niedziela, 18 września 2011

Wyprowadzka na wieś a praca w niedzielę

Jedna rzecz jest zastanawiająca dla wielkomiejskiego mieszczucha przeprowadzającego się nie tylko na wieś, ale i do mniejszego miasta, bądź na przedmieście metropolii/dzielnicę o nieco wiejsko-buraczanym charakterze.

Wszelka widoczna praca fizyczna wykonywana w niedzielę ludzi w oczy kole, jest powodem do obgadywania za plecami i do wyklęcia delikwenta ze społeczności.

Na zadupiu wolno ci w niedzielę na przykład napić się alkoholu do nieprzytomności i zataczać po wsi - oczywiście najlepiej z kuzynami, szwagrem i kolegami równie ubombanymi, to ci zostanie wybaczone, ale nie wolno ci pracować - bo to grzech.


I to nic, że dana czynność nie jest dla ciebie de facto pracą w rozumieniu PRACĄ, tylko rodzajem relaksu, fitnessu i odskoczni - dla NICH to jest praca i tyle. Zgroza i herezja.

Nic, że cię energia roznosi do jakiegoś pożytecznego zajęcia - możesz iść na ploty do Kowalskich i obgadywać Nowaków, obżerając się do nieprzytomności ciastem i pić parzochę z Biedry - ale nie wolno ci pracować - bo podważasz święte tabu lokalnej społeczności.

Zatem nie ma koszenia ogródka, nie ma malowania płotu ani obrabiania grządek - możesz coś dłubać w garażu, albo na strychu - ale tak, by drodzy sąsiedzi wiochmeni albo małomiasteczkowcy tego nie widzieli. Dyskretnie, po cichu i za zamkniętymi drzwiami.

21 komentarzy:

  1. To wszystko jest prawda, jak się człowiek sąsiadami przejmuje. Ja mam ich wszystkich w nosie i w niedziele pracuję sobie normalnie. A co mi zrobią? Obgadają mnie, czy do księdza proboszcza naskarżą? I co z tego?

    OdpowiedzUsuń
  2. To zależy na ile chcesz z tymi sąsiadami utrzymywać dobre kontakty, zależy także czy w okolicy jest twoja rodzina. Sąsiadów można ew. zignorować - z rodziną gorzej.

    Ja zawsze z rodziną musiałem toczyć boje o zrobienie czegokolwiek (za szczeniaka i czasem teraz). Dalej jest to piętnowane, szczególnie w mocno katolickiej rodzinie Kobiety (są z małego miasta).

    OdpowiedzUsuń
  3. Riannon, a jeśli interesuje Cię co np. świętokradczo opracowuje w tą niedzielę to sobie zerknij:

    http://www.bodhilinux.com/gallerydotw.php#21

    kiedyś rozmawialiśmy o estetyce w przedmiotach użytkowych - to są "galerie biurek" na mojego laptopa - będzie wpis

    OdpowiedzUsuń
  4. Heh, jakbyś malował moją rodzinną wieś ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. wychowałem się po dużej cześci na przedmieściu miasteczka o trochę wiejskim/malomiasteczkowym charakterze

    potem przez wiele lat pomieszkiwanie po 2 miesiące na wsi

    słoma mi jeszcze z butów trochę wystaje :)

    wiem co piszę - bo piszę z autopsji

    jestem po cześci wiochmenem, i tyle :)

    OdpowiedzUsuń
  6. @Riannon
    Może przyjść kiedyś do Ciebie katabas, gdy pracujesz w niedzielę dać Ci lekcję "szacunku dla ludzi wierzących". Mi się to zdarzyło, było zabawnie bo byłem trochę pijany. :) Teraz gdy chodzi po kolędzie, przychodząc koło mojego domu bierze sobie eskortę z sąsiadów.

    OdpowiedzUsuń
  7. He, he... w sobotę były panie z rady parafialnej, czy coś takiego. Sąsiadka mówi- "dziś jest kolej naszej części wsi do sprzątania kościoła". "Ale ja nie chodzę do kościoła"- mówię jej, jak co roku przez 10 lat- "to i sprzątać nie pójdziemy". Dostałam wykład umoralniający, czym oczywiście się nie przejęłam, tylko mnie rozeźliło. Co mi będzie obca baba kwękać na te tematy. Zawsze dawaliśmy kilka złotych na kwiatki do kościoła, aby już nie być tacy bardzo anty. Akcja sąsiadki tak mnie wkurzyła, że powiedziałam dosyć i odmówiłam datku. "To ja was wypiszę w takim razie"- powiedziała sąsiadka. "A niech nas pani wypisze"- powiedziałam, nie mając pojęcia SKĄD nas wypisze? Sąsiadkę zatkało, bo chyba w jej słowach miało zabrzmieć to jak ekskomunika. Poszły, a my się zastanawiamy, czy wypisali nas z parafii, czy skąd? To chyba nie takie proste, ksiądz bowiem tak długo będzie cię kochał, dopóki i ty go nie pokochasz.

    Rzeczywiście, łatwo mi mówić. Nie mam tu żadnej rodziny, nie mam dzieci, które mogą być szykanowane w szkole za mój ateizm. Mieszkam daleko od sąsiadów i moja praca w niedzielę nikogo nie bodzie w oczy. Czasem nie widuję sąsiadów tygodniami. Poza tym jestem pyskata i chciałabym, aby wpadł tu ksiądz z gadką. Chętnie zapytałabym go, kto jest Panu Bogu bardziej miły? Ten, co pracuje w niedzielę, czy ten co w niedzielę rano jest katolikiem, a po mszy alkoholikiem?
    A propos kolędy. Postanowiłam też nie dawać więcej żadnej koperty. Ciekawe czy będzie przychodził do nas, jak nie będzie miał po co?Taki wiejski eksperyment sobie zrobię.

    OdpowiedzUsuń
  8. Acha, żeby nie było. Ja w niedzielę nie pracuję na złość katolikom, czy sąsiadom, aby mieli o czym mówić, tylko robię to, co mi akurat wypada w danym czasie. Co, mam poczekać, aż mi ochota do pracy przejdzie? :-) Poza tym wszystkim moje dni są takie same, zatem często zapominam, że jest niedziela.
    Zastanawiam się czasem, gdzie jest granica? Wyobraźcie sobie, że we Włoszech w niektórych hodowlach w niedzielę nie karmi się psów i nie sprząta odchodów po nich. Uważam to za zwyrodnialstwo.
    Nie wiem, jak w innych częściach Polski, ale u nas w czasie żniw, jeśli jest odpowiednia pogoda, a w tygodniu pada, to ludzie normalnie wyjeżdżają w pola do żniw. Uważam to za logiczne, normalne i zdrowe.

    OdpowiedzUsuń
  9. E tam! Na Kociewiu faktycznie praca w niedzielę była tabu. Ale tu, gdzie teraz mieszkamy? Generalnie niedziela dzieli się na dwie części: do sumy - do sumy istotnie pracować, w każdym rzaie głośno - nie wypada - i po sumie. Po sumie można już robić wszystko, co jest do zrobienia i nie zauważyłem, aby się ktokolwiek w czymkolwiek hamował.

    Zresztą, ludzi faktycznie pracujących jest w naszej wsi może kilkunastu. Cała reszta zbija bąki w pełnym zakresie przez 100% tygodnia - więc co to dla nich za różnica, niedziela czy nie niedziela?

    Poza tym, nie popadajmy w skrajności! Żreć zwierzętom dać, gnój spod nich wyrzucić, wyprowadzić na pastwisko i z powrotem, wydoić - jak ktoś ma krowy - czy ogrodzenie naprawić, jeśli się akurat przerwało - można zawsze, wszędzie i nawet w największe święto i to żaden grzech nie jest, nie był i być nie może. A jeśli Szanowny Mieszczuch trzyma w swojej wiejskiej daczy li i jedynie hałaśliwą kosiarkę do trawy, do oburzenie sąsiadów, że wyciąga ją akurat w niedzielę - jest jak najsłuszniejsze. W ogóle używanie kosiarki do trawy na wsi jest grzechem samo w sobie - skoszona tak trawa się przecież bezpowrotnie marnuje. nie służąc za pożywienie żadnemu stworzeniu, a to moim zdaniem jest mocno sprzeczne nie tylko ze zdrowym rozsądkiem,ale i z przykazaniem: jest to bowiem ewidentny brak szacunku dla życia!

    OdpowiedzUsuń
  10. @Boska Wola
    Gratuluję miejsca zamieszkania. Ja mieszkam w wiejskiej części W-wy i pracujący w niedzielę są wytykani palcami. Niekiedy przechodnie się zatrzymują przy ogrodzeniu, żeby wyrazić bezosobowo jakieś opinie. Z klerem miałem też zatargi o różne rzeczy, które nie powinny ich w ogóle obchodzić.
    No ale W-wa to specyficzne miasto, bo zamieszkane w większości przez wieśniaków lub ich potomstwo.

    "skoszona tak trawa się przecież bezpowrotnie marnuje"
    Niekoniecznie, w mojej kosiarce trawa jest mulczowana dwoma nożami i trafia z powrotem na trawnik jako nawóz.

    OdpowiedzUsuń
  11. Bóg i wiara to jedna sprawa, ewentualnie dziwny Ksiądz i niektórzy nadgorliwi parafianie - to inna sprawa.

    To tak samo jak z medycyną - niekompetentnych i przekupnych lekarzy jest wielu, tak jak wielu hipochondryków, itp.

    Różne miałem przygody z Kościołem i religią - i w sumie nadal mam. Nie jestem specjalnie gorliwym katolikiem, ale też specjalnie nie mam ochoty wychylać się poza nawias społeczeństwa, aby udowodnić tę czy inną rację (np. interpretacje fizycznej pracy w niedziele).

    OdpowiedzUsuń
  12. Ten wpis i komentarze przypominaja mi dlaczego nie chce mieszkac w PL, a tym bardziej w PL na zadupiu. Wole brytyjskie zadupia, gdzie po pierwsze kosciol nie rzadzi, po drugie nikogo nie obchodzi co sie robi w jaki dzien, tak dlugo jak sie nie zakloca razaco spokoju sasiadow.

    Zreszta w weekend Brytyjczycy zwykle wyskakuja z kosiarkami i robia mase halasu, bo przeciez w inne dni pracuja i nie maja czasu na takie rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
  13. co do "pracy" na przykład - w mojej parafii zawsze sprzedawano w wejściu do kościoła, de facto w kościele prasę katolicką - w niedziele po mszy

    już jako szczeniak, załapałem fragment ewangelii o tym jak Jezus wyrzucił handlarzy ze świątyni

    nie pasowało mi to - bo jak to tak - handlować nie wolno w kościele - ksiądz mówi - a przy wyjściu handlują gazetami?

    no i inne tego typu "kwiatki"

    ale z biegiem czasu człowiek uczy się, aby w religii za dużo nie pytać i nie analizować :) to nie jest schemat obsługi systemu operacyjnego przecież i nie wolno oczekiwać logiki

    to też zbiór zwyczajów, obyczajów i tradycji

    do lokalnej katolickiej społeczności wiejskiej i małomiasteczkowej lepiej się trochę nagiąć, według mnie - obserwując co można i czego nie można - gdzie jest tabu, itp.

    można się nawet w kościele od święta pojawić - nawet jeśli ktoś nie jest specjalnie gorliwie wierzący

    tak się będzie żyć wygodniej emigrantowi z wielkiego miasta - z jako taką aprobatą otoczenia

    OdpowiedzUsuń
  14. "można się nawet w kościele od święta pojawić - nawet jeśli ktoś nie jest specjalnie gorliwie wierzący
    tak się będzie żyć wygodniej emigrantowi z wielkiego miasta - z jako taką aprobatą otoczenia "

    No można, tylko że oznacza to wciągnięcie tej osoby na listę płatników KK. Co roku pojawi się ksiądz po kopertę, co jakiś czas zażyczy sobie pomocy w parafii przy remontach lub sprzątaniu, czy też zrobi składkę na jakiś tego typu cel. Na mszy też trzeba bulić (na wsi to przymus, bo sąsiedzi obgadają). Oznacza to również przymus płatnego korzystania z usług KK przy ślubach i pogrzebach i obowiązek również PŁATNEGO chrzczenia dzieci.
    Co to ma wspólnego z mottem tego bloga?
    Moim zdaniem lepiej trzymać się od tej organizacji z daleka. Żadnych korzyści tylko koszty.

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie samym chlebem człowiek życje - a sympatia i pomoc sąsiadów zawsze mogą się przydać, każdemu...

    OdpowiedzUsuń
  16. Jestem Katolikiem, może trochę złym, niegorliwym i mającym własne zdanie, często różne od zdania księdza - ale czuję się Katolikiem.

    Mieszkam także w kraju katolickim (rodzina, sąsiedzi) i szczególnie na prowincji wiem jakie jest podejście ludzi do tematu KK.

    Poza tym kol. z Boskiej Woli mnie wyręczył i podsumował to najlepiej. Od siebie dodam, że mottem tego bloga jest oszczędzanie racjonalne, a nie ekstremalne.


    Lokalna społeczność na wsi żyje życiem parafii i jeśli bym mieszkał na wsi, w małej parafii, na pewno pomógłbym w renowacji kościoła, itp. dlaczego nie, skoro trochę jeszcze siły i energii życiowej jest. Normalnie człowiek spala karorie na siłowni i jeszcze za to płaci! Ha, to jest dopiero absurd miejskiego życia!

    Koperta dla księdza tłusta być nie musi, moneta rzucona raz na jakiś czas na tacę (a co niedzielę i tak nie chodzę) nie zachwieje mopim budżetem.

    Generalnie nie właziłbym w d*** lokalnej parafialnej społeczności, bo nie mam takiej natury, ale wypisywać się poza nawias też bym nie zamierzał.

    OdpowiedzUsuń
  17. Moim zdaniem traktowanie religii wybiórczo, czyli uważanie tylko tego, co nam pasuje, a odrzucanie całej reszty, to nic innego, jak zwykła hipokryzja i wygodnictwo. Jako katolik, wydaje mi się, że musisz zgadzać się w 100% z głosem kościoła, wszak to Twoja instytucja zwierzchnia. W kościele nie ma relatywizmu. Tam jest tak jak w wojsku- masz stosować się do przykazań i już. Nie masz prawa interpretować wiary na swój sposób.

    @Boska Wola.
    O rany, co ja mam zrobić w takim razie z tymi tonami trawy w sadzie, co rosną mi po pachy? Bardzo chętnie bym się nią z kimś podzieliła, tym, co skosiłam, ale jakoś nie widzę chętnych, którzy by mnie uwolnili od tego dobrobytu :-(

    OdpowiedzUsuń
  18. Wiesz, ja już nie mam nastu lat i nie muszę podejmować prób znalezienia żelaznej logiki w religii oraz traktowania wiary tak, jak np. teraz traktuję administrację systemów operacyjnych.

    To nie matematyka precyzyjna.

    I to nie jest hipokryzja - bo nawet w ramach kościoła i chrześcijaństwa jako tako - jest wiele nurtów interpretacji różnych prawd.

    Jako Katolik nie jestem bezmyślną stonką - i np. nie zgadzam się np. z obowiązkowym celibatem duchownych (tak samo jak większość znanych mi katolików) - ale nie występuję przez tą rozbieżność z Kościoła. Nie psuje mi to całokształtu rodzinnej tradycji i religii.

    To nie wojsko - mylisz się. Choć niektórzy chcieliby aby to było wojsko.

    I to ja decyduje co i jak mam prawo interpretować to i tamto w kwestii wiary. Oczywiście tego się nie mówi głośno w kółku parafialnym - ale myśli tak prawie każdy chłop - gwarantuję.

    A ksiądz świętą krową nie jest, na jednej wsi u znajomych księdzu proboszczowi obili mordę - za dobranie się do cudzej żony, kolega - wierny katolik wyzwał proboszcza od ch*** i sk****

    Ksiądz to nie Bóg.
    Kościół to nie wojsko i armia.
    Życie to nie proste równanie matematyczne.

    OdpowiedzUsuń
  19. No, no, to pachnie herezją ;-)

    OdpowiedzUsuń
  20. a kto powiedział, że w narodzie odrobiny herezji nie ma :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Widać że wszyscy komentujący to typowi blokersi, chcielibyście żeby wam sąsiad pod oknem zasuwał kosiarką w niedziele jak jeszcze smacznie śpicie. To jest niepisana umowa z wszystkimi sąsiadami w niedziele ma być spokój i tyle...

    OdpowiedzUsuń