sobota, 5 listopada 2011

Gra pozorów, czyli biuro w domu i biznes w Polsce. Studia.

Futrzak - chciałem Ci odpowiedzieć szerzej w poprzednich komentarzach - uznałem jednak, że odpowiedź jest warta osobnego posta - ponieważ dotykamy tu sedna sprawy.

Najwyrazniej w Polsce jeszcze ciagle liczy sie bardziej "wyglad" niz cena i jakosc uslugi.

Oczywiście - tak jest. Według mnie w Polsce jak nigdzie liczy się lans, szpan, pozory i dotyczy to także biznesu. Firma, w której obecnie działam, na początku mieściła się w (kilku) home office, następnie w części wydzielonej z dość dużego mieszkania, jednak mimo forsowania przez nas nazwy "biuro" bądź "lokal" - cześć klientów parafrazowała "aaaaa.... w mieszkaniu". Spotkaliśmy się wprost z lekceważeniem, czy też nieustannym podważaniem naszego profesjonalizmu z tego powodu.

Obecne biuro to szkło, chrom i stal, wypicowany lokal z wszelkimi udogodnieniami. Na pozór nie ma to logicznego sensu i nie przekłada się w żaden sposób na jakość produktu, ale ten lokal robi nam 50% roboty mniej z szeroko pojętym marketingiem. Klient wchodzący do nas jest w zasadzie wstępnie "kupiony".


Jesli ktos potrzebuje miec miejsce, w ktorym przyjmuje klientow, to z powodzeniem moze sie ono znajdowac w domu, ale powinno byc oddzielone od czesci mieszkalnej, tak aby klient nie widzial kuchni, klamotow walajacych sie na korytarzu etc.

No właśnie jest to rozwiązanie, które opisałem powyżej i w Polsce jest ono mocno problematyczne ze względów wizerunkowych. Część znajomych (małych) przedsiębiorców posiadających home office i tak posiada "właściwe" biuro w jakimś rejonie biznesowym w mieście. Właśnie w celach reprezentacyjnych, sprzedażowych, pokazania się znajomym, itp.

W Polsce -z tego co piszesz - wynika, ze bycie studentem w biznesie jest wada, bo nikt takiej osoby nie bierze powaznie.

Jest to po prostu prawda. Myślę, że to samonakręcająca się spirala. Lekceważenie podejmowanej przez studentów pracy nakręca negatywne podejście pracodawców, co powoduje większą olewczość studentów... i mamy sprzężenie zwrotne.

Na pewnym etapie w Polsce studia stały się synonimem "radosnego bezrobocia" i się częściowo zdewaluowały - także przez ich powszechność - w wielu branżach szanowani są raczej żwawo pracujący praktycy, ewentualnie dorabiający jakiś tytuł zaocznie, dokształcający się na kursach, warsztatach, itp. a nie studenci dzienni, będący synonimem rozpieszczonych dużych dzieciaków utrzymywanych przez rodziców i myślących jedynie o imprezach. Nawet na tzw. prestiżowych uczelniach - student to synonim żółtodzioba. Wiem coś o tym - sam byłem studentem dziennym.

14 komentarzy:

  1. Obecne biuro to szklo, chrom i stal... i Ty tam musisz farelka dogrzewac?! WTF? Albo to tylko gra pozorow. ;->

    OdpowiedzUsuń
  2. Co do biura - nie dziwię się. Obok referencji i portfolio firma to właśnie biuro świadczy o profesjonalizmie firmy. Przynajmniej w odbiorze klienta. A home office niestety najczęściej sprawia wrażenie "Szwagier, kurde, zakładamy biznesa, mam plana!".
    Co do studiów - okazuje się, że nie tylko w biznesie, ale i ogólnie bycie studentem, poza zniżkami, ma mało zalet. Widzę to po sobie. Zaliczam się do osób, które poszły na studia po specjalistyczne knowhow w branży technicznej gdzie mimo wszystko wiedza teoretyczna mocno się przydaje. Wiedziałem co tam robię i nie uważam żeby te 5 lat z punktu widzenia mojego rozwoju było stracone. Ale faktycznie obecnie jestem postrzegany jako ktoś kto chciał sobie 5 lat przedłużyć młodość.
    W Polsce brakuje headhunterów, którzy jeszcze w trakcie studiów wyłapywałyby obiecujące jednostki po które mogliby potem sięgnąć pracodawcy bez wielkiego ryzyka, że zatrudniają bumelanta.

    OdpowiedzUsuń
  3. Cięta uwaga anonima, ale chybiona, ze znajomości tematu widzę, że to któryś ze stałych bywalców - Anonim. no nie bój się tak... przedstaw się... nie ugryzę...

    Tak, owszem, dogrzewam czasem to cudo elektryką, ale nie farelką, a eleganckimi i estetycznymi grzejnikami olejowymi. Bez zapachu i negatywnych doznań. Rozwiązanie nie rzuca się w oczy.


    Komentarz Huberta - 100% zgoda.

    OdpowiedzUsuń
  4. aha, za dużo Anonimów ostatnio używa tej możliwości do wpisywania komentarzy, których nie wpisaliby pod nickiem

    abo oszczędzić sobie roboty z moderacją, najpewniej wkrótce zablokuje komentarza anonimowe :)

    proszę użytkowników którzy tu bywają jako anonimowi o przemyślenie założenia nicka na stałe :)

    OdpowiedzUsuń
  5. To pisalem ja, Anonimowy!

    Nie wiem dlaczego moja uwaga mialaby byc cieta. Napisalem tylko, ze takie biuro szklo, chrom, stal i... zimne kaloryfery dokladnie wpisuje sie w pic i gre pozorow. Dokladnie to co lubia polacy! I nie zganiajmy tu na wymagania klientow. To jest caly lancuch pokarmowy. Deweloperzy tak buduja, zeby byla fasada, a pod nia gruz. Potem ktos wynajmuje to, bo liczy sie pic. Na koncu przychodzi klient, ktory tez lubi pic i przeplaca za usluge firmy, ktora ma wieksze koszta utrzymania kolejnego picu - biura w szkle i "chromie", w ktorym nie dziala nawet ogrzewanie.

    I tak sie wszyscy napinaja, az banieczka puchnie w niebotyczne rozmiary. Ale - czas spuszczania powietrza rozpoczety. Mamy w koncu KRYZYS! Albo bedziemy miec.

    A co do anonimowosci. Pod nazwiskiem bym nic nie napisal, ba, nawet bym sie nie przyznal, ze Cie czytam. Zreszta Ty tez bys pewnie pod nazwiskiem nie pisal. Tak wiec to, ze sie spotakismy w Internecie wynika tylko z anoniowosci.

    OdpowiedzUsuń
  6. Z tą fasadą pozorów - pełna racja.
    Znam nawet człowieka, który dojeżdża do klientów (taki biznes, inaczej się nie da) nowiutkim Merolem.
    Niestety realia są takie, że klienci oceniają firmę bądź kontrahenta po stanie portfela. Widząc dużą kasę nic nie kombinują też z płatnościami. Jeżeli człowieka stać na piękne biuro, lux samochody etc. stać go też na prawników, windykatorów.

    OdpowiedzUsuń
  7. mniejsza o to, co kto myślał

    nie wiem skąd wniosek, że ogrzewanie u mnie nie działa - pisze o dogrzewaniu, wspomaganiu, nie ogrzewaniu -

    dla naprawdę ciekawskich: system wymaga solidnego przeprojektowania/zmian i tyle - nie mam na to czasu i chęci, zwłaszcza, że może zmienię lokalizację (apetyt rośnie w miarę....)

    co jak co, klient nie widzi niedogrzanego biura, a my mamy komfort,

    co więcej dużo wietrzymy - ja nie lubię zaduchu, itp.
    po poznańsku nie oszczędzam

    a co do łańcuszka kosztów to jest akurat fakt, ale skoro klient chce - to ma


    co do anonimowości: wyjechałeś z tekstem o zimnych grzejnikach - to załóż sobie 'anonimową' ksywkę, np. Zimny-Koleś, anonimowość nazwiska zachowana, a nie pomylę cię z jakimś kretynem, który pisał pod nazwą Anonim o swoich fantazjach erotycznych, itp.

    OdpowiedzUsuń
  8. artur, kolejna myśl z którą się zgadzam w 100%

    i fakt jest taki, że w realnym życiu do polepszenia tej gry pozorów ja też w pewnych obszarach dążę

    inaczej się nie da

    OdpowiedzUsuń
  9. Samochody, ktorymi jezdzi sie do klienta tez sa roznie postrzegane. Dobry/drogi samochod moze oznaczac, ze ktos osiagnal suckes, jest dobry w tym co robi itp. Ale np na forum informatycznym w UK czytalam, ze lepiej nie pokazywac sie w za dobrym samochodzie, zeby nie draznic ludzi, ktorzy pracuja na etacie w tej samej firmie.

    Czesto sa tez komentarze na temat doradcow finansowych, ze z jednej strony lepiej, zeby jezdzili drogimi samochodami, bo to znaczy ze sami wiedza co robia i dobrze inwestuja. Z drugiej strony, moze pojawiac sie opinia, ze dorobili sie tak na prowizjach klientow. I tak zle i tak nie dobrze.

    Ja biura nie posiadam i nie spotykam sie z klientami, wiec problem odpada. Gdyby byla taka potrzeba, to wynajelabym jeden pokoj w biurowcu, zeby to jakos wygladalo. Na pewno nie przyjmowalabym klientow w domu, bo nie chcialabym, zeby obcy ludzie szwendali mi sie po mieszkaniu.

    OdpowiedzUsuń
  10. marcin wiesmak

    Hmmm z tymi samochodami to ciekawa sprawa to co pisze Richmond.
    Przypomina mi sie bajka o "Nagim krolu" tam aby byc bardzo modnym krol chodzil nago tu jezdzi sie najnowszym Porshe a w glowie pustka.
    Klamstwo ma zawsze krótkie nogi a nasze kwafilikacje jak i same podejscie do pracy po pewnym czasie wyjdzie samo.
    Ps osobiscie jezdze sredniej klasy samochodami ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Dobra siedziba to nie pozór - jeśli jest potrzebna, bo nie każdy pracuje z klientem u siebie. Przy tym tragicznie wiele z nas zapomina o tym czym jest dobre wrażenie, i lokalizacja siedziby ma na to niewielki wpływ. Dla przykładu jako klienta razi mnie bałagan w biurze (domyślnie bo a nuż coś zgubią i pomylą w moim zamówieniu), albo brak czystości (kurz zalegający po kątach, wyobrażacie sobie coś takiego np. u kosmetyczki? Nie? To przejdźcie się po wrocławskich salonach kosmetycznych... masakra), nie wspominając o wyfiokowanych paniusiach traktujących klientów jak zło konieczne czy solara na buzi tzw doradcy finansowego. Żaden chrom i żadna stal w centrum miasta tego nie zmażą...

    Richmond słusznie też zauważyła, że zbyt ostatentacyjna reprezentacja razi klientów, i ma 100% racji. Bo jako klient się zastanawiam ile u licha przepłacam za to, co kupuję, zwłaszcza kiedy kupuję w małej firmie.

    OdpowiedzUsuń
  12. dla mnie to co napisałaś - to dalszy ciąg tego o czym piszę

    po prostu wrażenie musi być spójne, i to jest racja

    DJ Gugu z Wólki Podgórnej, powinien mieć nawet solar na buzi - aby podkreślić swój profesjonalizm i auto po tzw. wiejskim tuningu. Doradca inwestycyjny z centrum Wrocławia - już niekoniecznie.

    a bałagan w biurze rujnuje wrażenie w każdej branży

    OdpowiedzUsuń
  13. Piszesz, że "jednak mimo forsowania przez nas nazwy "biuro" bądź "lokal" - cześć klientów parafrazowała "aaaaa.... w mieszkaniu". Spotkaliśmy się wprost z lekceważeniem (..) ".

    To trochę smutne, bo przez takie postawy trudno wieść proste życie. Ktoś chciałby ciąć koszty i mieć biznes w mieszkaniu, a tu tylu klientów negatywnie na to reaguje.

    OdpowiedzUsuń
  14. Może początkowo tak będzie, ale z czasem, gdy rozniesie się wieść o Waszym profesjonalizmie klienci przestaną się kwasić na wieść o biurze w domu. Życzę Sukcesu z całego serca:)

    OdpowiedzUsuń