poniedziałek, 30 września 2013

Zarządzanie konfliktem... na blogach. Jak sobie radzić z trollami i wojenkami internetowymi.

Wojenki blogowe, konflikty pomiędzy autorami, użeranie się z trollami i anonimami jest nieuniknione w życiu autora. Tak jak słońce świeci, tak jak deszcz pada, tak jak koty wchodzą w ruję w marcu... tak konflikty na blogach były, są i będą.

Kto to jest w ogóle autor bloga? Autor bloga to takie stworzenie, które ma ego głębsze niż Wielki Kanion Colorado, czyli zwierzę z natury nie dające sobie w kaszę dmuchać i konfliktowe.

Oczywiście od początku kariery ja też przerobiłem kilka zgrzytów na blogu i wojenek autorskich. Myślę, że jako autor 'otrzaskany' z różnymi sytuacjami jestem w stanie wyłożyć jak zarządzać konfliktem na blogach.

Trolle, hejterzy:

Kiedy zidentyfikuję klasycznego internetowego trolla, natychmiast kasuję jego komentarz. Bez odnoszenia się, bez dyskusji. Koniec. Troll karmi się konfliktem, bez tej karmy zdechnie bardzo szybko. W najgorszym razie troll zostawi jeszcze 1-2 komentarze (które ja natychmiast skasuje) i sobie pójdzie.

Dyskutanci, którzy dostaną korby:

Czasem nawet spokojni i dotychczas znani użytkownicy w pewnych dyskusjach dostają tzw. korby. Ze stałymi czytelnikami moich blogów jestem o wiele bardziej wyrozumiały, ale równie stanowczy. Tu nieczęsto zdarza się kasacja komentarzy, ale jednak czasem trzeba, prawie już nie stosuje sankcji wobec stałego i lojalnego uzytkownika, któremu odwali korba. Najpierw, albo pomimo sankcji, staram się porozmawiać - wysłać maila lub jakiś priv. Często po prostu zamykam wątek - to dość polubowne rozwiązanie dla wszystkich zaangażowanych w dyskusję. (Generalnie dzięki reagowaniu w porę konfliktów jest u mnie teraz mało).

Spamerzy:

Pisałem o tym dwa posty temu... i jeszcze jeden trochę wcześniej. W skrócie - sąd wojenny i natychmiastowa egzekucja. Odsyłam do poprzednich postów

Albo komercyjni spamerzy, albo blogerzy - tu trzeba się zdecydować i wybrać stronę. Nie ma litości z komercyjnymi spamerami, to klasyczna wojna pozycyjna na wykończenie przeciwnika, tylko jedna strona może przetrwać.

Autorzy innych blogów:

Już z 5 czy 6 razy przerabiałem ten scenariusz. Autor relatywnie nowego bloga widzi jak mi się licznik kręci i jestem mu potrzebny. Ja lubię pomagać, jestem takim społecznikiem, więc pomocy nie odmawiam. Linkuję, polecam. Probuję osobom z naszego grona dać "wartość dodaną".

Po jakimś czasie w przypadku niektórych autorów (na szczęście dość niewielu) pojawia się jednak syndrom, który teraz określam jako "zapomniał wół jak cielęciem był". Leci sobie potem taki lub taka w kulki, odwala jakąś wiekszą czy mniejszą chamówę. Norma.

Kiedyś próbowałem z tym walczyć, wyłożyć swoją rację i dochodzić swojego i powiem wam tak. Z uwagi na charakterystykę nas autorów - nie warto. Racja jest jak dupa - każdy ma swoją.

Nie ma najmniejszego sensu babrać się w konflikt czy inną wojenkę blogową. Nie wygrasz w niej nigdy. Trzeba natychmiast 'uregulować rachunki' zerwać kontakt i zająć sie swoimi sprawami. Trudne, ale nie ma innej drogi.

A co gdy konfikt jednak wybuchł? Jak go wygasić?

Widzę to teraz jasno, po kilku przepychankach blogowych. Gdybym kiedyś wiedział to co wiem teraz próbowałbym zastosować takie same metody jak do trolli i spamerów.

Na czas ostudzenia emocji wprowadzić ścisłą moderację komentarzy. Niech komentarze fajterów i hejterów trafiają w nicość. Kasować nie dyskutować. Pamiętajmy, że wszelka dyskusja w internetowej wojence nie ma sensu. Strony wyjdą z niej rozemocjonowane i tylko jeszcze bardziej przekonane do swojej racji, zaczną się jakieś glupie eskalacje i zachowania.

Tak załatwiłem już ze dwa albo i trzy wyskoki hejterskie, kasowanie, moderacja, blokada, konsekwencja w działaniu.


Co jest w tym wszystkim najważniejsze? Co trzeba wiedzieć?

Najważniejsze jest zdanie sobie sprawy z prostego zjawiska. Konflikty, wojenki blogowe, użeranie się z trollami zajmują czas. Czas to cenny zasób. Czas to pieniądz, a ja nie lubię marnowania pieniędzy (w końcu to blog o oszczędzaniu), a czy Ty chciał(a)byś sytuacji, kiedy Twoje pieniądze sobie beztrosko wyciekają w niebyt, a ty nie bardzo wiesz co z tym zrobić?

P.S. Polecam:

Miasto jako pierścień, czyli inaczej o urbanizacji. 

 

Oszczędzanie na papierosach. Tani tytoń.

Ostatnio mieliśmy na blogu dużo tematów ogólnych, czas na coś o oszczędnych rozwiazaniach dnia codziennego. Dziś co nieco o papierosach.

Moje podejście do palenia jest znane starszym stażem czytelnikom. Nie zachęcam. Jednak jeśli ktoś już pali papierosy często zastanawia się jak ograniczyć koszty 'dymka'. Przeliczmy to sobie dzisiaj.

O tytoniowych gustach można się wiele rozpisywać, jednak przerabiałem dziś ten temat z kolegą z osiedla. Kolega wybiera jedne z papierosów ze średniej półki w wariancie light.

Koszt 20 sztuk to 11,50 zł. Daje to 58 groszy za 1 papierosa.

Ta sama marka papierosów udostępnia jednak opakowanie 20g tytoniu do skręcania w cenie 7,50 zł, co według producenta daje 37 sztuk papierosów. Bibułki do skręcania kosztują 0,80 gr. Wystarczą oczywiście na więcej niż opakowanie tytoniu, ale powiedzmy, że wliczamy to w koszt (tak jak optymistyczną liczbę aż 37 sztuk z paczki).

Koszt jednego skręcanego papierosa identycznej marki tytoniu to 0,23 grosze, czyli 4,60 zł za paczkę. Niech to nawet będzie i 5 zł przy mniej 'wydajnym' skręcaniu. Przyjmijmy to do dalszych wyliczeń.

Jaka będzie różnica dla osoby spalającej około 1 paczki dziennie? 195 do 200 zł miesięcznie więcej w budżecie domowym!


Skręcanie samodzielne jest niewygodne, jednakże są maszynki do skręcania, których koszt szybko się zwraca.

Oczywiście są sposoby na naprawdę tanie papierosy, pytanie czy zgodne z prawem? (Kliknij i powiększ.)


A w kwestii dbania o siebie.... zapraszam na wpis:

Nigdy nie pozwalaj sobie na tzw. "dzień świni" - Jesteś przedsiębiorcą? Zawsze dbaj o siebie!!!



niedziela, 29 września 2013

Darwinizm społeczny ekologów. Recykling odpadów. Jaki powinien być system segregacji?

Skorzystam sobie dziś z jednego z cytatów, które zostawił mi jakiś anonimowy "ekolog" na Realnym Minimalizmie, poznęcamy się nad nim, tym razem w aspekcie ekologii i sensowności recyklingu odpadów.

"Wydawało mi się, że w recyklingu chodzi o jakąś ideę, że jeśli już się ktoś tego podejmuje to pamięta czemu ta czynność ma służyć - nie ludziom, ale przede wszystkim środowisku w którym żyjemy. (...)". 

Otóż po pierwsze bzdura! Ekologia i recykling ma przede wszystkim i po pierwsze służyć ludziom. Nasz ekolog wykazuje skrzywienie własciwe niektórym ekologom. Otóż nie pojmują oni bardzo prostego faktu. Patrzcie Państwo:


Czym się dla natury, Matki Ziemii, Gai czy innej Paczmamy (w co tam ekoludki wierzą) różni powyższa budowla termitów od...


...takiego czegoś?

Myślimy.... myślimy.... i co? Niczym! Z szerszego punktu widzenia, z perspektywy kosmicznej, nasza cywilizacja ma takie same znaczenie dla przyrody jak np. kolonie termitów.

Co? Zdziwienie? No to popatrzmy na zdjęcie satelitarne Europy - najbardziej cywilizowanego i zurbanizowanego rejonu świata.


Widzicie z kosmosu jakieś ślady cywilizacji ludzkiej? Nie... nas nawet z pewnej odleglosci nie widać, tak samo jak mrowiska w lesie.

Dla natury jesteśmy jak te termity w kopcu... naszego ewentualnego zniknięcia Matka Ziemia nawet nie zauważy. Jesteśmy, jako gatunek, małą czkawką w trwającej od eonów Ziemii. Ten przesadzony egocenrtyzm ekologów jest po prostu śmieszny.

Korwin-Mikke twierdzi, że Zielony to nic innego jak niedojrzały Czerwony, czyli komuch. Jakieś ziarno prawdy w tym jest.

Przejdźmy do następnego eko-absurdu. Zgniatanie odpadów.

"Jesteś strasznie roszczeniowo nastawiony. Myślę że nic by Ci się nie stało gdybyś pozgniatał butelki przed wyrzuceniem,"

Przypomnijmy. Pojemniki do recyklingu w mojej okolicy są tak zaprojektowane, że wymagają od wyrzucającego samodzielnego zgniatania odpadów i wrzucania ich do pojemnika po jednej sztuce.

I teraz myśl. O ile wyobrażam sobie taką żwawo brykającą młodą dziewoję jak poniżej trudzącą się w zgniataniu butelek czy puszek....



....to ni grzyba nie jestem w stanie sobie wyobrazić starszej pani poniżej, podskakującej i zgniatającej butelki i puszki, bo tak się wymarzyło naszemu ekologowi...


Co wy na to? Bo mi się przypomina podejrzenie Jacka z Boskiej Woli, że w tej całej ekologii chodzi jedynie by nas wszystkich ukatrupić, babeczki, jak ta starsza dama powyżej eutanazjować a świat zamienić w jeden wielki park narodowy, gdzie oni (ekolodzy) mogliby rozbijać się swoimi klimatyzowanymi Land Roverami....

Otóż jeśli mamy mieć system recyklingu, to nie może to być eko-nazizm w wydaniu ekologów - to musi być system opłacalny finansowo, wygodny i dostępny dla wszystkich....

...nie tylko dla nas, ludzi w sile wieku, ale i dla dzieci oraz dla osób starszych, którymi się niechybnie staniemy.

A że taki nie jest można się przekonać w moim niedawnym poście:

Ten "cholerny" recykling - fotoreportaż - dlaczego nie opłaca się segregować odpadów?


sobota, 28 września 2013

Jak pozbyć się spamu na blogspocie. Jaka polityka reagowania na SEO. 5 sposobów.

Generalnie słaby system walki ze spamem na Bloggerze jest powodem, dla którego od jakiegoś czasu testuję WordPress i tamtejsze metody walki ze spamem. Zastanówmy się jednak co można zrobić na Bloggerze (i w innych systemacj w ogólności).


1. Kody captcha.

Działają dobrze, ale mimo tego każdego dnia mam od kilku, do kilkunastu spamerskich komentarzy na moich blogach - ponieważ wszędzie są dość dobre zabezpieczenia antyspamowe (kody, captcha) znaczy to, że spam wysyła "biedny student na śmiecowej umowie" w firmie SEO, albo inny stażysta.


2. Wyrafinowanie spamerów z SEO i konieczna bezwzględność.

Komentarze są od całkiem głupich "fajny artykuł, prowadzisz dobrego bloga..." okraszone linkiem spamerskim w podpisie, do calkiem wyrafinowanych i nawet odnoszących się do tematu... widać po nich jaką agencja ma determinację by wstawić link.

Na przykład z jednym z kolegów autorów ćwierka sobie namietnie koleżanka Basia z firmy Mennica ***jowa. Kolega nie zdaje sobie jednak sprawy, że robi to tylko po to, by zapieprzyć jego blog linkami pozycjonerskimi, a tak właściwie (wiem, bo Mennica ***jowa to notoryczny spamer) Basia jest facetem. Oj... jak przyjdzie do rendez vous to będzie ból tyłka :P ....aaaucz!

Sluchajcie, po prostu nie można się certolić. Komentarz spamerski, w tym ten gdzie w podpisie jest link do firmy komercyjnej należy bezwzględnie kasować, nie ważne jakiej akrobatyki użyje spamer by go wtrynić na naszego bloga.

Opcje: skasuj komentarz - skasuj zupełnie.


3. Dyskredytowanie spamerów, publiczny wstyd - propozycja Wojtka z Inwestycji Alternatywnych z ostatniej dyskusji:

Jeszcze moja mała uwaga: linki w Bloggerze w komentarzach mają domyślny artybut NO FOLLOW, więc wystarczy usunąć treśći zastosować patent Wojtka...

...odpowiadać na komentarze jedną formułką podając pełną nazwę firmy wskazując jednocześnie na praktyki uwłaczające dobrym obyczajom i będące zwykłym dziadowaniem które stawiają daną firmę w niekorzystnym z punktu wizerunkowego świetle...

 ...Wojtek mówi, że firmy na to reagują, choć jak dla mnie zajmuje to czas. Ja w naszej dyskusji wskazuje na możliwe konsekwencje prawne - trzebaby starannie dokumentować fakt zaistnienia spamu lub kasować tylko treść wiadomości.


4. Informowanie CEO i BOKów firm o spamerskich praktykach ich pracowników / agencji. Od początku podchodziłem sceptycznie, jednak w wolnych chwilach mailowałem do firm odnośnie ich komentarzy i sporadycznie, w wybranych przypadkach robię to nadal. Jednak tylko raz osiągnąłem efekt od jednej z "mennic" wypisania mnie z list spamerskich ich agencji. Statystycznie jednak jest to strata czasu.

Michał z JOP mocno doradzał mi działanie polubowne, informowanie w tonie profesjonalnym i pokazanie chęci współpracy z mojej strony. Teraz robię jedynie coś takiego, jednak niestety okazuje się to w 99% procentach stratą czasu i zasobów.

Ja ze swojej strony nie polecam takiej praktyki. To okazało się nieefektywne.


5. Proponowana solidarność autorów blogów, szczególnie oszczędnościowo-finansowych.

Starałem się to robić od zawsze, jednak Wojtek to wyartykuował w sposób dość rzeczowy. Wojtek proponuję stronę, czarną listę, gdzie autorzy blogów finansowych umieszczaliby firmy dokonujące praktyk spamerskich, które to w gruncie  rzeczy są czymś na kształt oszustwa lub nawet kradzieży. W poprzedniej dyskusji wskazałem na minusy tego rozwiązania... testowalem już taki serwis w epoce współpracy KZowej, dałem sobie spokój, z uwagi na przepychanki między autorami i wydatek mojego czasu i energii, za który dostalem figę z makiem.

Niestety solidarności wśród autorów blogosfery finansowej i ogólnie autorów blogów jest za mało. Znacznie częściej każdy wydaje się ciagnąć w swoją stronę, a tych blogów jest legion, choć osobiście staram się utrzymywać dobre relacje z autorami i nawzajem wspierać nawet z blogami konkurencyjnymi w stosunku do Racjonalnego Oszczędzania.

Podsumowując:

Kiedyś popularność bloga i pojawienie się spamerów, a nastapiło to dość nagle, zaskoczyło mnie, teraz jestem bezwzględny wobec spamerów.

Pozwala mi to funkcjonować i czuć się dobrze na blogosferze, a moją postawę doceniają te firmy, które dojrzały do współpracy z blogerami, wiedząc, że ich działania reklamowe nie zginą w morzu spamu i bezsensownych komentarzy. Moje zdecydowane działanie przynosi dobry skutek.


piątek, 27 września 2013

Biedny student, biedny ojciec.... czyli coś o spamerach i telemarketerach.

Ostatnio uczestniczyłem w dyskusjach na temat tolerowania spamu w komentarzach na blogach oraz w drugiej dyskusji na temat łagodnego podejścia do telemarketerów i akwizytorów, którzy nam się naprzykrzają...

...ja w obydwu przypadkach preferuję podejście zdecydowane i na ile wytrwałości i energii w danym dniu starczy - umiarkowanie agresywne, o czym przeczytacie tutaj...

Atak reklam, atak akwizytorów i telemarketerów - jak walczyć? Zdecydowanie!


...według mnie szkodliwa bierność a nawet "zgniła" asertywność nie są zbyt dobrym rozwiazaniem. Tu trzeba rąbać sierpem i młotem, tę spamerska hołotę.

Moi oponenci w dwóch dyskusjach wysuwają ten sam argument... ale... ale... bądź człowiekiem - tam po drugiej stronie kabla siedzi biedny student zatrudniony na śmieciową umowę i dorabiający do czynszu na stancje, zlituj sie nad nim....

....ni grzyba! Zero litości dla s...., jak to spiewał Kazik Staszewski!


....ja nie kupuję tego wytłumaczenia, o biednym studencie, zafyfiającego moje blogi spamem, bo sobie biedak dorabia w agencji SEO i musi to robić, albo o biednym biedaczku (jednakże po specjalistycznych szkoleniach NPL i psychomanipulacji!) próbującego przez telefon wcisnąć mojej starszej Matce jakąś "obowiązkową auktalizację umów w telekomunikacji z obniżeniem kosztów"....

Wiecie jak to jest?


Najpierw jest biedny licealista, następnie wyrasta z niego biedny student, potem biedny absolwent, potem biedny pracownik, przepoczwarza się on w biednego ojca rodziny a w koncu w biednego emeryta...

...i te całe grono biedaków, jest takie biedne, i mam się nad nimi litować?!

...no i kupować od nich oferty finansowe w stylu Amber Gold, by oni zgarnęli swoja prowizję, bo oni tacy biedni... a ja mam ich wspomagać?


Niedoczekanie!


...sorki, widziałem choćby co firma ubezpieczeniowa wyprawiała z moim kolegą po śmierci jego Matki, ile to kosztowało pieniedzy i nerwów... a zaczęło sie od tego, że jakiś biedny, jak to piszesz student...po odpowiednim szkoleniu zadzwonił z ofertą...


...widziałem ludzi naciagniętych na złodziejskie umowy w tzw. telekomunikacji...

...widziałem ludzi, którzy wpłacili 10000 zł na przyszłość wnuków, a dostali z powrotem 1460 zł....

itp.

Akwizytorzy, telemarketerzy, spamerzy... to cale bydło.... to moi osobiści wrogowie... i zrobię co w mojej mocy, aby demaskować ich sztuczki, psuć im robotę.... tak jak tutaj:

Aktualizacja danych - po co to telemarketerom i dlaczego tak często o to proszą? Jaki sekret się za tym kryje?


Zero kompromisu.

¡No pasarán!

 

Kto z Was zgadnie gdzie to jest dostanie uścisk dłoni Prezesa :)


 

czwartek, 26 września 2013

Piramidy i stadiony.

Oglądając kolejne odcinki Ancient Aliens doszedłem do piramid w Egipcie i osobiście budowanie ich wydaje mi się do tego stopnia bezsensowne i ekonomicznie nieuzasadnione, że tezy zwolenników starożytnych kosmitów wydają się nabierać sensu.


Ale zaraz, czy we współczesnych czasach nie mieliśmy rewii politycznego debilizmu, ekonomicznego kretynizmu i ogólnonarodowego oszołomienia - masowej hipnozy (w mediach) która pchnęła nas do czegoś jeszcze durniejszego niż budowa piramid?


Jasne! Euro 2012 i stadiony! Polska, jako państwo, wydała grube miliardy na obiekty służące bardzo nielicznym, w dodatku przynoszące kolosalne straty i będzie tak dalej... rok w rok... aż do nieuniknionego wyburzenia stadionów (mówię właśnie, że to znacznie durniejsze niż piramidy, bo piramidy przynajmniej stoją po dziś dzień i przynoszą zyski z turystyki!) http://finanse.wp.pl/gid,15113264,kat,36874,title,Ile-tracimy-na-stadionach,galeria.html

Po stadionach pozostanie betonowe rumowisko, a nasi potomkowie dalej będą spłacać długi zaciągnięte na organizacje tych straceńczych igrzysk, w których w dodatku, na własnych stadionach, w żenującym stylu dostaliśmy w dupsko!

środa, 25 września 2013

Ancient Aliens - Starożytni Kosmici oraz zapomniana technologia. Zaawansowana technologicznie cywilizacja w przeszlości.

Jestem ostatnio zbyt zajęty na analizy oszczędnościowe, natomiast umilam sobie resztkę wolnych chwil oglądaniem serialu Ancient Aliens. Niektóre z przedstawionych hipotez są kontrowersyjne, ale wiadomo, autorzy robili ten serial dla masowego widza...

...natomiast są dowody, które sprawiają, że nawet ultra-racjonalnego autorowi, takiemu jak ja oczy się szeroko otwierają.

Starożytny pojazd latający (model - figurka) z minuty ok 9:30, który okazuje się idealnie zaprojektowanym i dobrze radzącym sobie w powietrzu samolotem zapiera dech w piersiach.

Ten dowód doceni ktoś, kto próbował samemu zrobić utrzymujący się w powietrzu model-samolot np. z papieru. Jako nastolatek się trochę tym bawiłem i według mnie jest to absolutny i niepodważalny dowód na istnienie w przeszłości wysokiej technologicznie cywilizacji (niekoniecznie wizytę obcych).




Kolejny niepodważalny dowód to Puma Punku, ok 45 minuta, stopień skomplikowania tej starożytnej budowli oraz trudność i jakość wykonania technicznego przewyższa współczesną technologię, tę którą mamy dzisiaj.


poniedziałek, 23 września 2013

BNP Paribas Bank - reklama TV czyli seks za kredyt - co na to feministki?

Kiedyś grupka jakiś ekstatycznych feministek rozpętała mi wielką wojnę na blogu z powodu zamieszczenia zdjęcia atrakcyjnej sekretarki, dość ładnej brunetki...
...o coś takiego. A niby to seksistowskie, a niby łamiące normy moralne, a niby buduje negatywne seksualne stereotypy o kobietach.

Swoją drogą powiedzmy sobie szczerze!!!! Która sekretarka w korporacji chodzi do pracy bez makijażu, z nieumytymi włosami, nieatrakcyjnie ubrana, z poszarpanymi paznokciami??? Przynajmniej ja dawno czegoś takiego nie widziałem dawno.

Dziewczyny w obsłudze klienta czy sekretariacie są na ogół ładne, zadbane i świadomie podkreślają swoje walory. Taka jest rzeczywistość korporacyjna.

Wracając do feministek.

Feministki,  które robiły mi rejwach na blogu mają także swoje własne blogi, jednak nie widziałem na nich jakiegoś szczególnego natężenia walki z seksizmem, dyskryminacją, wykorzystaniem kobiety jako "seksualnej zabawki" np. w reklamach. Na tej zasadzie, że na RO można zrobić każdą awanturę (bo u niego jest wolnośc słowa), ale za to na własnych blogach jest cichutko spokojnie i ma być dobry PR.

Ja obłudy nie lubię, ale cóż... kilka osób się o tym już przekonało...

Dziś rano w TV widzę reklamę BNP Paribas Bank i mój wniosek jest jeden. To reklama która jak nic może obrazić kobiety, a feministki na pewno.

Kojarzycie? To ta reklama, gdzie mężczyzna, krawat, koszula... wraca z pracy i wchodzi do łazienki. Tam czeka na niego młoda gospodyni domowa w kraciastej koszuli i szortach, która najwyraźniej z pracy nie wróciła, tylko siedzi w domu na zasadzie Kinder, Küche, Kirche i robi pozy zachęcające faceta do spółkowania.

Chłop, jak to w jakimś germańskim kinie porno, szybko zabiera się do rzeczy, najpierw przymierza się do kopulacji na zlewie, ale cóż to... zlew spada i się niszczy... parka przechodzi do akcji w wannie, ale spadająca rama niszczy kafelki i lustro...

Młoda gospodyni jest zadowolona, bo tak naprawdę chodziło o naciągnięcie mężulka na kredyt na nową łazienkę!

Czy ta reklama nie buduje stereotypu kobiety jako głupiej, slodkiej idiotki, która czeka w domu i jest gotowa rozchylić nóżki na każdy sygnał chłopa przynoszącego do domu pieniądze? Kobiety, która nie pracuje, siedzi w domu...

W większości młodych rodzin, które znam mąż i żona mniej więcej w tym czasie wracaliby z pracy... często męcząc się w korkach. Czasem jedno z nich musiałoby podskoczyć po dziecko do żłobka czy przedszkola, usiedliby w kuchni, przy kawie, czy czymś podanym na szybko i ewentualnie zaczęli rozmawiać o wydatkach, w tym nowym kredycie...

Tak czy inaczej współczesne kobiety są wykształcone, są zdecydowane co do swojej kariery i finansów, są świadome w wielu aspektach, na ogół pracują, nawet jeśli w międzyczasie mają obowiązki macierzyńskie, no i myślę, że umieją się skomunikować i wyrazić swoje potrzeby w kwestiach finansów.

Gdybym był feministką, czy nawet po prostu kobietą - autorką bloga finansowego - nieźle bym się wkurzył i rozpętał wojenkę przeciwko BNP Paribas Bank za stereotypowe i w gruncie nieco poniżające potraktowanie kobiet w tej reklamie.

Ale jestem facetem i w gruncie rzeczy, na pewnym zwierzęcym poziomie podświadomości, to erotyczne dziewczę w reklamie podoba mi się... więc... ja protestować tam głośno nie będę.

A co na to drogie Czytelniczki?


poniedziałek, 16 września 2013

Ćwiczenie psychologiczne/polityczne dla czytelników... czy jesteście dobrymi obserwatorami?

Czy zgodzicie się ze mną, że są tematy, które sprawiają, że ludzie przestają myśleć rozsądnie i rzucają się sobie do gardeł?

Czy są zagadnienia w dyskusji, które są praktycznie nie do rozwiązania, natomiast doskonale budzą emocje po obu stronach?

Czy są dyskusje, które z definicji są nierozwiązywalne, a ich jedynym efektem jest to, że strony wychodzą z nich jeszcze bardziej przekonane do swoich racji?

Macie jakieś pomysły?

Jak dla mnie to są np.:

- religia, kościół, krzyż w szkołach...

- aborcja, eutanazja...

- homoseksualizm, gej-parady...

Macie jakieś pomysły na inne tematy? Generalnie wszelkie tematy będące po stronie tzw. wartości, pochodzenia rodzinnego, wychowania, wykształcenia...


Mam zatem dla was ćwiczenie. Idę o zakład, że w ciągu najbliższego czasu, max. kilku miesięcy Polskę zelektryzuje jeden z takich ważnych tematów, zapewne rozdmuchany jakimś ekscesem, media będą trąbiły o tym 25h / 8 dni w tygodniu. W debatach TV zobaczymy tzw. Specjalistów wypowiadających się na niezmiernie ważny temat. Wszyscy będą oburzeni, internet będzie wariował od postów i oburzenia... wszyscy podzielą się na dwa obozy, skrajnie się nie lubiące, itp.


Część ćwiczenia #1

Jaki to będzie "gorący" temat. Co jest w stanie w najbliższym czasie wywołać spory na miarę "Krzyża przed Pałacem" i naszczuć na siebie ludzi?


Część ćwiczenia #2

Jaką cichcem wprowadzoną bardzo ważną operacje ekonomiczną, fiskalną, podatkową będzie maskowała ta awantura i rozdmuchana "debata publiczna".

Macie jakieś pomysły? Kto trafi na właściwą odpowiedź?


Bo jak wiecie... jest tak, że każda ogólnopolska burda typu "Krzyż przed Pałacem", Neonaziści vs Lewacy vel "Marsz Niepodległości na Wesoło" czy "Kibole bijący biednych Meksykanów" przykrywa mniejszy lub większy szwindel władzuchny... najczęściej zmiany fiskalno-ekonomiczne i to nie jest żadna teoria spiskowa, jak twierdzi jeden z moich kolegów na FB, tylko całkiem dobrze znana socjotechnika stosowana przez POlityków i związane z nimi media.

No to co? Są jakieś typowania? Jaki będzie następny "temat zastępczy"?

:)

sobota, 14 września 2013

Angielski dla dzieci w przedszkolach.

Mądry, czcigodny, jaśnie nam panujący Tusk z jego światłą i pełną POwagi ekipą profesjonalistów, stwierdzili, że w państwowych przedszkolach nie może być języka angielskiego dla dzieci. Rodziców, którzy mają dzieci w wielu przedszkolnym spotkało to dość nagle i teraz trzeba kombinować z zajęciami dodatkowymi po godzinach. A było tak wygodnie!

Zapewne ktoś mądry pomyślał "No co tam frajerzy, wykształciuchy pieprzone, za łatwo by wam było, a jak będziecie mieli więcej roboty z lataniem z dzieciakami po godzinach, to wam z głowy głupoty uciekną, takie jak np. głosowanie na Kaczora czy inne formacje niePOpularne".

No i po co w ogóle dziecko uczyć od małego, niech wyrośnie głuptak, będzie lepszym wyborcą, no nie?

Oczywiście są tacy... i tutaj wrzucam element promocyjny, bo blog z czegoś żyć musi... którzy jak Lubin angielski dla dzieci, wykorzystują okazję i organizują zajęcia dodatkowe z języka angielskiego, ale wciąż jest problem z rytmiką, tańcem i innymi zajęciami.

Przynajmniej ja z żoną psioczymy ile wlezie. Wizja przedszkola jako przechowalni dla zwierzaków nam nie odpowiada. A co inni rodzice o tym myślą?


W międzyczasie na drugim pulpicie dziecko pracuje pod "Ziemniaczanym facetem", jest to linuksowy program do zabawy i przy okazji nauki angielskiego.

piątek, 13 września 2013

Jak opuścić strefę komfortu?

Byłem kiedyś na bardzo inspirującym szkoleniu, gdzie prelegentka, kobieta dynamiczna i przekonująca mówiła o tym, jak wiele można osiągnąć w biznesie, w tym także podkreślała pojęcie strefy komfortu. Tylko opuszczenie strefy komfortu i zmotywowanie się do działania może sprawić różnice.


Pojęcie strefy komfortu już jest wielu czytelnikom znane, szczególnie tym z blogosfery finansowej, więc nie będę tu wynajdywał koła na nowo, skupię się na tym, jak wedle mojej prelegentki miałem opuścić strefę komfortu...

...otóż aby to zrobić miałem wejść w taki sam biznes jak ona. Zostawiłbym mój comfort zone za sobą, wszedłbym w ten biznes, to po paru latach latałbym helikopterem i sypiał w najdroższych hotelach, nie mówiąc o pobytach zagranicznych!

Biznes polegał na dystrybucji chemii domowej i kosmetyków. Miałem podpisać umowę i co miesiąc obowiązkowo brać od dystrybutora produkty za około 700 zł. To minimum, próg, powyżej którego można zarobić, ale też poniżej którego nie wolno zejść. Produkty miałem zużywać sam, dilować rodzinie i znajomym oraz znajomym znajomych oraz wciągać w ten biznes nowe osoby.

Problem w tym, że byłem studentem i nie miałem wówczas stałej pracy, taka sama sytuacja była u wielu znajomych. Jak sobie policzyłem chłopaki na moim mieszkaniu studenckim zużywali (całą kupą) chemii domowej typu proszek Dosia i płyn do podłóg typu Mopex za może 7 zł miesięcznie... jeśli policzyć kosmetyki osobiste, akcesoria do golenia, itp. to może hurtem, całą kupą, zebrałoby się z 70 zł, głównie tanich marek...

No cóż, klienteli wśród znajomych nie ma, pieniędzy także nie ma... pracy potrzebuję i jakoś przeżyć miesiąc... dzielę się tym faktem z moją mentorką. No tak, ale praca na etacie do niczego nie prowadzi.... opuszczenie strefy komfortu, zrobienie kroku w nowy świat biznesu...

...przecież można pożyczyć! Przecież możesz zebrać pieniądze od rodziny! Przecież możesz jeszcze wziąć kredyt studencki! Prelegentka dzieli się z nami sposobami jak zdobyć pieniądze na ten "biznes".

Po wielu miesiącach można mieć własną strukturę i zacząć zarabiać pieniądze!

Co Ty na to?

czwartek, 12 września 2013

Zakupy w internecie.

Dzisiejszy wpis chciałbym poświęcić tematyce zakupów w Internecie.
Niejednokrotnie zdarzyło mi się kupić rzeczy, których zupełnie nie potrzebowałem. Przyznaje się do tego otwarcie, ponieważ wiem, że wielu z Was, boryka się z tym problemem. Później w domowym zaciszu, nachodziła mnie myśl: kolejny nieprzydatny bzdet do domu, gdzie ja miałem głowę? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. Po prostu zostałem ogłupiony. Nie wiem jak Wy, ale ja po przekroczeniu progu większego centrum handlowego, myślę tylko o opuszczeniu go. Nie ważne, czy mam spisaną listę zakupów, czy nie. Masa ludzi, hałas, tłok, wrzaski dzieci i inne przyjemności, tylko pogłębiają to uczucie. Czy jestem sam, czy ze znajomymi. Stwierdziłem, że jest to dość duży problem. Nie dość, że wydaje niepotrzebnie swoje pieniądze, to jeszcze nie ma to nic wspólnego z moim postanowieniem o racjonalnym oszczędzaniu. Zakupy w mniejszych, osiedlowych sklepikach, również nie sprawdzają się na dłuższy czas, ponieważ narzucone ceny są znacznie wyższe.


Dlatego zdecydowałem się przeprowadzić mały eksperyment i sprawdzić, czy zakupy w Internecie, faktycznie są tak opłacalne.
Gdy usiadłem przed komputerem, naszło mnie zwątpienie. Przecież nie dostanę zakupionego produktu, już w chwili włożenia go do koszyka. Czy dłuższe oczekiwanie jest warte swojej ceny? Okazuje się, że tak. W swoim życiu zdarzało mi się już kupić: elektronikę, książki i płyty przez Internet. Zawsze byłem zadowolony z tych produktów. Dlatego też, nie wahałem się ani chwili gdy okazało się, że muszę wymienić stary telewizor, a mój ulubiony autor wydał nową publikację. Nie posunąłem się jednak nigdy, do kupna produktów spożywczych. Zawsze wychodziłem z założenia, że takie rzeczy, muszę wcześniej dotknąć, zobaczyć, po prostu sprawdzić. Jakie było moje zdziwienie, gdy zastałem nie tylko ogromny wybór, szybką odpowiedź na wszystkie moje sugestie, a przede wszystkim konkurencyjne ceny.
Im bardziej wgłębiałem się w tematykę sklepów internetowych, tym większych oczekiwałem promocji i rabatów. Doszło nawet do tego, że prosiłem znajomych aby spisali ceny określonych produktów ze sklepów stacjonarnych. Następnie analizowałem je i poszukiwałem tańszych, w internetowych odpowiednikach. W czasie godzin spędzonych w sieci, bardzo pomocna okazała się strona Kodyrabatowe.pl. To miejsce skupiające promocje oraz kody rabatowe ze sklepów internetowych i stacjonarnych. Dzięki niej, byłem na bieżąco z każdą obniżką co zdecydowanie pomogło w zaoszczędzeniu niezłej sumy pieniędzy.
Z całą pewnością mogę stwierdzić, że zakupy w Internecie, to oszczędność czasu, możliwość wyboru, a przede wszystkim komfort dokonywania zakupów, we własnym domu. Opcja zwrotu każdej z zakupionych rzeczy, to także ważny element na drodze dobrych zakupów. Kupujcie w Internecie, bo naprawdę warto. Sam wiem jedno, że do centrum handlowego już na pewno nie wrócę!
P.S. Zapraszam do odwiedzenia: answear kod rabatowy

środa, 11 września 2013

Czego niemiecka strategia z II Wojny Światowej może nauczyć nas w biznesie?

Przez ostatnie posty zajmujemy się tym, jak historię można wykorzystać w praktyce. Nie jest to tylko durny szkolny przedmiot dodany ku umęczeniu młodych-zdolnych-wykształconych-z-wielkich-miast studiujących na "wyższych szkołach zarządzania i przynudzania" - jeśli umiesz wyciągnąć z historii konstruktywne wnioski możesz uzyskać dużą przewagę na niektórych polach.


Niemcy wygrywali na samym początku wojny nie dysponując wcale lepszym sprzętem niż alianci, co więcej sprzętu tego było mało, jak na lekarstwo, a jednak doskonała strategia dokonała swojego. Nowością była znaczna mobilność i użycie kolumn pancernych.

Wyobraźmy sobie, że po lotniczym zmiękczeniu kluczowych pozycji wroga do ataku ruszały równolegle, w pewnym odstępie od siebie, dwie, trzy kolumny wojsk. Mobilne, pancerne jednostki wbijały się w teren przeciwnika, za nimi wężykiem wlewały się mniej mobilne jednostki i piechota. W chwili kiedy kolumna natrafiała na pozycje wroga starała się skontaktować z sąsiednimi które zmieniały kierunek natarcia, zawijały się wokół przeciwnika, izolowały go i niszczyły. Ten schemat był zabójczo skuteczny aż do dalekiego Stalingradu.

Co się stało potem?

Coś zaskakującego. Coś niezrozumiałego dla każdego pasjonata wojskowości i historii. Coś skrajnie idiotycznego.

Hitler nie wyciągnął żadnych wniosków ze swoich własnych zwycięstw!

Gdy alianci przeszli do kontrofensywy, co przecież w działaniach wojennych zdarza się, tak samo jak w grze strategicznej (jak w biznesie!) Hitler wydał jeden rozkaz, powtarzany wielokrotnie do końca wojny, rozkaz z momentem wydania którego Niemcy ostatecznie przegrali. Ten rozkaz to "Ani kroku w tył!" - to rezygnacja z wszelkiej manewrowości w nowych warunkach wojennych, to strategia z czasów okopów I Wojny Światowej!

Oglądałem wczoraj program o lądowaniu w Normandii i uważam, że według wszelkiej logiki ta kampania powinna być wygrana przez Niemców, a Alianci zepchnięci z powrotem do morza, ale osobiste interwencje Hitlera w tej kampanii (ignorowanie opinii Romla) oraz ponowienie rozkazu "Ani kroku w tył!" sprawiło, że rozbicie Niemców w Normandii było dla dowódców relatywnie łatwe. Cały czas powtarzał się jeden schemat.

Hitlerowcy na ogół siedzieli na swoich pozycjach i zgodnie z rozkazem swojego wodza nie manewrowali, można ich było łatwo otoczyć i dzięki wsparciu lotniczemu zmiękczyć i zniszczyć. To samo powtarzało się wielokrotnie do końca wojny.

Niemcy byli pokonywani wedle podobnego schematu, zgodnie z którym sami wcześniej tak błyskotliwie wygrywali.

Wielki Wódz Tysiącletniej Rzeszy patrzył z niedowierzaniem na mapy sztabowe, nieustannie dodawał dwa do dwóch i zawsze niezmiennie wychodziło mu pięć. Hitler nie był w stanie odwrócić sytuacji i wyciągnąć analogicznych wniosków.

A czy Ty umiesz wyciągnąć wnioski i manewrować - w Twoim biznesie, w finansach, w oszczędzaniu, w życiu zawodowym?

Czy też siedzisz na okopanej pozycji, dajesz się okrążyć i zniszczyć?

czwartek, 5 września 2013

Przyczyna klęski Napoleona, czyli źle zaplanowana inwazja na Rosję oraz jak autor tego bloga podbiłby Rosję.

Dlaczego Napoleon przegrał? Z prostej przyczyny - źle zaplanowana i przeprowadzona inwazja na Rosję. Marsz na Moskwę to od samego początku jedna, wielka katastrofa i porwanie się z motyką na słonce - czy możliwe było jednak podbicie Rosji z sukcesem? Odpowiedź brzmi "tak".


Napoleon miał tego pecha w życiu, że nie miał okazji czytać mojego bloga i nie wiedział jak się zabrać do sprawy. Ale cóż - życie jest brutalne. Wy macie tę przewagę nad Napoleonem, że jesteście moimi czytelnikami i możecie się dowiedzieć jak podbić Rosję (o ile wehikuł czasu przeniesie Was w czasy napoleońskie)!!! :->


Rzut oka na infografikę wystarczy (wnikliwy rzut oka - proszę powiększyć) aby się dowiedzieć jak topniały siły Napoleona (oraz sprzymierzonego Księstwa Warszawskiego) w miarę "postępów" tej niesławnej kampanii.

Poza wojną szarpaną skutecznie prowadzoną przez Rosjan (oddziały kozackie spełniały tę rolę znakomicie) główną przyczyną niepowodzenia była zła logistyka, a właściwie jej brak. Z wszelkich znanych mi opracowań wynika po prostu, że gigantyczne zgrupowanie wojsk posuwało się w stronę Moskwy licząc na "wyżywienie się na wrogu". Rosjanie jednak zastosowali taktykę spalonej ziemi i zagłodzili armię Napoleona na śmierć, paląc nawet główną zdobycz Napoleona - Moskwę. Proste, nieprawdaż?


Wojnę wygrywa przede wszystkim armia z dobrą logistyką, co wiadomo przynajmniej od czasów Aleksandra Wielkiego a potem z historii Imperium Rzymskiego. Czyżby Napoleon przesypiał lekcje historii w czasie swojej edukacji? Na to wygląda. Wielki wódz miał najwyraźniej luki w podstawowym, jak na tamte czasy wykształceniu. No cóż, zdarza się i najlepszym.


Recepta na wygranie kampanii rosyjskiej w owych czasach, dla średnio inteligentnego pasjonata militariów jest proste jak obsługa cepa.

- Po pierwsze po cholerę się pchać w 1812 w jakąś głęboką Azję, czyli na Moskwę, kiedy faktyczna stolica Rosji od ponad 100 lat jest na północ w Petersburgu?

- Po drugie, jak pisałem, logistyka? Trzeba być osłem, który na lekcjach historii (a o wykształcenie wówczas dbano) dłubał w nosie i obserwował muchy na suficie, zamiast uczyć się. Każdy dowódca wie, że wielka kampania musi mieć wielką i perfekcyjną logistykę i stałe linie zaopatrzenia, a taka ówczesną autostradą był Bałtyk a jej węzłami porty bałtyckie od Związku Reńskiego, Prusy i Gdańsk, będące wówczas pod napoleońskim butem, po Tallinn.

- Po trzecie potencjalnie przyjazna Napoleonowi lokalna ludność, będąca etnicznie i religijnie odmienna od Rosjan, oraz zupełnie inny poziom cywilizacyjny tych terenów jest wśród czynników które prawdopodobnie uniemożliwiłyby wojnę szarpaną i azjatycką taktykę spalonej ziemi. Pamiętajmy, że to był czas, kiedy narody w ówczesnym sensie zaczynały się budzić (czego srogo doświadczył Napoleon w Hiszpanii).

A potem? Cóż... można przewidzieć co by było potem, na pewno jednak odrodzona Rzeczpospolita, czy jakieś Wielkie Księstwo Warszawskie nawet pod napoleońskim protektoratem, by sobie z tym poradziła - jak z resztą wiele razy wcześniej....

środa, 4 września 2013

nju mobile internet - przyglądam się bliżej tej ofercie

Dziś na dywanik biorę ofertę internetu w NJU mobile, czyli w relatywnie nowej ofercie Orange. Okazuje się, że oferta jest jak ten kartofel z reklamy, czyli dziwna i nijaka - znajduję w niej także pewne sprzeczności i niewygody, o czym już za chwilę - tymczasem popatrzmy.


Wiemy z wczorajszego artykułu, że nju abonament szczyci się tym, że twój rachunek, który zapłacisz maksymalnie za twój telefon to 57 zł, a potem jest STOP wydatkom. Nie ma tu żadnych gwiazdek, więc nie jestem zobligowany do wnikliwego czytania oferty, czego brak zarzucają mi oponenci. Kartofel stoi przy tej sumie i trzyma napis STOP, ten sam napis jest przy kwocie 19 zł składającą się na opłacie netową i tam też nie ma żadnych gwiazdek?

Czyżby było tak pięknie?


No niestety z następnej strony już coś zaczyna wyglądać nieśmiało... przy cenie (dość wysokiej!!!) za 100kb mamy jakąś jedyneczkę/gwiazdeczkę natomiast poniżej widzimy propozycje kupienia kolejnych pakietów internetowych za 5 i 7 zł.

Co do cholery??? Jakie dodatkowe 5 i 7 zł???? Przecież wiemy, że internet to maksymalnie 19 zł i koniec? A caly rachunek to 57 zł i koniec, STOP!

A tu jeszcze trzeba dopłacać 5 i 7 zł, za kolejno, za kolejne paczki danych? Powiem wam w sekrecie, że przy średnim używaniu netu na wakacjach 1GB starczy na tydzień, zatem pewnie zapłacimy i 4x7 zł ekstra.


No jasne, firma na pewno będzie się bronić, że owszem, że oni mają rację, a oferta jest uczciwie skonstruowana. Internet po przekroczeniu 1GB jest przecież darmowy!

Nic z tego! Po wykorzystaniu 1GB prędkość spada do 16kbps! Próbował ktoś z was pracować na ograniczonej prędkości? Próbowali to robić marketingowcy, konstruujący tą ofertę? Ja próbowałem! Przy tej prędkości nie da się wysłać posta na bloga, i to bez obrazków a większość znanych mi aplikacji webowych, choćby tak lekki klient maila jak tlen.pl odmówi współpracy. Nie mówię już o mediach czy YT, co do czego byłoby głębsze uzasadnienie. Mówię o podstawowym fakcie użycia netu do tekstowej komunikacji.

Podsumowanie: Jedno słowo. Kombinatoryka.

wtorek, 3 września 2013

Oferta nju mobile 29 zł - coś tu nie halo?

Ostatnio kilka razy zapłaciłem więcej za mój zetafon w Orange niż było planowane przy zawieraniu umowy. Jednak kilku moich znajomych przeszło ostatnio na Playa i parę rozmów w cenie 80gr/min skutecznie zdewastowało moje miesięczne konto. Ok... trudno... trwałem przy starej umowie (mam jeszcze tę jedną, jedyną umowę na komórkę, choć umów unikam na ogół)...

...Ok, tym razem moja strata, świat idzie naprzód i nie miałem czasu na zmiany i szukanie lepszych ofert... ale przypomniałem sobie o reklamie z gadającym kartoflem, który obiecuje max. 29 zł miesięcznie na rozmowy. Ok... sprawdźmy.


Po pierwsze jedna rzecz, której nie lubię max. 29 zł dotyczy osoby z zawartą umową!!! Kolejna umowa z Orange? Nie dziękuję.

- Skoro jest to oferta bezterminowa, którą można wypowiedzieć, to po co w ogóle umowa?
- Nie wystarczy prepaid?
- Po co zabawa z fakturami i rachunkami (za tę zabawę w Orange serdecznie dziękuję - złe doświadczenia - mimo rzetelnego wywiązywania się z płatności).

Po drugie kartofel z reklamy obiecuje 29 zł, a na stronie od razu widzimy, że rachunek przy współczesnym używaniu typowego smartfona dojdzie do 57 zł.
Ale czy wspomnieliście o tym w reklamie - drodzy marketingowcy NJU Orange?


Ok.... a... coś dla mnie... jest jednak oferta na kartę... 2 zł dziennie.... ale kolejny haczyk, konieczność okresowych aktywacji tej oferty... aktywacje na 62 dni kosztują 6 zł extra...
- Po co kombinacje z aktywacjami? Czyżby w nadziei, że komuś wygaśnie i ktoś natnie się na większe wydatki?
- Po co kolejna zabawa w kody i aktywacje? Nie wystarczy prosta oferta?

Jednak aktywacja 6 zł + 3x30 = 66 zł miesięcznie! Jakoś tu nie widzę sumy 29 zł, która zachęca z reklam w pobliskim sklepie gdzie mogę kupić starter na kartę?


Sorka chłopaki z Orange, nie zaszaleliście, wasza oferta na abonament NJU nie zwala z nóg. W tej cenie miesięcznej u konkurencji dostanie się jeszcze smartfona do kompletu, a nawet i jakiś prosty tablet, czy dwa.

Karta za 66 zł zł miesięcznie to dużo! Zwłaszcza, że do tego nie ma telefonu... nic... a potrzebuję tego tylko na rozmowy komórkowe.

Nie wybieram waszej oferty. (Jedyne co w niej dobre na moje potrzeby, to żółty ziemniak jako maskotka dla dzieci.)


Czy zamiast kombinować z ziemniakami w TV nie lepiej zadbać o starych, wiernych klientów, takich jak ja - i polepszyć im ofertę w dotychczasowym pakiecie - tak jak na przykład w moim zetafonie? Dlaczego wciąż muszę bulić 80 groszy za minutę do Play?

P.S. Kolejny wpis: nju mobile internet - przyglądam się bliżej tej ofercie

poniedziałek, 2 września 2013

Szewski poniedziałek oraz segregacja sieci vol. 3

Ojciec zawsze mawiał mi - synu... jeśli będziesz chciał robić biznes nic nie rób w poniedziałki. W biznesie każdy poniedziałek to "szewski poniedziałek", czyli dzień gdzie rzeczy mają tendencję się chrzanić, ludzie mają tendencje być niemili, bezinteresownie złośliwi albo nie do końca przytomni i odwalać fuszerkę gdzie się tylko da.

Może to ma szczególne znaczenie w górniczym mieście, gdzie niedziela jest w sumie także czasem imprezowania i dawania w czajnik, ciekaw jestem jak to jest u was?



Ruszać do walki? Załatwiać co się da w ten poniedziałek? Czy wywalić nogi na kanapie przed TV i zaparzyć sobie coś pysznego? Co myślicie?

Wracając do tematu segregacji śmieci, jaki wczoraj przetoczył się przez moje blogi, wklejam filmiki podesłane przez czytelników.


Pierwszy z 2010.


Drugi z wakacji 2013, jak widać w kwestii segregacji nic się nie zmieniło.

Wobec tego po co ten cyrk?

niedziela, 1 września 2013

Segregacja śmieci - fotoreportaż (z blondynką) - część 2.

Uzbrojony we wnioski z dyskusji na temat pierwszego fotoreportażu...

Ten "cholerny" recykling - fotoreportaż - dlaczego nie opłaca się segregować odpadów?


...postanowiłem opublikować kolejne zdjęcia dotyczące problemu segregacji śmieci na osiedlu. Oto one:


Plakat na klatce schodowej zachęca do segregacji...


Na pojemniku na stare ciuchy (obiecana w tytule) słodka blondynka zachęca do wysiłku na rzecz segregacji...



Ale rzeczywistość bywa brudna...



I brutalna....  jak to osiedlowa mądrość mówi...


Przekonał się o tym znajomy serwisant, któremu administrator budynku sprezentował segregacje odpadów... i w efekcie wejście do firmy wygląda jak wygląda...



...i nic się nie da zrobić! (taka jest umowa z administracją!)

Najśmieszniejsze, że znajomy serwisant nie produkuje odpadów! Chyba, że za mega-odpad uznać jakiś papier po drugim śniadaniu... elektrośmieci z serwisu i tak są odbierane poza systemem segregacji.


Okoliczna ludność, która podpisała glejt na segregację odpadów najwyraźniej wzięła sobie do serca komentarz koleżanki z Realnego Minimalizmu, bo "segreguje swoje odpady w miejskich śmietnikach".


Tak to wygląda w praktyce..

Dlatego ja po prostu NIE PODPISAŁEM, cyrografu na segregację odpadów i nie mam zamiaru współuczestniczyć w tym cyrku!

A jak to wygląda w Twojej okolicy?

P.S. Zapraszam także na mój inny śmieciowy post i dyskusję: racjonalne-oszczedzanie.blogspot.com/2013/07/problem-z-segregacja-odpadow.html