niedziela, 31 lipca 2011

Warzywa na patelnię

Dziś czas na kolejną oszczędną i smaczną potrawę - podam przepis na warzywa smażone na patelni. Nie wiem jak wy, ale ja jakoś nie lubię warzyw gotowanych, są dla mnie zbyt mdłe. Druga sprawa, że do gotowania, jak i na surówki osobiście preferuję warzywa "pierwszej świeżości". Surówka warzywna, która poleży tylko odrobinę dłużej - traci swój smak, a wkrótce psuje się. Zatem jakie warzywa mogą być smażone?


Mam wrażenie, że większość warzyw można usmażyć, ja bardzo często wykorzystuję: paprykę, cukinię, cebulę, czosnek, pomidory, kalafior, brokuły, czasem marchewkę, pietruszkę, ziemniaki... lista jednak nie ma końca - na czuja dobieram często inne warzywa.

Ważną rzeczą są dodatki - to one nadają potrawie wyrazistość. Przyprawy - od gotowych mieszanek przyprawowych po smak komponowany samodzielnie z podstawowych przypraw. Od smaków chińskich, ziołowych, curry po dosyć prosty smak na bazie czosnku, pieprzu i soli.

Używam często oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia, ale także smalcu własnej roboty. Dziś na śniadanie użyłem oleju z pestek winogron.

Aspekt oszczędnościowy
Jak mówiłem można tu wykorzystać warzywa, które leżą trochę dłużej niż planowaliśmy - w innych potrawach jak dla mnie ich użycie byłoby wątpliwe - natomiast ta potrawa jest dość "tolerancyjna". Mam żelazną zasadę - warzywo nadpleśniałe wyrzucam w całości - widoczna pleśń oznacza, że grzybnia przerosła już całe warzywo i nie będzie ono dobre dla naszego zdrowia. Jeśli warzywo jest lekko podeschniete - używam śmiało. Jeśli w jakimś miejscu pojawiła się ciemna plama - odkrajam ją z zapasem i używam pozostałej reszty. Dziś użyłem np. brokułu, który już leżał u mnie z tydzień i już delikatnie zaczynał kwitnąć. Po przesmażeniu smak był idealny.

sobota, 30 lipca 2011

Racjonalne oszczędzanie w praktyce

W ciągu kilku dni zetknąłem się z dwoma skrajnymi podejściami do tego co robię. Pierwsze to oczywiście głupie komentarze w necie ośmieszające całokształt mojej "twórczości", sprowadzające całość do wniosku - że osoba oszczędzająca pewnie chodzi zabiedzona, głodna, brudna a w jej domu panuje syf. Oczywiście kto by się przejmował debilnymi komentarzami - jednak okazuje to stosunek pewnych osób do hasła "oszczędzanie". Dla wielu oszczędzanie to powód do pogardy, wstyd, itp.


Drugie podejście to zaproszenie mnie i wizyta w nowoczesnym domu urządzanym w tej chwili zgodnie z zasadami opisywanymi tutaj. Mamy więc umiejętną kompozycję oświetlenia: żarówki tradycyjne, żarówki halogenowe i LEDy komponowane zgodnie ze wskazówkami z bloga. Zastosowanie patentów oszczędzających wodę. Umiejętne połączenie wykorzystania starych i nowych przedmiotów, itp.

Gwarantuję, że te osoby wdrażające "racjonalne oszczędzanie" w swoich domu - to ludzie na wysokim poziomie, kulturalni i na pewno nie biedni. Co więcej, dzięki mądrym decyzjom zyskują więcej z dnia na dzień.

Fakty i praktyczne wdrożenie mówią same za siebie.

Dodatkowe gniazdko elektryczne.
Aby nie było tylko o filozofii oszczędzania napiszę wam o moim ostatnim pomyśle. Otóż dodatkowe gniazdko elektryczne na zewnątrz budynku lub w garażu to raczej rzecz oczywista wśród mieszkańców domków - ale już nie zawsze tak prosta i realna dla mieszkańca bloku bez własnego garażu.

Chociażby dostęp do odkurzacza samochodowego na stacji benzynowej to 2 zł za dość krótki czas odkurzania. Stacyjne odkurzacza mają słabe dysze, słabo ciągną, itp., a są przecież także inne potrzeby.

Za cenę 30 zł (sprzęt + robocizna) zaprzyjaźniony elektryk wykonał mi przyłącze koło pracy, tak że jestem teraz w stanie wykorzystując posiadane przedłużacze doprowadzić sobie 230V do samochodu. Jestem właśnie do dokładnym, ok. 30 minutowym odkurzaniu auta w każdym zakamarku. Policzcie - ile kosztowałoby mnie to na stacji albo na myjni ręcznej?

piątek, 29 lipca 2011

Bigos z cukinii i kabaczków - leczo z cukinii i dyniowatych

Widzę, że wśród czytelników popularnością cieszą się oszczędne przepisy kulinarne, więc tym razem napiszę o czymś bardzo smacznym i tanim (w sezonie). Warzywa o których piszę w szczycie sezonu osiąganą ceny ok. 1 zł, lub nawet mniej, co czyni je atrakcyjną bazą do wymienionych potraw. W przypadku bigosu - zdecydowanie smaczniejszą i delikatniejszą niż kapusta.


Bigos z cukinii i kabaczków
Cukinie i/lub kabaczki należy obrać ze skórki i rozkroić. Następnie należy ocenić nasiona - jeśli są małe - zostawiamy - jeśli są duże i twarde, jak to w dyniowatych, należy je wyrzucić na kompost, jeśli są naprawdę bardzo duże można je ususzyć, bądź uprażyć i już mamy zdrową i pyszną przekąskę zamiast słonecznika.

Ważne: Cukinie i/lub kabaczki należy pokroić w kostkę lub plasterki - wedle gustu - zasolić i pozwolić im odstać i puścić sok (który wylewamy). Ten zabieg nie jest potrzebny przy młodych warzywach - z tym, że puszczą mnóstwo soku do potrawy - ale konieczny, nawet kilkukrotnie, przy starych kabaczkach i cukiniach, które mają cierpki posmak.

Jak dalej robić bigos wie każdy, kto robił go kiedykolwiek, więc bezsensem było, abym to pisał - internet jest pełen pomysłów na bigos.


Leczo
Bazę warzywną przygotowujemy tak samo, z tym, że poza cukiniami lub kabaczkami możemy dodać znacznie więcej dyniowatych - patisony, itp. - ja np. wykorzystuje do lecza przecenione (ale świeże) dynie po Święcie Zmarłych - moda na dyniowe latarnie jest w tym przypadku moim sprzymierzeńcem.

Klasyczna dynia jest jednak słodka - więc według mnie nie powinna stanowić 100% bazy lecza. Mieszam ją z kabaczkiem i cukinią - bez jakiś wstępnie ustalonych proporcji - natomiast jeśli słodycz potrawy jest zbyt duża - doprawiam ją cytryną i dodaję trochę więcej zielonej papryki niż zwykle. Oczywistym jest, że do lecza dodajemy paprykę (w ostateczności choćby paprykę słodką suszoną).

Jak robić dalej leczo wie każdy amator tej potrawy, a jeśli nie odsyłam do internetu.


Swojskie klimaty
Przepisy pochodzą od mojej Ś.P. Babci, która była z zawodu kucharką, i która ponauczała mnie różnych patentów. Babcia pochodziła z polskich Kresów Wschodnich, jak i duża część rodziny (dawne Wielkie Księstwo Litewskie), więc Kuchnia Kresowa jest mi smakowo najbliższa.

Nie pogardzę także smakami i specjałami z Wielkopolski, nie tylko z uwagi na wielkopolską krew* w moich żyłach, ale też z powodu długoletniego mieszkania w Poznaniu i regularnym podjadaniu w wielkopolskich restauracjach.

Jeśli chodzi o krew - to smakuje mi czernina :) czyli zupa z kaczej krwi :)

czwartek, 28 lipca 2011

Monety srebrne - przechowywanie

Dzisiaj krótko na temat przechowywania monet srebrnych, które preferuję jako drobną inwestycje w metale, zamiast złota. Na temat tej preferencji jeszcze napiszę (bo ja lubię też "zimne" srebro "estetycznie"), natomiast dziś coś dla początkujących, którzy chcieliby kupić monety.


Srebro, co większość z was wie, czernieje, pokrywa się nalotem, ulega korozji (monety często nie są wykonane z czystego 100% srebra), aby utrzymać dobry stan monety (=osiągnąć większą wartość przy ewentualnej odsprzedaży) należy je odpowiednio przechowywać.

Posiadam np. uncjową sztabkę wydaną przez bodajże Credit Suisse, która jest hermetycznie zatopiona w plastiku, a właściwie w karcie plastikowej. Jest to dosyć wygodne rozwiązanie. Można taką kartę włożyć do portfela i chwalić się przed kumplami (ot. jakiś temat do rozmowy jest - każdemu się oczy rozświetlają na widok kruszcu).

Monety typowo kolekcjonerskie trzymają wartość nie tylko z powodu metalu, ale także cech kolekcjonerskich, limitowana seria, itp. - takie monety można trzymać luzem, ale od dotykania palcami zatłuszczają się, ulegają korozji, ich stan pogarsza się - tu zdecydowanie warto zainwestować w plastikowy kapsel, który zabezpiecza monetę.

Monety bulionowe, z masowej produkcji (np. taki Maple Leaf) trzymam w plastikowej - foliowej koszulce - niestety nie zabezpiecza to przed wilgocią, taką monetę także czasem bierze się do ręki (w końcu chce się poczuć zimny metal w dłoni - no nie?) ale ceną jest jak pisałem pogarszanie stanu monety, zatłuszczenie, drobne uszkodzenia. Spadek wartości jest mniejszy, w końcu to zwykła bulionówka (tzn. w jej wartości dominuje masa metalu, a nie element kolekcjonerski). Nie czyściłem jeszcze swoich monet bulionowych, ale znajomy jubiler mówi, że płyn za ok 10-15 zł załatwi sprawę i przywróci im blask jak z chwili zakupu.

Posiadam, jak poprzednio pisałem, przedwojenną dychę, która jest po prostu trzymana luzem i mimo wielu lat jest w dość dobrym stanie, jednak jej skład to, jak wnioskuje z dyskusji na blogach, domieszka 25% jakiegoś metalu, który nadaje srebru twardość.

środa, 27 lipca 2011

Tanie apteki - czy można oszczędzić?

W mojej okolicy jest kilka aptek - przynajmniej dwie z nich to apteki sieciowe, które szczycą się niskimi cenami leków - i to jest prawda. Sam wielokrotnie oszczędziłem kupując coś taniej niż w klasycznej aptece. Ale jest jeden problem z tanimi aptekami.


Ceny leków sprawiają, że w tanich aptekach "w godzinach szczytu" ustawiają się niezłe ogonki klientów. Problem jest taki, że ludzie w tych kolejkach się nawzajem okaszlują, kichają i idę o zakład, że osoba zdrowa, która stała w aptece po zestaw witamin, itp. nie raz załapała grypę, albo coś paskudnego - co wyłączyło ją z życia zawodowego minimum na kilka dni.

Czy dla drobnych oszczędności warto pchać się w tłok chorych ludzi, często chorych na choroby zakaźne? Według mnie nie do końca.

Często zatem drobne zakupy apteczne robię w małej osiedlowej aptece nieopodal. Wydam parę groszy więcej, ale oszczędzam czas, oszczędzam sobie stania w kolejce i być może także oszczędzam zdrowie.

Coraz więcej lekarstw bez recepty można także kupić na stoiskach w supermarketach. Z tego także korzystam, mam jednak jakąś sympatię do drobnego handlu w prywatnych, polskich rękach, korzystam często z wielu lokalnych sklepików i usług, często znam osobiście właścicieli tych małych firm i mam z nimi dobre relacje. Myślę, że to się opłaca.

A jaka jest wasza opinia?

sobota, 23 lipca 2011

10 argumentów za posiadaniem samochodu

Jestem chyba jedynym blogującym na temat oszczędzania, który promuje posiadanie własnego samochodu. Jakiś czas temu gdzieniegdzie obiecałem dyskusję i argumenty, a właściwie kontrargumenty za posiadaniem auta. Zapraszam.

Wartość zadbanego klasyka będzie rosła. Ludzie wynajmują go nawet do ślubu.

1. Pieniądze wydane na samochód można gdzie indziej zainwestować zyskownie? W dzisiejszych czasach inwestycje finansowe często przynoszą straty - waluta podlega inflacji i ukrytej dewaluacji, wartość akcji i funduszy jest niestabilna. Dobrą inwestycją może się zatem okazać auto. Dobry, ekonomiczny diesel nie będzie szybko tracił wartości. Niektóre samochody, choćby klasyki z epoki PRL, mogą zyskiwać na wartości.

2. Ale samochód kosztuje za dużo! Kup samochód na miarę swoich możliwości finansowych - już od kilku tysięcy zł zaczyna się bardzo duży wybór.

A może lepiej i taniej zapakować się z dzieckiem, żoną, chrześnicą, teściową, itp. na wycieczkę nad morze np. do przedziału PKP?

3. Używanie samochodu kosztuje! Cóż, swoje kosztuje także komunikacja zbiorowa i taksówki. Przy dwóch, trzech osobach przewiezionych autem, koszty już często są korzystniejsze dla auta.

4. Nie potrzebny mi samochód poza miastem - są autokary, busy i pociągi. Tyle, że te połączenia - zwłaszcza w święta, kiedy właśnie chce wyjechać, są mocno zredukowane, zawieszane, problematyczne. Poza głównymi miastami nie dojedziesz w zbyt wiele fajnych miejsc.

Przecież bez problemu można spakować się na wakacje z rodziną do rejsowego autobusu? Po co komukolwiek samochód? (to miała być ironia)

5. Wygodniej się podróżuje tylko z plecakiem - nie muszę się o nic martwić. Cóż - ja mogę mieć na plecach lżejszy plecaczek - niezbędnik z prowiantem, a resztę mniej potrzebnych gratów w samochodzie. W górach wygodniej, lżej, łatwiej, nie muszę się o nic martwić. Ogólna mobilność jest większa i dotrę w więcej miejsc niż podróżujący PKS-em.

6. O samochód trzeba dbać wymieniać olej, kupować części, płacić OC, tracić czas! To prawda, jednak tracę czas także czekając na autobus, spóźniający się pociąg, dochodząc, czy dojeżdżając do dworca, itp. (i to tez jest koszt). O posiadane dobro wypada dbać (pkt. 1) ale ogólne niezbędne koszty i tak nie są aż tak relatywnie wysokie, jeśli zachowasz rozsądek.

Zamiast auta... mogę wybrać komfortową i ekologiczną komunikację publiczną (tylko, że jakoś nie wybieram, a może wy ją wolicie?). Ta komunikacja nie jest już tak tania, jeśli stracisz portfel i komórkę.

7. Mogę wybrać rower lub spacer zamiast samochodu! No cóż, posiadając auto także możesz wybrać rower lub spacer zamiast samochodu. Posiadając auto też możesz wybrać autobus, tramwaj lub taksówkę - jeśli np. zdecydujesz się pić w pubie z kumplami.

8. Samochody są niebezpieczne - są wypadki! To prawda - jednak kilka znanych mi osób zostało napadniętych i pobitych w środkach komunikacji masowej - i to nie były żarty! Sam zaliczyłem kilka wypadków rowerowych, niektórzy znajomi poważniejsze wypadki rowerowe. Po prostu wszędzie trzeba uważać. I przy samochodach i poza nimi.

A ta koleżanka wzięła sobie do serca moją poradę z następnego punktu:

9. Miejsce parkingowe w dużym mieście kosztuje! No tak, ale ile kosztuje kupno, wynajęcie i utrzymanie m2 powierzchni w wielkim mieście? Auto może być de facto kolejnym pomieszczeniem w domu. Takim schowkiem, albo miejscem gdzie mogę chwilę usiąść, zamknąć się, puścić na full muzykę, odpocząć, dyskretnie zadzwonić, albo klapnąć z kolegą i pogadać na poważny temat - bez ryzyka, że domownicy będą nasłuchiwać szczegółów naszej rozmowy, itp.

Tak mi się zdaje, że płeć piękna lubi facetów z samochodami (wiecie z jakiego to filmu? mój kumpel chyba dziesiątki razy odtwarzał tę scenę!)

10. Samochód jest nieekologiczny i zły bo... X, Y, Z...! Zgadzają się ze mną znajomi! Rozumiem ten argument, bo także kiedyś obracałem się w eko- vege- anty- kręgach, tyle że nawet najbardziej nawiedzone ekolóźki wolą np. chłopaków dysponujących samochodem. Skoro mówimy w tym punkcie o relacjach towarzyskich to pamiętaj - jeśli jesteś młodym, aktywnym mężczyzną - szansę na ciekawe znajomości wśród płci pięknej jakoś, tak się składa, rosną jeśli dysponujesz samochodem.

czwartek, 21 lipca 2011

Kilka słów o wyprowadzce na wieś.

Na kilku zaznajomionych blogach zawsze co jakiś czas pojawi się idealistyczna wypowiedź mieszczucha marzącego o wyprowadzce na wieś i lepszym życiu. Sam także pozytywnie odnoszę się do takiej koncepcji, jednak nie mam na oczach różowych okularów. Wiem, że nie ma róży bez kolców.

Moje doświadczenia, tzn. wielokrotne długie pomieszkiwanie na wsi, szczególnie w sezonie letnim, kontakty z sąsiadami, mieszkającymi na wsi, dają mi myślę jakiś pogląd na to - jak to może wyglądać w praktyce.

Opieka medyczna.
Weźmy sobie choćby taką kwestie jak opieka medyczna. Bodajże trzykrotnie zdarzyła się potrzeba dowiezienia kogoś z rodziny do szpitala w mieście. Mimo, iż wioska była oddalona zaledwie kilkanaście km od powiatowego miasta ze szpitalem - dało się to odczuć. Nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby ta odległość wynosiła do kilkadziesiąt km, a warunki dojazdu były utrudnione - np. drogi zasypanie śniegiem, albo zwalonymi drzewami po huraganowym wietrze. (Raz sytuacja była potencjalnie zagrażająca życiu.)

Kradzieże.
Nie wiem czy ktoś z piszących na blogach mieszczuchów, co marzą o domku za miastem, zdaje sobie sprawę z tak elementarnego problemu, jak częste okradanie tych wymarzonych domów poza miastem - szczególnie jeśli są w oddaleniu od głównych zabudowań wsi. Więcej na ten temat napiszę na pewno tutaj: http://zabezpieczenie.blogspot.com/

Praca.
Ostatnio widziałem wypowiedź, że na wsi żyje się po prostu z kapitału (ziemia) oraz z różnych ulg, dopłat, itp. Jednak ja sądzę, że aby ten kapitał na wsi się nie zdekapitalizował trzeba także trochę pracy własnej włożyć.

I gdyby było tak słodko, jak niektórzy sobie wyobrażają, to nie byłoby wciąż takiego parcia ze wsi do większych miast.

Piszecie często z perspektywy osoby, która się urządziła w mieście, zarabia w mieście i może dojeżdżać do domku na wsi na urlopy, albo nawet brać pracę ze sobą. A jeszcze dobre kilka lat temu net na wsi był sporym cudem – sam brałem na kilka dni komputer i jedynie pracę off-line.

Kto nie miał takiego luksusu zasuwał fizycznie w lokalnym zakładzie za marny grosz i marzył o lepszym świecie.

Rozmarzony, idealistyczny mieszczuch marzy o czymś takim...

...ale czasem, na polskiej wsi, dostaje coś w tym stylu...

Prawda jest taka, że ani wieś nie jest mitycznym bezpiecznym portem, ani miasto wymarzonym, przez mieszkańców mniejszych miejscowości, rajem - wszystko zależy od rodzajów problemów, z którymi się stykamy.

wtorek, 19 lipca 2011

Dlaczego warto pić piwo niepasteryzowane.

Nie da się ukryć dużej mody na piwa niepasteryzowane. Myślę, że w tym segmencie rynku warto poszukać małych regionalnych browarów lub minibrowarów i się ich trzymać. Warto zapłacić także odrobinę więcej za piwo bardziej naturalne, o krótszym terminie przydatności, ale bogatsze jeśli chodzi o smak i wartości odżywcze.

Słynny dolnośląski browar znowu, po latach przerwy, produkuje kultowy trunek.
Nowy Lwówek Książęcy nie ustępuje klasycznemu piwu Lwówek sprzed lat.


Wymuszona przepisami UE powszechna sterylizacja wszystkiego co się da spowodowała spustoszenia w zdrowiu Polaków. W sklepie nie kupimy już niepasteryzowanego mleka krowiego, a o ile mi wiadomo, sprzedaż mleka prosto od krowy/kozy/itp., śmietan, kefiru, jogurtu bez pasteryzacji jest bodajże nielegalna.

Przez taką sterylizację spada odporność organizmu. Prawdziwą plagą, a nawet epidemią, stały się alergie - tylko w moim otoczeniu kilka osób dorosłych, które nigdy w życiu nie miały problemów, w ostatnich latach stało się alergikami. Dziwny zbieg okoliczności z wprowadzeniem regulacji UE dotyczących produktów mleczarskich. Większość dzieci, które znam to mniejsi lub więksi alergicy (ok. 60%).

Nie wprowadzajmy także ultra-sterylizacji naszego otoczenia i żywności - to się źle skończy dla naszego zdrowia. U mnie w domu, np. do zmywania podłóg zabroniłem używać chloru i innych odkażaczy - odrobina mydła, woda i finał. Nie chcę mieszkać w sterylnym otoczeniu, niech jakaś fora bakteryjna sobie u mnie żyje! (Oczywiście nie mylmy tego z pospolitym brudem!)

Dlatego jeśli mamy do czynienia z produktem niepasteryzowanym, niewysterylizowanym do końca, który zachowuje jakieś pozostałości drobnoustrojów, drożdży i co tam jeszcze żywego można znaleźć - kupmy właśnie taki produkt.

Jakiś czas temu poczęstowałem rodzinę piwem mętnym - niefiltrowanym, niepasteryzowanym z jakiegoś lokalnego browaru (kupiony na targach eko-cośtam), byli po wstępnym sceptycyzmie, czy to się da w ogóle wypić, zaskoczeni i zachwyceni.

Na koniec mały offtop:
Na moim drugim blogu kolejna przypomniana część o ochronie samochodu przed kradzieżą:
http://zabezpieczenie.blogspot.com/2011/07/jak-ochronic-samochod-przed-kradzieza.html

niedziela, 17 lipca 2011

Monety srebrne

Jak wspomniałem jestem sceptycznie nastawiony do blogów siejących panikę dot. pieniądza papierowego i zagorzale lobbujących za srebrem i złotem - szczególnie, jeśli w panelu bloga widnieje wszystko mówiący przycisk kierujący do sklepu internetowego ze srebrnymi monetami.

Nie kumam :>
Czegoś tu nie rozumiem - wyjaśnijcie mi, zwykłemu człowiekowi: Skoro nasz świat się wali, skoro papierowy pieniądz to bezwartościowe świstki mogące stracić wartość z dnia na dzień - to kto przy zdrowych zmysłach zamienia swoje srebrne monety na bezwartościowy papier, zamiast siedzieć na worku srebra i czekać na nieunikniony armagedon?

Powyżej jedna za srebrnych 1-uncjówek w moim skromnym posiadaniu.

Fakty
Oczywiście nie da się ukryć kryzysu finansowego a wysokie ceny metali nie są tajemnicą. Nie rzucałbym się jednak na paniczny zakup srebrnych monet i złota teraz. Myślę że ci, którzy na tym zyskali najwięcej, swoje monety kupili przed zawirowaniami finansowymi.

Okazja
Sam zakupiłem kilka monet parę lat temu. Od tego czasu zwracam jedynie uwagę na okazje, ot taka jak poniżej: Jakiś rok temu w monopolowym, który prowadziła rodzina koleś usiłował zapłacić za 200ml wódki przedwojenną 10 złotówką. Nalegał. W dużym skrócie: tą 10 złotówkę z chęcią wymieniłem po kursie 1 zł z III RP : 1 zł z II RP. Jak pisze jeden z komentujących u Maczety, ta moneta ma 75% srebra. Muszę to jeszcze zweryfikować, zwłaszcza jeśli chciałbym ją odsprzedać w przyszłości.

Myślę, że trzeba szukać właśnie takich okazji - np. dobrze jest poinformować rodzinę, o swoim zainteresowaniu metalami - i w razie czego przyjąć od nich monety lub biżuterię po cenie trochę wyższej niż w lombardzie, ale nadal korzystnej. Jakby nie patrzeć - dobro zostanie w rodzinie.

Przy mega-okazjach uważać na oszustwa, których na fali zainteresowania metalami jest coraz więcej. Może zatem dość bezpieczne są te przedwojenne 10-złotówki? Bite w czasach kiedy nikomu do głowy nie przychodziło fałszowanie srebrnych monet.

W co inwestować?
W rzeczy, które są niedoceniane przez inwestorów, ale mają solidne podstawy jeśli chodzi o wartość (szukajcie, szukajcie!). W przydatne w razie kryzysu umiejętności (ok znasz 2 języki - a czy umiesz np. naprawić elektrykę i ugotować flaki?). Warto inwestować w sprzęt i materiał, tj. narzędzia do pracy, solidny, wydajny i energooszczędny sprzęt domowy. Warto inwestować w siebie, w zdrowie własne i rodziny.

Generalnie - nie zarabia się na tym, w co gorączkowo inwestuje cała reszta drobnych inwestorów. (Chyba, że jako pośrednik.)

sobota, 16 lipca 2011

Oszczędzanie i kupowanie / Kilka słów o waszych blogach.

Dziś dwie myśli, które mnie męczą w sobotni poranek i mała odskocznia od tematów komputerowych, do których jeszcze w kilku postach wrócimy:

Pierwsza sprawa - zakupy i oszczędzanie. Rano w pracy mieliśmy klientkę mocno narzekającą na ceny (choć biedna to ona zdecydowanie nie była). Jak to jest, że ceny tych samych produktów w internecie bywają do 59% niższe a u was jest drogo?

Cóż - nie miałem ochoty na uprzejme pitolenie się i odpowiedziałem wprost. W pobliskim markecie jest kiełbasa śląska za 7,99 za kg. Kilkaset metrów dalej jest budka z wędlinami z lokalnej wytwórni - tam kiełbasa śląska kosztuje ok. 16 za kg. Jestem człowiekiem oszczędnym i na ceny bardzo patrzę - jak myślicie którą śląską kupuję?

Dobrej jakości mięso, bez soi, żelatyny czy innej tektury - wędzenie na dymie olchowym. To jest właśnie prawdziwa kiełbasa.

Druga sprawa - przeczytałem na jednym mądrym blogu o zarabianiu w necie, że to źle, że np. ja bardzo często linkuję do postów na waszych blogach, stronach, itp., to bardzo złe, szczególnie jeśli blog jest w miarę nowy, prowadzony przez "świeżaków", to jeszcze gorzej jeśli blog jest starszy i dość dobry, z dużą ilością fajnych postów...

To po prostu nieprofesjonalne bo czytelnicy wtedy uciekają z mojej strony, spada czytelnictwo, spada traffic i kupę mądrych wskaźników, że powinno się czytelników zatrzymywać na własnej stronie...

Cóż - jest to dla mnie śmieszne. Traktowanie czytelników jak jakieś owieczki pędzone do zagrody jakoś mnie też zniesmacza.

Mam rezygnować z podawania wam fajnych linków i pomysłów bo spadnie mi pół traffica i ćwierć CSP'a? Cóż, jak widać niektórzy się bardzo spinają przy blogowaniu - niech się lepiej tak nie spinają bo im hemoroidy wyjdą!

Podobne spinanie się obserwuje z blogami zachęcającymi do kupna złota i srebra. Tymczasem w ostatnim poście na Domowym Survivalu widzę fragment:

...zamiast odkładać wszystkie pieniądze pod poduszkę czy kupować kolejne uncje złota, nauczyć się jakichś umiejętności, przydatnych w gorszych czasach...

Post kolegi oczywiście polecam! :)

Zaproszenie:
Zapraszam także na odświeżony artykuł pt. Jak zabezpieczyć nieubezpieczony samochód przed kradzieżą?, na moim drugim blogu.

Lampki LED - awaryjne źródło światła

Ostatnio zainteresowałem się awaryjnym oświetleniem LED, jako że doszedłem do wniosku, że podczas coraz częstszych awarii zasilania używanie świec, albo mocno dymiących i śmierdzących ogrodowych lamp naftowych, dostępnych w supermarketach, nie jest zbyt wygodne. Zakupiłem do testów kilka różnych lampek LED zasilanych bateriami. Oczywiście tanio i oszczędnie. Czeka nas krótka rundka po supermarketach.


Netto
Pierwszym zakupem było kupno lampki turystycznej z Netto, kilkanaście diod SMD, system lustrzany ładnie rozpraszający światło, niestety wszystko w dość taniej i plastikowej obudowie, która nie wydaje mi się zbyt solidna. Jednak cena bodajże 17 zł bez baterii przekonuje (alternatywa to podobne lampki campingowe 2-3x droższe), barwa światła biała, lecz przyjemna - po krótkich testach kupiłem jeszcze jedną.

Biedronka
W Biedronce znalazłem komplet rowerowy za ok 12 zł z bateriami. Lampka czerwona tylna oraz lampka przednia, którą można zdejmować z roweru i używać jako lampkę podręczną. Kilka diod tradycyjnych, ładna barwa światła, mocne skupienie światła. Jednak mam sposób na używanie tych małych kieszonkowych latarek LED w czasie awarii zasilania. Wkładam je do szklanki. Rozpraszanie ciemności jest zadowalające.

Tesco
W Tesco, na obecnej promocji narzędzi, znalazłam mini lampkę biurową 8 diod tradycyjnych, barwa biała, przyjemna. 12 zł bez baterii. Ładny design, całkiem dobra jakość, solidny metalowy wysięgnik. Światło dość skupione, ale można ją w miarę ciekawie ustawić. Lampka podoba mi się na tyle, że własnie zastanawiam się nad zakupem kolejnej. Zacząłem ją używać jako lampkę nocną.

Castorama
W Castoramie znalazłem małą okrągłą lampkę magnetyczną z kilkunastoma diodami tradycyjnymi. Cena 20 zł, baterie wbudowane (niestety ciężko będzie je zmienić - czeka mnie odkręcanie obudowy). Jest dość funkcjonalna bo można ją przykleić wszędzie, na dowolną powierzchnię stalową, lub zawiesić na wbudowanym haku. Lampka może chwilowo zastąpić tradycyjną latarkę, bo daje światło dość skupione, ale tutaj kiszka - barwa światła wpadająca w lekki fiolet - nie lubię tego. Do piwnicy lub do samochodu w sam raz - tam nie będę podziwiał jakości światła - ale raczej skupiał się na danej czynności.

Lidl
Tuż po skończeniu powyższych recenzji dowiedziałem się o nowej promocji i pojechałem do Lidla oglądnąć komplet 3 okrągłych szafkowych lampek LED za 20 zł, z bateriami. Lampki mają po 6 diod tradycyjnych. Możliwość przyklejenia na stałe w wybranym miejscu, lub naklejenia taśmy magnetycznej - co też uczyniłem. 3 tryby świecenia, ładny design. Możliwość użycia jako latarki. Dobra cena, dobra jakość, duża funkcjonalność.

Akumulatorki zamiast baterii?
Oczywiście do hiper-oszczędności należałoby używać wymienionych lampek z akumulatorkami a nie z bateriami. To rozwiązanie byłoby korzystne przy częstym używaniu lampki - np. wymienionej lampki z Tesco jako lampki nocnej, albo zabieraniu lampki turystycznej z netto na wypady w teren. Pomyślę o tym, po dłuższych testach na bateriach tradycyjnych.

I na koniec mały "off-top" - prośba do czytelników.
Mam nadzieję, że przeprowadzane na blogu testy będą dla was przydatne. Jak widzicie nie są to powalające kwoty, jednak reasumując trochę to kosztuje. Jeśli podoba wam się to - proszę o wsparcie bloga - także linkowaniem na waszych stronach i polecaniem go znajomym. Szczegóły w prawej-dolnej części strony.

Jeśli ktoś umieścił na swoich stronach link i chciałby otrzymać link zwrotny - proszę o zwrócenie na to uwagi w komentarzach. Na pewno przeczytam i się odwdzięczę.

piątek, 15 lipca 2011

Lekki system dla starego komputera - Puppy Linux

Dziś obiecana odpowiedź na pytanie czytelnika:

Anonimowy pisze...
Mam pytanie. Czy jest jakis lekki i malo wymagajacycy system do kompa z procesorem 750 mhz 128 mb ramu. Uzywam xp. przegladrka k-meleon(znakomita), jestem zupełnym laikiem jesli chodzi o linuxa.


Tak, jest system przeznaczony specjalnie do takich komputerów - nazywa się Puppy Linux.
Jest dość łatwy, to mini-system typu Live - do uruchamiania z CD, USB albo nawet windowsowskiego dysku - bez "ruszania" istniejących danych na dysku. Jest baaaaardzo szybki.

Popularną edycją Puppy Linux jest Macpup. W przeciwieństwie do Puppiego, który wygląda mniej więcej jak Windows wzbogacony o kilka bajerów, Macpup to trochę inny wygląd i filozofia obsługi, ale generalnie ten sam rdzeń systemu i proste narzędzia:

(filmik dobrze oglądnąć na pełnym ekranie, doskonale widać szybkość działania)

Podaję jeszcze informacje z wiki:

Puppy Linux – dystrybucja Linuksa zapoczątkowana przez Barry'ego Kaulera, do uruchomienia której potrzeba tylko 64 MB RAM. Istnieje możliwość uruchomiania zarówno z CD, karty flash, nośnika pamięci USB.

Jest szybka, ponieważ cała mieści się w RAM dysku, więc po uruchomieniu nie musi się odwoływać do CDromu. Obsługuje polskie czcionki i dyski SATA.

(kliknijcie obrazek, dla oglądnięcia prostego pulpitu klasycznego Puppy Linux)

Puppy Linuksa można używać do bezpiecznego przeglądania Internetu, uzyskania awaryjnego dostępu do danych w wypadku awarii Windows, a nawet do zbudowania systemu komputerowego, w którym zamiast dysku twardego zastosowana będzie pamięć flash (o stosunkowo niewielkiej pojemności).

Aha, systemiki są w j. angielskim, co nie przeszkadza ustawić sobie polski układ klawiatury, a wersję językową niektórych programów dograć oddzielnie, np. w przeglądarce Firefox wcisnąć Tools i odszukać polskie wtyczki. Mi to akurat zupełnie obojętne czy mam polski czy angielski system. Polecenia są banalnie proste - nawet jak ktoś słabo zna język.

Edycja 12.08.2011: Zapraszam na mój nowy blog: http://lekki-linux.blogspot.com/

czwartek, 14 lipca 2011

Inwestycja rowerzysty

Wszyscy zastanawiają się nad kupnem złota, a my dla odmiany pomyślimy ponownie o mikro-inwestycjach w nasz sprzęt i "racjonalne oszczędzanie". Warto zainwestować w rzeczy drobne, wiele drobnych udoskonaleń, które w przyszłości przyniosą nam duży zysk i oszczędności.


Taką drobną inwestycją jest np. migająca lampka diodowa dla naszego roweru, a właściwie 2 lampki - także biała migająca na przód. Jeśli jeszcze nie posiadacie - zainwestujcie w to.

Moim zdaniem warto używać ich dodatkowo nawet jeśli rower posiada już zainstalowane dynamo i pełne oświetlenie zwykłe - co więcej warto używać ich także w dzień - no może nie w samo południe, ale kiedy robi się już szaro - na pewno. W szczególności jeśli rowerem poruszamy się także drogami i ulicami. WAŻNE: zawsze używajmy w trybie migania - mimo, że przepisy ruchu drogowego mówią inaczej. Nie spotkałem się nigdy z przypadkiem, aby policja się czepiała.

Dlaczego i jak to działa?
Większość kierowców to mężczyźni. Mężczyźni ewolucyjnie mają nieco inne postrzeganie otoczenia i barw niż kobiety. Mniejsza o szczegóły psychologiczne, ale mężczyzna lepiej widzi ruch i zmianę, w znacznie mniejszym stopniu rzeczy statyczne - lub w przypadku ruchu drogowego - wolno poruszające się - jak twój rower.

Miganie lampek diodowych RADYKALNIE poprawia widoczność rowerzysty i daje więcej czasu na skupienie uwagi kierowców na bezpiecznym wyminięciu rowerzysty.

Sprawa jest oczywista: leczenie urazów po ewentualnym wypadku jest czasochłonne i kosztowne - jeśli przez drobny wydatek możemy znacznie zmniejszyć ryzyko wypadku - nie ma na co czekać.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Urok przedmiotów z poprzedniej epoki.

Piszę ostatnio o starych komputerach bo się po prostu na tym znam, to moje hobby od wielu lat i nie wykluczam także przyszłej pracy w tej branży. Siłą rzeczy będę wspominał o sprzęcie, ale rozumiem, że nie każdy z was podziela moje zainteresowania.

Namawiam oczywiście do rzeczywistego wykorzystania starszych komputerów wedle filozofii, że nie powinno szukać się coraz szybszych maszyn do coraz wolniejszego i badziewnego oprogramowania, tylko odwrotnie. Róbmy coraz wydajniejsze oprogramowanie, a o ile nie jest to możliwe - utrzymajmy żywotność starych komputerów dobierając jak najlepsze programy. O tym będzie więcej w innych postach.


Nie raz zdarzyła się sytuacja, że kupiłem sobie nowy gadżet techniczny, ostatni krzyk mody, full wypas sprzęt za konkretne pieniądze. Satysfakcja była, ale zawsze mi wszystkie nowinki techniczne jakoś szybko powszechnieją.

Pamiętam natomiast dziką satysfakcję z wygrzebania ze strychu starego gramofonu i winylowych płyt. I to w czasie kiedy dynamicznie wchodziły płyty CD (napęd+odtwarzacz CD także kupiłem). Odtwarzanie z winylu miało urok, którego nie dały mi "sterylne" CD. Kosztowało mnie to tylko trochę majsterkowania przy głośnikach.

Jedną z rzeczy które dały mi największy fun i radość było grzebanie się przy starych radioodbiornikach po Dziadku. Spędziłem przy nich więcej czasu, niż przy hi-tech full wypas markowej mini wieży, którą sobie w końcu sprawiłem.

Zabawa w retro jest często dość tania - i przynosi więcej satysfakcji niż najnowsze, drogie sprzęty i przedmioty.

Czy wy też macie takie swoje przygody z retro i starociami?

A czy pogardzilibyście takim tuningiem starego Wartburga? Albo takim jak poniżej?

Stare komputery wyciągane ze strychu.

Dziś krótko i na temat o komputerach. Jeden z moich komentarzy i zarazem pytanie podniesione do rangi postu.


Konsola PS3 spowszechniała już, a teraz tworzy się ogromna moda na retro-computing, czyli głownie gry retro i różne stare przeboje z lat 90tych, oraz co za tym idzie stare kompy, sprzed epoki dominacji PC-tów i MS Windows.


Ludzie ze strychów wyciągają np. takie sprzęty jak Commodore 64, Amiga 500 i ostro giercują. Często już ze swoimi własnymi dzieciakami.


Te kompy najczęściej dalej działają. Mają min. kilkanaście lat, często zbliżają się do 20-tki. Jak na swoje skromne możliwości dalej działają sprawnie!

A dlaczego nie jednemu z nas sypie się markowy laptop kupiony 1 do 2,5 roku temu?


PS. Odnośnie klimatów militarnych - polecam wpisy:

http://tombula.wordpress.com/2011/07/08/armia-historia-prawdziwa-wstep/

http://tombula.wordpress.com/2011/07/10/armia-historia-prawdziwa-czesc-1

Zapowiada się ciekawa historia! Zachęćcie autora do dalszych opowieści :)

piątek, 8 lipca 2011

Jak oszczędzać prąd. Zdecydowana rozprawa ze złodziejami prądu.

Fajnie się piszę pitu pitu o relacjach z dziewczynami, ale czas dziś na większe konkrety, w końcu my tu gadu gadu, a tymczasem za oknem Peak Oil i coraz wyższe ceny energii. Tuski i inne tłuste rządowe kluski prędzej zjedzą własne buty, niż obniżą nam cokolwiek z podatków i akcyz na paliwo i energię - więc musimy sobie radzić sami.


Już kilku czytelników pisało, o zastosowaniu list zasilających z wyłącznikiem. Dwie takie listwy miałem na punktach "komputerowych" w biurze, jednak w domu plątanina kabli bez ładu i składu. Ostatnio jeden z kolegów napisał ponownie:

Ostrołęczanin pisze...
(...) w ramach oszczędzania prądu proponuję telewizor, dekodery, DVD i inne łączyć przez listwę zasilającą posiadającą wyłącznik zasilania. Zarówno telewizor jak i inne włączane na pilota oraz posiadające wyświetlacze z zegarkiem pobierają prąd spoczynkowy. Pojedynczo ten prąd jest niewielki, ale sumując wszystkie tego typu odbiorniki i mnożąc przez 365 dni wychodzi konkretna sumka. Wystarczy wyłączać listwę na noc lub w momencie dłuższego niekorzystania. Bardzo wygodnie robi się to stopą, nie trzeba się schylać.


Jak napisano - tak zrobiłem. Zakupiłem w Obi 3 najprostsze listwy ze świecącym na czerwono wyłącznikiem (dla tych co nie lubią czerwonego: są też zielone). Wydałem na tą przyjemność dokładnie 50 zł. Jakiś czas poświęciłem na rozplątywanie kabli i analizowanie połączeń - co musi być podpięte z różnych powodów na stałe, co można rozłączać. Użyłem także 2 starych listew bez wyłączników. Po jakimś czasie miałem 2 główne domowe punkty Audio-Video oraz jeden łącznościowy (telefon, modem, router wifi). Działa? Działa. OK.

Oszczędzamy energię. Zaskakujące odkrycie.
Tak jak pisał Ostrołęczanin urządzenia pobierają prąd spoczynkowy. To są z reguły dość niewielkie straty. Przykładowo dość nowoczesna plazma 32" pobiera zaledwie 2W. Ale zaraz, zaraz! Biorę, szukam i analizuje pobór prądu przez moje urządzenia i nagle szok:
Dekodery! Te dziadostwa pobierają nawet ok. 30W prądu w stanie gotowości. Jeśli podłączysz dysk twardy - robi się jeszcze więcej! HDD muli cały czas, nie ważne czy sprzęt jest włączony, czy w stanie spoczynku... Punkt sieciowy też ciągnie swoje.

Kalkulacja oszczędności
Chcąc policzyć ile można zarobić na zamontowaniu listwy zasilającej każdy z nas musi odszukać wartości dotyczące poboru prądu przez posiadane urządzenia w stanie spoczynku. Informacje powinny być dostępne w instrukcjach obsługi oraz w internecie. Należy też odliczyć czas, kiedy urządzeń rzeczywiście używamy i potrzebujemy. Po przeliczeniu u mnie wyszło odpowiednio: 7 zł, 3 zł, 4 zł miesięcznie - razem 14 zł. Razem 168 zł rocznie.

Oczywiście wymaga to zmiany nawyków - zupełnego wyłączania urządzeń, kiedy ich nie potrzebujemy. Już po jednym dniu używania widzę, że nie jest to specjalnie uciążliwe. Jeden klik stopą, jak pisał kolega. Zapalone światło na listwie w niezły sposób przypomina o konieczności wyłączenia.

środa, 6 lipca 2011

Test mojego sprzętu i systemu - lekki Linux i stary laptop

A oto dowód, na poparcie mojego poprzedniego wpisu - to co misiaczki lubią najbardziej - test sprzętu! Przekonajcie się jak można śmigać na wiekowej maszynie :)

Po kliknięciu na obrazek powinna się ukazać pełnowymiarowa wersja screenshota. Dziwny dla niektórych rendering czcionek jest zrobiony po to, abym mógł korzystać z kompa bez okularów.


Monitor systemu pokazuje mi teraz zużycie 167 MB ramu netto, czyli 177 minus ok. 10 MB, które zużywa manager zadań otworzony na potrzebę tego testu. Maszyna już chodzi kilka godzin. Mam oprócz systemu i mojego środowiska graficznego:
1. przeglądarkę z tym blogiem (a to strasznie ciężka strona bloggera, full skryptów i bajerów)
2. odpalonego torrenta ciągnącego 1 plik *.iso

Możemy analizować dalej:
Przeglądarka zajmuje ze stroną "racjonalne oszczędzanie" ok. 93MB netto.
Torrent ok. 24MB. System ze wszystkim ok. 50MB RAM.

Sprawdźcie ile pamięci zajmuje u was Windows 7, albo Windows Vista. A ile odpalona przeglądarka np. popularny Chrome z tym blogiem. :)

Wyjaśniam, że poza starym kompem cały soft jest świeży jak ciepłe bułeczki + najnowszy pełnowartościowy system, więc jeśli chcielibyście się ścigać na osiągi - to uczciwym jest porównanie właśnie z aktualnym Win7 albo Vistą.

Stary komputer

Siedziałem niedawno razem ze znajomym w biurze pracując na laptopach - akurat tak nam było wygodnie - aby móc jak najszybciej porozumieć się co do przerabianej treści. Pracujemy, pracujemy, ale coś się nie robota klei: K*****a! K*****a! po chwili znowu: Ja p******e! Mówię zatem: Spokojnie chłopie - opanuj się - idź sobie zapal tego swojego papierosa i wróć spokojniejszy.


Nic z tego, jego sprzęt przy przerbianym zadaniu po prostu mulił. Windows Vista + otwarta Google Chrome i parę pootwieranych rzeczy. Koniec. Sprzęt w miarę nowy jeden cośtam dualcore, 2 mega ramu.

Moj laptok nie mulił: Stary Celeron 1,3 - 750 mega ramu, na pokładzie PCLinuxOS Openbox* + Seamonkey** oraz Opera***. Pootwierane dokladnie te same rzeczy co u znajomego.

Co ja jestem, jakiś wielbłąd, aby się męczyć z ciężarem? Patrzę w lustrze i coś garba nie widać. Pachnę zdecydowanie ładniej. :P

*lekka odmiana popularnej Mandrivy (bo system ma śmigać, a nie mulić jak Vista!)
**Seamonkey to druga, lżejsza niż Firefox galąź przeglądarek Mozilla rozwijana przez społeczność. Do pobrania tutaj: http://seamonkey.pl/
***Używam czasem także przeglądarki Opera - przy poważniejszych zadaniach zostawia Chrome daleko w tyle. Nawet odpalona na nieco starszym sprzęcie.

wtorek, 5 lipca 2011

Jak oszczędzać energię elektryczną - energooszczędna lodówka

Lodówka, zwłaszcza z zamrażarką, jest jednym z najbardziej energochłonnych urządzeń w naszych domach - stosując kilka sprytnych sposobów możemy zredukować zużycie energii elektrycznej przez to urządzenie, a ponadto poprawić komfort użytkowania.


Ice Box oraz lodówka turystyczna - samochodowa
Na obrazku powyżej widnieje ice box, czyli prymitywna lodówka używana zanim do użytku weszły lodówki elektryczne. Komora górna nie jest zamrażarką - jej zadaniem jest przechowywanie bryły lodu, który jest czynnikiem chłodzącym, całość jest dobrze zaizolowana i działa na takiej samej zasadzie jak współczesna lodówka turystyczna z wkładami mrożącymi.

Przy okazji chciałbym się z wami podzielić wnioskami z używania lodówek turystycznych - w czasie podróży samochodem, tak do 1 dnia jazdy, znacznie lepszym wyborem są tańsze lodówki turystyczne (te bez ogniwa chłodzącego zasilanego z akumulatora) pod warunkiem, że nie będziemy żałowali wkładów mrożących, uprzednio głęboko zamrożonych w zamrażalniku.

Zdolność chłodząca znacznie droższej lodówki turystycznej z zasilaniem z akumulatora (12V) jest mocno ograniczona przez zastosowaną niewydajną technologię (Ogniwo Peltiera). Natomiast sprawdzają się one lepiej w długich, kilkudniowych podróżach, jeśli nie ma szans na zmrożenie wkładów mrożących.

Domowe oszczędności
Dlaczego wspomniałem zasadę funkcjonowania lodówki turystycznej czy ice box? Otóż te urządzenia działają bez energii elektrycznej - oczywiście trzeba uprzednio zmrozić wkład mrożący. Wykorzystując te same prawa fizyki można ograniczyć zużycie energii przez lodówkę w naszej kuchni.

Nasze lodówki i zamrażarki pracują oszczędniej, jeśli są mocno obciążone balastem chłodzącym. Im bardziej pusta jest lodówka i zamrażarka, tym gorzej trzyma chłód, tym szybciej nagrzewa się podczas otwierania i tym częściej pracuje jej agregat - zużywając cenny prąd.

Właściwe byłoby zatem wypełnienie wnętrza lodówki "balastem". Proponuję słoiki i konserwy, szczególnie te ostatnie lepiej smakują schłodzone. Oczywistym wyborem są także butelki z wodą i napojami. Balast można w każdej chwili wyciągnąć i zrobić potrzebne miejsce dla innych zakupionych produktów.

Wnętrze zamrażarki można "obciążyć" butelkami PET wypełnionymi kranówką, lub najlepiej wkładami mrożącymi z lodówki turystycznej, co ja właśnie praktykuje. Jest to podwójna oszczędność, ponieważ dobrze zmrożone wkłady zawsze wykorzystuję w czasie podróży.

Lodówki klasy energetycznej A, A+, A++ itp.
Muszę o tym wspomnieć, natomiast jest to sprawa dość oczywista. Szacowanych średnich oszczędności należy szukać na stronach www producentów i samodzielnie skalkulować czy kosztowna wymiana starej lodówki na nową przyniesie długoterminową korzyść finansową.

Nasze babcie miały sposoby.
Szczególnie jeszcze ciepłych potraw przygotowywanych poprzedniego dnia nie wstawiało się kiedyś do lodówki, ale na balkon, lub za okno. Polecam stosować się do tego tradycyjnego sposobu, ponieważ wstawiając nawet lekko ciepłą zupę do lodówki znacznie zwiększamy zużycie prądu.

Rozmrażanie
Z tego samego powodu jak wymieniony powyżej rozmrażanie potraw należy przeprowadzać we wnętrzu lodówki. Zamarznięte na kość mięso tak samo szybko rozmrozi się wystawione na noc na stół, jak i wstawione do lodówki, z tym że w tym drugim przypadku cały swój chłód odda do wnętrza lodówki - przez co agregat będzie włączał się rzadziej, zużywając mniej energii elektrycznej. Polecam późnym popołudniem lub wieczorem zrobić to z zamrożonym mięsem przeznaczonym do spożycia następnego dnia. Działa tu zasada lodówki turystycznej.

Rachunki za prąd raczej będą coraz wyższe, więc warto się zastanowić nad podanymi powyżej sposobami.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Cudowne środki odchudzające, fat burner który mnie zwalił z nóg.

Dość już tematu dot. negatywnego wpływu alkoholu. W ostatnim poście podjąłem temat siłowni, pakowania, czyli jakby nie patrzeć sezonowego zrywu sportowego. Sądząc po obserwowanej ilości joggersów, kijkowców, rowersów i świeżo upieczonych pakerów na siłowni - nasze społeczeństwo wciąż walczy o lepszy wygląd na plaży na zbliżającym się wielkimi krokami urlopie.

Trudno jest w ekspresowym tempie osiągnąć cuda, więc każdy myśli czy nie warto by sięgnąć po cudowne pigułki, które przyśpieszą... odchudzą... dopakują... Nie ma co - jak jest popyt, będzie i podaż. Półki w sklepach sportowych uginają się od hiper- turbo- specyfików, a w TV co 3 reklama dotyczy odchudzania.

No cóż. Fakt jest taki, że czasem warto - sam sięgam np. po pastylki z guaraną czy kofeiną, bo po nich jest większy power i motywacja do działania - i nie jest to zbyt drogie. (Inna sprawa, że podobny efekt można osiągnąć wypijając dobrą kawę.)


Przekaz dla Pań: Weź pigułkę... Będziesz chudziutka i apetyczna jak ta modelka.
Przekaz dla Panów: Weź pigułkę... A taka modelka może wkrótce znajdzie się na twojej kanapie.


Szukając czegoś na lepszego kopa oczywiście przeglądnąłem półki w supermarkecie. O... widzę ładną puszkę z super laseczką i sympatycznym, podpakowanym gościem na etykiecie. Fat Burner, spalacz tłuszczu, cena koło 30 zł, dawka na miesiąc. No.. no.. może te parę extra centów w brzuszysku zejdzie szybciej. No czemu nie...

Moja wredna natura i sceptycyzm każą mi jednak przestudiować etykietkę i skład mega specyfiku - i co się okazuje: w minimalnych ilościach - ekstrakt z herbaty zielonej, ekstrakt z czerwonej, skórka pomarańczy, l-karnityna oraz oczywiście nawalone na max. kofeiny (no rzeczywiście będzie poczucie że się człowiek poweruje i coś tam spala).

Ale pomyślmy: zielona, a w szczególności czerwona herbata naprawdę delikatnie odchudza - to fakt znany i niezaprzeczalny - ale kosztuje po kilka zł za opakowanie i starcza na dość długo. Skórka pomarańczy, hehe, jasne, hehe a l-karnityna, hmmm, hmmm, powiem tak - już krótkie przeszukiwanie netu mówi, że: u mnie chyba działa / u mnie chyba coś nie działa / na pewno by działała jakbyś spełniła warunki treningowe A i B w fazie wysiłku X i Y... haha... dajmy sobie z tym spokój. Jedyna substancja która daje uczucie motywacyjnego kopa i "spalania tłuszczu" to kofeina.

W supermarkecie dwie półki niżej w kącie były pastylki z kofeiną - dawka odpowiadająca cudownemu fat burnerowi - jakaś promocja - koszt 2,50 zł.

Ale na opakowaniu już nie było tej super laseczki i pakera :>

niedziela, 3 lipca 2011

Wódka a oszczędzanie.... i znów coś o męskości.

W niedzielny poranek wielu z nas zapewne nachodzą filozoficzne myśli o wódce. Ja napiszę parę słów w kontekście oszczędzania oraz w kontekście "męskich spraw", które poruszałem w ostatnich postach. Znów będzie trochę "szczerych słów", wiec raczej znów nie powinny tego czytać Damy (chyba, że na własne ryzyko).


Oszczędzanie
To jest chyba oczywista oczywistość dla wielu z was. Jeśli poobserwujecie swoje otoczenie to nasuwa się wyraźna prawidłowość. W domach w których "jest wódka", jeśli chodzi o oszczędności to, jak mój ojciec mawia, jest wielkie G (G jak g**o!).

Do pojęcia "jest wódka" zaliczam także łyskacze, brandy, gin, mocne kupażowane wina, itp. - po prostu tzw. za komuny "barek". Istnienie zaopatrzonego barku w domu to już sygnał problemu. Pierwszy krok w alkoholizm domowników.

Powiem tak, znam w Poznaniu kolesia, który jest w stanie zarobić 10 000 miesięcznie - i często tyle zarabia, to nie przechwałki. Tyle, że alkohol jest w użytku na co dzień. Najpierw jest alkohol, potem rodzina. Fakt, że głodować - nie głodują. Dzieciaki chodzą dobrze ubrane i płakać nie płaczą. Koleś nie ma po alc'u genu agresji - po prostu bum bum i idzie lulu. Ale poza tym jednak sprawdza się w tym przypadku powiedzonko ojca - oni mają wielkie G (jak na te zarobki).

Męskość
Uważam, że jeśli mężczyzna pije wódkę, a nie są zaspokojone wszystkie podstawowe potrzeby rodziny to jest cwelem i śmieciem. (Wyjaśniam: priorytetową potrzebą rodziny nie jest coś takiego: Tatoooo, Tatoooo, ja chce nową komórkę - bo Zuzia ma już Samsung SDX3, a ja dalej SDX1!!!) Generalnie albo wódka - albo "męskość" - wybieraj co wolisz.

Kobiety
One NIENAWIDZĄ facetów zalanych, nie znoszą zapachu przetrawionego alkoholu, źle im się robi od naszych wyziewów "po spożyciu". No i co z tego, że masz najnowsze ekskluzywne perfumy Giorgio Vanfaculo, skoro walisz wódą jak wieloryb po 2 miesiącach od wyrzucenia na plażę?

One często akceptują nasze męskie sprawy - czyli wyjście na wódkę z kolegą, który ma jakiś bardzo ważną okazję. Ale nie radze nadużywać tej akceptacji. Musimy znaleźć umiar, nawet w tej sytuacji, aby nas nie "zwozili taczką" do domu. Czy skoro jesteś facetem to czy A) Wódka cię kontroluje; B)Ty kontrolujesz wódkę?

Cohones, dżadża, nutsy, klejnoty...
Mocne alkohole w stylu łyskacza czy wódy mają jedną ciekawą właściwość - mocno ograniczają produkcję testosteronu. Kto chleje ten babieje. I nie ma na to lekarstwa, poza radykalnym, stałym ograniczeniem spożycia.

A po co autor pisze taki tekst? No, no, przygrzało się...
Nie. Autor po pracy wypił jedno piwo, odpoczął chwile, po czym zajął domowymi sprawami /porządki/, natomiast bardzo późnym wieczorem wracając z siłowni napatrzył się na żenujące zachowania chłopów wracających z pubu i stwierdził, że męskie to to nie jest.

Autor też nie jest abstynentem, a jego ambicją jest (w dalszej przyszłości) popijać piwko z własnego mini-browaru, a okazyjne toasty wznosić swojskim winem własnej produkcji - najlepiej z własnej winnicy.

sobota, 2 lipca 2011

Jak oszczędzać nerwy w relacjach z kobietami? Kwestia toalety. Post naprawdę tylko dla mężczyzn.

Dzisiaj naprawdę proszę moje drogie Panie o darowanie sobie czytania mojego postu - to będą męskie sprawy - i to będzie dla was dość obrzydliwe. Panów zapraszam do lektury.


W relacjach z kobietą przychodzi w końcu taki czas, gdzie kończy się okres randkowania, okazyjnego spotykania się na ciekawe wyjścia i zabawę w "kwiatki i pszczółki" a zaczyna się brutalna rzeczywistość. Jak z liścia strzelił. Mówię o zamieszkaniu razem z naszą wybranką.

Nagle stajemy przed czymś tak przyziemnym jak robienie kupy. Generalnie my różnimy się tym od pań, że na tronie spędzamy o wiele więcej czasu. Poza tym nasze sesje są dłuuuugo wyczuwalne w łazience/toalecie (dla kobiet jeszcze dłużej niż dla nas!) i chcąc nie chcąc powodują czasem nerwowe napięcie w relacji dwojga młodych i zakochanych, którzy co dopiero ze sobą zamieszkali.

No tak, dotknąłem nieco obrzydliwego tematu tabu. Ale ktoś w końcu musi :)

Najśmieszniejsze jest, że sytuacji toaletowych rodem z odmóżdżającej amerykańskiej komedii dla nastolatków można bardzo łatwo uniknąć.

Co powinniśmy zrobić:
Udać się do najbliższego sklepu z armaturą/akcesoriami wentylacyjnymi. Kupić choćby najtańszy wiatraczek/wywietrznik pasujący do naszego komina wentylacyjnego w toalecie. Do tego 1-1,5m dobrego kabla, wtyczka, wyłącznik. Odrobina majsterkowania - i po krzyku. Mnie to dawno temu kosztowało ok. 30 zł. Do tego użyłem jeszcze kawałka sklejki i białego silikonu, który miałem na stanie.

Zestaw o którym piszę jest podłączany do zwykłego gniazdka elektrycznego w toalecie w razie potrzeby. Można go oczywiście zamontować w miejscu kratki - lub prowizorycznie na klatce - tymczasowo (możliwość łatwego i szybkiego demontażu jest ważna w mieszkaniu, które na początku pewnie wspólnie wynajmujecie).

Mój męski "zestaw tronowy" radził sobie z pełną wymianą powietrza w toalecie w około 6-8 minut. I myślę, że naprawdę oszczędził mi sporo nerwów :)

Powodzenia Panowie! :)