wtorek, 31 maja 2011

W co inwestować latem 2011?

W srebro, w złoto? W sztabki czy też może biżuterię? To dopiero pytanie!

Trudno nie zauważyć faktu, że w internecie panuje niesamowita moda na srebro i złoto. Blogów nakręcających negatywnie do pieniądza papierowego i namawiających do kupna metali jest multum. Czy ma ta moda solidne podstawy, czy nie - tym problemem zajmować się w tym poście nie zamierzam. Zauważam tylko jedno - duża część z tych blogów posiada program partnerski ze sklepem handlujących złotem i srebrem. Dlaczego mnie to nie dziwi?

Nie dziwi mnie tez zupełnie, dlaczego moje komentarze wyrażające sceptycyzm do bezmyślnej inwestycji w metale z reguły "poprzepadały" albo "zniknęły" prawie wszędzie, poza blogiem "HansKlos", którego autor rozsądnie odniósł się do sprawy.


Spokojnie, tylko spokojnie...
Ponieważ w internecie szerzy się plaga "czytania bez zrozumienia", która mnie dosyć drażni, wyjaśniam ponownie, że pisząc to co piszę - NIE zniechęcam kogokolwiek do inwestycji w metale!
Zachęcam jedynie do przemyślenia i przedefiniowania sobie czym ma być inwestycja w metale! Na zimno, bez emocji, bez ulegania modzie i panice!

Pomysł na biznes???
No oczywiście, drogi czytelniku, jeśli zechcesz zainwestować swój czas i wysiłek w tworzenie bloga na temat krytycznej sytuacji finansów, okraszonego mądrymi wykresami i linkami do programów partnerskich sklepów ze złotem - powstrzymywać Cię nie będę - w końcu nie ważne czy metale się aktualnie sprzedaje, czy kupuje - ważne kto jest pośrednikiem i zgarnia marżę. :)

Zapowiedź
W kolejnych postach postaram się poprzeliczać, czy inwestycja w "racjonalne oszczędzanie" w naszych domach ma sens i w jakie konkretne zyski możemy osiągnąć. Inwestując tu, teraz - nawet z drobnymi sumami w kieszeni.

poniedziałek, 30 maja 2011

Maca razowa - prosto, tanio, zdrowo i bezpiecznie.

No to teraz znów posypią się komentarze, że jestem Żydek! No bo jak, prowadzi bloga o oszczędzaniu, promuje posiadanie własnego "geszeftu" a na dodatek zajada macę. No nie! Maca to już definitywny dowód! Co więcej ta maca wydaje się koszerna! Zaraz się jeszcze okaże, że jestem siostrzeńcem red. nacz. A. Szechtera!


A tak na poważnie. Ten żydowski wynalazek to rewelacyjna, praktyczna i oszczędna rzecz. Trwałość tego pieczywa jest właściwie nieograniczona. Macę preferuję w wersji spolszczonej, razowej, kupowaną w Kauflandzie za 1,99 zł. Na obrazku powyżej.

W poprzednim poście była mowa o zakażonych warzywach w Hiszpanii. To jest bardzo poważny problem, i trzeba będzie raczej unikać Hiszpańskich warzyw, ale na co dzień spotykam się raczej z innym. Lecę w nieznane, do jakiegoś dziwnego kraju, nie wiem jakie restauracje są dobre, gdzie jedzenie jest zaufane. Czy czeka mnie Zemsta Montezumy? Czy nie? Tak wiem, wiem - dużo ostrych papryczek i lokalnej wódki, spoko, ale to drugie wolę stosować z umiarem i raczej wieczorem, w związku z tym nowa flora bakteryjna w moim żołądku może potencjalnie zaszaleć.

W tych różnych dziwnych sytuacjach, samopoczucie ratowała mi właśnie maca zabrana z Kraju. Jestem żarłokiem i to jest fakt. Kiedy jestem głodny - jestem zły. Kobieta śmieje się, że na co drugim zdjęciu z podróży siedzę wygodnie i zasuwam macę.

Warzywa z Hiszpanii, z Niemiec - Czyżby nie było ryzyka w Polsce?

Każdy zapalony warzywożerca w Polsce (czyli np. ja) wie już co się dzieje w Niemczech w związku z zakażonymi warzywami z Hiszpanii. Natomiast któryś raz z kolei słyszę w mediach, że w Polsce nie ma żadnego ryzyka.


Czy my jesteśmy jakimiś owcami i kretynami, aby wmawiać nam każdą bzdurę w TV? Ryzyko jest. Właśnie obliczyliśmy ze znajomym sklepikarzem, że aby hiszpańskie warzywa ze sklepów po niemieckiej stronie granicy znalazły się w naszym lokalnym warzywniaku jako polskie (Polak potrafi!) potrzeba max. 3 godzin! W tyle spokojnie dojeżdżam autostradą do Drezna. W zależności od punktu docelowego odległość należy liczyć w godzinach. Kontrole graniczne są sporadyczne i wyrywkowe.

Pojawia się problem wielokrotnie dyskutowany na tym, oraz kilku blogach (podlinkowanych na dole) - na pobliskich wsiach w mojej okolicy niemal nikt nie hoduje własnych warzyw - to brudne, czasochłonne i nieopłacalne. Mało kto hoduje choćby własne kurczaki. Polska wieś nie wykonuje już masowo drobnej produkcji na lokalny rynek. Lepiej żyć z dopłaty UE i dofinansowanej produkcji. A większe pieniądze zarobić w mieście. Ale czy to nie jest myślenie krótkowzroczne i niebezpieczne?

Koszyk rowerowy na zakupy

O majowym ruchu na świeżym powietrzu niedawno pisałem (kliknij tutaj), natomiast niedawno czytałem także wpis o ruchu na blogu o minimalizmie (zobacz tutaj). W każdym przypadku mowa o rowerze jako o dobrym patencie na ruch.

W komentarzach na moim blogu jedna z blogowiczek deklaruje, że do roweru jest przyklejona i nie spuszcza go z oka na chwilę - mówi dokładnie to samo co jedna z moich znajomych. Znajoma swój rower bierze zawsze ze sobą - jeśli jedzie do przyjaciół - wnosi rower do ich domu / na balkon, itp. Chciało się mieć nowy, elegancki rower - to trzeba teraz cierpieć. :)

Ja to rozumiem, słabość do rowerów też mam, jednak ja używam roweru raczej praktycznie - z tego powodu preferuję posiadanie mniej lub bardziej starych rowerów i ich realne używanie w życiu codziennym. Mój rower zakupowy ma co prawda najtańszy zamek szyfrowy, ot aby jakiś menel, lub żartowniś go nie zabrał, ale nikt normalny go nie ukradnie. O zabezpieczeniu jest artykuł w moim archiwum.


Co do użytku praktycznego. Od kilku dni jestem posiadaczem koszyka zakupowego. Koszyk dość łatwo wpina się w każdy rowerowy bagażnik. Wygodnie także chodzi się z tym po sklepie robiąc drobne zakupy. Koszt to 15 zł. Muszę wyposażyć go jeszcze w jakieś eleganckie gumki na haczykach, aby zakupy dobrze się trzymały na wybojach - obecnie w zabezpieczeniu ładunku pomaga kawałek sznurka.

Może jest to patent dobrze znany większości czytelników, ale jeśli ktoś jeszcze na to nie wpadł - spokojnie polecam to wygodne rozwiązanie.

sobota, 28 maja 2011

Jaki zapach / kosmetyk jest najbardziej wydajny i oszczędny?

Przez jakiś czas ostatnio testowałem trzy kosmetyki używane mniej więcej w porównywalny sposób i w analogicznym okresie tak, że mogę porównać ich wydajność i opłacalność. Co więcej jest to mniej więcej ten sam typ zapachu - raczej słodkie, kwiatowe i przyprawowe. Myślę, że to zestaw w sam raz na recenzje.

Testowane produkty były to:
- czerwony Diesel, woda toaletowa (cena od 40 do 100 zł w internecie - skąd te rozbieżności?)
- Old Spice Whitewater - dezodorant w sprayu (cena w okolicach 15 zł w perfumerii)
- Old Spice klasyczny - sztyft (cena w okolicach 15 zł w perfumerii)


Zapach:
- Czerwony Diesel okazał się dla mnie zbyt słodki i apetyczny, co ja jestem jakieś ciasteczko, które można zjeść? Do pracy bym się tym raczej nie wyperfumował.
- Jeśli mowa o pracy, Whitewater to zdecydowanie najlepszy z testowanych zapachów jeśli mówimy o kosmetyku do pracy, na spotkania, itp., czuć charakter serii Old Spice, ale jest świeży i daje energię, w sam raz do biura, itp.
- Old Spice to klasyk, który darzę sentymentem, to jest dowód, że dobry męski zapach nie musi kosztować kilkaset zł. Jest ponadczasowy.

Trwałość
Wszystkie perfumy zadowalały mnie jeśli chodzi o trwałość. Oczywistym jest, że zapachy słodkie i korzenne trzymają się dłużej, natomiast zdecydowanym zwycięzcą jest tutaj Old Spice w sztyfcie. Sztyft zostawia powłokę, która wysycha długo i uwalnia zapach przez dłuższy czas.

Wydajność i oszczędność
Najszybciej zniknął dezodorant, co wydaje się oczywiste - natomiast czas używania sztyftu był już zauważalnie długi. Myślę, że dwa sztyfty w zupełności równoważą wodę toaletową 75ml. W zależności od źródła zakupu zakup wody toaletowej jest mniej lub bardziej opłacalny natomiast w każdym przypadku wygrywa sztyft.

Sztyft okazał się zwycięzca testu. Mój następny zakup to sztyft na zdjęciu powyżej.

Inne przemyślenia praktyczne
Któregoś wieczoru oglądałem program, gdzie twierdzono, że dezodorant w sprayu, w aluminiowej puszce jest rozwiązaniem dosyć niedobrym dla zdrowia. Aluminium z puszek jest obecne w naszym organizmie, poza tym rozpylany kosmetyk w jakimś stopniu wdychamy. Jest to argument na korzyść sztyftu, który jest bardzo praktyczny - dobry do zabrania w podróż. Sztyft nie zbije się podczas upadku, czego nie można powiedzieć o szklanej butelce z perfumami.

czwartek, 26 maja 2011

Co robić w razie utraty pracy? Część 6. Zanim cię wyleją z pracy.

To co napiszę teraz w oczywisty sposób wynika z poprzednich postów. Nie wkłada się wszystkich jajek do jednego kosza. Tak samo nie warto uzależniać całych naszych finansów od jednego etatu.


Więcej pracy.
Jeśli jesteś etatowcem - staraj się robić coś jeszcze. Po dniu pracy masz zapewne jeszcze dużo wolnego czasu, nawet jeśli jest dużo obowiązków domowych pozostają jeszcze wieczory, weekendy i mnóstwo zajęć, którym można oddawać się mniej lub bardziej dorywczo.

Są także stanowiska, gdzie wymiar pracy jest jeszcze niższy niż 8h dziennie - np. nauczyciele, albo stanowiska gdzie praca jest na tyle lekka, że po dniówce mamy jeszcze pełno energii - np. sprzedawcy w salonie luksusowych mebli nieopodal - ich dniówka to max. 2h jakiejkolwiek pracy, 6h siedzenia na GaduGadu. Wariują z nudów w tej pracy - to przyznają sami. Tutaj aż się prosi, by zająć się dodatkowym małym biznesem.

Grunt, że jak się chce można robić zawodowo coś jeszcze. Co więcej skoro podstawowy etat już jest można oddać się zajęciom które naprawdę lubimy. Oczywiście dobrze jest jeśli dodatkowe zajęcie nie koliduje w żaden sposób z pracą i nie stanowi konfliktu interesów.

Akceptacja w dotychczasowej pracy.
Nie jesteśmy niewolnikami - ale jeśli po pracy robimy to samo na własną rękę - miło jest mieć akceptacje szefa. Mi raz zdarzyło się pożegnać z jedną pracą, ponieważ właściciel firmy widział w moich "kombinacjach" po godzinach potencjalne ryzyko dla siebie. Było gadanie o mnie typu: "On na pewno w przyszłości zrobi mi konkurencję" i różne drobne nieprzyjemności. Dałem sobie spokój sam, bo widziałem, że konflikt narasta. Kolejny szef, ku mojemu początkowemu zdziwieniu, pozwalał mi nawet robić moje drobne "fuchy" na terenie swojej firmy, mówił: "Chłopak młody, ma potrzeby, ma dobie dorobić, jak może".

Ale np. znajomy serwisant po pracy dodatkowo naprawia elektronikę na własny rachunek. Szef to akceptuje, jego sklep i tak woli się nie babrać w potencjalnych naprawach pogwarancyjnych.

Bezpieczeństwo zawodowe.
Wniosek jest taki - jeśli robimy coś jeszcze dorywczo, nasze finanse są zwykle w lepszym stanie, niż kolegów, którzy pracują jedynie na etacie. W razie straty głównej pracy sytuacja jest radykalnie lepsza, czasem mamy po prostu możliwość przejścia do dotychczasowej dorywczej pracy pełnowymiarowo - i problem się rozwiązuje sam. To wszystko jest oczywiste dla każdego myślącego człowieka.

wtorek, 24 maja 2011

Co robić w razie utraty pracy? Część 5. Kilka zdań które zdyskwalifikowały konkurencję na rozmowie kwalifikacyjnej.

Jak już wiecie bywałem po dwóch stronach barykady - zarówno jako pracownik jak i pracodawca. Obecnie mam dużo kontaktów wśród pracodawców - jednym z nich jest mój szwagier. W środowisku szwagra, na 2gim końcu Polski krąży historyjka o jednym z lepiej zarabiających handlowców w okolicy. Gość kilkoma słowami wymiótł konkurencję podczas "job interview". Normalnie Rambo wśród kandydatów.


Koleś przedstawił swoje kwalifikacje, itp. wszystko ok, ale w sumie nic szczególnego, ot - jeden z wielu kandydatów. Ponieważ firma była mała - rozmowa była bezpośrednio z szefem. Po wstępnej prezentacji i przejściu do wymagań finansowych poszło jakoś tak:

Szef: Jakie są Pańskie oczekiwania co do zarobków.
Kandydat: Takie, że już od jutra będę pracował u Szefa za darmo!
S: Czy to jakiś żart?
K: W żadnym razie mówię poważnie.
S: Eeeeee. Normalnie szok co Pan mówi. Żartuje Pan. Nikt nie pracuje u nas za friko.
K: Nie ma problemu. Załatwi się dziś z księgową jakieś 1/4 czy 1/8 etatu. Jakieś minimum. Składka zdrowotna musi być. Coś tam na benzynę abym codziennie dojechał. Coś na telefony do klientów i styka.
S: Nie no, hahaha, wkręca mnie Pan normalnie, nie wierzę. Hahaha. Pierwszy kandydat, który z czymś takim wypalił. No ale chyba nie tak na stałe.
K: Aaa nie ma zupełnie problemu, po pierwszym miesiącu Szef oceni ile warta jest moja praca dla firmy i Szef zapłaci mi premię ile będzie chciał. To samo dalej.
S: No jak dla mnie - umowa stoi, To kiedy Pan jest gotowy zacząć!?
K: Od jutra rano...


O ile mi wiadomo, koleś podłapał ten patent gdzieś w Stanach, albo w UK, skąd właśnie wrócił do kraju. Oczywiście koleś sprawdził się i już za pierwszy miesiąc dostał niezłą kasę. Normalnie jakiś Rambo!

Co robić w razie utraty pracy? Część 4. Pracuj za darmo.

Niedawno pisałem o długotrwale bezrobotnej dziewczynie, która szukała pracy. Wtedy nie byłem do końca obeznany z sytuacją - teraz jednakże wypytałem się i wiem, że spaliła rozmowę kwalifikacyjną wygórowanym jak na praktykantkę żądaniem finansowym. (Mimo, że dla większości komentujących mój artykuł - i tak niskim! Ale...)


Praca za michę i zagrychę
Popatrzmy na przykład Krzycha z poprzedniego postu. On nie mógł dostać żadnej pracy, jednak za namową żony zaczął robić coś co dla wielu z nas wydaje się absurdem. Zaczął pracować za darmo - bo jakże można nazwać remonty u rodziny wykonywane za przysłowiową michę i zagrychę. Remont mieszkania kolegi był już robiony za jakąś symboliczną stawkę, kilka sześciopaków i rozliczenia koleżeńskie (ty pomożesz mi - ja tobie). Potem przyszedł już prawdziwy pieniądz.

Terminujesz - uczysz się
Mówi się ponoć, że inteligentny człowiek jest w stanie nauczyć się fachu (prostego, fizycznego) w ciągu pierwszych intensywnych dwóch tygodni. Przy przekwalifikowaniu łebskiego inteligenta - np. specjalisty od europeistyki teoretycznej na specjalistę od pisania wniosków w danej trudnej dziedzinie, max. ok. 2 miesiące. Przyuczenie młodej dziewczyny do skutecznego handlu w salonie sprzedaży także zajmuje do ok. 2 miesięcy, jeśli jest bardzo inteligentna - znacznie szybciej, ale różne kursy produktowe i sprzedażowe w sieciach handlowych także nie są organizowane co tydzień. Trzeba terminować za grosze.

Niestety przez okres przyuczenia, często jesteś dla pracodawcy ciężarem, a nie źródłem zysku dla firmy. I trzeba to zaakceptować.

Sytuacja od strony pracodawcy.
Pytanie jest następujące - czy niektórzy pracodawcy przypadkiem nie wykorzystują pracy praktykantów za pół-darmo, lub nawet za darmo? Tak. Niektórzy na pewno. Jednak dla większości pracodawców pracownik który się sprawdził w okresie początkowym, w którego szkolenie włożyło się kapitał i czas własny to cenny nabytek i czysty zysk dla firmy.

Kiedyś byłem po drugiej stronie barykady, zajmowałem się między innymi HR. Przeciętny pracownik w firmie przez pierwsze 3 miesiące przynosił po prostu straty, a co więcej większe kłopoty sprawiali ci, którzy się bardzo cenili, mieli formalnie dużo uprawnień i generalnie lepsze wykształcenie, włączając w to już różne szkoły i specjalizacje po-magisterskie. Niezależnie, czy kandydat miał doktorat, czy tylko licencjat - sytuacja była analogiczna, było 2-3 miesiące szkoleń, nauki, problemów.

poniedziałek, 23 maja 2011

Co robić w razie utraty pracy? Część 3 - Kto nie maszeruje ten ginie.

Pan Krzychu i jego firma robiła mi parę remontów, kiedy jeszcze funkcjonowałem w wielkim mieście. Krzychu całkiem sprawnie (finansowo) funkcjonował jako majster i fachman, a najciekawsze jest to, jak Krzychu dorobił się własnej firmy, co prawda luzackiej i mocno alkoholowej, ale o dziwo wykonującej swoją robotę w miarę przyzwoicie i tanio - na tyle, że z chęcią korzystałem z jej usług.

Pan Krzychu wyleciał z pracy w fabryce, na maszynie - mniejsza o genezę wylotu na zbity pysk - i zasilił szeregi bezrobotnych. Załamka, solidne zapicie porażki z kumplami, wytrzeźwienie, zgłoszenie w pośredniaku, zasiłek, nuda, bieda, tania wódka.

Żona Krzycha jednak nie dała mu długo siedzieć bezczynnie - mimo iż to zupełnie nie jego fach - kazała mu (resztką finansów, kasą z zasiłku, groźbą pozbawienia przyjemności małżeńskich) zrobić remont kuchni w domu, potem już sam Krzychu wziął się za odnowienie łazienki. Remont się jako tako udał, więc następna poszła łazienka teściowej, balkon wujka, mieszkanie kolegi...

Opinia się rozeszła i zanim Krzychu zdołał na dobre ogarnąć sytuację, już z dwoma kolegami nie mogli ogarnąć się od zleceń.

W biznesie jest jak w woju w czasie wojny, kto nie maszeruje - ten ginie.

Co się stało? Żona nie pozwoliła mężowi zatrzymać się choćby na chwilę - od razu zagoniła - powiedzmy prawdę - wygodnego lenia, któremu tylko wódka i d**y w głowie - do roboty. (Słowa samokrytyczne samego bohatera po zaproszeniu do lokalu - zwieńczeniu inwestycji.)

Krzychu po prostu nie zdążył zgnuśnieć, do reszty pogrążyć się w beznadziei i coraz większej apatii oraz narzekaniu. Ponieważ Krzychu był pracownikiem fizycznym, nie miał moralnych oporów przed zaangażowaniem się w inną pracę fizyczną - mimo iż budowlanka to zupełnie nie jego fach. Nauczył się.

Z gościem mam kontakt nadal, czasem wymienimy pozdrowienia - radzi sobie znakomicie - jeździ z ekipą za granicę, czasem robią w kraju - praca jest. Zarabiają lepiej niż nie jeden inteligent.

Cała historia, którą opowiadam to fakt. A nie jakaś idealistyczna recenzja filmu "The Company Men" z 2010, do którego oglądnięcia zapraszam.

Oglądnijcie sobie ten film, szczególnie jeśli jesteście tzw. "white collars".

Co robić w razie utraty pracy? Część 2. Upadek na 4 litery.

Kiedyś obserwowałem siostrzeńców bawiących się na wysokim fotelu. Jeden z nich zrypał się, bęc, i spadł na swoje cztery litery. Było dużo płaczu. Następnego dnia drugi z nich zabrał się za ujeżdżanie fotela, tyle że pod fotelem podścielił sobie dużą poduchę.


Skoro małe dzieci potrafią wyciągnąć wniosek z obserwacji sytuacji innych osób - to dlaczego nie potrafi go wielu z nas? A w szczególności ci pracujący na etacie - z pewną wypłatą kolejnego 10-go. (Fotel moich siostrzeńców także wydawał się miękki i stabilny.)

Poduszka finansowa
Skoro zapewne prędzej czy później czeka nas finansowy upadek na 4 litery należy sobie przygotować poduszkę finansową. Wszelkie oszczędności do zrobienia to temat który będzie tu jeszcze nie raz poruszany. Oszczędności, szczególnie lokowane w metalach szlachetnych, są dość modne w kręgu blogów na mojej liście. No tak, ale szanowni panowie autorzy raczej nie "oszczędzają" :) oni "inwestują".

Ja dziś zaproponuję co innego - stworzyć sobie małą poduszkę finansową na naszych zobowiązaniach. I tak na przykład: ja mam nawyk tworzenia nadpłat i opłaty za energie mam zapłacone maksymalnie do przodu, gaz opłacony za cały rok, spółdzielnie na kilka miesięcy naprzód, to samo z wieloma innymi opłatami i wszelkimi abonamentami. W razie finansowego "bum" - przynajmniej w tej kwestii mogę spać spokojnie przez kilka miesięcy.

Wiele porad oszczędnościowych/inwestycyjnych radzi dokładnie coś przeciwnego, aby raczej odwlekać płatności do ostatniej chwili - jako stary wyjadacz mówię wam jednak, że warto mieć dodatni stan zobowiązań (duże nadpłaty). Mimo, że ta kwota ulokowana na lokacie w banku przyniosłaby teoretycznie jakiś procent, mimo, że można by obracać tym na giełdzie i zarabiać. Ale sorry panowie zaradni inwestorzy, nie przy tych stopach procentowych i sytuacji na rynku. W dobrze zbudowanym portfolio finansowym można mieć także aktywa nie przynoszące zysku, ale zabezpieczające nas z innej strony.

niedziela, 22 maja 2011

Pewna praca na etacie. Czyżby?

Owszem, praca w policji lub praca w wojsku jest może w miarę pewna. Oczywiście o ile jesteś funkcjonariuszem - mundurowym. Przy reszcie sytuacji dot. etatu dla zwykłego Kowalskiego o całkowitej pewności nie może być mowy. Nie byłbym nawet do końca pewny etatu przy funkcjonariuszach mundurowych straży miejskiej, gminnej, itp. Jeśli się w czymś mylę - sprostujcie mnie. O tak, może lekarze specjaliści - ci zawsze sobie poradzą... ale miało być o przeciętnym pracowniku.

Ktoś musi pomagać Donkowi i Bronkowi pałować kibiców. Ci panowie mają pewny etat.

Cały post przeniosłem na nowy blog: Założenie firmy - Pewna praca na etacie.

piątek, 20 maja 2011

Ostrzeżenie dla czytelników - firma Orange!

Na chwilę odbiegam od wiodącego tematu, aby ponownie przestrzec czytelników przed zakupem telefonu komórkowego/abonamentu/pre-paid z umową w firmie Orange. W szczególności przed zakupem tego numeru jeśli człowiek chce wykorzystać komórkę co celów poważnych - np. do używania w firmie - tym samym rozpowszechnienia numeru - ważnego dla mnie numeru.


Firma Orange nie zapewnia mi jakiejkolwiek ochrony przed SMS-owym spamem, mimo zgłoszeń, próśb, gróźb do biura obsługi, itp. Moja komórka dzwoni co chwilę, SMSy od samego Orange spamerów mieszają się z wiadomościami od ważnych dla mnie osób. Telefon z miesiąca na miesiąc coraz częściej dezorganizuje mi pracę - zamiast pomagać.

Co chwilę dosłownie dowiaduje się, że mogę wgrać najnowszy utwór Lady Gaga z konkursie o najdłuższą 'antenę' w gaciach, SMSować za grosze, włączyć erotyczne wibracje, itp.

Co chwilę dzwonią do mnie konsultanci z biura obsługi Orange namawiając mnie do kupna lepszej komórki, zmiany abonamentu, kupna 40 minut za 4 pierdnięcia, itp. to zaczyna przypominać nękanie.

Nie pomaga NIC, zgłoszenia pisemne, zgłoszenia ustne do BOK, sms-y z kodem rzekomo blokującym reklamy. Zastanawiam się poważnie nad sądownym rozwiązaniem sprawy - nie wiem jeszcze czy gra jest warta świeczki.

I niestety nie jestem odosobniony w swoim problemie. Od dwóch lat jakość usługi świadczonej mi przez Orange dramatycznie i konsekwentnie pogarsza się. Nie wspominam już o kwestiach technicznych (panowie z Orange - średniowiecze minęło!)

Na szczęście umowa się wkrótce kończy i likwiduję to utrapienie raz na zawsze - przenoszę numer do konkurencji, gdzie już mam jeden z firmowych numerów. Konkurencja w świecie GSM także nie jest niewinna, zdarzają im się chamstwa w stosunku do klientów, drobne oszustwa na klientach, itp. ale to może już taki polski zwyczaj. Pewne straty mogę tolerować.

Natomiast jedno jest pewne - u jednego z operatorów konkurencyjnych zaledwie po jednym SMS - wszelki spam SMSowy oraz nękanie mnie przez telekonsultantów ustało definitywnie.

Korzystając z luksusu posiadania własnego bloga - piszę co mi leży na sercu - i obyście wy nie musieli się użerać z firmą Orange tak jak ja.

czwartek, 19 maja 2011

Przeprowadzka na wieś i praca w necie - post 2

Widzę, że wasze komentarze co do poprzedniego posta są bardzo trafne, więc na razie jeszcze wstrzymam się z analizą problemów psychologicznych pracy zdalnej, itp. Napiszcie o swoich doświadczeniach - myślę, że warto obalić pewne mity co do pracy przez internet.

To autentycznie jakiś kaprys losu, ale tuż po napisaniu ostatniego postu wpadło mi kilka biurowych spraw do wykonania na zasadzie pracy w domu/pracy przez internet. Siłą rzeczy (kasa jest potrzebna) musiałem podjąć sprawę, mimo, że od dawna tego raczej unikam.

Mój (ponowiony) wniosek: Nie, nie i jeszcze raz nie. Będę się starał jeszcze skuteczniej uciekać od koncepcji home office.

A po ewentualnej wyprowadzce na wieś? Patrzcie poniżej.

Na zachodzie popularne staje się przerabianie domków ogrodowych na małe biura.

Jeśli nie znajdę biura do wynajęcia w pobliżu - choćby gabinetu lub klasy w wiejskim domu kultury/szkole, itp. To czym prędzej stawiam sobie choćby kontener biurowy w ogrodzie, taki jaki mają inżynierowie na budowach. Nawet jeśli będę miał się dodatkowo zapożyczyć - buduje mały domek ogrodowy - całosezonowy, ogrzewany - choćby kozą, albo elektrycznie tylko na czas pracy.

Takie małe biuro w ogrodzie pozwala uzyskać choćby częściową fizyczną separację od domowników.

W mojej obecnej sytuacji autentycznie jakakolwiek praca w mieszkaniu, domu - w obecności innych domowników jest kompletną porażką...

Wyprowadzka na wieś - praca zdalna przez Internet

W komentarzach pod ostatnim wpisem poruszona została kwestia pracy zdalnej przez Internet po rzekomej wyprowadzce na wieś. Nie jest to także pierwszy opis problemów w takiej pracy, o którym czytałem. Boungler wymienił głównie problemy techniczne - słabe łącze, daleko na pocztę, problem z kurierem, listonoszem, przerwy w zasilaniu...

Tyle, że dla mnie to nie są kluczowe problemy - to są raczej wyzwania. To jest technika i logistyka, które można w końcu polepszyć.


Tak się składa, że mam za sobą doświadczenia w pracy zdalnej, doświadczenia w pracy przy komputerze w domu, doświadczenia w pracy przy papierach i dokumentach w domu.

I powiem wam jaki jest najgorszy problem pracy w domu - na ogół nie do rozwiązania. Niezależnie czy to wieś, miasteczko, mniejsze miasto na prowincji czy metropolia.

To jest RODZINA i osoby bliskie! A konkretniej relacje z nimi w związku z Twoim wyborem i ich podejście do Twojej pracy. Nie mówcie, że z rodziną można się dogadać w tej kwestii. Nie można. Można załagodzić sytuację, można wymusić tymczasowo pewne rozwiązania, można wejść w konflikt - zamrażający na jakiś czas relacje rodzinne. Jednak jak powiedział to pewien filozof: "Racja jest jak d**a, każdy ma swoją!"

Nie mówcie że jestem antyspołecznym i antyrodzinnym typem, który plecie bzdury w necie. Swój ciągnie do swego - mimo, iż obecnie raczej nie wykonuję pracy przez net, wciąż mam nadal kontakt z trzema kolegami - mogę powiedzieć przyjaciółmi, którzy także wybrali prace zdalną: grafik, programista, administrator. Każdy z nich ma/miał analogiczne problemy - szczególnie ze starszym pokoleniem w rodzinie. Dochodzą mnie głosy od wielu innych freelancerów i pracowników zdalnych o pewnych trudnościach z rodziną.

Osoby w rodzinie, które mają dziwne podejście do naszej pracy i są źródłem problemów - to z reguły osoby nam życzliwe i chcące "dla nas dobrze" - nasi rodzice, rodzeństwo, żona. To często osoby wykształcone i teoretycznie (heh!) inteligentne. Jednak w życiu codziennym wchodzące z nami w konflikt i dezorganizujące pracę on-line pod wieloma względami...

Z racji późnej pory o konkretnych problemach wspomnę w kolejnym poście - jeśli jednak ktoś z czytelników doświadczył problemów "psychologicznych" przy pracy zdalnej - piszcie w komentarzach. Myślę, że warto uświadomić naszych kolegów i koleżanki marzących o pracy w domu - o niektórych realnych trudnościach.

wtorek, 17 maja 2011

Kresowa Zagroda - przeprowadzka z miasta na wieś.

Dziś chciałbym ponownie poruszyć kwestię wyprowadzki na wieś. Temat jakiś czas temu był poruszany na kilku zaprzyjaźnionych blogach. U mnie tutaj:
http://racjonalne-oszczedzanie.blogspot.com/2011/01/przeprowadzka-na-wies-czesc-1.html

Nasza polska wieś! Raj, idylla i sielanka. Czyżby? To nie jest takie proste.

Chciałem dziś poruszyć kwestie psychologiczne, zachowania mieszczucha i adaptacji w nowym środowisku. Tyle, że ktoś już to zrobił przede mną - i to bardzo dobrze.

Polecam archiwalny artykuł na blogu Kresowa Zagroda, do którego przeczytania serdecznie zapraszam. http://kresowazagroda.blogspot.com/2011/01/przykazania-dla-mieszczucha-na-wsi.html

niedziela, 15 maja 2011

Czy zbieranie puszek to wstyd?

Statystyki pokazują, że to jedno z pytań dość często zadawanych przez osoby wchodzące na mojego bloga z google.pl, skoro tak - wypada abym w końcu odpowiedział co myślę.

Otóż wstydziłbym się wyciągać puszki ze śmietników. Nie cierpię smrodu śmieci. Nie uważam to za zbyt przyjemną ani higieniczną rzecz. To jest rzeczywiście wstyd. No chyba, że chodzi o zabranie do skupu puszek, które mieszkańcy osiedli domków jednorodzinnych wystawiają w reklamówkach na płot, czegoś takiego bym się nie brzydził, jeśli byłbym w potrzebie.

Absolutnie nie wstydzę się jednak zbierania i zaniesienia do skupu puszek "swoich własnych". Rodzinne imprezy, wakacje, napoje energetyczne, cola - w mojej rodzinie raczej nie pije się mocnych alkoholi, jeśli już to piwo - więc i puszek się trochę nazbiera. Aktualnie wystawiam je koło śmietnika.

Nie wstydziłbym się także zbierania i sprzedaży puszek ze swojej posesji lub z jej otoczenia - w ramach obowiązku utrzymania czystości narzuconego przez miasto - niedaleko mojej firmy jest pub, i część klientów w nocy wychodzi na "oszczędną dopitkę" w okolice posesji. Po zainstalowaniu czujek i oświetleń dewastacji już nie ma - ale puszki pozostają. Je także wystawiam koło śmietnika.

Nie wstydziłbym się zbierania puszek w ramach akcji ekologicznych - oczyszczania rezerwatów, jeziora, lasu, parku z których korzystamy wszyscy. Gdybym był "nastawiony" na zbieranie puszek - zbierałbym je podczas spacerów z wymienionych miejsc w ramach zwykłej przyzwoitości.


Kiedyś zbierałem swoje puszki do takiej oto skrzynki. Obok kosza w kuchni.

Obecnie puszek nie zbieram, po przeprowadzonym remoncie mieszkania spadła mi trochę ilość wolnego miejsca w kuchni, w szafce koło śmieci, odgraciłem i odremontowałem balkon, chcę mieć trochę przestrzeni, a nie tylko szafki i pudła. W okolicach remontu cena w skupie spadła na tyle, że przestało mi się to chcieć i opłacać.

Na dzień dzisiejszy mam w planie raczej ograniczenie spożycia piwa i wzięcie się bardziej za poprawę kondycji - nie wykluczam natomiast, że w przyszłości wygospodaruję jakieś wiaderko na puszki i co jakiś czas będę zanosił je do piwnicy - a raz na kilka miesięcy hurtem do skupu.

Podsumowując:

Nie uważam, że zbieranie puszek jest wstydem. Szczególnie jeśli chodzi o "swoje" puszki.

Co uważam za wstyd?

Dziś rano kupowałem warzywa, wszędzie pustki, ale za mną stał dystyngowany, zadbany, starszy gość w dość ładnym garniturze - z widzenia kojarzę gościa - koleś kupił 0,5l Żubrówki. Myślę sobie - o szykuje się rodzinna impreza...

Po chwili ja pakowałem warzywa do bagażnika samochodu, a koleś wyszedł ze sklepu, otworzył tą Żubrówkę i prosto z gwinta: gul, gul, gul... trochę to trwało. Nagle gość zorientował się, że ja to obserwuję i widziałem, że się mocno zmieszał. Chyba mnie skojarzył. TO JEST DOPIERO WSTYD!

Markowe akcesoria turystyczne - ja jestem jakiś "inny"!

Kilkanaście lat temu poszedłem z kumplem na zakupy. Szukałem małego plecaka w góry potrzebny mi był także polar - 200. Znajomy, obyty w środowisku, zaciągnął mnie od razu do sklepu "Alpinus". No polar fajny, plecak super patrzę na cenę, hmmm, średnio. Mówię kumplowi, że trzeba jeszcze poszukać w innych sklepach. Kumpel patrzy na mnie jak na kosmitę i mówi, że nie ma co szukać gdzie indziej, w "środowisku" liczy się ostatnio tylko Alpinus. Normalny człowiek teraz już nie pokazuje się na szlaku albo w schronisku w byle czym. Nie te czasy.

Polar
Odprawiłem kolegę i mimo wszystko zerknąłem do pobliskiej galanterii oraz do nowo otwartego sklepu Campus. To był debiut Campusa na rynku, według opinii kolegi - żenująca podróba Alpinusa i obciach na szlaku. W Campusie kupiłem polar z tego samego patentowego materiału - 40% taniej niż identyczny w Alpinusie. Sprzedawca wyjaśnił, że cena jest taka a nie inna tylko z powodu patentowego zamka - po prostu nie da się z niego zrobić podpinki do zimowej kurtki Alpinus. Nie było mi to zupełnie potrzebne - w góry chodzę głównie od wiosny do jesieni.

Plecak
Plecak kupiłem bardzo ładny jakiejś polskiej firmy, w lokalnej galanterii. Cena 50% niższa niż jeszcze słabszy model w sklepie Alpinus. Dokładnie sprawdziłem materiał, szwy, wszystkie funkcje, schowki, możliwość zmiany rozmiaru. Używam go od tych kilkunastu lat. Przez wiele lat służył mi dzień w dzień - na studia, na siłowni, na zakupy, na wyprawy rowerowe. Plecak służył mi potem turystycznie - zjeździłem w nim pół Sudetów, kawałek Polski i dobry kawałek Europy. Był nie raz zmoczony w deszczu i ochlapany wodą morską. Ocierał się o skały i drzewa. I nic, wygląda nadal jakbym kupił go ze 3 miesiące temu. Dla celów tego artykułu obejrzałem go sobie - wysypało się tylko trochę drobnego piasku z plaż Formentery,,,

Ja jestem jakiś "inny"
Bo ja mam sceptyczne podejście do pojęcia "marka". To źle, to antyspołecznie, przecież WSZYSCY lubią marki, przecież myśleć tak - to jakbyś był przeciwnikiem małych słodkich kotków i szczeniaczków, to jakbyś kibicował Vaderowi i Imperium, kiedy wszyscy kibicują Lukowi, Hanowi i Republice....

Wytłumaczcie mi.
No sorka - nie kumam, nie trafia to do mojej mózgownicy. Dlaczego mam płacić dwa razy więcej za plecak, z jakąś małą etykietką? Po co mi polowe droższy polar z firmowym znaczkiem w klapie? Bo środowisko? Bo ludzie w schronisku? A ludzie na szlaku to mi jeść dają?

Jeśli ktoś ma ze mną zacząć rozmawiać i zawierać znajomość tylko z powodu posiadania przeze mnie modnego sprzętu znanej firmy - niech spada. Wolę solidniejsze podstawy znajomości niż kilka modnych akurat pierdół i robienia nad nimi "och, ach".

Plecak ma być solidny, ma spełniać swoją funkcję użytkową. Polar ma mnie chronić przed chłodem - i to skutecznie. Jakość umiem rozpoznać. Czy te sprzęty mają znaną etykietkę czy nie, to sprawa trzeciorzędna.

sobota, 14 maja 2011

Drogie markowe perfumy w środowisku biznesowym...

...w jakim środowisku? Chyba na wiejskim weselu nowobogackich, którzy chcą zaimponować jeden drugiemu. Wszystkim, odpicowanym autem, garniturem za kilka tysięcy, wylaniem na siebie tony perfum.

Prostactwo, kicz...
Problem leży w tym, że tak zwane drogie markowe perfumy są często po prostu zbyt mocne - zbyt skoncentrowane. Zamiast przyjemnego zaznaczenia swojej obecności zapachem uzyskujemy dość chamskie narzucenie swojej obecności otoczeniu - a pamiętajmy - nie każdemu nasz zapach musi się podobać.

Fashion Victim - czyli Ofiara Mody.
Nie jeden młody i ambitny zrobił sobie krzywdę, wylewając na siebie za dużo perfum w np. w czasie rozmowy kwalifikacyjnej - a przecież według dziewczyny ten zakup to miała być "dobra inwestycja". Czy taki "Inwestor" nie pomyślał, że kolejna osoba ziejąca Fahrenheitem, Czarnym Adidasem lub zapachem tego typu po prostu już wywołuje mdłości u HR-owca? (Taka była szalona moda na te ciężkie zapachy jak ja rozpoczynałem karierę - co drugi chłopak to kupował i lał ile wlezie.)


Co zatem stosować i jak?
Cały post został przeniesiony na NOWY BLOG dla młodych przedsiębiorców i osób myślących o zakładaniu własnej firmy - ZAPRASZAM!.

środa, 11 maja 2011

Zabezpieczenie alufelg w naszych autach.

Osobiście jestem zwolennikiem kołpaków i tradycyjnych felg stalowych - muszę jednak przyznać, że alufelgi wyglądają po prostu dobrze. Może moje przekonanie wynika z niechęci zastania mojego auta na cegłach pewnego pięknego poranka?

Na blogu antykradzieżowym chciałbym przypomnieć kwestię ochrony alufelg przed złodziejami:

ZAPRASZAM! http://zabezpieczenie.blogspot.com/2011/05/jak-zabezpieczyc-alufelgi-przed.html

Jakby nie patrzeć - ładne koła dodają uroku nawet staremu trampkowi :)

wtorek, 10 maja 2011

Płyn po goleniu 'after shave' - jeszcze tańsze golenie.

Ostatnio w artykule o męskich kosmetykach jeden z czytelników poradził aby jako wody po goleniu używać taniej whiskey - zapach alkoholu się szybko ulatnia, a pozostaje miły drzewny, luksusowy aromat. Whiskey, nawet ta słabszego gatunku, dojrzewa w końcu drewnianych beczkach. Unikamy też stosowania zbędnej chemii. Pomysł mi się bardzo spodobał - choć jak znam życie w moim przypadku część trunku zostałaby zdegustowana, a nie użyta jako kosmetyk. Jestem łakomczuchem, przyznaję.

Zmodyfikowałem pomysł do moich realiów, kupiłem po prostu do testów tani spirytus kosmetyczny - jedna butelka zwykłego spirytusu oraz jedna spirytusu z aloesem. Koszt butelki to 2 zł. Spirytus kosmetyczny jest dość słaby - to ok. 60-70% alc. ale jak na płyn po goleniu całkiem mocny. Już teraz wiem, że aby zbytnio nie wysuszać skóry jeszcze rozcieńczę to wodą mineralną do poziomu odpowiadającemu płynowi po goleniu.


Powiedzmy, że koszt buteleczki płynu po goleniu "własnej roboty" - czyli spirytus, aloes, woda mineralna wyniesie mnie ok 1zł50gr. Tani, ale o przyjemnym odświeżającym zapachu płyn po goleniu to koszt 5-6 zł. Najtaniej widziałem w promocjach za ok 4 zł. Tak więc mamy tu drobną oszczędność.

Czytelnikom, którzy jeszcze nie są w temacie, wyjaśniam, że dla mnie płyn po goleniu nie musi mieć mocnego i trwałego zapachu - golę się wieczorem i jakiś czas po ogoleniu i odkażeniu skóry używam łagodzącego balsamu po goleniu.

poniedziałek, 9 maja 2011

Przyszłość autostrad - Peak Oil, ceny ropy i spirala zadłużenia

Nadmierne kupowanie, a w tym przypadku, budowanie na kredyt przy skrajnie niesprzyjających warunkach ekonomicznych (Peak Oil) może skończyć się w jedyny możliwy sposób - źle.

To dotyczy naszych domowych finansów, ale dotyczy to także nowo budowanych autostrad. Firmy obsługujące autostrady w Polsce będą plajtować w przyszłości, przechodzić z rąk do rąk przy mnóstwie nadużyć finansowych a w końcu zostaną w pełni przejęte przez Skarb Państwa. Budżet skarbu Państwa jednak przestanie wytrzymywać ponoszenie nadmiernych kosztów utrzymania infrastruktury drogowej. Skończy się tak jak obecnie w niektórych stanach USA - rząd zrezygnuje z utrzymania niektórych dróg jako asfaltówek (nie usłyszycie o tym we wiadomościach w TVP! ale proponuję wpisać hasło 'gravel road', przykładowy wynik: LINK). Najpierw tak jak w przypadku USA z wielu dróg lokalnych (gminy, powiaty), następnie pójdą w odstawkę pojedyncze jezdnie dwupasmówek i autostrad.

Nasze piękne autostrady będą kiedyś wyglądać jak ta stara autostrada w Niemczech. W dobie PeakOil trzeba będzie z czegoś zrezygnować.

Powód jest prosty - asfalt jest produktem ropopochodnym, do produkcji cementu potrzeba ogromnych ilości energii. Dobra coraz droższe i deficytowe w epoce Peak Oil. (I nie mówcie mi proszę, że Peak Oil na razie nie ma - a ja jestem katastrofistą - we wiadomościach TV w niedzielę podano komunikat, że koncerny znacząco podwyższą ceny nawozów sztucznych - obecnych nie da się utrzymać. To jest dość silna korelacja z cenami i dostępnością ropy).

Jeśli nie wydarzy się cud, w postaci odkrycia nowego źródła taniej energii - obecna infrastruktura drogowa jest nie do utrzymania. Drogi w Polsce z powodów warunków klimatycznych podlegają dość silnej erozji - po prostu nie będzie nas stać na asfalt.

W przyszłości odpuścimy utrzymanie części infrastruktury, ewentualnie zamienimy dziurawy asfalt na drogach lokalnych na drogi szutrowe.

niedziela, 8 maja 2011

Działaj według możliwości - Autostrady, Peak Oil, Przyszłość

Weźmy przykład młodego ojca rodziny, pasjonata motoryzacji. Rodzina niezamożna, na minimalnych czy niższych-średnich zarobkach. Mężczyzna jednak nie może wytrzymać ambicjonalnie, presja kolegów, otoczenia, i kupuję na raty wypasioną brykę za minimum kilkadziesiąt tysięcy zł.

Duma i prestiż
Raty, mimo iż obliczone przez bank na możliwości rodziny są jednak mocno odczuwalne, powodują rezygnację z wielu innych wydatków. Zaniedbywane są więc wydatki na wakacje dla dzieci, edukację, remont mieszkania, zdrowie, itp. Ubezpieczenie i koszty serwisowania nowego samochodu dobrej marki są bardzo wysokie. Finansowo rodzina ledwo dyszy, ale wszyscy są dumni z markowego wozu dobrej klasy. Pucują go co sobotę, podjeżdżają w niedzielę pod kościół, w podziwie znajomych...

W mniejszym lub większym natężeniu podobne zjawisko w polskich rodzinach występuję. Jednak czy takie postępowanie jest rozsądne?


Drogi krajowe
Analogiczne zjawisko także obserwuję w skali kraju jeśli chodzi o politykę drogową. Mamy wciąż tysiące kilometrów tzw. dróg krajowych w opłakanym stanie, mamy wiele tysięcy km. dróg lokalnym w stanie bardzo złym i nieadekwatnym do wymagań współczesnej motoryzacji. Używane są setki o ile nie tysiące kilometrów dróg, które w bogatszym kraju wyłączone byłyby z eksploatacji. W ostatnich latach wiele się poprawiło, ale nie wystarczająco w stosunku do rozwoju transportu. Temat jest mocno zaniedbany.

Autostrady
Budowane są natomiast autostrady - i to bodajże najdroższe na świecie. Stąd budowane są w większości za pożyczone pieniądze - rząd nie jest w stanie sam ponieść kosztów ich budowy mimo zdzieranych z Polaków podatków i opłat drogowych. Rentowność nowo budowanych polskich autostrad, nawet dla osoby średnio zainteresowanej ekonomią, to sprawa dyskusyjna.

Wysoki koszt budowy wynika między innymi z wysokich cen nieruchomości - zakupy gruntów pod przyszłe autostrady - ale także z powodu masakrycznie wysokich wymagań narzuconych przez UE. Chodzi tu w szczególności o wymagania ekologiczne - typu gigantyczne przepusty dla zwierząt co ileś tam km oraz mniejsze przepusty dla lisków i żabek co kilka - kilkanaście km. Chodzi tu też o wymagania techniczne - na wyrost. Ja w tej chwili nie będę urządzał studium i weryfikacji tych wymagań pod kątem rozsądku - są one łatwo dostępne dla zainteresowanych w internecie. Natomiast jedno jest pewne: Kraje UE powprowadzały te wymagania PO TYM jak same swoje autostrady już wybudowały.

Peak Oil praz alternatywy
Niezależnie od przekonania co do Peak Oil widzimy jedno - ceny paliw rosną. Jest tylko kwesta czasu jak staną się zbyt wysokie dla obecnego natężenia transportu. Będziemy musieli wrócić do zwiększonej produkcji i gospodarki lokalnej zamiast na przykład transportowania młodych ziemniaków TIRem z Hiszpanii, co jeszcze na razie się oczywiście opłaca. Ale tylko "na razie".

W przyszłości natężenie tranzytowego ruchu towarowego i osobowego spadnie.

Fakt jest taki, że obecną sieć autostrad Polska buduje za późno i niepotrzebnie, rujnując i tak słabe finanse publiczne. Jeśli odrzucimy optymalne, choć nieco zalatujące socjalizmem rozwiązanie typu: TIRy na tory - w zupełności wystarczyłoby dokończenie obecnych inwestycji autostradowych w zależności od postępu prac:
- inwestycji planowanych, ale o zakończonej fazie wykupu gruntów - jako jednopasmowych dróg ekspresowych o mniejszych wymaganiach do spełniania i tańszych (albo nawet dodatkowych dróg krajowych!);
- przy wyższym stopniu zaawansowania prac - po prostu gierkówek - czyli dwupasmówek nie spełniających standardu autostrady.

I na tym koniec mrzonek.

Natomiast powinno się postawić na znaczącą i radykalną renowację dróg krajowych i lokalnych, poprawę standardu, poszerzenie jezdni tam gdzie to możliwe bez wykupu gruntów. Budowę obwodnic.

To własnie te lokalne drogi w niedalekiej przyszłości przejmą główny ciężar transportu towarowego.

czwartek, 5 maja 2011

Mieszkanie w bloku - oszczędność miejsca

Mimo iż obecnie mam teoretyczną możliwość mieszkania w domku na wsi to jednak z powodów rodzinnych i zawodowych mieszkam w mieście w typowym mieszkaniu w bloku. Plany na przyszłość są inne, jednak pomijając wizje i marzenia wypada się wygodnie urządzić tu i teraz. Jaki jednak zasób będzie najcenniejszy w 54 metrowym mieszkaniu?


Przeczytaj dalej:


Mieszkanie w bloku – oszczędzanie miejsca

Samochód elektryczny - cena

Krótko i na temat - obłęd. I na tym podsumowaniu w sumie mógłbym zakończyć posta. To jest cała odpowiedź na wszelkie pytania ekologów i pasjonatów dlaczego powszechnie nie jeździmy elektrykami.


Ceny nowych EV zabijają każdego poza naprawdę napalonym i bogatym hobbystą. I co z tego że eksploatacja jest tania, i co z tego że max kilka zł za 100 km? Za kilkadziesiąt tys. zł różnicy mam tyle benzyny, części, opłat i wszechobecnego serwisu w analogicznym autku spalinowym ile dusza zapragnie. W przypadku mini jeździdełka na lato typu Melex różnica to już tylko kilkanaście tys. zł, ale z drugiej strony ile kosztuje zakup i remont/przerobienie jakiegoś malucha albo innego starego autka w tym stylu. Śmieszne grosze do zgromadzenia przez nastolatka dorabiającego w lecie. Sąsiad ojca za kilkanaście tys. z kilku trabantów zbudował jeden pojazd pełen chromu, skór, bajerów, sprzętu audio, itp. - a można by o wiele taniej.

Za dużo na rynku jest tanich i używanych samochodów spalinowych, nawet jeśli benzyna będzie po 10 zł wciąż korzystniej będzie kupić stare miejskie auto i używać je jeszcze długo niż bawić się w elektryka.

Ponieważ firmy zajmujące się EV na razie kasują krocie za "efekt nowości" i odchudzają portfele bogatym dzieciakom jedynym sposobem na własny EV dla zwykłego człowieka - hobbysty jest samodzielna budowa/przeróbka pojazdu. Pochłonie to niestety minimum kilka do kilkunastu tys. zł w zależności od tego co chcemy osiągnąć.

Na jednej ze stron o EV, znany wszystkim guru od przeróbek aut proponuje 20 tys. zł za samą przeróbkę auta w swoim warsztacie, lub kilkanaście tys. za zestaw do samodzielnej przeróbki (+koszt samego auta, biurokracji, itp.). To mało w stosunku do zachodnich firm, wciąż bardzo dużo w porównaniu do kupna taniego - używanego samochodu klasycznego.

Po całej zabawie czekają nas także na pewno jakieś kłopoty eksploatacyjne, problemy z urzędnikami, ubezpieczycielami, itp. Do przejścia, ale nic miłego.

Generalnie, temat widzę w czarnych barwach jeśli chodzi o kwestię oszczędności. Najprawdopodobniej jeszcze nie nadszedł czas na EV i być może należy spokojnie poczekać na dostępność tańszych silników, akumulatorów, itp., po prostu przetarcie szlaku przez najbogatszych pasjonatów. Natomiast wydaje mi się, że powoli zaczyna się na poważnie temat mniejszych odpowiedników EV, czyli rowerów i skuterów elektrycznych - o czym wkrótce.

niedziela, 1 maja 2011

Wiosna idzie: siłownia, fitness, nordic walking, rower...

Ocieplenie się oraz słoneczko niezmiennie jak co roku powoduje mobilizację sportowców-sezonowców. Zapełniają się siłownie, na deptaki i trakty masowo wylegają joggersi, kijkowcy i rowersi. Wszystko to w złudnej nadziei, że przed wyjściem na plażę za miesiąc, dwa będzie widać jakiś radykalny efekt.

Zabranie się za sport i przypływ silnej motywacji jest poprzedzone manią zakupów. Sezonowcy obkupują się w firmowe sportowe ciuchy i sprzęt - im drożej tym lepiej, im bardziej markowo, ekskluzywnie i hi-tech'owo tym większe wrażenie zrobi taki amator na znajomej osobie spotkanej na deptaku. A że piwny brzuchol pozostanie, eee tam, kto by się przejmował pierdołami. A to że portfel pusty, a co gorsza dług na karku (raty za nowy full-wypas sprzęt), eee tam, będzie się spłacać i trząść tyłkiem w przyszłości, po co się teraz martwić.


Do roboty!
Jak się domyślacie mam dla was zupełnie inną propozycję. Zabrać się do pracy fizycznej! Prawdziwej, realnej, dającej w kość pracy. Gwarantuję, że poczujecie się znacznie lepiej. Odczujecie pozytywny psychologiczny efekt wysiłku fizycznego i zapewne lepszy poziom finansów, niż w poprzednim przypadku. Forma poprawi się równie dobrze, albo nawet lepiej niż po sezonowym zrywie siłowniano-deptakowym.

Skąd wytrzasnąć pracę fizyczną? Proste - zabierz się za wszystkie prace w domu - niezbędne prace porządkowe i remontowe. Zadania ewidentnie zaległe oraz takie, które i tak trzeba będzie wykonać w najbliższej przyszłości. Postaraj się przewidywać. Zrób może sprzątanie piwnicy, remont zaniedbanego balkonu, płotu, itp. Na pewno znajdziesz coś do zrobienia.

Pomnóż także najbliższym i rodzinie. Skop babci ogródek, pomóż ojcu regularnie kosić trawnik, wykonaj wszelkie prace ogrodowe, itp. Dogadaj się z np. przyjacielem lub zaufanym sąsiadem - najpierw pomożesz mu w jego remoncie i porządkach - potem on pomoże tobie.

Rower w praktyce
Zamiast wydawać nawet kilka tysięcy na topowy rower, który zapewne i tak ci ukradną (Poczytaj tutaj jak do tego nie dopuścić!), zorganizuj sobie stary, używany i wygodny city bike w dobrym stanie, ewentualnie tanio odremontuj samodzielnie starą ukrainę lub składaka. Używaj roweru swobodnie zarówno na mieście jak i turystycznie, bez ciągłego strachu, że stracisz sprzęt warty kilka tysięcy. Zauważ, że niedzielni rowersi-przebierańcy są jakby 'przyklejeni' do swoich markowych rowerów i nerwowi w sytuacjach wymagających odstawienia pojazdu na sekundę. Nie jeden z nich z resztą już stracił poprzedni jednoślad.

Zaopatrz się w łańcuch oraz kłódkę i używaj roweru do podjechania po zakupy i do znajomych. Oszczędzisz na paliwie i odczujesz pozytywne zmęczenie. Oszczędzisz cenny czas - bo po co najpierw jechać kilka km samochodem po drobne zakupy, aby potem przebrać się w rowerowe fatałaszki i robić te same kilka km w ramach nabierania formy? No chyba tylko po to, aby brylować przed znajomymi na deptaku. Ale my na tym blogu nie zajmujemy się pozerstwem :)