę na leczenie kasa - sześciopak. Inteligent oczywiście ma swoje wino dobrej klasy.

Żona wczoraj wieczorem pojechała na zakupy - z powodu jakiejś promocji zabawek jest totalny szał. Mega kolejki w markecie, trudno zaparkować na parkingu - pełne kosze wszystkiego...

Jakby był rzeczywiście kryzys - to by te marketowe barany strugały lalki dla dziecka z lipy po robocie, a babcia szyłaby ciuszki dla tych lalek ze znoszonych ubrań.


Kryzys to ściema!

Kryzysu nie ma, głodu nie ma i tyle! Niezależnie od doomerskich wpisów na wielu blogach, straszenia w mediach, itp. Co najwyżej jest trochę narzekania - bo narzekać jak to źle w Polsce wypada zawsze.

I nie myślmy, że POlitycy o tym nie wiedzą. Jest duża rezerwa na dojenie - zanim naród się zbuntuje. 25% podatku nikogo nie przeraża (mnie też nie, szczerze mówiąc). Na poważnie słyszałem kilka głosów w otoczeniu, że paliwo powinno być po 10 zł - teraz jest za tanio - i przez to za dużo bydła jeździ po drogach. Podatki na alkohol i papierosy wciąż jeszcze można zwiększać - i oni to będą robić.

I nawet jeśli coś jeszcze 3x solidnie bombnie na giełdach i rynkach - to jeszcze nie zmieni to ogólnego układu.

Kryzysu nie ma - jest tylko trochę pitolenia w mediach i na blogach.

czwartek, 24 listopada 2011

Sekrety piłki nożnej.

Jak napisałem w komentarzach nie jestem fanem footballu. Preferuję zupełnie inne sporty, zarówno w ćwiczeniu, jak i oglądaniu. Mało oglądam TV, ale ze sportów oglądanych lubię ewentualnie przeróżne walki, w tym boks oraz zawody strongmen.

Popatrzmy pod kątem finansów i polityki - bo w tym klimacie pojawiają się czasem wpisy na blogach - moje sporty nie wymagają dofinansowania z budżetu, kosztownego zabezpieczania imprez przez służby, mega-obiektów sportowych budowanych za pieniądze podatnika i sieci autostrad. Fani i sponsorzy z dużą nawiązką finansują współczesne "zmagania gladiatorów". Wpierniczanie się rządu w te dyscypliny jest całkowicie zbędne.

Patrząc natomiast na styk polityki i footballu - jestem trochę zniechęcony do tej dyscypliny.

Pomijając to, że np. we Wrocławiu na mieście można dostać w ryj za rejestracje z literami DLU oraz inne dolnośląskie blachy, gdzie nie panuje już Śląsk Wrocław. To chore - z kolei ja nie widziałem w mojej okolicy nigdy bójek między fanami Pudziana a Kurasia.

Według mnie ludzie po prostu zapomnieli o korzeniach piłki nożnej - a cały sekret tkwi gdzie indziej. Nie w przepłaconych stadionach, które już się rozpadają i w nowych autobahnach, gdzie już trzeba łatać dziury.

Za szczeniaka, kiedy się nie przelewało, braliśmy z kumplami stare gazety, zwijaliśmy z nich ciasną kulę, oklejaliśmy taśmą pakową i już była piłka. Do tego cztery cegłówki, albo plecaki - i już łąka zamieniała się w boisko.

I mówię wam - to był prawdziwy i profesjonalny football. Śmiech, pot i łzy!

Nie potrzebne były nam Orliki i Stadiony Narodowe.

Każde boisko na osiedlu było non stop zajęte, łącznie z tymi "dzikimi" - improwizowanymi. Dziś te boiska pozarastały, a boiska miejsko-szkolne, z ładnymi plastikowymi trybunami, elektrycznym doświetleniem i gumowaną nawierzchnią - stoją non stop PUSTE.

Dzieciaki i młodzież zainteresowana piłką nożną po powrocie ze szkoły siedzi w fotelu i banga w symulacje footballu na PS3 albo inne gierki na PC. Wymarłe osiedle - świat zaginionych dzieci.

środa, 23 listopada 2011

Nasila się reżim państwowy - będą golić więcej

Z różnych źródeł w służbach państwowych wiem, że jest coraz większy nacisk na golenie obywateli z pieniędzy. Służby mają coraz większy limit urobku do wyrobienia, czyli różnych grzywien, mandatów, karnych podatków, itp. Oczywiście najczęściej jest to suma nieformalna - podawana od góry kanałami nieformalnymi.

Możemy się na przykład spodziewać nasilonych kontroli policyjnych i czepiania się dosłownie wszystkiego, aby tylko wlepić mandat. Nie ważmy się np. przeparkować samochodu na osiedlu do lepiej widocznej z okien zatoczki bez legalnego zapięcia pasów i włączenia świateł. Nie ważmy się wypić piwka poza domem, np. przerywając sobie prace domowe z sąsiadami pod blokiem.

U mnie na osiedlu niedawno rozpoczęła się ostra kampania czepiania się wszystkiego i wszystkich, czajenie się na kierowców, którzy od razu nie zapieli pasów, itp. to już norma, najczęściej jednak łapią na alkoholu. Policyjna suka jeździ np. z mocnym reflektorem po osiedlowych chodnikach oświetlając nagle zakamarki, gdzie zwykle czają cię amatorzy piwa i seteczki, którzy wyrwali się od gderających żon na pogaduchę z sąsiadem. Niby to niezgodne z prawem, ale mam wątpliwości czy taki poziom represji policyjnej nie znajdzie ujścia gdzie indziej - np. taki sąsiad-robotnik wkurzy się w domu i np. przyrąbie narzekającej żonie, a mógł zdegustować dwusetkę i browca z kumplami w krzakach pod monopolem, pożalić się jak to źle i tak spuścić sobie napięcie psychiczne, wrócić do domu i pójść prosto spać...

Może nieco prostacki przykład - ale takie jest życie na blokowisku.


Niestety w najbliższym czasie możemy być pewni nasilenia się złodziejstwa różnych służb i coraz częstszych i bezczelniejszych prób odebrania nam jak największej części uczciwie zarobionych pieniędzy. Oczywiście na razie jeszcze w majestacie prawa.

wtorek, 22 listopada 2011

Kiedy jem to nie siedzę w toalecie.

Tytuł posta może i prowokujący, ale pomyślcie - czy wyobrażacie sobie coś takiego? To przecież absurd! Przecież wyraźnie w naszej kulturze rozróżniamy i rozdzielamy czynności sedesowo-toaletowe od jedzenia! To po prostu niesmaczne!

Czy jednak aby nie robimy czasem czegoś równie kretyńskiego? Czy czasem przy stole nie rozmawiamy o pracy (problemach, stresie, zaległościach, porąbanych klientach), czy czasem przy stole nie rozmawiamy o polityce - albo nie oglądamy w czasie posiłku tych zakłamanych świńskich mord polityków w TV? Czy nie podnosimy sobie przypadkiem adrenaliny i nie wprowadzamy złej atmosfery do posiłku?

Moim zdaniem to jest niesmaczne - równie niesmaczne jak jedzenie na sedesie czy w wiejskiej sławojce.


Kiedy ja jem - to chcę jeść jak Król - Pan i Władca! Chcę celebrować mój posiłek i delektować się nim! Nie chcę polityków, nie chcę w tym czasie pracy, nie chcę stresu i problemów. Na to przyjdzie czas po posiłku, a najlepiej po krótkiej regeneracji i relaksacji, którą chcę mieć po posiłku - najlepiej przy filiżance smacznej kawy lub herbaty.

Mój apel - jeśli to możliwe - jedzmy powoli, delektując się potrawami, ze smakiem i przyjemnością, degustujmy i cieszmy się - nie zeszmacajmy sobie posiłku!

Na ten posiłek ciężko pracowaliśmy, lub pracowali na to nasi najbliższy. Szanujmy to. Trzeba mieć do siebie szacunek - bo jeśli my go nie będziemy mieli - nie będą go do nas mieli inni ludzie.

sobota, 19 listopada 2011

Studenci i absolwenci

Temat powracający jak bumerang - studenci, studia i rynek pracy. Już parę dobrych lat temu, jako student zetknąłem się z niechęcią pracodawców do mnie (z powodu takiego, że jestem studentem). Teraz sam to rozumiem, próbując zatrudniać lub dawać jakiekolwiek zajęcie młodszym od siebie kolegom.

Mój problem w latach studiów polegał na tym, że nie miałem pieniędzy. Owszem - dostałem pieniądze na miejsce do spania, podstawowe - bardzo podstawowe i bardzo skromne życie, ale po za tym w kieszeni pustka. Mogłem prosić rodzinę o więcej - ale jakoś czułem się dosyć źle prosząc o więcej niż potrzeba na minimum. Zacząłem zatem kombinować z drobnymi fuchami, itp. - trzeba było zarobić. Nie bałem się przyjąć roboty, która była poniżej godności studenta elitarnej uczelni - niestety nie miałem znajomości, więc mój początek to zmywak w pubie, czyszczenie w biurach, akwizycja ubezpieczeniowa. Według mnie praca to praca i tyle. Czułem się dobrze mając pieniądze, bez dopisywania ideologii do "zmywaka".

Dotychczas myśląc o daniu zajęcia młodemu człowiekowi myślałem o takich jak ja - młodych, ambitnych, podchodzących do pracy bez pitolenia się... często próbowałem zatrudnić, zlecić coś studentom/absolwentom - co z reguły kończyło się słabo, albo ktoś coś zrobił naprawdę z musu, z bólem na twarzy, że ma pracę, często nie pojawiając się więcej, albo nie pojawił się na umówione spotkanie. Co jest kurcze nie tak?


Zacytuję dwie wypowiedzi:

"Studenci mają zbiorczą chorobę: ambicje. Studiują po to, by być 'kimś', kimś w garniturku z korpo-krawacikiem z rekrutacyjnego plakatu uczelni, na pewno kimś innym niż zamiatacz biura w jedno-dwu-trzy osobowej firmie. Oczywiście ambicje można realizować i w takim biznesiku, ale tego studentom nikt nie pokazał.
(...)
Jednym z problemów polskiego rynku pracy jest (a to kontrowersja) brak głupich i biednych ludzi. Wszyscy są zbyt mądrzy..."


To z blogu Firma Mikro, fragment wypowiedzi użytkownika o nicku Marcin.

"...taki młody człowiek, który ukończył politologię, albo coś na kształt dzisiejszych gender studies – już nie pójdzie na tokarza ani na urzędnika: widzi się co najmniej jako wicepremier!
(...)
...wielu dyplomowanych zasila szeregi bezrobotnych. Najnowsze dane resortu pracy pokazują, że w końcu września bezrobotnych z wyższym wykształceniem było 213 tys., czyli o ponad 22 tys. więcej niż rok temu. Wśród absolwentów pozostających bez pracy sporo jest ekonomistów, pedagogów, specjalistów od marketingu i handlu, politologów oraz socjologów.”

Cytat z wypowiedzi JKMa.

czwartek, 17 listopada 2011

A co TY robisz dla oszczędności?

Kolega z bloga Jaś Wędrowniczek pochwalił mnie ostatnio za zabójczą regularność w publikowaniu, ale dziś posta na konkretny temat tutaj nie będzie. Nie będzie i tyle, bo rozmyślam.


Rozmyślam nad kilkoma sprawami związanymi raczej z zagadnieniami informatycznymi oraz blogiem komputerowym (który jest absolutnie niepopularny w porównaniu do R-O, ale przecież nie dla popularności go posiadam, tylko dla przyjemności).

Tymczasem mam pytanie do czytelników: A co TY robisz dla oszczędności?

Pochwalcie mi się własnymi patentami na racjonalne oszczędzanie w domach i firmach, zdradźcie pomysły na drobne inwestycje - lokatę drobnych środków, aby przyniosły przyjemny efekt, pomysły na zainwestowanie wolnego czasu, aby mieć satysfakcję i korzyści :)

Przecież ja nie mam monopolu na "racjonalne oszczędzanie" a bloga de facto współtworzycie WY, pomagając mi, inspirując, podając w komentarzach swoje własne patenty, które ja potem wypróbowuję i opisuję.

P.S. #1 Nawiązując do którejś z rozmów, ten blog nie przynosi mi żadnych korzyści finansowych (bezpośrednich)! Może coś tak się kiedyś uklepie z google ads... wielkie i wątpliwe "może"... natomiast jak najbardziej korzystam z niego tak jak i wy - wypróbowując i wdrażając niektóre pomysły w praktyce!

P.S. #2 Ponieważ tak się utarło, że regularnie polecam blogi czytelników i stałych bywalców, aby nie egoistycznie zgarniać "trafficu" i popularności w Google tylko dla siebie - dzisiaj polecam znów zaprzyjaźniony (od dawna) blog: http://www.blofi.pl/, gdzie sympatycy oszczędzania także znajdą coś dla siebie.

środa, 16 listopada 2011

Nie ma jak dobre zioło.

Dyskutujemy sobie tu często o kawach, yerba mate i innych cudach, w przedostatnim poście zaczęło się o winach... tymczasem najciekawsza czasem bywa rzecz najprostsza.

Zaparzam sobie czarną herbatę liściastą, jakiś przyzwoity gatunek z zielono-szarego pudełka z nazwą Dilmah, do tego zrywam sobie parę listków mięty z własnej hodowli - i jest wypas. Nie trzeba szukać magicznego napoju z liści Bara-Bara z wysp Pingu-Pingu, aby wypić coś naprawdę smacznego. Smacznego i prostego.


I mówię wam, nie ma jak dobre zioło. Mięta, melisa...

Kupienie ziół w doniczkach okazało się dobrym pomysłem - trzymam je w kuchni, od strony północnej, więc słońce ich nie spala, ziemia jest zawsze wilgotna. Zrywa się listki, a one po jakimś czasie odrastają.

Aż jestem zaskoczony, jak to dziś przemyślałem, bo nie myślałem, że w mieszkaniu w bloku da się hodować jakiekolwiek zielsko.

Polecam. I chyba jest to dość oszczędne - bo zioła są smaczne, szczególnie w przypadku mięty czuć różnicę między torebkową a zieloną. No i ciągle odrasta.

Offtop:
Na drugim blogu mam krótki filozoficzno-praktyczny wpis o tym jak Pan Jarek w Firmie monitoring instalował - ZAPRASZAM.

Dwa filmy o wolności.


Znikający punkt (ang. Vanishing Point)

Samotny bohater (buntownik bez powodu) wyzwala się spod kontroli społeczeństwa, ignorując obowiązujące w nim zakazy i nakazy. Przeżywa złudzenie pełnej wolności w pędzącym przez bezkresne amerykańskie pustynie samochodzie.

Bohater jest weteranem wojny wietnamskiej i byłym policjantem, który porzucił służbę. Był również kierowcą wyścigowym (samochodowym i motocyklowym). Nosi polskie nazwisko Kowalski, a zajmuje się dostarczaniem zamówionych przez klientów samochodów. Pewnego dnia przyjmuje zakład, że trasę z Denver w Kolorado do San Francisco w Kalifornii (ok. 1242 mil - jakieś 2000 km ) pokona w piętnaście godzin za kierownicą sportowego Dodge’a Challengera 440 R/T z potężnym silnikiem o mocy 380 KM....





To jest moja propozycja na wieczór z filmem mówiącym o wolności (polecam obowiązkowo pełną wersję - tzw. reżyserską), natomiast niektórzy z nas mają kolejną propozycje:





Fight Club

Zarówno książka, jak i film uznawane są za arcydzieła. Sam Tyler Durden został wybrany najfajniejszą postacią filmową m jednym z rankingów. Dzieła przedstawiają historię Narratora, przedstawiciela pokolenia X cierpiącego na bezsenność. Spotyka on na swojej drodze nihilistycznie nastawionego Tylera, z którym zaczynają realizować wizję zniszczenia współczesnego porządku świata.
Książka jest pozycją obowiązkową dla każdego, kto nie do końca zgadza się z obecnym sposobem funkcjonowania świata i dostrzega zagrożenia, jakie niesie

więcej tutaj.... na blogu Jaś Wędrowniczek:

http://jaswedrowniczek.blogspot.com/2011/11/alternatywne-wizje-chuck-palahnik-fight.html

A jakie wy macie propozycje?

niedziela, 13 listopada 2011

Życie bez samochodu - osiedle z PRL-u

Nazbierało mi się kilka spraw do omówienia - są one głównie elementem polemiki z kolegą, którą toczę od dawna.


Blokowisko

Wychowałem się na PRL-owskim blokowisku średniej wielkości miasta - osiedlu zaprojektowanym tak, że posiadanie samochodu nie jest na nim absolutnie konieczne do wygodnego funkcjonowania. Obecnie po latach tułaczki znowu mieszkam na tym samym osiedlu, gdzie czuję się po prostu dobrze i "u siebie". Lubię tą przestrzeń i luz PRL-owskich blokowisk, choć nie jest to pozbawione negatywnych aspektów (o tym kiedy indziej).

Komunikacja

Co do transportu i komunikacji. Komunikacja miejska działa sprawnie, jest wygodna i czysta z nowoczesnym taborem, osiedle przecinają dwie trasy rowerowe, prowadzące do centrum. Odległości do centrum, w zależności od punktu to ok. 2-3 km, co umożliwia nawet rezygnację z komunikacji miejskiej i/lub roweru i poruszanie się żwawym krokiem.

Trzeba przyznać, że planiści epoki PRL wykonali swoją pracę dobrze w tym przypadku.

Ekolog

W takich warunkach nie trudno było mi wyrosnąć na zapalonego rowerzystę i anty-samochodziarza, do tego po zetknięciu się z tym ruchem - ekologa (i takim jestem dalej, oczywiście po rewizji wielu poglądów i podanych mi na tacy prawd, jak np. wielka mega-ściema z emisją CO2, zapędy socjalistyczne ekologów, itp.).

Negatywne nastawienie do samochodów.

Jak mówiłem, miałem kiedyś raczej anty-samochodowe nastawienie - to się zmieniło jednak, kiedy powoli zacząłem wychodzić ze studiów - w realne życie. W końcu kupiłem auto - które w rewelacyjny sposób wykorzystałem.

Argumenty anty-samochodowe mnie obecnie nie przekonują - ja chcę mieć komfort i wolność poruszania się po kraju, a może i dalej, które daje tylko samochód. Nie przekonuje mnie zieleń na osiedlu i w mieście - chcę gór, morza, jezior - w weekend. Chcę możliwości zapakowania się z rodziną do auta - bez zgniłych kompromisów i ograniczania się i pojechania w miejsca, gdzie nie dojedzie cuchnący autobus PKS czy pociąg. Tu i teraz, nawet jeszcze dziś, jeśli podejmiemy w domu taką decyzję.

Z resztą posiadanie auta nie zmusza mnie do zaniechania spacerów i jazdy rowerem - a taki klimat czuje z wielu anty-samochodowych wypowiedzi. Nie dorabiajmy do tego ideologii.


Jak to się u mnie zmieniło?

Zmieniło się zdecydowanie nie w moim rodzinnym mieście, ale w Poznaniu, gdzie przemieszkałem ok. 10 lat. Zdecydowałem się na posiadanie samochodu, mimo wszelkich negatywnych aspektów związanych z tym, szczególnie w dużym mieście.

Oczywiście - poruszanie się autem w godzinach szczytu - to masakra - ale jako wieczny freelancer na ogół potrzebowałem transportu poza godzinami szczytu. Parę razy bardzo negatywnie przejechałem się, na poleganiu na komunikacji miejskiej i taksówkach w dojeździe do klientów - transporcie "towarów" - natomiast rower w wielu przypadkach był wykluczony - wjechanie cały spocony do biura klienta, w sportowych ciuchach, nieeee dziękuję.

Pewnego razu pod moje home office (łał, jak to patetycznie brzmi po angielsku :P) podjechał podwykonawca w moim wieku, po spotkaniu zaciągnął mnie na dół i pokazał swój nowy nabytek - starego kaszlaka. Oglądaliśmy tego malucha z godzinę z głowami w silniku i każdym elemencie. Dla normalnego człowieka - nic specjalnego - dla pasjonatów techniki - fajna zabawa.

Jednak kolega przekonał mnie przede wszystkim do swobody poruszania się tym autkiem w mieście. Swobody załatwiania spraw, dojazdu do klienta - zwłaszcza po godzinach, kiedy komunikacja jeździ rzadziej. A w niektórych peryferyjnych rejonach miasta - dość rzadko. W reszcie swobody wyrwania się poza miasto w weekendy.

Niebezpieczna komunikacja publiczna

Całe szczęście, że było mi to oszczędzone - nie jestem drobnej budowy, poza tym wyglądałem dość "treningowo" dla potencjalnych amatorów mojej własności - jednak szereg znajomych zaliczyło bardzo nieprzyjemne sytuacje w komunikacji miejskiej lub na przystankach. Łącznie z pobytami w szpitalu po ciężkim pobiciu. O częstej utracie portfela lub komórki nie wspomnę. A ja niedługo miałem zacząć jeździć z laptopem...

Nie wiem jak teraz - w owym czasie komunikacja miejsca w Poznaniu nie należała do bezpiecznych, to samo tyczyło się PKP. To kolejny argument, który mnie powoli przekonał.

O PKP i PKS oraz bezpieczeństwie tamże będzie najpewniej osobny wpis. Na dzisiaj wystarczy tych argumentów :)


Poprzedni post i seria argumentów na temat samochodu jest tutaj:
http://racjonalne-oszczedzanie.blogspot.com/2011/07/10-argumentow-za-posiadaniem-samochodu.html

sobota, 12 listopada 2011

Tutka na penisa, syndrom dłuższego członka oraz psychomanipulacja.

Jakby nie patrzeć - natura faceta jest zawsze taka sama. Niezależnie od kultury, czasu, uwarunkowań - musimy ze sobą konkurować. Klasycznym symbolem tej konkurencji jest odwieczna rywalizacja na zasadzie - kto ma dłuższego. Oczywiście obecnie nie chodzimy z gołymi pingami po ulicach, ale kupujemy określone ciuchy, zegarki, sprzęt, samochody...


W pierwotnych kulturach konkurencja ta przybiera dosłowną formę - kto znajdzie w lesie lub zdobędzie w inny sposób lepszą bulwę - wyrzeźbi sobie większą tutkę niż sąsiad z chaty obok, aby dumnie paradować po wiosce. Prawda - jakie to proste i bezpośrednie?


W jednej z reklam kosmetyków, którą obecnie widzimy w TV, w miarę wysportowany Murzyn mówi tekst w stylu: "Drogie Panie... spójrzcie na waszych facetów i porównajcie ich do mnie...."

Jest dla mnie jasne jak słońce, że to nie jest reklama dla Pań - to jest reklama DLA NAS - mająca aktywować w nas "syndrom większego", zazdrość i konkurencję - pierwotne męskie instynkty.

Patrzymy zatem na swoje brzuchy, siedząc w sobotę na kanapie przed TV i sącząc browca... przeklniemy coś pod nosem i zmienimy kanał... ale w niedzielę idziemy do galerii handlowej i kupujemy kosmetyk, który miał tamten Murzyn. Co tam jeden kosmetyk, kupimy od razu dwa i będziemy mieli więcej niż jakiś Murzyn z reklamy.

Perfekcyjna psychomanipulacja.

czwartek, 10 listopada 2011

Podsumowanie 4 miesięcy "inwestycji" w zdrowie i sport.

Około 4-5 miesięcy temu wszyscy mieli szała na punkcie włożenia oszczędności trzymanych w skarpecie z metale - jak czas pokazał - decyzja była to słuszna, ale mi to nie pasowało. Czułem, że to nie jest właściwa lokata dla mnie i wyrażałem to otwarcie na blogu.


Postanowiłem włożyć pieniądz w ogólnie pojęty interes i okazało się to w moim przypadku słuszne. Czułem że wolę, aby mój pieniądz w widoczny sposób pracował a nie kisił się na lokatach - nawet jeśli zyskownych. Trochę zaskórniaków jednak zostało i wtedy jeden z czytelników (a konkretnie marcin wiesmak) rzucił hasło, że najlepiej inwestować w siebie i w zdrowie. Spodobało mi się.

Do ruchu fizycznego nakłaniali między innymi Richmond, Tofalaria...najpewniej kogoś pominąłem... hmm... Riannon informowała o zbawiennym wpływie pracy fizycznej na stan zbędnego sadła... mniejsza o to.

No i jestem teraz po ok. 4 miesiącach tego "inwestowania". Niestety absolutnie nie porobiłem sobie żadnych pomiarów czegokolwiek, traktując to na początku jedynie w kategoriach zabawy (i dalej jest to świetną zabawą) - natomiast napisze co jestem w stanie stwierdzić na pierwszy rzut oka.

Co osiągnąłem:

- zwiększenie ogólnego poziomu energii i mocy, także do pracy umysłowej

- odczuwalne wzmocnienie fizyczne, przyrost siły, mam już dobrą 'pompę' do ćwiczeń, nie muszę się zmuszać do treningu - idzie już samo z siebie

- radykalne zmniejszenie ilości wypijanego alkoholu (nie mam już z reguły nawet ciśnienia na kolejne piwo lub kieliszek wódki), mniej wydaję na alkohol

- poprawa kwestii pokarmowych - czuję, że układ pokarmowy działa mi dobrze, nie ma niestrawności, itp.

- czuję, że wzmocnił mi się "gorset mięśni" podtrzymujących kręgosłup i postawę - brzuch, plecy, boki - to znaczna wygoda dla osoby pracującej na 4 literach, choć na razie jeszcze specjalnie nie widzę radykalnego efektu (tj. widocznego kaloryfera, itp).

- co do efektów widocznych - to biceps mi poszedł +4 cm, ale też go starannie i regularnie pompowałem w ramach polepszania "zestawu plażowego", co nastraja pozytywnie

- najlepszym i najważniejszym efektem podjęcia tej inwestycji jest jednak samopoczucie psychiczne i zastrzyk pozytywnej energii - rzecz bezcenna i nie do przeliczenia na pieniądze

I to na razie byłoby na tyle.

Własny biznes. Punktualność.

W Polsce dla wielu ludzi punktualność to zjawisko nieznane, tajemnicze i niezgłębione. Coś o czym słyszeli, ale nie widzieli na oczy - coś na miarę UFO w Wylatowie. Tymczasem sprawa jest bardzo prosta.



środa, 9 listopada 2011

Siemię lniane i olej lniany. Kolejne informacje.

Niedawno pisałem o siemieniu lnianym jako o cennym składniku diety oraz suplementacji w sporcie. Dziś rozmawiałem z zielarzem i wypytałem się o więcej informacji na temat siemienia.


1. Siemię lniane w czystej postaci zawiera goryczkę - ta goryczka może u niektórych powodować podrażnienia śluzówki - goryczka całkowicie zanika w temperaturze ok. 70 stopni - można zatem zalać siemię gorącą, ale nie wrzącą wodą lub rosołem i spożywać powstały krupnik. Można ziarna uprażyć na patelni.

2. Utlenianie się kwasów Omega3 powoduje według niego przede wszystkim tlen - a nie sama temperatura - otwartą buteleczkę oleju lnianego należy spożyć jak najszybciej - przyjmuje się, że max. 6-7 tygodni. Zwyczajowo po otwarciu trzyma się jednak w lodówce - ciemno i chłodno. Ocieplenie hermetycznie zamkniętej buteleczki do temperatury otoczenia, np. przy transporcie lub w magazynie w sklepie - nie powinno uszkodzić Omega3. Także tutaj bez paniki.

3. Jeżeli nie chcecie bawić się zalewaniem i robieniem "krupniku" z siemienia - wystarczy kupić siemię uprażone - goryczka będzie w nim zlikwidowana, a mnóstwo dobrych substancji i tak pozostanie. Spożywanie tego uprażonego siemienia także powinno dać porządną "pompę" na siłowni i w sporcie. Chłopaki z pobliskiej siłowni, sąsiadującej z zielarnią regularnie kupują od zielarza prażone siemię.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Własny biznes. Krakały jaskółki, że niedobre są spółki...

...to dość popularne w moich kręgach powiedzonko. Znałem je od dzieciństwa, ale niestety nie wziąłem do siebie poważnie. Oczywiście mam za sobą kilka mniej lub bardziej udanych prób założenia biznesu, a także próby nieudane - natomiast zdecydowanie źle czyniłem, nie biorąc sobie do serca tego przysłowia.

Generalnie sprawa jest jasna - chcesz mieć przyjaciela - to nie wchodź z nim w spółkę, bo jest duża szansa, że wasza przyjaźń się spali. To tak samo jak pożyczyć przyjacielowi pieniądze (nie mówię tu o 10 zł na browarka) - możesz stracić zarówno pieniądze, jak i przyjaciela.

Powodów jest mnóstwo, tkwią one głęboko w naszej naturze, zwyczajach, wychowaniu, podejściu do pracy i pieniądza. Osoba, z którą się przyjaźnisz - niekoniecznie na innych płaszczyznach będzie z tobą kompatybilna.


Pierwszy upadek.

Powiem wam, że jedna z moich pierwszych spółek (studenckich) się rozpadła głównie z powodów ambicjonalnych - a pierwszym i ważnym powodem stało się to, że w pełnej nazwie spółki moje nazwisko było przed nazwiskiem przyjaciela. (Z tego co wiem rodzina dała przyjacielowi popalić - że godzi się na tę poniżającą podległość mojej skromnej osobie.) Dowiedziałem się po fakcie...

Ja jestem bardziej "technikiem" biznesu a nie ideowcem, interesowały mnie bardziej przepływy finansowe, niż totalnie mi obojętna sprawa nazwy lub tytułów na wizytówkach. (W rejestracji wpisałem alfabetycznie bez namysłu). Kolega natomiast zakładał spółkę jako pierwszy i ważny wpis w CV i sprawę prestiżu na przyszłość - i tutaj się rozminęły nasze wizje firmy.


Nie ma lekko.

Nie trzeba nawet podejmowania kwestii Krzyża przed Pałacem, aby ludzie rzucili się sobie do gardeł. Nie trzeba różnic w obyczajowości i religii. Wystarczą naprawdę drobne różnice wynikające z ludzkiej natury i wychowania.

Nie każda osoba ma także charakter umożliwiający tworzenie z nią spółki - niezależnie jak dobre wrażenie umie sprawić na początku, lub wstępnych rozmowach.

Jeśli nie jest to absolutnie konieczne - unikajmy zatem tworzenia spółek w małej przedsiębiorczości. Unikajmy werbowania do nich przyjaciół. Lepsza jest czysta i "zimna" relacja pracodawca-pracownik.

sobota, 5 listopada 2011

Gra pozorów, czyli biuro w domu i biznes w Polsce. Studia.

Futrzak - chciałem Ci odpowiedzieć szerzej w poprzednich komentarzach - uznałem jednak, że odpowiedź jest warta osobnego posta - ponieważ dotykamy tu sedna sprawy.

Najwyrazniej w Polsce jeszcze ciagle liczy sie bardziej "wyglad" niz cena i jakosc uslugi.

Oczywiście - tak jest. Według mnie w Polsce jak nigdzie liczy się lans, szpan, pozory i dotyczy to także biznesu. Firma, w której obecnie działam, na początku mieściła się w (kilku) home office, następnie w części wydzielonej z dość dużego mieszkania, jednak mimo forsowania przez nas nazwy "biuro" bądź "lokal" - cześć klientów parafrazowała "aaaaa.... w mieszkaniu". Spotkaliśmy się wprost z lekceważeniem, czy też nieustannym podważaniem naszego profesjonalizmu z tego powodu.

Obecne biuro to szkło, chrom i stal, wypicowany lokal z wszelkimi udogodnieniami. Na pozór nie ma to logicznego sensu i nie przekłada się w żaden sposób na jakość produktu, ale ten lokal robi nam 50% roboty mniej z szeroko pojętym marketingiem. Klient wchodzący do nas jest w zasadzie wstępnie "kupiony".


Jesli ktos potrzebuje miec miejsce, w ktorym przyjmuje klientow, to z powodzeniem moze sie ono znajdowac w domu, ale powinno byc oddzielone od czesci mieszkalnej, tak aby klient nie widzial kuchni, klamotow walajacych sie na korytarzu etc.

No właśnie jest to rozwiązanie, które opisałem powyżej i w Polsce jest ono mocno problematyczne ze względów wizerunkowych. Część znajomych (małych) przedsiębiorców posiadających home office i tak posiada "właściwe" biuro w jakimś rejonie biznesowym w mieście. Właśnie w celach reprezentacyjnych, sprzedażowych, pokazania się znajomym, itp.

W Polsce -z tego co piszesz - wynika, ze bycie studentem w biznesie jest wada, bo nikt takiej osoby nie bierze powaznie.

Jest to po prostu prawda. Myślę, że to samonakręcająca się spirala. Lekceważenie podejmowanej przez studentów pracy nakręca negatywne podejście pracodawców, co powoduje większą olewczość studentów... i mamy sprzężenie zwrotne.

Na pewnym etapie w Polsce studia stały się synonimem "radosnego bezrobocia" i się częściowo zdewaluowały - także przez ich powszechność - w wielu branżach szanowani są raczej żwawo pracujący praktycy, ewentualnie dorabiający jakiś tytuł zaocznie, dokształcający się na kursach, warsztatach, itp. a nie studenci dzienni, będący synonimem rozpieszczonych dużych dzieciaków utrzymywanych przez rodziców i myślących jedynie o imprezach. Nawet na tzw. prestiżowych uczelniach - student to synonim żółtodzioba. Wiem coś o tym - sam byłem studentem dziennym.

piątek, 4 listopada 2011

Office sharing, czyli współdzielenie biura. Biznes.

W postach w maju i czerwcu pisałem dużo o własnym biznesie i home office/biznesie w domu, po małej przewrotce z ideologiami i polityką na blogu wracamy do robienia kasiorki, finansów i praktycznych patentów.

Przyznacie sami, że znacznie przyjemniej się dyskutuje np. o minimalizmie w mieszkaniu, jeśli na przykład posiadamy kasiorkę na wymianę starego, wielkiego, hałaśliwego zestawu desktopowego PC, z plątaniną kabli na jakieś miniaturowe rozwiązanie z bezprzewodowymi bajerami (mini PC, wypasiony laptop)...

Wracając do tematu biura w domu - jeśli czytaliście moje posty - wiecie, że jest to rozwiązanie na ogół złe. Dom to po prostu dom, a nie biuro. Jeśli maluchowi dokleisz znaczek od BMW, założysz lepsze kołpaki oraz nasadkę na wydech - dalej to będzie maluch - i wprawne oko zobaczy od razu ściemę.

Naście lat temu, jako student, miałem ciekawą sprawę i dobrą małą transakcję na oku. Zrobiłem dobre wrażenie na kliencie Uzgodniliśmy sumę ok. 700 zł za usługę serwisową X. Klient jednak się uparł na odwiedziny w moim biurze (odpicowanym home office). Klient przyjechał i czar prysł - skumał, że ma do czynienia ze studenciakiem, a nie z profesjonalistą - zaczęło się różne ale... jednak nie... no.. nie jestem przekonany. No i co? W końcu zeszło do 400 zł za praktycznie analogiczną usługę. Co miałem zrobić? Honor schowałem pod stół i klnąc po cichu ile wlezie zrobiłem serwis za cztery stówy - inaczej nie zamknąłbym finansowo miesiąca.

Wiem, że biuro - jakby nie było - amatorszczyzna - zepsuło mi całkowicie wizerunek.


Ciąg dalszy posta przeniosłem na nowy blog: Założenie Firmy - Office Sharing

120 tysięcy i rozmowa o wolności

Obiecałem jakoś celebrować 120 tysięcy odwiedzin bloga (blog istnieje od ok. 10 miesięcy), ale jakoś na tą okazję narobiło się trochę dyskusji polityczno-obyczajowych. Mam odczucie, że dyskutanci zarzucają mi swoisty zamordyzm i chęć nakazywania innym.

Tyle, że mamy tu jeden, zasadniczy błąd rozumowania. Ja NIE krzyczę na blogu: "Stop! niech SEJM zabroni jazdy bez kamizelki i kasku! Dosyć! Niech W RZĄDZIE zabronią halołin, brutalnych gier..."

Ja mówię i PROSZĘ - ubierz kamizelkę i oświetl rower - w naszym wspólnym interesie. (Domyślnie: Jeśli chcesz!)

Ja proszę - nie puszczaj dziecku horroru i morderczych gier, ale NIE krzyczę o urzędowej prohibicji na ostre produkcje!

Wszystko na zasadzie dobrowolności, samoorganizacji społeczeństwa - aby ludzie nie stali jak owce - biernie.

A jeśli się ze mną jeden z drugim nie zgodzi, ekhmmm - chcącemu nie dzieje się krzywda. Grabarze, lekarze, rehabilianci oraz psychologowie i psychiatrzy też z czegoś żyć muszą i ucieszą się, że mnie nie posłuchacie.

Gdzie tu gadanie przeciwko wolności?

Chyba, że moi dyskutanci utożsamiają wolność z jakimś skrajnym anarchizmem i destrukcją wszelkich struktur - także samoorganizacji społeczeństwa. I powrotem do kolektywu.

Chyba że wolność dla nich to procesja gejów lub rozpieprzanie miasta przez protestujących lewaków i anarchistów - natomiast procesja katolicka lub Marsz Niepodległości na 11 listopada - to już wolność nie jest.


Chcącemu nie dzieje się krzywda.

Swoje podejście do pijanych kierowców wyjaśniłem w poście już kilkukrotnie. Po co się powtarzać w nieskończoność. Nie zgadzam się z korwinowskimi dogmatami i pseudo-logiką.

Chcesz - pij i wsiadaj za kółko. W wolnościowym państwie minimum, które sobie wyobrażam - bekniesz za to ostro i tak. Będą konsekwencje. Dalej uważam, że tutaj "chcącemu nie dzieje się krzywda".

Tak samo jak intruz z nożem, co o 2.00 w nocy w naszym domu chciał sobie tylko ukroić chleba. Dyskutanci na blogu twierdzą, że do chwili kiedy nie ma ofiary - nie ma przestępstwa. Rozumiem, że według naszych domorosłych wolnościowców w tej sytuacji mam czekać aż nasz "poszukiwacz chleba" zaszlachtuje mi kogoś z domowników i dopiero wtedy mam działać?

Nudna się robi wasza akademicka logika osadzona w teoretycznych realiach - jak pijany kierowca, albo włamywacz zabije kogoś z waszej rodziny, przestaniecie chrzanić jak nawiedzeni, że przestępstwo jest jedynie kiedy już jest ofiara.

Chcesz pić - nie jedź - i tyle, bo jak cię dorwę w mojej okolicy to ci nie podaruję.

Chcesz wejść z nożem do mojego domu o 2.00 w nocy i "ukroić chleb" - kup sobie najpierw trumnę. Chcącemu nie dzieje się krzywda, więc nie miej do nikogo żalu, kiedy będziesz wąchał kwiatki od strony korzonków.



No... polityka polityką... ale celebracja tych 120 tysięcy także musi być. Seksowna polska dziewczyna wykona na filmiku taniec irlandzki, aby poprawić wszystkim dyskutantom nastrój i uczcić powodzenie bloga.

czwartek, 3 listopada 2011

Jak zbudować bunkier

Skoro ostatnio eksploatuję zasoby filmowe to muszę wam jeszcze pokazać filmik ilustrujący budowę bunkra. Temat użycia kontenera był kilkakrotnie podnoszony w komentarzach na blogu Domowy Survival, ale dopiero teraz udało mi się znaleźć materiał filmowy.



Sam zrobiłbym to inaczej.... zobaczcie tutaj: http://miejski-survival.pl/blog/budowa-bunkra-film/

Jak oszczędzać wodę - część 2 - toaleta

Toaleta to często największy "pożeracz" wody w naszym domu. Co zatem można zrobić, aby oszczędzić na tym niezbędnym nam wynalazku. Dziś będzie szybko, konkretnie i w punktach.

1. Nasz "tron" to nie śmietnik, śmieci wyrzucajmy do kosza - spłukiwanie wody po każdym papierku kosztuje.

2. Mechanizm spustowy wody może przeciekać, co rocznie daje ogromne straty wody, uszczelnienie jest tanie, sprawdzenie szczelności banalne - wlej do zbiornika np. wodę z buraków i zobacz czy po kilkunastu minutach wnętrze muszli nie jest czerwone.


3. Kup mechanizm spustowy dwufazowy i wyreguluj minimalny odpowiedni strumień na "siusiu", oraz odpowiednio większy na "twarde dowody".

4. Jeśli nie lubisz dwufazowego spustu, wybierz taki z systemem STOP i w przypadku "siusiu" robisz dwuklik, zupełnie jak myszką przy komputerze - prawda że genialne? Mechanizmy spustowe są niedrogie, a wymiar jest w dwóch standardach do większości w miarę nowych toalet/kompaktów. Jeśli masz odrobinę zdolności technicznych, cierpliwości i spokoju - poradzisz sobie z montażem i regulacją.

U mnie poszły dwa puszkowe Lechy na samodzielny montaż i w szczególności regulację mechanizmu - naturalnie za wiadomym pośrednictwem.

5. Jeśli nie możesz wymienić mechanizmu spustowego, lub jeśli regulacja starego "zapieczonego" zestawu łączy się z ryzykiem zniszczenia całości zmniejsz strumień wody w prosty sposób: włóż do zbiornika na wodę w toalecie butelkę PET 1,5l napełnioną czystą wodą - butelkę możesz dla pewności obciążyć kilkoma kamykami, które wrzucisz do środka. Zmniejszy to jednorazowo objętość spuszczanej wody o 1 - 1,5l. Stare toalety były projektowane z zupełnie zbędnym, dużym nadmiarem "mocy", kiedyś nikt nie przejmował się zużyciem wody. W mojej starej toalecie to się sprawdziło.

Przy okazji modernizacji mojego "tronu" nie mogłem się powstrzymać i wymieniłem klapę toalety na coś z obrazkiem w tym stylu - a co?! Król ma swój tron, to i ma swój luksus!

Niesprawiedliwość życiowa - 15 lat wcześniej

Życie jest niesprawiedliwe - powiedzcie mi - jak to jest - naście lat temu byłem raczej jak ten leszcz na filmiku poniżej:



...no nie tak do końca może.... }:->

Ale generalnie jakoś teraz znacznie łatwiej. Z każdą spokojnie zagadam... na pakerni, w sklepie, w towarzystwie. Nie ma krępacji :)

Ale co z tego, skoro stabilizacja pełna, a człek ma... no ten.... "kręgosłup moralny"... było tak z 10-15 lat wcześniej :P

środa, 2 listopada 2011

Recenzja piwa - Żywiec Porter

Zapomnijcie o cieniastych Guinessach, a mdłe cidery wylejcie do sedesu - w Polsce mamy swoje, klasyczne już ciemne piwo - Żywiec Porter. Czy widzieliście kiedyś rozszerzające się oczy i minę Brytola, któremu zamiast Guinessa polało się porządnego polskiego porterka... ja widziałem!


Piwo nie jest tanie w porównaniu do popularnych piw jasnych natomiast wygrywa cenowo z Brytyjskimi i Irlandzkimi produktami, i co tu się oszukiwać - jest także tańsze, przynajmniej w Polsce. (I nie oszukujmy się - jest po prostu lepsze - jak bardzo nie kochalibyśmy Wysp i wszystkiego co irlandzkie lub brytyjskie, musimy to przyznać.)

Wyrazisty męski smak (nie za słodki), wyraźna zdecydowana goryczka, wyraźny aromat palonego ziarna oraz zdecydowana zawartość alkoholu sprawią, że ten napitek spodoba się każdemu prawdziwemu mężczyźnie.

Powiadam wam, lepiej wydać ok 4-5 zł na jednego Portera z Żywca, niż wysączyć czteropak jakiejś taniej berbeluchy z marketu.

PS#1. Jeśli kupujemy to piwo - patrzymy na datę ważności - im piwko nowsze, tym smaczniejsze - Porter pod jej koniec smakuje podle.

PS#2. Post dedykuje tym, którzy myślą, że przez siłownię zdurniałem do reszty. Owszem, moje spożycie piwa jest 'postne', ale stara miłość nie rdzewieje. :D

Drastyczne kary dla pijanych kierowców.

Jako jeden z nielicznych wolnościowców jestem za drastycznymi karami dla pijanych kierowców. Drastycznymi, szybkimi i nieuchronnymi.

Generalnie za samą jazdę po pijaku - powinna być konfiskata samochodu (bądź określonej ustawowo sumy minimalnej - dajmy na to 30 tys. zł) + obligatoryjne pokrycie przez skazanego kosztów sądu, działań prokuratora, itp. do kary finansowej kara BEZWZGLĘDNEGO więzienia, min. 3 miesiące.

Za spowodowanie trwałego inwalidztwa lub śmierci przez pijanego kierowcę - przepadek mienia na rzecz ofiary, lub rodziny ofiary - oraz stryczek lub komora gazowa, a przynajmniej, skoro prawodawstwo UE na to nie pozwala, dożywocie - jakieś ciężkie więzienie (tak aby skazany wolał zawiązać sobie stryczek sam w celi i załatwić sprawę szybko).


Hipokryzja wśród moich kolegów wolnościowców

Koledzy wolnościowcy (libertarianie, minarchiści,anarcho-kapitaliści...) pukają się w głowę - mówią ty z takimi poglądami - w ogóle nie jesteś wolnościowcem - mówią mi... gadasz jak PIS-owiec...

Nasze wolnościowe dyskusje przybierają jednak inny obrót, kiedy zaczynam od kwestii posiadania broni. Czy jesteś za prawem do broni i samoobrony- pytam? Prawie każdy, zgodnie z elementarzem korwinowskim lub minarchistycznym, odpowiada: Ależ tak! Oczywiście!

Czy jesteś za prawem do zabicia delikwenta, który włamuje się z nocy do twojego domu z nożem? Tak, zdecydowanie - kula w łeb - odpowiadają! (Chociaż przecież napastnik był niewinny i chciał tylko ukroić sobie kawałek chleba do kanapek!)

A co zrobić kiedy na ulicy albo w miejscu publicznym psychopata strzela na oślep? Kula w łeb - odpowiadają. A co jeśli tylko wymachuje naładowaną bronią??? Prawie wszyscy zgadzają się, że w libertariańskim czy minarchistycznym raju można takiego niebezpiecznego psychopatę odstrzelić.



Realna sytuacja i bąk Korwina-Mikke.


Otóż ja wam gwarantuję, że pijany kierowca jest odpowiednikiem szaleńca wymachującego naładowaną bronią i strzelającego na oślep, przy czym siła rażenia tej broni jest różna. Pijany motocyklista to powiedzmy psychol z shotgunem, pijany kierowca to odpowiednik degenerata z pancerfaustem gotowego strzelić do twojej rodziny. (Czy jesteś gotów bronić swojej rodziny, nawet kosztem życia napastnika?)

Masa 1-2 ton samochodu, rozpędzona powiedzmy do 100km/h to masakryczna siła rażenia. Dodam, że testy zderzeniowe, które oglądamy w reklamach systemów bezpieczeństwa to na ogół 50km/h...

Po głębszym zastanowieniu większość "wolnościowców" przyznaje mi rację - analiza źródła poglądów, by nie karać za jazdę po pijaku prowadzi zwykle do blogu Korwina-Mikke i kilku jego błyskotliwych, aczkolwiek logicznie błędnych wypowiedzi powtarzanych jak mantra przez sympatyków.

Moi kochani, to ja rozumiem, że jak guru polskiego ko-libertarianizmu puści bąka to będziecie mówić, że to naturalny i piękny zapach polskiej wsi!!!? :D

Pomyślcie trochę samodzielnie - nie przyjmujcie gotowych poglądów podanych na tacy.

wtorek, 1 listopada 2011

Oszczędzanie wody - część 1 - perlatory

Perlator to specjalna końcówka kranu, prysznica itp. zwiększająca optycznie strumień wody poprzez znaczne jej napowietrzenie. Zgodnie z danymi producentów, perlator potrafi oszczędzić od 15% do 60% wody. W moim domu w kuchni oraz w łazience posiadam dobrej jakości perlatory widoczne na obrazku poniżej, które kosztowały ok. 16 zł za sztukę, a także oszczędną słuchawkę prysznicową, która kosztowała ok. 35 zł. Przy rosnących cenach wody to staje się koniecznością.


Dane podane przez producentów jak zwykle należy jednak urealnić - efekt oszczędnościowy występuje bowiem jedynie w określonych warunkach, np. przy myciu rąk lub naczyń, kiedy napowietrzony strumień w zupełności nam wystarczy. Jeśli chcemy napełnić wodą naczynie, siłą rzeczy zużyjemy tą samą ilość wody, co bez perlatora - napełnienie naczynia potrwa jednak dłużej niż bez perlatora, dlatego niezbyt rozsądne jest montowanie dobrego i drogiego perlatora w kranie nad wanną - tam wystarczy najtańsza wylewka.


Ile można oszczędzić? Przy instalacji perlatorów 4 osobowym gospodarstwie i założeniu min. oszczędności na poziomie 15%, rocznie możemy oszczędzić od 250 do 300 zł.

O oszczędności wody napiszę jeszcze nie raz, na pewno jednak nie znajdziecie tu porad w stylu: "Czy na pewno musisz się myć codziennie?"
P.S. Podyskutuj na ten temat - dołącz do naszej grupy FB: https://web.facebook.com/groups/660575410678940/