Gra pozorów, czyli biuro w domu i biznes w Polsce. Studia.
Futrzak - chciałem Ci odpowiedzieć szerzej w poprzednich komentarzach - uznałem jednak, że odpowiedź jest warta osobnego posta - ponieważ dotykamy tu sedna sprawy.
Najwyrazniej w Polsce jeszcze ciagle liczy sie bardziej "wyglad" niz cena i jakosc uslugi.
Oczywiście - tak jest. Według mnie w Polsce jak nigdzie liczy się lans, szpan, pozory i dotyczy to także biznesu. Firma, w której obecnie działam, na początku mieściła się w (kilku) home office, następnie w części wydzielonej z dość dużego mieszkania, jednak mimo forsowania przez nas nazwy "biuro" bądź "lokal" - cześć klientów parafrazowała "aaaaa.... w mieszkaniu". Spotkaliśmy się wprost z lekceważeniem, czy też nieustannym podważaniem naszego profesjonalizmu z tego powodu.
Obecne biuro to szkło, chrom i stal, wypicowany lokal z wszelkimi udogodnieniami. Na pozór nie ma to logicznego sensu i nie przekłada się w żaden sposób na jakość produktu, ale ten lokal robi nam 50% roboty mniej z szeroko pojętym marketingiem. Klient wchodzący do nas jest w zasadzie wstępnie "kupiony".
Jesli ktos potrzebuje miec miejsce, w ktorym przyjmuje klientow, to z powodzeniem moze sie ono znajdowac w domu, ale powinno byc oddzielone od czesci mieszkalnej, tak aby klient nie widzial kuchni, klamotow walajacych sie na korytarzu etc.
No właśnie jest to rozwiązanie, które opisałem powyżej i w Polsce jest ono mocno problematyczne ze względów wizerunkowych. Część znajomych (małych) przedsiębiorców posiadających home office i tak posiada "właściwe" biuro w jakimś rejonie biznesowym w mieście. Właśnie w celach reprezentacyjnych, sprzedażowych, pokazania się znajomym, itp.
W Polsce -z tego co piszesz - wynika, ze bycie studentem w biznesie jest wada, bo nikt takiej osoby nie bierze powaznie.
Jest to po prostu prawda. Myślę, że to samonakręcająca się spirala. Lekceważenie podejmowanej przez studentów pracy nakręca negatywne podejście pracodawców, co powoduje większą olewczość studentów... i mamy sprzężenie zwrotne.
Na pewnym etapie w Polsce studia stały się synonimem "radosnego bezrobocia" i się częściowo zdewaluowały - także przez ich powszechność - w wielu branżach szanowani są raczej żwawo pracujący praktycy, ewentualnie dorabiający jakiś tytuł zaocznie, dokształcający się na kursach, warsztatach, itp. a nie studenci dzienni, będący synonimem rozpieszczonych dużych dzieciaków utrzymywanych przez rodziców i myślących jedynie o imprezach. Nawet na tzw. prestiżowych uczelniach - student to synonim żółtodzioba. Wiem coś o tym - sam byłem studentem dziennym.
Najwyrazniej w Polsce jeszcze ciagle liczy sie bardziej "wyglad" niz cena i jakosc uslugi.
Oczywiście - tak jest. Według mnie w Polsce jak nigdzie liczy się lans, szpan, pozory i dotyczy to także biznesu. Firma, w której obecnie działam, na początku mieściła się w (kilku) home office, następnie w części wydzielonej z dość dużego mieszkania, jednak mimo forsowania przez nas nazwy "biuro" bądź "lokal" - cześć klientów parafrazowała "aaaaa.... w mieszkaniu". Spotkaliśmy się wprost z lekceważeniem, czy też nieustannym podważaniem naszego profesjonalizmu z tego powodu.
Obecne biuro to szkło, chrom i stal, wypicowany lokal z wszelkimi udogodnieniami. Na pozór nie ma to logicznego sensu i nie przekłada się w żaden sposób na jakość produktu, ale ten lokal robi nam 50% roboty mniej z szeroko pojętym marketingiem. Klient wchodzący do nas jest w zasadzie wstępnie "kupiony".
Jesli ktos potrzebuje miec miejsce, w ktorym przyjmuje klientow, to z powodzeniem moze sie ono znajdowac w domu, ale powinno byc oddzielone od czesci mieszkalnej, tak aby klient nie widzial kuchni, klamotow walajacych sie na korytarzu etc.
No właśnie jest to rozwiązanie, które opisałem powyżej i w Polsce jest ono mocno problematyczne ze względów wizerunkowych. Część znajomych (małych) przedsiębiorców posiadających home office i tak posiada "właściwe" biuro w jakimś rejonie biznesowym w mieście. Właśnie w celach reprezentacyjnych, sprzedażowych, pokazania się znajomym, itp.
W Polsce -z tego co piszesz - wynika, ze bycie studentem w biznesie jest wada, bo nikt takiej osoby nie bierze powaznie.
Jest to po prostu prawda. Myślę, że to samonakręcająca się spirala. Lekceważenie podejmowanej przez studentów pracy nakręca negatywne podejście pracodawców, co powoduje większą olewczość studentów... i mamy sprzężenie zwrotne.
Na pewnym etapie w Polsce studia stały się synonimem "radosnego bezrobocia" i się częściowo zdewaluowały - także przez ich powszechność - w wielu branżach szanowani są raczej żwawo pracujący praktycy, ewentualnie dorabiający jakiś tytuł zaocznie, dokształcający się na kursach, warsztatach, itp. a nie studenci dzienni, będący synonimem rozpieszczonych dużych dzieciaków utrzymywanych przez rodziców i myślących jedynie o imprezach. Nawet na tzw. prestiżowych uczelniach - student to synonim żółtodzioba. Wiem coś o tym - sam byłem studentem dziennym.